Skip navigation.

100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN

Posts tagged with "Marudzenie"

Prawo wyboru

,

Przed zainstalowaniem Brothers in Arms: Hell's Highway zerknąłem na sieciowe recenzje. Chwalono między innymi oprawę dźwiękową, w tym dialogi. Poprzednie części (BiA: Road to Hill 30 i BiA: Earned in Blood) postawiły poprzeczkę wysoko, a polskie wydania pozwalały na wybór wersji językowej, co pzowalało na zabawę w komfortowych warunkach, zgodnie z zamysłem autorów (co nieco o dobieraniu aktorów jest w dodatkach do BiA).

Podczas instalacji zaniepokoił mnie brak możliwości określenia, czy chcę grać w wydanie oryginalne, czy spolszczone. Pewnie język da się wybrać w opcjach z poziomu gry – pomyślałem naiwnie. Uruchomiłem BiA: HH, wzdrygnąłem się na polskich napisach w menu i zagłębiłem się w opcje w poszukiwaniu ustawień językowych.

Nie było ich. Nie dało się zmienić języka.

Zacisnąłem zęby i kliknąłem start. Po dwóch minutach rozpaczliwie googlałem za najmniejszą chociaż podpowiedzią, jak przywrócić w BiA: HH język angielski i rozważałem opcje awaryjne: ściągnięcie pirata (mam prawo do kopii!), kupno zachodniego wydania gry, znalezienie odpowiedniego patcha, wreszcie nabycie broni celem rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za lokalizację (pytaniem było, czy zacząć tortury od tłumacza, czy od podkładających głosy).

Tak brzmi polska wersja Brothers in Arms: Hell's Highway:


Dla porównania oryginał:


Na szczęście ktoś odkrył, że wystarczy drobna zmiana w pliku konfiguracyjnym, żeby czerpać pełna przyjemność z zabawy: należy w katalogu gry odnaleźć plik DefaultEngine.ini, wymedytować go, znaleźć ciąg znaków 'Language=pol' i zmienić go na 'Language=int'. Zmiany zapisać, a przy ponownym uruchomieniu gry należy potwierdzić nadpisanie pików konfiguracyjnych. Tak, to już wszystko.

Skoro cały proces ogranicza się do zastąpienia trzech liter trzema innymi literami, dlaczego nie dano mi wyboru podczas instalacji?! Dlaczego nie poinformowano mnie, że bez problemu mogę przywrócić oryginalne dialogi?

Chcę mieć wybór. Obecnie używane nośniki danych mają dostateczną pojemność, aby zmieściły się wersja oryginalna, polska i jeszcze parę innych. O ile oczywiście wydawca uprze się na pełną lokalizację. Najlepszym rozwiązaniem byłyby tak zwane lokalizacje kinowe – napisy jest jeszcze łatwiej wyłączyć niż dźwięk.

Jeśli więc produkt ma być w pełni spolszczony, to domagam się, aby tym, którzy nie mają ochoty słuchać marnego tłumaczenia i źle dobranych, marnie granych głosów, pozostawiono możliwościowy zagrania w oryginalną wersję. Jeśli na płytce skończy się miejsce, to chętnie ściągnę odpowiedniego patcha z sieci. Nie każcie mi cierpieć dlatego, że kupiłem wydaną w Polsce grę.

Na szczęście w obliczu przypadków beznadziejnych zawsze pozostają zachodnie sklepy wysyłkowe, w których ceny nie odbiegają znacznie od polskich. Za porównywalne – czasem nieco większe pieniądze – można mieć przynajmniej pewność, że tłumaczenie nie zarżnie dowcipów ani nie zmieni specjalistycznej terminologii w stek bzdur, a podłożone głosy nie przyprawią o ból zębów.

Serię Brothers in Arms polecam – ale tylko po angielsku.


Cywilizacja?

,

Wczoraj, jadąc do pracy, przeżyłem szok. Na przystanku tramwajowym natknąłem się na urządzenie widoczne na zdjęciu obok.

Po raz pierwszy z tablicami wyświetlającymi czas przyjazdu/odjazdu tramwaju spotkałem się w Oslo. Obecność takiego gadżetu w Krakowie zmusza mnie do rewizji zdania, że cywilizacja do Polski dotrze za 50 lat. Teraz myślę, że jest szansa, że ten kraj stanie się normalny i przyjazny dla użytkowników za lat 40.

Choć nadal liczę, że wcześniej zaorają go jakieś czołgi. W tej chwili jest mi obojętne czyje, mogą być np. tureckie - przynajmniej w sklepach będzie dobra chałwa.

PS. Tak, to będzie próba reaktywacji po kilkumiesięcznej przerwie, próba długa i bolesna. Zobaczę, czy starczy mi sił i chęci, żeby znów wdrożyć się do pisania.

Żenada tygodnia

,

Naród polski mnie zadziwia. Coraz częściej czuję się w tym dziwnym kraju jak cudzoziemiec, który niedawno przybył nad Wisłę i wciąż nie może się otrząsnąć z szoku kulturowego. Dziś odkryłem kolejny przejaw podejścia "zrobić byle jak, byle było".

Po pracy poszedłem na zakupy do supermarketu. Wziąłem, co było mi potrzebne, stanąłem grzecznie w kolejce do kasy, wyłożyłem towar na taśmę - ta się przesunęła i moim oczom ukazał się napis widoczny na zdjęciu obok. Przez chwilę wydawało mi się, że to jakaś reklama (swoją drogą fajny pomysł, chyba kiedyś widziałem coś takiego), ale potem przeczytałem, co namazano korektorem na taśmie.

Myślę, że ten napis powinien być wykonany pastą do zębów. Prócz walorów estetycznych - każdy przyzna, że napis z pasty wygląda ślicznie, zwłaszcza z trójkolorowej - obsłudze będzie łatwiej przekazywać klientom różne komunikaty: remanent, brak drobnych, przerwa, itd. To byłby polski odpowiednik neonu: fluor.

Klient nasz pan

, ,

Wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda od dobrych kilku lat wydaje w Polsce książki Briana Lumleya - głównie cykl Nekroskop, ale też i inne tytuły. Nekroskop zasługuje na osobną notkę, tak samo jak polskie wydanie przygód Titusa Crowa - sam cykl ze względu na dość, hmm, interesujące podejście Lumleya do wampirów i wampiryzmu, zaś druga seria - z powodu absolutnie skopanego tłumaczenia terminów i imion istot wywodzących się z Mitologii Lovecrafta.

Ale na ten temat kiedy indziej. Dziś natomiast o tym, jak próbowałem w tymże wydawnictwie wydać nieco pieniędzy.

Poprzez stronę wydawnictwa zamówienie na sześć książek (wartych w sumie ponad 150 zł) złożyłem pod koniec września. Przez pierwszy tydzień panowała cisza: żadnego maila z potwierdzeniem, nic. Zadzwoniłem wiec z pytaniem, co się dzieje. Usłyszałem: zajmiemy się tym jutro.

Minął kolejny tydzień. Potem jeszcze parę dni. W ostatni poniedziałek nie wytrzymałem i napisałem do vis-a-vis/Etiuda informując, że albo w ciągu doby dowiem się, co jest z moim zamówieniem, albo będę zmuszony zostawić kasę gdzieś indziej. Odpisali tego samego dnia, że wyślą nazajutrz; widać mantry "moje pieniądze" i "rezygnacja z zamówienia" okazały się skutecznymi zaklęciami. Paczka przyszła pół godziny temu. Wszystko tak, jak zamówiłem, poza małym szczegółem: doliczyli koszt wysyłki. A na stronie wydawnictwa stoi jak byk: Przy zamówieniach powyżej 100 zł wysyłamy książki na nasz koszt.

Lubię kupować bezpośrednio u wydawcy, zwykle jest nieco taniej, a i mam pewność, że firma nie będzie musiała się dzielić z księgarnią, hurtownią i innymi pośrednimi oczkami łańcucha dystrybucji. Jednak takie olewacze podejście do klienta spotkało mnie po raz pierwszy. Jeśli wydawnictwu brakuje pracowników do obsługi zamówień, to niech z nich zrezygnuje i pozostanie przy dystrybucji poprzez księgarnie. Jeśli jednak firma decyduje się na bezpośredni kontakt z klientem, to powinna o niego zadbać. A jak coś obiecuje, to powinna się tego trzymać - 6 zł nie majątek, ale słowo się rzekło.

Następnym razem dwa razy zastanowię się, zanim znów złoże bezpośrednie zamówienie w vis-a-vis/Etiuda. Już wolę przejść się choćby do Księgarni Hetmańskiej, gdzie obsługa jest miła i - co najważniejsze - kompetentna. Zapłacę parę złotych więcej, ale nie będę musiał wydzwaniać z pytaniem, czy ktoś chce dostać moje pieniądze.

Tanio, szybko i solidnie...

,

Kto: Bit Computer, Kraków
Co: mój monitor
Jak długo: trzy tygodnie

27 sierpnia. Siadł mi monitor. Powód: przełamany przewód video. Nie wiem jak i kiedy, ale stało się. Wziąłem więc monitor pod pachę i pojechałem do serwisu, o którym miałem dobre zdanie, jako że towarzyszy on dobremu sklepowi komputerowemu. Dodatkową zachętą była reklama widniejąca na stronie serwisu: Tanio, szybko i solidnie naprawiamy monitory komputerowe CRT.

Na miejscu dowiedziałem się, że monitory odsyłane są do podwykonawcy (nie, mój nie był już na gwarancji), a ten akurat jest jeszcze na urlopie, ale będzie coś wiadomo za tydzień. Cóż, wyboru wielkiego nie miałem, monitor zostawiłem. Aha, obiecali, że zadzwonią z informacją, ile potrwa naprawa.

Minął tydzień. Minął też tydzień i jeden dzień, telefonu nie było. Zadzwoniłem więc sam spytać, jak się sprawy mają. Odpowiedź brzmiała: na razie nic nie wiadomo, proszę zadzwonić za tydzień. No nic, trudno się mówi, poczekam.

Tydzień później zadzwoniłem ponownie do serwisu. Znów usłyszałem, że nic nie wiadomo, ale tym razem z uzasadnieniem: "bo kierowca nie pojechał, odezwiemy się do pana". W domyśle - nie pojechał do zewnętrznego serwisanta. Widać telefonu w Bicie nie znają. No nic, dam im jeszcze jedną szansę, tym bardziej, że w kolejnym tygodniu mijał wyznaczony na rewersie termin zwrotu sprzętu.

Minął kolejny tydzień, nastał 17 września, data odbioru monitora. Nikt oczywiście do mnie nie zadzwonił, więc zadzwoniłem sam. To, co usłyszałem, ścięło mnie z nóg. "Monitor wrócił nie zrobiony, bo serwisant się rozchorował".

Przeklinałem długo. Następnie odebrałem monitor z serwisu, słysząc jedynie "Przykro nam, że tak wyszło". Tak, mi też było przykro.

Ale to nie koniec. Rozpocząłem rozpaczliwe poszukiwanie miejsca, gdzie mi monitor naprawią, jako że już niemal miesiąc byłem bez kompa. Szybkie google, spisałem kilka numerów, zacząłem dzwonić. Jeden z serwisów reklamował się, że robią wszystkie typy monitorów. Ale na hasło "monitor Philipsa" usłyszałem, że tych nie ruszają. Potem było jeszcze lepiej. Kolejny telefon, omówienie usterki - po drugiej stronie słuchawki facet zaczął biadolić, jak to ciężko się kabel wizyjny montuje, bo Chińczycy teraz produkują cieńsze i trudno je zamocować, a do tego mocy przerobowych brak.

Krew mnie zalała.

Na szczęście tego dnia w Krakowie był mój ojciec. Zapakował monitor do auta i wywiózł go do Zamościa. Dzień później oddał go do znajomego serwisu. Po 24 godzinach sprzęt był do odbioru, z wymienionym kablem i zrobionymi przy okazji zimnymi lutami.

Dziś jest 28 września. Monitor stoi na biurku i grzeje mnie swoim ciepłem. Na tę chwilę czekałem aż miesiąc.

Głód, powietrze, ogień, woda i wszelaka zła przygoda na krakowski Bit Computer. Moja noga więcej tam nie postanie. Innym też odradzam, tak serwis, jak i sklep.

Tłumoczenie made in Poland

, ,

Wróciłem właśnie z kina. Film, ekranizacja powieści Marii Siemionowej pt. Wilczarz, to zgrabna produkcja fantasy. Film, mimo pewnych wad (rwąca się miejscami fabuła, niedociągnięcia i naiwności dekoracji i dialogów – wychodzi małe doświadczenie reżysera w obcowaniu z fantastyką), zobaczyć warto. Pokazuje on, że można zrobić dobre fantasy, do tego w słowiańskich klimatach. Czepić się w zasadzie nie ma czego, a produkcja niewiele ustępuje zachodnim (oczywiście nie pod względem komputerowych efektów, których tutaj na szczęście jest mało, co produkcji wyszło na dobre). Acha, film jest dość brutalny, a walki naturalistyczne - zapomnijcie o piuruetach z baletu. O Wiedźminie nie warto nawet wspominać. ;) Strona filmu: www.volkodav.spi.pl, zwiastuny itp.

To plus. A minus?

Tłumacza najchętniej powiesiłbym za jaja.

Nie wiem, ile zapłacono ignorantowi, który przygotował polską ścieżkę dialogową, ale zamiast pieniędzy powinno się tej osobie wypłacić solidnego kopa. Już sam tytuł, pod którym film wszedł do polskich kin - Volkodav - przyprawia o dreszcze. Przecież ukazała się polska edycja powieści pod przytoczonym wyżej tytułem. Tak trudno się rozejrzeć dookoła? A nawet jeśli ktoś jest tak upośledzony, że nie potrafi użyć google, to powinien tytuł przetłumaczyć, tym bardziej, że się da (imię znaczące) – zresztą, "Wilczarz" ładnie brzmi po polsku.

Jeśli ktoś zna rosyjski w stopniu choćby podstawowym, na projekcji może przeżyć męczarnie - o ile nie zrezygnuje z czytania napisów. "Chram" (w postaci kamiennego kręgu) staje się "kapliczką". "Kniachini" to "knezinka" (sic!). Natomiast - wrażliwych proszę o przytrzymanie się krzesła - słowiański "żerca" to wedle tłumacza (a raczej tłumoka)... "druid"!!!

Tutaj chciałbym napisać kilka ciepłych słów pod adresem osoby odpowiedzialnej za tłumaczenie, ale mogłyby one zostać uznane za groźby karalne. Zakończę więc słowiańskim "ёб твою мать"! Przetłumacz to sobie sam, jesli potrafisz, kretynie.

Drogi blogasku

, , ,

Drogi blogasku

Napisałem dziś dwa komentarze na Polterze. Ale już mi lepiej. Kolejny raz zajrzę tam za jakieś dwa tygodnie. Może znów kogoś wywalą albo jakiś nastolatek napisze, ze Gaiman zlikwidował fantastyczne getto w USA, bo tak powiedział pewien dziadek, a wszystko przez wymianę pokoleń. Chyba przestałem być targetem, bo wymagam jakości i jako-takiego obeznania w temacie. Aha, przestroga dla nastolatków (ale innych, niż ci od Gaimana) - nie uczcie się rozpoznawać wieku ikon, bo nie macie prawa się na tym znać. Tak powiedział Recenzent. A poza tym zacznę chyba kibicować jakiejś wschodzącej gwiazdce fandomu, nie wiem tylko, od kogo zacząć, jako że możliwości jest wiele – etycy, tłumacze, krytycy. Czekam na propozycje.

Pozdrawiam nieżyczliwie i idę spać.
PS. Niniejszy post powstał w związku z brakiem nowych złośliwych komentarzy Borejki. Borejko, wróć!

Kurs szybkiego czegoś

Firma wysłała mnie na kurs szybkiego czytania. 8 tygodni, 3 godziny zajęć co wtorek. To były najgorzej spędzone 24 godziny w moim życiu. Gdybym od początku wiedział, jaka to bryndza, nigdy bym się na to nie zgodził.

Nie wiem, jak inne "szkoły" nauczają szybkiego czytania. Szkolenie, na które trafiłem, składało się w 50% z propagandy (szybkie czytanie jest cudowne), 25% prania mózgu (im szybciej kartkujesz i mniej rozumiesz, tym lepiej) i 25% ćwiczeń mających poprawić spostrzegawczość i pamięć (przyznaję, niektóre były fajne). Do tego dochodził podręcznik pełen infantylnych ćwiczeń, które jeśli coś miały dać, to zapewne zarobek drukarzowi i osobie odpowiedzialnej za DTP.

Oczywiście wynik kursu był na dobrą sprawę zerowy - kartkować to ja potrafię od dawna. Zmarnowałem czas. Dobrze, że firma płaciła. Nigdy więcej nie dam się w nic takiego wkręcić. Zdecydowanie odradzam.

Miranda IM vs Seji - 1:0

,

Miranda mnie pokonała. Pierwszy raz uległem temu sympatycznemu komunikatorowi. Walczyłem 3 dni, ale wreszcie dałem sobie spokój. Problem jest z pozoru banalny, ale irytuje jak nie wiem co.

Parę dni temu ukazała się Miranda 0.5, a wraz z nią kilka zaktualizowanych wersji wtyczek, między innymi tabSRMM w wersji Unicode. Ściągnąłem, zainstalowałem, dostałem oczopląsu.

Konfiguracja wtyczki została rozbudowana z kilku ekranów do kilkunastu, wprowadzono szablony wiadomości i inne cuda (oczywiście bez załączenia dokumentacji, która "się pisze"). Zanim się połapałem, gdzie przeniesiono stare opcje (lub dlaczego ich nie przeniesiono) minęły chyba ze dwie godziny. A kiedy już wszystko ustawiłem, kilkakrotnie rzucając mięsem i szukając odpowiedniego przełącznika, zaczął się koszmar.

O co biega, możecie przeczytać tutaj - udałem się bowiem na forum developera, by moim łamanym technicznym angielskim opisać problem, prawdopodobny bug. W skrócie: jest otwarte okno wiadomości, w oknie karta. Zwijam okno, ktoś coś do mnie pisze, okno miga, klikam w zwinięte okno, przywracam, okno łapie focus, ale karta nie. Więc dostaję otwarte okno wiadomości, które nie miga (bo jest aktywne), a w nim kartę, na której jak głupia tłucze się ikona wiadomości - tak, jakby program nie zauważał, że karta także jest aktywna. Pomaga jedynie ponowne zwinięcie i rozwinięcie okna, lub przełączenie między kartami tam i z powrotem.

Drobiazg, prawda? Próbowałem z tym pracować przez dwie godziny, ale to niemożliwe. Ikona mruga, odruchowo zerkam, czy jest nowa wiadomość, a tej nie ma. Do tego miga coś, co jest zbędne. Po wypróbowaniu wielu opcji i jeszcze większej liczby przekleństw, wróciłem do poprzedniej wersji wtyczki, gdyż tego cholerstwa nie da się wyłączyć inaczej, niż likwidując w ogóle powiadamianie przez okno o nowej wiadomości, co jest zupełnie bez sensu. A jeśli wyłączy się miganie samej ikony, to i tak pojawia się ona w wersji statycznej i zostaje na karcie, póki nie wykona się powyższych operacji.

Pozostaje mi czekać na nową wersję tabSRMM, może tam cos poprawią. Choć wątpię, developer odpisał mi, że nie jest w stanie odtworzyć problemu. Szkoda, że nie dodał do tego SOA#1. Byłbym wtedy w pełni szczęśliwy.

UPDATE
Oczywiście problem zniknął po wyjściu nowej wersji wtyczki. Czy też Mirandy. Nie pamiętam ;).

Bobsleiści z Jamajki

,

Obiecałem sobie, że nie będę tu pisał o dwóch rzeczach: polityce (choć czasem mnie palce swędzą) i o szeroko pojętym sporcie, a zwłaszcza o piłce nożnej - którą to uważam za rozrywkę głupią, nudną i niepotrzebną. Ale nie wytrzymam i muszę coś powiedzieć, bo zaraz pęknę ze śmiechu.

Przed chwilą reprezentacja Polski dostała w tyłek w pierwszym meczu Mistrzostw Świata. Dokopał jej Ekwador i to aż 2:0 (spodziewałem się remisu lub polskiej przegranej jedną bramką). Coś wspaniałego. Zwłaszcza, że dzisiaj, kiedy powiedziałem, że "nasi" nawet z grupy nie wyjdą i zapewne przegrają wszystko, co mogą przegrać - zaczynając od Ekwadoru - usłyszałem, że się nie znam. Padły też słowa o tym, że polska drużyna rozgromi Niemcy. Teraz ja mogę powiedzieć: A nie mówiłem? Jestem pewien, że pozostałe zespoły poradzą sobie z Polską równie sprawnie, jak Ekwador.

Zastanawia mnie, po jaką cholerę wysyła się polskich reprezentantów tam, gdzie nie są w stanie nic osiągnąć. Ma to zaspokajać ambicje decydentów? Nie lepiej, żeby dać sobie spokój na kilka-kilkanaście lat, wytrenować porządną kadrę, przetestować i wysyłać na poważne zawody dopiero, kiedy jest jakaś szansa na osiągnięcie punktowanego miejsca? Bo to, co obecnie prezentuje polski sport - a zwłaszcza tak hołubiona piłka nożna - to śmiech na sali. Nawet bobsleiści z Jamajki są lepsi od nas.

Oczywiście, może zdarzyć się cud i Polska wygra kolejne dwa mecze i przejdzie wyżej. Ale równie dobrze małpa mogłaby napisać Pana Tadeusza stukając losowo w klawisze. Bardziej zresztą jestem skłonny uwierzyć w to drugie.
Download Opera, the fastest and most secure browser