Moja ulubiona firma
Thursday, 8. May 2008, 22:12:57
Robiąc zakupy czy korzystając z różnych urządzeń bądź oprogramowania zwykle nie zwracam uwagi na markę. Produkt ma działać i robić swoje. Zwykle marka jest jednak synonimem jakości, więc niektóre rzeczy wolę mieć spod konkretnego szyldu, np. elektronikę i buty (nie, ciuchy nie ;)).
Nie mogę jednak powiedzieć, żebym którąś z marek darzył sympatią. Oni produkują, żeby zarobić, ja znajduję ich produkty dobrymi i płacę. Zero sentymentów, czysty utylitaryzm. Kiedy myślę Philips czy Sony, kojarzę te nazwy z jakością, zaś Milka łączy mi się z fioletowymi krowami i dobrą czekoladą. Niedawno jednak przemknęło mi przez myśl, że jest firma, która wzbudza moją sympatię, przede wszystkim dzięki świetnym produktom, ale także dzięki traktowaniu użytkowników nie jako klientów, ale bardziej jako partnerów. Firma, która potrafi docenić rolę społeczności i wykorzystać to budując swój wizerunek nie w mediach, ale wśród zwyczajnych ludzi.
Tak, mam na myśli Opera Software, producenta mojej ulubionej przeglądarki. Właśnie: ulubionej, nie najlepszej czy najbardziej zaawansowanej technicznie (choć to też przynajmniej w części prawda). Złapałem się na tym, że Opery jako firmy nie traktuję w kategoriach producent-klient, ale bardziej na zasadzie interesującej znajomości.
Rok temu, wybierając się na ISFiT, postanowiłem odwiedzić też Oslo. Pomyślałem wtedy, że fajnie by było zobaczyć siedzibę Opera Software. Pomysł był zwariowany - która bowiem firma wpuszcza ludzi z ulicy twierdzących, że chcą powiedzieć "cześć"? Po chwili poszukiwań i paru mailach skontaktował się ze mną Espen , Community Manager. Ku mojemu zaskoczeniu dwoje moich znajomych (Borys i Elma) oraz moja osoba zostaliśmy zaproszeni na zwiedzanie Opera HQ.
Oprowadzała nas wtedy Anna Raj. Byłem tak przejęty, że zapomniałem robić zdjęcia - tak, wolno było. Samo biuro zrobiło na mnie pozytywne wrażenie: szklane ściany, dużo światła, nieformalny wystrój wnętrz. Żadnych boksów czy innych korporacyjnych wynalazków, miło i przytulnie. Na koniec obdarowani zostaliśmy operowymi gadżetami.
Jak wspomniałem wyżej, nie znam chyba ani jednej polskiej - czy jakiejkolwiek innej - firmy, która byłaby tak otwarta na zwykłych użytkowników swoich produktów (jedna co prawda nasuwa mi się na myśl, ale ma ona obok swojej otwartości ma tendencję do mieszania klientów z błotem, kiedy coś im się nie podoba :P). Nie jestem przecież ani programistą, którego można by zatrudnić, ani potencjalnym partnerem handlowym, tylko facetem, który używa przeglądarki i bloguje od czasu do czasu na My Opera. U mnie w pracy bez poważnego powodu biznesowego nie dostałbym nawet plakietki gościa, nie wspominając nawet o wejściu na salę roboczą,. W Operze zaś nie tylko pozwolono nam sporo zobaczyć (choć do serwerowni nie trafiliśmy; prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy jest ona w Oslo, czy np. gdzieś w Indiach), ale też między innymi dane nam było obejrzeć nowy design strony społecznościowej na jakiś miesiąc przed premierą. Byłem zachwycony.
W tym roku również postanowiłem odwiedzić Operę. Plan był prosty: poprzednio przyszedłem z pustymi rękami i pozwiedzałem, tym razem więc pojawię się tylko na moment (piątek to dzień roboczy, nie będę nikomu zabierał czasu) i zostawię coś dla operowej ekipy: po kilogramie krówek i wedlowskich pierniczków. Pamiętałem, że kiedyś ktoś z Opery opisywał, jak to dostali od kogoś dużo czekolady - muszą więc lubić słodycze, stąd pomysł na prezent. Napisałem do Espena, że będę w Oslo i - jeśli to możliwe - wpadłbym na moment podrzucić słodkości jako podziękowanie za zeszłoroczne przyjęcie. Nie było z tym żadnego problemu.
Operowe gadżety (2007)
Wizyta przebiegła równie sympatycznie, jak za poprzednim razem. Z chwili zrobiła się godzina, którą przegadaliśmy: było i o Operze, i ogólnie o pracy, o Norwegii, o społeczności użytkowników, a także o Firefoksie i mediach, które częściej zauważają Pandę małą, niż Operę. Miałem też okazję zamienić parę słów z CEO Opera Software, Jonem S. von Tetzchnerem, który na wieść, że przywiozłem słodycze, opowiedział mi o najpopularniejszym czekoladowym wafelku na Islandii (o którym dowiedział się od jednego z tamtejszych userów): Prince Polo. Ponoć Islandczycy układają piosenki o tym wafelku, swoją drogą całkiem słusznie. :)
Opera Software to firma. Zadaniem firmy jest zarabiać pieniądze. Zdaję sobie z tego sprawę. Jednak o Operze nie myślę tylko jako o producencie przeglądarki internetowej, ale o instytucji, którą darzę sympatią i chętnie jej pomogę, choćby przekonując kolejnych znajomych do zmiany przeglądarki. Owszem, ktoś pewnie zaraz powie, firma ma po prostu dobry PR, ale chciałbym, żeby wszystkie firmy tak dbały o klientów, jak Opera. Mam więc ulubioną przeglądarkę i ulubioną firmę. Fan Opery? Czemu nie? :D
Plakat, który wygrał Opera Fan-Art Contest.Wisi on teraz przy wejściu do Opera HQ.
Espen: thank you once again for the invitation and your time. It was a pleasure to meet you and to visit Opera HQ. I hope everyone liked the candies and gingerbreads. :) If you ever come to Krakow, let me know and I'll show you around. Thanks!







