Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

photo

100% Seji

Madryt zajebisty jest. QED

Posts tagged with "RPG"

Fantastyczna Norwegia

, , ,

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował poszukać różnych "fantastycznych" rzeczy w Norwegii. Obok trolli powinni mieć tam przecież jakiś sklep z grami, graczy, fandom - prawda? O tamtejszym ruchu fanowskim więcej jest w stanie powiedzieć Borys. Ja natomiast pozwolę sobie pokrótce opisać dwa ciekawe miejsca.

Miejsce pierwsze: Colosseum Kino, Oslo. Największe na świecie kino z certyfikatem THX. Obiekt robi wrażenie: olbrzymia sala, wielki ekran. No i dźwięk - słychać różnicę.

Oczywiście grzechem było przegapić taką okazję, więc zaciągnąłem Borysa na Iron Mana. Film jest świetny, kto jeszcze nie widział, powinien się wybrać - to jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza do tej pory, ekranizacja komiksu. Tony Stark wygląda jak Tony Stark, a zbroja Iron Mana jak komiksowy pierwowzór. W filmie jest kilka niezłych tekstów i choć końcówka nieco rozczarowuje, to zabawa jest przednia (zwłaszcza sceny z robotem i gaśnicą). Polecam zostać na napisach końcowych - po nich jest scena, która nie tylko zapowiada pewien film, ale tez powinna hardcore'owych fanów komiksów Marvela przyprawić o zawał serca (no, chyba że znają i lubią serie spod szyldu Ultimate).

Autor przed Colosseum Kino w Oslo

Niewielki fragment sali widowiskowej

Największe wrażenie zrobił na mnie oczywiście dźwięk: słychać było każdy ekranowy szmer. Nie była to jakaś olbrzymia różnica względem dobrego kina z systemem Dolby Digital, jednak była zauważalna. Zobaczyć w tym kinie Gwiezdne wojny i można umrzeć szczęśliwym. Aż zacząłem się zastanawiać, czy by nie polecieć do Oslo tylko po to, żeby obejrzeć czwartą część przygód Indiany Jonesa...

Cena biletu: 100 koron

Miejsce drugie: sklep Outland. Kiedy rok temu po raz pierwszy trafiłem do tego przybytku rozpusty, zapomniałem języka w gębie. Krążyłem miedzy półkami pełnymi książek, komiksów i gier nie wiedząc, co powiedzieć ani czego dotknąć. Tam było wszystko.

Asortyment Outlandu robi olbrzymie wrażenie: książki, komiksy, gry, filmy, gadżety... Znaleźć można tam wszystko, czego geek potrzebuje do życia. Jeśli nie ma czegoś na półce, to jestem pewien, że mogą to sprowadzić.

Najwięcej miejsca na półkach zajmują książki i komisy, w tym manga. Potem są gry fabularne i filmy oraz figurki, modele i inne gadżety. Najmniejsze sekcje to półki z planszówkami i filmami, ale i tak mają tam bardzo dużo tytułów, w których można przebierać godzinami.

Mnie najbardziej interesowały oczywiście gry fabularne. Przy okazji buszowania po sklepie uciąłem sobie krótką pogawędkę ze sprzedawcą na temat norweskiego rynku RPG. Nie był w stanie powiedzieć mi, ilu w tym kraju jest graczy, ale stwierdził, że to zanikająca nisza. Wszyscy przesiadają się na World of Warcraft. W RPG bawią się głownie osoby, które zaczęły grać kilka czy też kilkanaście lat temu i cały czas trzymają się swojego hobby. W Norwegii nie ukazują się tłumaczenia zagranicznych tytułów (nic dziwnego, mały rynek, a do tego wszyscy znają angielski). Wyszły za to dwie norweskie gry, jedna z nich to Draug, tytułu drugiej niestety nie pamiętam. Co ciekawe, na półce znalazłem grę szwedzką zatytułowaną Götterdämmerung. Treści nie byłem w stanie pojąć, ale tytuł, jak i ilustracje (XVIII wiek, łowcy czarownic) wydają się interesujące.

Z tytułów indie znalazłem - kto by się spodziewał? ;) - tylko Burning Wheel i Burning Empires, choć przyznaję, że nie szukałem zbyt dokładnie. Podręczników mają tam bardzo, bardzo, bardzo dużo, starych i nowych. Można poczuć się przytłoczonym. Natomiast setki komiksów i książek zwyczajnie zwalają z nóg.

Jeśli traficie kiedyś do Oslo, koniecznie odwiedźcie Outland. Jeden sklep znajduje się na galeryjce na dworcu kolejowym Oslo Sentrum. Jest on nieco mniejszy od lokalu położonego przy Karl Johans Gate, ale ma ponoć większy asortyment. Jeśli jednak aż dwa fantastyczne sklepy w Oslo nie wystarczą, zawsze można odwiedzić filie w Bergen, Trondheim, Kristiansand lub w Stavanger. Gwarantuję, że nie wyjdziecie stamtąd z pustymi rękami: ja dla siebie znalazłem kompletny zbiór opowiadań o Conanie, które wyszły spod pióra Roberta E. Howarda (cena: 199 koron).

Więcej zdjęć z Outalndu.

Bonus: w Norwegii mają papier toaletowy z Cthulhu! ;)

RIP - Gary Gygax (27.07.1938–04.03.2008)

,

Gary Gygax failed his saving throw against heart conditions on March 4, 2008.

Szanowny Amerykański Wydawco

, ,

Szanowny Amerykański Wydawco,

Jakiś czas temu zapłaciłem Ci $50 za podręcznik. Tyle chciałeś, tyle dostałeś. Podręcznik dotarł w jednym kawałku. Poczytałem, poużywałem. Fajny był. To jest, nadal jest fajny. I w jednym kawałku!

Nie tak dawno temu stwierdziłeś, ze podręcznik pochodzi z partii, w której grzbiet puszcza i wypadają kartki. No, w moim się nie rozpada, to znaczy może nie trzyma jakoś idealnie, ale jest całkiem w porządku. Okay, jak to mówicie za Wielką Wodą.

Szanowny Amerykański Wydawco, mniej więcej w tym samym czasie uznałeś też, że należy tym, którzy nabyli rzeczony podręcznik w przedpłatach, wysłać nowy egzemplarz. Taki, w którym nic się nie będzie rozpadało. Zamiast sprzedać go za kolejne $50 i mieć na waciki czy inne inwestycje. Tym bardziej, że ja żyję w Polsce. A w kraju tym, jak podręcznik się rozpada, to mogę go sobie co najwyżej taśmą skleić, a nie dostać kolejny od wydawcy. Bo to przecież wina drukarni była.

Takoż niniejszym informuję Cię, Szanowny Amerykański Wydawco, że podręcznik dotarł do mnie w stanie nienaruszonym. Więcej, dołączone były doń podziękowania za wspieranie produktu. Jestem głęboko wzruszony, że swoich pięćdziesiąt martwych prezydentów zdecydowałeś się przekazać właśnie mnie – a wielokrotność tej sumy także innym klientom, których podręczniki mogły, lub nie, rozpaść się do tej pory.

Dziękuję Ci niezmiernie, Szanowny Amerykański Wydawco. Za pamięć. Za szacunek. Za to, że zdajesz sobie sprawę, że nic tak nie cieszy klienta, jak dobry produkt i dobry wydawca.

* * *
Z dniem dzisiejszym informuję, że kupię wszystko, co tylko wyda Luke Crane. Choćby drukował wyłącznie na różowo, do tego na papierze toaletowym.

Na zdjęciu obok: powyższym sposobem mam dwie podstawki do Burning Empires, a Wy nie! :P

Pełnia szczęścia

, ,

Tak w ogóle to ja nie lubię wszelkiego rodzaju celebrities. Ani mnie to rusza, ani nie są to osoby, które stawiam sobie za wzór do naśladowania czy do czegokolwiek innego. Czasem jednak odzywa się we mnie typowy fanboy. Niestety. Co najgorsze, dzieje się tak w przypadku niektórych nazwisk z fantastycznego fandomu. Po prostu zaczynam się ślinić. Niniejszy post jest więc nieudolną próbą wytłumaczenia się z powyższego procederu (zobaczcie, co mnie kręci i jaki jestem nienormalny ;)), ale jest też zwyczajnym okrzykiem radości.

Tydzień temu zdecydowałem, że najwyższy czas zaopatrzyć się w oficjalnie wydane płyty CD z materiałami do gry fabularnej Twilight: 2000 (sama gra warta jest osobnego wpisu, ale to za jakiś czas). Tytuł był niegdyś wydawany przez Game Designers' Workshop. Jakąś dekadę później prawa do gry nabyła firma Far Future Enterprises. Jako posiadacz edycji 2.2 i paru dodatków do wydania pierwszego, nabyłem swego czasu reprint podstawki w wersji 1.0 (grube tomiszcze zawierające, oprócz głównego podręcznika, także kilka suplementów).

Jakoś na początku tego roku FFE zdecydowało się wydać najpierw CD-ROM z materiałami do drugiej, a następnie także do pierwszej edycji. O ile z zawartością drugoedycyjnej płyty byłem jako-tako zaznajomiony (jest na niej komplet oficjalnych materiałów do gry; spis treści poszedł na jedną z list dyskusyjnych poświeconych TW2K), o tyle na temat kolejnej nie było wiele wiadomo, tym bardziej, że linki na stronie wydawcy były w większości martwe. Skrobnąłem więc krótkiego maila do wydawnictwa z prośba o informacje, czy płyta zawiera coś ponad to, co już mam na półce.

Odpis dostałem błyskawicznie - w załączniku był spis treści całej płyty. Ale najlepsze było to, że nadawcą był Marc Miller, twórca gry fabularnej Traveller, absolutnego erpegowego klasyka science-fiction, a przy okazji właściciel FFE. Cóż było robić - takiej argumentacji przez autorytet ;) nie mogłem się oprzeć (a do tego płyta, jak się okazało, zawierała absolutnie wszystko, co wydano oficjalnie do TW2K v1.0).

Paczka przyszła dziś. I teraz najciekawsze: nadawcą nie była firma Far Future Enterprises, ale Marc Miller. Tak, zaśliniłem się. Kiedy się już przeprowadzę, to zrobię sobie w domu mały erpegowy ołtarzyk. Kopertę od Marca Millera postawię tuż obok czeku, który Graeme Davis przysłał mi za tekst opublikowany w Apocrypha 2: Chart of Darkness, dodatku do pierwszoedycyjnego Warhammera. Potem będę palił trociczki i bił pokłony.

W tej chwili przeglądam materiały zamieszczone na płytach. Po prostu pełnia szczęścia.

Tak. Mam geekgazm.

Lawina - przygoda do ZC 1990

, , ,

Na pomysł napisania Lawiny wpadłem jadąc pociągiem. Była zima, dzienniki donosiły o zasypanych torach i nieprzejezdnych drogach, a ja zastanawiałem się, ile godzin zajmie mi podróż do domu. O dziwo, dotarłem o czasie. Wynikiem podróży był niniejszy scenariusz, w którym cztery osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne znalazły się w zasypanym przez lawinę pociągu.

Scenariusz przeznaczony jest dla czterech graczy, choć można zagrać i w trzy osoby - Mistrz Gry powinien wtedy zrezygnować z jednej z przygotowanych postaci (choć moim zdaniem nie da się wtedy wykorzystać wszystkich możliwości scenariusza; w każdym razie polecam skreslić Martina lub Markusa). Ostrzegam jednak, że Lawina pisana była z myślą o aktywnych graczach, takich, którzy lubią przejmować inicjatywę z rąk prowadzącego (który zresztą nie ma tu wiele do roboty). W przypadku podejścia "siedzimy i czekamy, aż MG coś opowie" przygoda nie wypali.

Niniejsza wersja scenariusza została nieco poprawiona i przeredagowana. Ilustracje wykonał Stefan 'Szampierz' Brzostkowski. Całość złożył Radek 'Drozdal' Drozdalski. Obu za ich pracę i pomoc składam serdeczne Cthulhu zapłać. ;)

Scenariusz zdobył nagrodę Quentina i został uprzednio opublikowany w czasopiśmie Magia i Miecz nr 7/8(103)/2002. Przeznaczony jest do rozegrania według zasad gry fabularnej Zew Cthulhu.

Wersja ekranowa (niska jakość): Lawina LQ (506 KB)
Wersja do druku (wysoka jakość): Lawina HQ (1,78 MB)

Utop wieść w Bagnie

, , ,

Od paru lat sporą porcję codziennych wieści otrzymuję dzięki serwisowi Digg. Digg to sztandarowy przykład Web 2.0, strona, której treść w całości tworzona jest przez użytkowników. W skrócie: userzy dodają wieści; userzy głosują na dodane wieści; wieść która przekroczy pewien poziom punktowy publikowana jest na stronie głownej. Na bazie tego pomysłu powstało kilka diggopodobnych serwisów, mniej lub bardziej będących kopią oryginału.

Niedawno ruszyła polska fandomowa mutacja Digg: Bagno. Serwis działa wedle wspomnianych wyżej zasad: wieść można "utopić w bagnie", a gdy zgromadzi ona odpowiednio dużo punktów, zostanie "wyłowiona" i umieszczona na stronie głównej. Bagno przeznaczone jest dla treści związanych z fantastyką (filmy, gry komiksy, fandom) ale i informacjami z pogranicza (nauką popularną).

Czy Bagno chwyci? Zobaczymy. Dla tego typu portalu aktywni użytkownicy to sprawa kluczowa - muszą bowiem nie tylko dodawać treść, ale także oceniać ją. W każdym razie zamierzam Bagno co nieco powspierać. Przede wszystkim z ciekawości, czy się przyjmie i aby zobaczyć, jak projekt się rozwinie. Uważam też, że tego typu serwis potrzebny - to udoskonalony, elektroniczny odpowiednik poczty pantoflowej. Zamiast posyłać znajomym link do fajnego wpisu na blogu, który wygrzebało się w sieci, lepiej namówić ich do korzystania z Bagna i tam wrzucać ciekawe linki. Jeśli treść jest dobra, przebije się na pierwszą stronę (dla niektórych plusem może być także brak odgórnego nadzoru jakiegoś redaktora wannabe, który coś potnie, przekręci lub odrzuci, bo mu się z wewnętrzną etyką, jego widzimisię lub inną polityką firmy nie będzie zgadzało). Zapewne będą też tam trafiać informacje o najciekawszych tekstach i wydarzeniach, o których raportowały fantastyczne vortale - można więc ograniczyć liczbę odwiedzanych stron lub subskrybowanych kanałów RSS.

Bagno wciąż jest rozwijane (to dopiero wersja beta) i część rzeczy zapewne się zmieni (lub zacznie działać poprawnie, jak na przykład linki do kategorii). Warto jednak spróbować coś utopić i poobserwować efekty - dla ułatwienia zamieszono kawałek kodu, który umieszczony dajmy na to w blogowej notce wyświetla pod wpisem wygodny przycisk do publikowania wieści w serwisie, komu się notka spodoba, ten kliknie.

Oczywiście tego typu serwisy nie są pozbawione wad (tu polecam wikipedyczny wpis o Digg, a zwłaszcza sekcję o krytyce). Największym felerem paradoksalnie stać się może naczelna zasada działania: jeśli userzy będą wrzucać kiepskie treści i potem je promować, nikt nie będzie tego czytał. Wypada jednak życzyć Bagnu, by dorobiło się takiej bazy userów - i takich kontrowersji - jak Digg. To by było coś.

PS. Tak, mi też się nazwa "bagno" nie podoba, ale to koń darowany i tak dalej... ;)

To buy

, ,

I've been saving for something else but... Burning Wheel is Burning Wheel. 'Nuff said :).


UPDATE

Shopping has been done
Happy as a geek can be
Blossoms are falling


:D

Suplement.polter.pl

, , , ...

Kilka miesięcy temu pożegnałem się z Polter.pl. Powody odejścia z redakcji były różne, głównie te, które przedstawiłem w zlinkowanej notce na polterowym blogu. Ostatnie parę dni pokazało, że trzeba się było nie cackać, tylko napisać parę rzeczy wprost.

Słowem wyjaśnienia: tak się złożyło, ze znam kilka fajnych wiewiórek. Wiewiórki te buszują w sieci, głownie w miejscach, w których się udzielałem i od czasu do czasu przysyłają mi różne ciekawostki podejrzane na monitorach. To takie moje Osobowe Źródła Informacji sztuk kilka, używając obowiązującego dziś języka. Ogólnie rzecz biorąc dzięki wiewiórkom wiem, co się dzieje w różnych zakamarkach sieci, co sobie cenię. Cenię także wiewiórki, jako zwierzaki uczciwe i porządne, a dodatkowo obdarzone zdrowym rozsądkiem.

Kilka dni temu Starlift, były redaktor naczelny Polter.pl i długoletni współpracownik tego serwisu (jeden z ojców-założycieli wersji portalu odpalonej w 2001 roku; ja dołączyłem w 2002) postanowił - prawem zwykłego czytelnika, powodowany pośrednio artykułem z Esensji - skomentować obecny stan Polter.pl (warto przeczytać w zasadzie tylko pierwszą stronę flejmu, reszta to śmieci). Rzecz normalna w przypadku mediów: czytam, oceniam, wymagam. Pozwoliłem sobie dopisać do jego wypowiedzi parę słów, jako że w wielu punktach zgadzam się ze Starliftem i tekstem z Esensji (wpis wrzucę na końcu notki jako dodatek). Co się stało potem? Dostał zjeby od byłych kolegów z redakcji. Ja pośrednio zresztą też.

Ale nie to było najlepsze. W pewnej chwili zaczęły spływać do mnie raporty od wiewiórek dotyczące rozmów, jakie w swoim gronie toczyła redakcja - ludzie, z którymi Starlift i ja mieliśmy okazję nie tylko kilka lat pracować, ale i bawić się, przyjaźnić czy też po prostu lubić się. W redakcji panowała też zasada, że jeśli się coś nie podoba, to się o tym mówi. Tymczasem, za sprawą notki Starlifta, obecni redaktorzy zaczęli po nas jechać - tak po prostu. Gdyby jeszcze pisali prawdę, wtedy zamknął bym paszczę, stulił uszy po sobie i co najwyżej przeprosił. A tak powstała niniejsza notka.

Po co ten wpis? To suplement do mojego pożegnania z Polter.pl, to także słowo do tej części redakcji, z którą poznałem się słabo lub wcale, żeby wiedzieli, jak było naprawdę. Swego rodzaju sprostowanie bzdur wypisywanych przez parę osób. Nie jest to przyjemne, ale to dla mnie wyśmienita okazja, by zamknąć tę sprawę raz na zawsze.

Na początek kulisy mojego odejścia: jak napisałem w tamtej notce, byłem zmęczony i potrzebowałem zająć się własnym życiem w nieco większym wymiarze godzin. Ale nie planowałem pożegnania na styczeń. Bezpośrednią przyczyną przyśpieszająca moją decyzję było wymuszenie na mnie przez redaktora naczelnego (obecnego rednacza Polter.pl) publikacji tekstu. A raczej próba wymuszenia, bo nie zgodziłem się na to. Hasło "zrobisz wyjątek" oznaczałoby początek kolejki wyjątków, dodatkowo naruszało to zasady pracy redakcyjnej i podważało pozycję szefa działu - za jakość i dobór tekstów odpowiadałem osobiście i nie maiłem zamiaru robić jakichkolwiek wyjątków dla kogokolwiek. Wyboru właściwe nie miałem. Do naczelnego nie docierało, co robi, a ja mogłem albo respektować redakcyjną hierarchię (naczelny mówi - redakcja robi), co oznaczałoby pogwałcenie zasad pracy jednolitych dla całego serwisu oraz naruszyłoby pewną autonomię działu (w serwisie był wyznaczony ogólny profil tekstów - fantastyka; dobór treści należał do szefów działów i redakcji tychże), albo zrezygnować z pełnionej funkcji. A że sprawa ta wpisywała się pewien ciąg - nazwijmy to po imieniu - durnych pomysłów, złożyłem rezygnację. Miałem dość użerania się z wyskokami paru osób, które na przykład wymyśliły sobie, że zakażą redaktorom serwisu wypowiadania się w całym Internecie (słownie: całym Internecie) oraz negatywnego komentowania recenzowanych przez serwis produktów (pomysł łamał Prawo Prasowe i Konstytucję RP, ale widać nie takie rzeczy można wymuszać na ludziach robiących za darmo w hobbystycznym serwisie; potem dowiedziałem się, że ten wspaniały pomysł upadł z mojej winy, ale o tym niżej). Podążyłem więc w ślady Starlifta, który odszedł parę miesięcy wcześniej z zupełnie innych powodów (wpomina o nich na swoim blogu).

Teraz kilka ciekawostek z ostatnich dni. Wpis Starlifta sprawił, że na forum redakcyjnym Polter.pl pojawiło się kilka ciekawych komentarzy odnośnie naszych osób co z kolei ja pozwolę sobie skomentować. Określono nas m.in. jako 'elementy ekstremistyczne". Najwyraźniej ta ekstrema przejawiała się pięcioletnią pracą dla Polter.pl (przypominam: serwis fanowski, brak wynagrodzenia) i zapewne blokowaniem durnych pomysłów. Co ciekawe, po moim odejściu wspomniana wyżej idea ograniczenia wolności wypowiedzi redaktorom Polter.pl nie weszła w życie - widać mam nadprzyrodzone zdolności, skoro potrafię uwalać durne projekty samą siłą woli, nie będąc obecnym przy ich tworzeniu, choćby i zdalnie po kablu. Nie powiem, schlebia mi to. Najciekawsze, że to określenie padło w kontekście rozmowy o stanie serwisu, który to ponoć jest cudowny, o czym niżej. Ale i tak najlepszym jest to, że to między innymi za czasów tych właśnie elementów ekstremistycznych (łapie się tu więcej osób, niż tylko nas dwóch) serwis osiągnął szczyt popularności.

Pojawił się też ciekawy zarzut, ze Starlift i ja nie szkoliliśmy nowych redaktorów, by miał kto przejąć pałeczkę. Będę nieskromny: przez pięć lat wyszkoliłem (i to cholernie dobrze) jakieś 90% moderatorów serwisowego forum i kilkunastu moderatorów treści (newsy) oraz co najmniej kilku redaktorów językowych i technicznych, obaj też tworzyliśmy od podstaw dział redakcji tekstów. Wraz ze Starliftem napisaliśmy helpy do nowego Poltera, Starlift w tym celu zresztą stworzył dział info i dbał o jego rozwój, pilnowaliśmy spójności serwisu (sposób prezentacji treści jednolity dla wszystkich działów) doglądaliśmy jakości, pokazywaliśmy ludziom, co robią źle. Kiedy jakiś dział potrzebował pomocy, byliśmy tam. Ale kiedy my potrzebowaliśmy pomocy, zwykle nie było chętnych - był taki czas, kiedy przez parę miesięcy sam wrzucałem wieści na serwis na zmianę ze Starliftem, nikomu innemu się nie chciało. Widać powinniśmy teraz przeprosić za to wszystko, bo jednak było to za mało. A że nikt z nas nie wyszkolił zastępcy? A zgłosił się chętny do siedzenia nad serwisem kilka godzin dziennie i pilnowanie około stu osób w redakcji i/lub kilkuset na forum? Nie przypominam sobie, poza jednym czy dwoma wyjątkami. Jak napisałem, nikomu się nie chciało - więcej, parę miesięcy po starcie nowego silnika serwisu zdarzali się ludzie dalej pracujący starym trybem, mimo maili, upomnień, dosyłania instrukcji.

Z powyższym wiąże się kolejna zabawna rzecz: ponoć nie szkoliliśmy nikogo, bo uważaliśmy, że "Poltergeist to my". Większej głupoty nie słyszałem. Poltergeist był ZESPOŁEM. Redakcją. Drużyną. W tak rozbudowanym serwisie, jakim stał się Polter, nie było miejsca na gwiazdy i brylowanie. Jednostka bez całego zaplecza mogła niewiele, liczył się właśnie zespół (i, jak to się teraz modnie mówi, team spirit). Każdy chętny do pracy dostawał swoją działkę - a wierzcie mi, rzadko widać było las rąk. Polter.pl to nie był Starlift czy Seji, to była cała redakcja - do której wliczam też moderatorów, od czasu do czasu traktowanych przez różnych polterowych "ja wiem lepiej" jak ludzi drugiej kategorii (odcinanie dostępu do forum redakcyjnego i tym podobne kwiatki). Jeśli było parę osób bardziej widocznych na zewnątrz, to tylko dlatego, że więcej się udzielały poza serwisem i były z nim kojarzone. Ale same i tak nic by nie zrobiły, gdyby nie cały zespół. Polter.pl pokazał mi, czym jest dobrze zgrana drużyna i jakie efekty potrafi uzyskać. Dziś widać tendencję odwrotną i różne gwiazdeczki chcą zabłysnąć dzięki serwisowi - cóż, wypada życzyć powodzenia.

Najważniejsze zostawiłem jednak na koniec. Przez nasze krytyczne uwagi zostaliśmy określeni jako "osoby nieżyczliwe serwisowi". Jest to nie tylko kolejny świetlany przykład niewłaściwego użycia telepatii, ale także bardzo wyraźny sygnał do użytkowników Polter.pl - nie podoba ci się? Jesteś nam nieżyczliwy! Zupełnie jakbym słyszał polityków PiS, przeciwko którym są media, układ i cztery pory roku, ale wszystko idzie w najlepszym kierunku. Krytykować nie wolno, bo wszystko jest wspaniałe i cudowne (skoro jest tak cudownie, to po co rozmawiać o stanie serwisu bez ekstremistów?). Dodatkowo okazuje się, że wszelkie niepowodzenia (jednak jakieś są!) to wina poprzedniej ekipy. Czyżby Poltera robiła kiedyś III RP, a teraz nastały nowe porządki? Ciekawe, za poprzedniej ekipy statystyki rosły, teraz ponoć ostro spadają. Starlift i ja wypowiedzieliśmy się jako czytelnicy, którzy dodatkowo maja pojęcie o tworzeniu serwisu - kazano nam zamknąć paszcze. Jutro pewnie padnie na bogu ducha winnego usera. Pamiętaj więc, nie krytykuj Polter.pl. To cudowny serwis.

I jeszcze a'propos nieżyczliwości - Polter.pl za moich czasów był serwisem informacyjnym. Można było go czytać lub nie, doceniać lub bluzgać, ale czy ktoś kiedyś słyszał tekst o "nieżyczliwych czytelnikach"? Media nie są dla ludzi im życzliwych lub nie, media są dla tych, którzy ich potrzebują, podejście emocjonalne nie ma tu znaczenia. Widać Polter.pl staje się jakąś kliką, która wymaga poklasku i zrozumienia (i głaskania po główce), a nie serwisem prasowym. Głos czytelników był zawsze ważny dla redakcji, ale widać i to się zmieniło. Dla kogo więc będzie Polter.pl poza grupą zadowolonych z siebie redaktorów, którzy swe niepowodzenia zrzucają na nieobecnych?

I to chyba tyle. Nie powiem, że ucieszyło mnie to wszystko. Zwłaszcza, że nikt nie miał odwagi powiedzieć Starliftowi i mnie powyższych rzeczy prosto w oczy - a wypowiedzieli je ludzie, których znamy od dawna i z którymi współpracowaliśmy parę lat. Widać łatwiej jest bredzić w zamkniętym gronie i wyjaśniać w ten sposób niepowodzenia serwisu osobom nowym w redakcji.

I to tyle. Rozdział zatytułowany "Polter.pl" uważam za zamknięty, proszę mi więcej nie proponować pisania dla tego serwisu (owszem, miałem kilka ofert). To już, cytując Lorcę, "Nie mój cyrk, nie moje małpy".

Redakcji Polter.pl życzę teraz miłego szukania wiewiórek. Wiewiórki zaś zapraszam w umówione miejsce o stałej porze po odbiór wynagrodzenia.

Dziękuję za uwagę.
***
Moja opinia o Polter.pl z komentarza na blogu Starlifta (przepraszam za brak polskich liter i literówki, ale nie mam siły tego poprawiać):

O blogach, spolecznosci, itd.19-05-2007 23:53
Najpierw slowo wstepu: uzurpuje sobie prawo wypowiedzenia sie tutaj jako osoba, ktora przez 5 lat pomagala tworzyc Poltera, budowac serwisowa spolecznosc i starala sie, zeby to, co serwisu bylo w serwisie, a to, co czytelnikow i spolecznosci - razem z nimi. Bo jedno i drugie nie zawsze idzie w parze. Nie wypowiadalem sie tu przez dluzszy czas z roznych powodow, ale tym razem pozwole sobie na dluzszy wpis. Powody jak w pierwszym zdaniu.

Mam pytanie: czy ktos z redakcji wie, czym jest Web 2.0, sledzi rozwoj tego fenomenu spolecznego od dluzszego czasu i ma wogole pojecie, czym on sie charakteryzuje?

Nie ma czegos takiego, jak Web 1.5 czy Web 1.0. Bo to tak, jakby byc troche w ciazy. Owszem, mozna pewne elementy zapozyczyc, ale Web 2.0 one nie stworza. Ani nic posredniego, niezaleznie od zyczen tworcow.

To technikalia.

Co do spolecznosci: Borejko, pomysl na wykorzystanie potencjalu blogow byl - niech ludzie bloguja. I swietnie im to wychodzilo do momentu, az aktos wpadl na pomysl odgonrego sterowania spolecnzoscia - punkty za notki. Co zarznelo roznorodnosc dosk skutecznie - teraz 90% wpisow jest o rpg, fandomie i graniu. Bo moze news pojdzie.

A news isc musi. Polter pzestal publikowac teksty. Zapycha dziury blogami. Przez ostatnie kilka miesiecy obserwuje degeneracje serwisu - bo inaczej tego nazwac nie mozna. Te same newsy na RSS przychodza po pare razy dziennie - znak, ze ktos poprawial w nich bledy (agregator RSS wysyla je wtedy ponownie), do tego zwykle sa opoznione wwzgledem sieci (w tym innych serwisow PL) o dzien, dwa, bywa ze wiecej. Brak newsow erpegowych pomine milczeniem, bo tu juz zostalo siasc i plakac. Tekstow w serwisie praktycznie nie ma - jak to ktos na forum wyjasnil, brak ludzi, ktorzy teksty moga zredagowac - starczy popatrzec na dzial RPG, ktory publikowal co 2-3 tygodnie, a teraz puszcza nowy tekst co 2-3 miesiace.

Szkoda. Szkoda tym bardziej, ze wiem, ile kostzowalo zbudowanie pozycji Poltera, a teraz widze, jak latwo jest to wszystko roztrwonic. Ale pal szesc newsy i teksty. Najbardziej mi szkoda "spolecznosci" - nie w sensie ludzi, ale struktury. Zarznieto ja koncertowo. Bo co z tego, ze userzy produkuja "content", skoro leci on na jedno kopyto? To jest zwyczjanie nudne. I na cholere komu blog, skro zaraz wjedzie moderator i z buta wywali za jedno niecenzuralne slowo albo notke o religii (tak, zdarza mi sie sledzic rozne watki tutaj)? Serwis chce miec slszna tresc, niech zatrudni blog-autorow/blog-writerow, a nie wali ludzi po nerach.

Mam ten komfort, ze wiem, jak Polter dziala (a przynajmniej dzialal) od srodka. teraz moge popatrzec, jaki jest efekt braku pewnych rzeczy i jak sie to odbija na odbiorze serwisu. Niewiedza, brak kompetencji, glupie pomysly - takie trzy najciezsze grzechy, niestety, widoczne na pierwszy rzut oka. Bo nie wystarczy pokazac palcem kierunek, zeby bylo super. Trzeba jeszcze wiedziec, w ktora strone nalezy isc.

Kwestia Esensji - az mi sie wierzyc nie chce, ze tresc arta redakcja poznala z trzeciej reki. Dziwne tez, ze sie tym, z tego co widac, nie przejela - bo to jest bardzow ielka szpila wbita w Poltera wlasnie. Wbita przez magazyn, ktory zawsze byl serwisowi przyjazny i z ktorym byly zawsze swietne kontakty (choc byc moze myle wlasne obycie w fandomie, a za tym wiedze, kto co gdzie itd, z kontaktami miedzymedialnymi - coz, moze czas sie zainteresowac fandomem, droga redakcjo?). I skoro Esensja zwraca uwage, to jest serio cos nie tak. Tym bardziej, ze Esensja potwierdza tylko obserwacje czynione od jakiegos czasu.

I na koniec: spojnosc przekazu. Raz ocena jest, raz nie ma, to robienie sobie jaj z czytelnikow. Moze blad? Moze zajaczek? Moze lenistwo redaktora? Kto wie? A poza tym separatorem dziesietnym w j. polskim jest przecinek, nie kropka - ale widac ktos madrzejszy postanowil upiekszyc serwis tym jakze radosnym bledem po raz drugi. Forma przekazu powinna byc jednolita, chyba ze Polter zmienia sie w usluge hostowania stron - powiadomcie o tym, prosze, bo mam kilka rzeczy do powieszenia w sieci.

Jesli ktos dotarl do tego miejsca, dziekuje za uwage. Powyzsze to moja opinia i nie bede jej ani bronil, ani polemizowal na jej temat - nie mam bowiem takiej ochoty, ani potrzeby. Napisalem po prostu, co mi lezalo na watrobie i wracam do rzadkiego lurkowania - rzadkiego, bo coraz mniej znajduje tu rzeczy interesujacych, a po newsy erpegowe sam sobie zagladam do zrodel, glownie zagranicznych, bo juz zaden serwis w Polsce w zasadzie ich nie publkikuje, pomijajac zapowiedzi z ISA i info o blogowych wpisach Portala.

Fani dla fanów?

, ,

Fani gier fabularnych mają to do siebie, że bardzo często tworzą materiały do swoich ulubionych gier. Jakość tych produktów jest oczywiście mocno zróżnicowana - trafiają się i straszliwe gnioty, jak i absolutne perełki, dorównujące lub przewyższające nawet to, co wyszło spod pióra oryginalnych autorów.

Internet pełen jest fanowskiej twórczości, za którą autorzy, rzecz jasna, nie otrzymują wynagrodzenia. Fani tworzą dla własnej satysfakcji. Jeśli opublikowany materiał zostanie uznany za wart uwagi, a ktoś poleci go znajomym lub wykorzysta samemu na sesji, autor może być z siebie dumny.

Czasem zdarza się i tak, że autor lub wydawca gry zainteresuje się fanowską twórczością. Na dobrą sprawę obaj powinni mieć choćby minimalne rozeznanie, jak wygląda fandom skupiony wokół produktu, co ludzie mówią i co piszą, ale to temat na kiedy indziej. Uważam, ze chociaż satysfakcja z pozytywnej reakcji fanów na opublikowany materiał fanowski to dużo, prawdziwa nobilitacją jest dostrzeżenie publikacji przez autora lub wydawcę gry. A jeśli nadarza się szansa oficjalnego wydania materiału tworzonego dla własnej przyjemności, wszyscy powinni zacząć bić brawo. Materiał okazał się bowiem na tyle dobry, że warto go wydać na papierze. Co więcej, dla fana jest to przeskok o poziom wyżej - z hobbysty zmienia się on w twórcę materiałów do gry, wymienianego oficjalnie czy to w materiałach prasowych, czy w bazach danych podręczników do RPG (o liście płac w samym dodatku nie wspominając).

Każda inicjatywa fanowska jest cenna. Każde wsparcie wydawcy dla fanów jest na wagę złota. Jedni są bowiem zależni od drugich - i odwrotnie. Jeśli więc wydawca chce wesprzeć fanów podając im rękę i mówiąc "wy napisaliście, a ja to wydam i zapłacę", należy odbić korki od szampana. Wydawca bowiem pokazał, że mu zależy, fani zaś mają okazję zyskać nie tylko dobry materiał, ale także wskazówkę, czyją twórczość należy śledzić ze szczególna uwagą.

Dlatego też zdębiałem lekko, kiedy przeczytałem o decyzji Wydawnictwa Portal, które pod presją fanów (sic!) wycofuje się z pomysłu wydania drukiem najlepszych fanowskich materiałów do Neuroshimy (cała dyskusja o projekcie tutaj). Argumenty fanów? "Bo to już było", "Bo w sieci mam za darmo".

Zazwyczaj materiały fanowskie, zanim trafią na papier, są redagowane, uzupełniane, bywa, że pisane w dużym stopniu od nowa. Na pewno nie są jedynie zwykłym Control+C Control+V z sieci. Znając Portala, pewnie dorzuciliby do dodatku jakieś premierowe materiały lub to, co nie zmieściło się w poprzednich publikacjach. Ale nie, zmuszeni przez fandom gry (jaki to fandom, który nie chce nowych materiałów?!) odwiesili pomysł na kołek, by czekał na lepsze czasy.

Jak napisałem wyżej, każdy gest wydawcy w stronę fanów jest ważny. Ważna jest jednak również postawa fanów wobec wydawnictwa. Nie zdziwiłbym się, gdyby Portal po tym wydarzeniu nieco przystopował swój entuzjazm względem fandomu portalowych gier. Ale cóż zrobić: fani fanom zgotowali ten los.

Znalezione na dysku #3

, ,

Oto trzecie, ostatnie moje opowiadanie osadzone w świecie Gasnących Słońc. W moim odczuciu jest najmniej udane – głównie dlatego, że miałem ochotę na zrobienie czegoś z wykopem i w roli głównej obsadziłem cesarza Alexiusa Hawkwooda. I to był błąd. Zwrócono mi na to wówczas uwagę, ale dopiero teraz się z tym zgodziłem. Porwanie się na kanoniczną postać świata gry rzadko kiedy jest dobrym pomysłem. W związku z tym na blogu publikuję lekko przeedytowana wersję.

Tak, ten tekst to także pewna fascynacja X-Men, których to uwielbiam do dziś. Opowiadanie zostało pierwotnie opublikowane w czasopiśmie Magia i Miecz 9/2001.

Read more...