Skip navigation.

100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN

Posts tagged with "Recenzje"

Harry Potter 6 - żenada roku

,

Harry Potter i Książę Półkrwi to fajny film. Oczywiście adaptacje rządzą się swoimi prawami - rozumiem, że nie można w dwóch godzinach zmieścić wszystkiego.

Ale żeby tak okaleczyć oryginał, jak to zrobiono z szóstym Potterem, to zbrodnia i kpina z fanów. Żenada, po prostu żenada.

Transformers 2: Bo fabuła była za słona

, ,

W minioną sobotę wreszcie zobaczyłem Transformers 2. Z kina wyszedłem uradowany jak rzadko, jako że film spełnił moje oczekiwania z nawiązką (swoje dołożył też zwiastun G.I.Joe – pomijając durne accelerator suits produkcja zapowiada się dobrze). Michael Bay poszedł na całość, dając miłośnikom wielkich robotów to, co lubią najbardziej: więcej wielkich robotów. Autoboty walczyły z Decepticonami, między nimi plątali się U.S. Marines z ciężkim sprzętem, było dużo huku, błysków, wybuchów, latających odłamków, i tak dalej. Twórcy postawili na akcję i wyszło im to doskonale. Żaden geek, który kiedykolwiek zachwycił się czy to animowanymi lub komiksowymi transformerami, czy też miał kiedyś figurki z tej serii, nie powinien się rozczarować.

Z ciekawości przejrzałem kilka opublikowanych w sieci recenzji (parę wygooglanych, parę spłynęło RSS-em). To był błąd. Myślę, że w przyszłości odpuszczę sobie jakiekolwiek filmowe recenzje w różnego rodzaju portalach opinii, tak komercyjnych, jak i fanowskich. Ku przestrodze podzielę się niektórymi złotymi myślami z tychże tekstów.

Ale co z olbrzymią rzeszą dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków, którzy niczym mantrę powtarzać będą zdanie o magicznym powrocie do dzieciństwa? Czy naprawdę trzeba im przypominać, że wychowali się na filmach takich jak "Powrót do przyszłości", "Poszukiwacze zaginionej arki", "Goonies" czy nawet "Terminator", które poza nowatorstwem formy, przemycały pod płaszczykiem rozrywki także podstawowe wartości? Film Baya nie jest przy nich nawet wygaszaczem ekranu...

stopklatka.pl
Tego nie ma nawet sensu komentować. Proponuję poszukać wartości w Cannibal Ferox i Cannibal Holocaust, może znajdzie się coś o krytyce społeczeństwa konsumpcyjnego? Tę klatkę faktycznie ktoś powinien zastopować. Raz a dobrze.

Tutaj kolejny raz boli świadomość zepsutych wątków Devastatora i Fallena. Te postacie miały taki potencjał, że same mogłyby pociągnąć cały film. A co robi Bay? Pakuje 46 Transformerów (oficjalnie, nie liczyłem), których praktycznie nie widać. No chyba, że jesteście maniakami i wszystkich rozpoznaliście, a nawet znacie historię postaci. Dla mnie połowa robotów tylko migała na ekranie i zanim się zdążyłem zorientować, że to jakiś nowy, już go nie było.

niezlekino.pl
Owszem, mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że Devastatora było za mało. Choć Devastator i Fallen faktycznie mogliby film pociągnąć – przez jakieś piętnaście minut, dopóki nie załatwiliby wszystkich Autobotów (kto pamięta pojawienie się Shockwave'a, ręka w górę). To nie ten kaliber robota, by go wrzucać na sam początek filmu. Co do migania robotów na ekranie – cóż, w komiksie tez migały, a na półkach sklepowych nawet bardziej. Służę pomocą naukową: oto lista dobrych i lista złych robotów. Do wykucia przed częścią trzecią, żeby się Rumble i Ravage w formie kaset nie mylili. Niezłe kino, nie ma bata.

W skrócie: Uczta dla oka, katorga dla uszu. Pod względem wizualnym – majstersztyk. Tysiące wybuchów, transformerso-mordobić, bardzo dobra praca kamery… no i Megan Fox. Pod każdym innym względem, niestety, dużo gorzej.

polter.pl
Po pierwsze, po angielsku jest „Transformers”, a po polsku są „Transformery”. Tak jak nie ma talibanów, tylko są talibowie. A jesli od grzechotu łusek i wycia serwomechanizmów więdną uszka, to Hannah Montana jeszcze grają, zalecam więc profilaktycznie zmianę repertuaru na coś mniej męczącego. Wracając do meritum, o czym ma być film, w którym walczą ze sobą dwie frakcje wielkich robotów, uzbrojonych po zęby, a lista osób odpowiedzialnych za efekty specjalne zajmuje chyba z 2/3 napisów końcowych? Zgadujmy: miłość? Przyjaźń? Pokój na świecie? Live Aid? Nie, ten film jest o wielkich robotach, które dają sobie po ryju. Tak po prostu. Po mordach tłukły się figurki, mordobicie było w komiksach i serialach animowanych, więc o czym ma być live action? O tym, jak Optimus oświadcza się Megatronowi i zmienia nazwisko na Pride, a nad szczęśliwą parą rozkwita tęcza? Odradzamy recenzje filmowe w polter.pl

[...] poroniony robot-lachon.

pop gone wrong
Myślałem, że mowa o Arcee, ale Beaconowi chodziło o (SPOILER w ROT13!) Qrprcgvpban Cergraqren, xgóel qbovren fvę qb Fnzn. (KONIEC SPOILERA!). Cóż, jak się nie zna kanonu, to wychodzą takie kwiatki. Do wybaczenia. Choć tego, że się nadmiar akcji nie podoba, nie rozumiem. Jaki nadmiar akcji? W jedynce rozbawił mnie Optimus, który zaserwował w pewnej chwili prawdziwie patriotyczną gadkę, godną Amerykańskiego Kina Flagi (autorem tego zgrabnego określenia filmów typu Patriota jest Murphy). W pierwszej części, jeśli o mnie chodzi, było nieco za spokojnie, dopiero teraz Bay rozwinął skrzydła. Tak, więcej walczących robotów to coś, czego brakowało. Pop zdecydowanie went wrong this time. Za pokutę Beacon powinien obejrzeć Lejdis trzy razy bez przerwy.

Na zakończenie tej wyliczanki akcent pozytywny. Onet.pl puścił recenzję kinowego wytworu popkultury i go nie zjechał. Byłem w szoku, pamiętając kilka innych tekstów w tym portalu, w których to autorzy popisywali się nieznajomością tego, co recenzują (od braku świadomości, że film był np. ekranizacją komiksu, po zupełną ignorancję względem konwencji – coś a'la domaganie się newtonowskiej fizyki w Star Wars).

Wygląda na to, że zapanowała moda na czepianie się tam, gdzie czepiać się nie ma po co. Jak ktoś chce skomplikowanej i logicznej fabuły, niech obejrzy jakiś kryminał. Chce głębi, ambicji i przemyśleń? Kieślowski czeka. Kino rozrywkowe zostawcie tym, którzy tej rozrywki oczekują. Nie twierdzę, że kiepskiego rozrywkowego filmu nie można nazwać po imieniu. Hitman był słaby przy dobrym materiale wyjściowym, Nienarodzony był żenujący. Przeniesienie transformerów na duży ekran ma natomiast wszystko, czego od tej produkcji można było oczekiwać.

Gdyby ktoś chciał przeczytać porządną recenzję Transformers 2, niech zajrzy na blog Deckarda.

Pora na podsumowanie. Transformers 2 to film o wielkich robotach, które:
  • są wielkie
  • są uzbrojone
  • bywają wkurzone
  • potrafią wyrwać drzewo i nim przywalić
  • nie lubią swoich pobratymców z innym wzorkiem wydziaranym na klacie
  • naparzają się z tymi złymi/dobrymi robotami (zależnie od opcji) przy pomocy wyżej wymienionego uzbrojenia
  • potrafią zrobić niezłą demolkę – trudno, żeby było inaczej, skoro są wielkimi, uzbrojonymi robotami, które tłuką inne wielkie, uzbrojone roboty
  • wszystko powyższe robią od 1984 roku

Transformers 2 to film o wielkich robotach (powtarzamy, aż się utrwali). Są uzbrojone i niebezpieczne. Radość płynąca z oglądania odstrzeliwanych, odcinanych i odrywanych metalowych części jest wielka. Brak fabuły? Jaki brak fabuły, dajcie spokój – każdy fan zna historię o tym, że transformery przybyły z Cybertronu na Ziemię, a tam kontynuowały to, co robiły na rodzinnej planecie: tłukły się po pyskach.

Jeśli powstanie część trzecia, to mogą ją nawet zrobić w formie przekazu na żywo z pola walki. Sto dwadzieścia minut czystej, transformerowej nawalanki. Marzenie.

Nienarodzony - najlepszy był trailer

, ,

Pomysł na film Nienarodzony (The Unborn był fajny. Podaruję sobie oznaczanie spoilerów, bo mam nadzieję, że nikogo do obejrzenia tego filmu nie zachęcę: dybuk próbuje powrócić do świata żywych. Mógł być z tego całkiem niezły, koszerny horror.

Tymczasem do kina trafiła idiotyczna historia o demonie, który chce się odrodzić, więc usilnie próbuje zabić swoją przyszłą matkę (serio!) - no dobra, nienawidzi jej, bo jej babka zabiła go w Oświęcimiu (jeszcze bardziej serio!). Na koniec okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży (bliźniaczej, co istotne), więc na cholerę było to całe zabijanie. Do tego dochodzi wątek obumarłego bliźniaczego płodu bohaterki (jej babka też była bliźniakiem i właśnie w jej brata wszedł demon w Oświęcimiu wskutek eksperymentów nazistów) – pewnie dlatego dybuk dyszy nienawiścią, gdyż siostra udusiła go swoją pępowiną jeszcze przed porodem. Jak widać, mordowanie swoich demonicznych bliźniaków jest tutaj wartością rodzinną.

Tyle fabuły w skrócie. Więcej nie ma. Nie, nie umiem jej lepiej wytłumaczyć. Za to nasuwa się kilka pomysłów do wykorzystania w przyszłych produkcjach, które nie koniecznie będą sensowne, ale może chociaż będą śmieszne:
  • w filmie nienarodzony płód-demon pojawia się pod postacią kilkuletniego chłopca. Skoro nienarodzony, to niech następnym razem mordercą będzie płód – może np. dusić pępowiną albo zamamływać na śmierć. Tego chyba jeszcze w kinie nie było.
  • dowolny demon władający telekinezą jest w stanie przerwać każdy egzorcyzm np. niszcząc księgę z zaklęciami/modlitwami. Potem wystarczy wykończyć uczestników obrzędu, a zwłaszcza tego, który zna magiczne formuły. Oczywiście dybuk zapomina o tym ostatnim, dzięki czemu wszystko dobrze się kończy.
Do tego dorzucę doskonałe tłumaczenie dialogów, które pozwolę sobie skomentować jednym przykładem z projekcji:

oryginał: horrible experiments that blurred the lines between science and the occult
tekst polski: eksperymenty z pogranicza nauki i tortur

Za tekst odpowiedzialny był niejaki T.A.Deusz. Też bym się wstydził podać nazwisko.

No dobra, mały plusik za fajna muzykę.

Ja lubię głupie filmy. Na Black Water ubawiłem się setnie (scena z wabieniem krokodyla kawałkiem urwanej ręki rozbraja). Nienarodzony to jednak film tak zły, że nic go nie ratuje. Nie warto, odradzam, apage!


Inny Indiana Jones

, ,

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki - na ten film czekałem od 1989 roku. Czwarty "Indiana", obok kolejnych Gwiezdnych wojen, wydawał się marzeniem, które nigdy się nie spełni. Czasem jednak marzenia się spełniają.

Godzinę temu wróciłem z przedpremierowego pokazu. Moje wrażenia? To jest INNY Indiana Jones. Tak inny, że nie podejmuję się porównywać go z poprzednimi częściami. Inne są realia, inna stylistyka, inni są wreszcie bohaterowie, a Dr. Henry Jones, Jr. ma zmarszczki i siwe włosy. Inna też jest przygoda, w której bierze udział - być może największa w jego życiu, być może i ostatnia. Na pewno jednak różniąca się od tych, które przeżył do tej pory.

W filmie znalazły się odwołania do poprzednich części, a także do serialu Kroniki młodego Indiany Jonesa. Przed wizytą w kinie warto więc odświeżyć sobie przynajmniej "starą" trylogię. Czy powstanie kolejna produkcja o nieogolonym archeologu? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Choć pojawia się coś na kształt zapowiedzi sequela, to raczej jest to gra reżysera z widzami - ale kto wie, co zrobią Spielberg z Lucasem.

Warto wybrać się do kina, żeby sprawdzić, czy Indiana Jones nadal bawi tak samo, jak przed niemal dwudziestu laty. Należy wziąć jednak poprawkę na to, że nie ma tam już nazistów, świat zmienił się, a jednymi z niewielu znajomych rzeczy pozostały bicz, fedora i niewiarygodne przygody.



Blade Runner: The Final Cut - All those moments...

, ,

Do you like our owl?


Są tytuły, których się nie recenzuje. Książki i filmy będące kamieniami milowymi gatunku, stanowiące absolutny kanon; dzieła przełomowe - choć może nie zawsze wybitne - przynajmniej dla mnie nie podlegają ocenie. Jak bowiem miałbym podsumować Władcę pierścieni albo Gwiezdne wojny czy opowiadania Lovecrafta? Owszem, jest to do zrobienia - ale po co? Jaki jest sens wytykać kilkudziesięcioletniej klasyce jej wady? Trzeba po prostu przyjąć, że pewne filmy, książki czy gry są po prostu najlepsze - mimo wad.

Blade Runner Ridleya Scotta to jeden z tych filmów, które odcisnęły trwały ślad w historii kina. Nakręcony na podstawie powieści Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, początkowo niedoceniany, uzyskał status kultowej produkcji. Od 1982 roku film doczekał się kilku wersji, zaś w 2007 ukazała się edycja zatytułowana The Final Cut, będąca ostateczną, kompletną wizją reżysera, do której nie mieszał się producent.

Pięciodyskowe wydanie DVD zawiera kilkadziesiąt godzin materiału filmowego: poza ostateczną odsłoną filmu znajdują się tam także poprzednie wersje: kinowe - amerykańska i międzynarodowa, wersja reżyserska oraz kopia robocza; do tego dochodzą komentarze twórców i różnorakie dokumenty omawiające produkcję BR. To istny raj dla każdego filmowego maniaka. Sama tylko płyta z The Final Cut zawiera sześć godzin odautorskich komentarzy, a dokument Dangerous Days trwa 3,5 godziny - a to tylko dwa pierwsze dyski.

May I ask you a personal question?


Oglądając współczesne produkcje cieszę się, że wychowywałem się na filmach, w których dekoracje były prawdziwymi dekoracjami, a nie wykreowanymi dzięki CGI. Zamiast pokazu mocy obliczeniowej współczesnych stacji graficznych miałem okazję podziwiać kunszt specjalistów od efektów specjalnych, modeli i animatroniki. Nie mam nic przeciwko stosowaniu osiągnięć współczesnej technologii informatycznej w przemyśle filmowym, ale jednak stare metody produkcji filmów - zwłaszcza fantastycznych - mają swój niepowtarzalny urok. Same opowieści o tym, gdzie brakujący rekwizyt zastąpiono na planie trampkiem czy ziemniakiem to klasa sama w sobie. Dziś braki nadrabia się paroma kliknięciami.

Blade Runner potrafi zauroczyć już od pierwszych sekund, kiedy oglądamy panoramę Los Angeles w 2019 roku, pełną płonących pochodni gazowych. Zaraz potem widzimy piramidę Korporacji Tyrella, pokrytą tysiącami świecących punktów. Wszystko w towarzystwie świetnej muzyki Vangelisa. Kiedy oglądałem BR po raz pierwszy, nie mogłem uwierzyć, że są to modele. Tak samo było i tym razem - scenografia tej produkcji jest niesamowita, dopracowana do perfekcji. Każdy, najmniejszy nawet detal jest na swoim miejscu i nadal - po 25 latach - robi to olbrzymie wrażenie.

Oczywiście można dyskutować, czy kolejne wydanie było potrzebne - zwłaszcza, że pomiędzy wersją reżyserską a "ostateczną" różnice są niewielkie (z ciekawostek: naprawiono problem "zaginionego" piątego replikanta - Bryant prawidłowo wspomina teraz o dwóch uciekinierach zabitych przed wydarzeniami pokazanymi w filmie). Ridley Scott miał prawo urzeczywistnić swoją wizję i wydać BR w takiej postaci, w jakiej zawsze chciał to zrobić. To jest jednak przed wszystkim ukłon w stronę fanów, dzięki którym film Scotta osiągnął należmy mu status. To także doskonały moment, by ci, którzy tego filmu jeszcze nie widzieli, nadrobili zaległości. BR to kawałek historii kina, produkcja wyjątkowa pod każdym względem i nawet, jeśli ktoś nie jest fanem fantastyki czy kina noir, powinien ten film zobaczyć.

All those moments will be lost in time, like tears in rain.


Oglądając wywiady z twórcami BR, patrząc na siwego Ridleya Scotta i zmarszczki Harrisona Forda, zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie był ostatni moment, żeby odświeżyć tę produkcję, nagrać rozmowy z aktorami. Czasem zdarza mi się myśleć, co będzie, kiedy przeczytam w prasie nekrolog mojego ulubionego aktora. Zresztą, od tej strony rok 2008 zaczął się fatalnie, odeszli Gary Gygax i Arthur C. Clarke. Chciałbym wierzyć, że na tym się skończy.

Zamyka się pewna epoka. Miłośnicy fantastycznych światów zaczynają powoli tracić kolejne filary gatunku, ojców-założycieli współczesnej fantastyki. To paskudne uczucie myśleć o tym, że najnowszy Indiana Jones może być ostatnim nie tylko ze względu na wiek głównych aktorów i twórców.

Jednak nie ma sensu martwić się na zapas. Cieszmy się, że wciąż możemy obejrzeć kilka dobrych filmów - a kolejne na pewno powstaną. Dobrze jest jednak czasem powrócić do produkcji sprzed lat, do chwil, które nie przepadną w czasie tak długo, jak długo będą o nich pamiętać fani. Blade Runner to dobre kino - w 1982 roku, w 2008, jak i za kolejne 25 lat.

It's too bad she won't live! But then again, who does?


Blade Runner
The Final Cut
Zawartość pudełka: list od Ridleya Scotta, 5 płyt DVD, karty z concept artami z filmu, książeczka omawiająca zawartość pakietu, hologram z Deckardem (scena, kiedy wraca do swojego mieszkania po śmierci Roya), kawał historii kina.

Wszystkie cytaty zostały zaczerpnięte z filmu Blade Runner.


Terminator: The Sarah Connor Chronicles - wojna bez końca

, , ,

Zrobić dobry serial na podstawie kinowego hitu to trudna sztuka, a i niezbyt popularny pomysł. Zwłaszcza, jeśli serial skupia się na głównych bohaterach pełnometrażowej produkcji. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy sam film i postacie należą do kanonu gatunku. Dlatego też moja pierwsza myśl, gdy usłyszałem, że mają nakręcić serial Terminator, była zbliżona do: "ten, kto to wymyślił, zwariował". Potem jednak, jak to mam w zwyczaju, stwierdziłem: "poczekamy, zobaczymy". Warto było czekać.

Pierwszy sezon serialu Terminator: The Sarah Connor Chronicles liczy dziewięć odcinków. Planowano trzynaście, ale strajk scenarzystów skutecznie pomieszał producentom szyki (nie tylko w przypadku tej serii). Akcja osadzona jest po wydarzeniach z Terminatora 2 - trzecią część twórcy postanowili zignorować. Trochę szkoda, bo to bardzo dobry film, świetnie kontynuujące wątki z poprzednich części. Co ciekawe, wedle zapowiedzi serial ma zawierać pewien łącznik do planowanego czwartego filmu o walce ludzi z maszynami, będącego kontynuacji trzeciej części. Cóż, w historiach o podróżach w czasie wszystko jest możliwe.

Na początku muszę zgodzić się z niektórymi recenzentami: Lena Headey to nie Linda Hamilton. Ani nie jest tak przypakowana, ani tak ładna. Ale muszę też przyznać, że dobrze sobie radzi jako Sarah Connor. Jest wystarczająco paranoiczna (No one is ever safe!), momentami nadopiekuńcza, ale przede wszystkim odpowiednio zdeterminowana. Lena jako matka nastoletniego chłopaka, który kiedyś ma poprowadzić ludzkość przeciwko Skynetowi, jest wystarczająco przekonująca. Podobnie Thomas Dekker jako John Connor dobrze gra piętnastolatka, który buntuje się, mając dość wojskowego rygoru i ciągłego uciekania. John chce walczyć - przecież będzie musiał w przyszłości prowadzić ocalałych ludzi do walki. A jak ma się tego nauczyć, skoro matka najchętniej schowałaby go w najgłębszym schronie?

Obu kreacjom trochę jednak brakuje do ideału, choć wydaje mi się, że jest tak głównie za sprawą scenariusza. Z jednej strony to Terminator, z drugiej momentami czuje się powiew kina familijnego dla nastolatków (filmy były bardziej brutalne), choć na brak przemocy narzekać nie można - maszyny nie patyczkują się z ludźmi. Postać Johna jest za mało wyeksponowana, czasem spychana na dalszy plan. Jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy z Connora zrobić przyszłego przywódcę, czy może jednak nastolatka. Ale John to przecież wciąż dzieciak - i to widać.

Najlepiej z głównych bohaterów wypada Cameron Phillips (Summer Glau) - terminator, tradycyjnie wysłany z przyszłości, by chronić Johna. Cameron to zaawansowany model, nie aż tak jak T-1000 czy T-X, ale lepiej od T-800 naśladujący ludzkie emocje. Phillips jest obca - to się czuje. Scenarzystom należą się podziękowania za nie przesadzanie z nawiązaniami do poprzednich terminatorów. Mamy tu oczywiście nieśmiertelne Come with me if you want to live i parę innych smaczków, ale Cameron na szczęście nie jest kalką z roli Arnolda Schwarzeneggera. Glau gra swojego terminatora i wychodzi jej to dobrze.

Pojawiają się tu także postacie z pierwszych dwóch filmów, bądź tez wyraźne nawiązania do nich. Jest też Skynet - lub raczej jego początki (i kilka tropów prowadzących do kolejnej przyczyny Dnia sądu). Scenarzyści zastosowali tu zabieg z trzeciego filmu - przyszłość jest już ustalona, zagłada nadejdzie, zmienne są jedynie okoliczności, w których maszyny wypowiedzą wojnę ludzkości. Odkrycie tego właśnie momentu w historii pozwoli odsunąć nuklearny holocaust o kilka-kilkanaście lat. Data jest znana, pozostaje pytanie, skąd tym razem Skynet wypuścił swoje elektroniczne macki.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles zaczyna się mocnym akcentem (świeta scena strzelaniny w szkole), choć potem tempo nieco spada. Nic zresztą dziwnego, pomysł fabularny jest interesujący, ale wymaga sporego rozbiegu. Na szczęście twórcy dotrzymali obietnic i nie dostaliśmy schematu terminator tygodnia - każdy z odcinków popycha fabułę do przodu, zaś cyborgi Skynetu pojawiają się, owszem, ale dawkowane umiejętnie. Scenarzyści postanowili tez wykorzystać inny charakterystyczny element serii - podróże w czasie. Tak, to brzmi strasznie, ale zapewniam, że ten motyw zastosowano oszczędnie i bardzo umiejętnie. Do tego wszystkiego dorzucono FBI, wciąż ścigające Sarę za wysadzenie budynku Cyberdyne Systems oraz trochę wątków osobistych, które splatają się z główną osią fabuły.

Aktorzy, postacie, fabuła - to wszystko jest ważne, ale dla tej serii fundamentalne pytanie dotyczy czegoś innego. Mianowicie, jak Terminator: The Sarah Connor Chronicles wpisuje się w terminatorowy kanon filmowy? Lepiej, niż się spodziewałem. Serial jest solidnie osadzony w świecie wykreowanym przez Jamesa Camerona. Wszystkie kluczowe elementy zostały potraktowane odpowiednio rozsądnie, o niczym ważnym nie zapomniano, a odwołania do znanych postaci czy wydarzeń są zgodne z tym, co widzieliśmy wcześniej w kinach. Dodatkowo sporo jest tu różnych smaczków wyraźnie przeznaczonych dla fanów tytułu. Przyzwyczajenie się do formuły odcinkowej chwilę trwa, ale potem zaczyna się doceniać to, w jaki sposób seria rozbudowuje "mitologię" Terminatora. Nie zabrakło tu także scen z przyszłej wojny. Wadą jest to, że jak w większości współczesnych seriali, mamy tutaj historię rozpisaną na kilka sezonów - a wiadomo, że oglądalność, niczym łaska pańska, na pstrym koniu jeździ.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles to udane rozwinięcie filmów kinowych, chocaż szkoda, że postanowiono zignorować część trzecią. Pomysł i wykonanie stoją na niezłym poziomie, widać jednak, że twórcy dopiero uczą się, jak radzić sobie z tego typu materiałem przełożonym na język telewizji. Zdarzają się naiwności i dziwne zabiegi scenarzystów, ale ogólnie produkcja swoim poziomem pozytywnie zaskakuje. Zaś ostatni odcinek pierwszego sezonu zawiera scenę, która od razu wskoczyła na moją listę "najfajniejszych scen serialowych" (Johnny Cash!). Tym bardziej cieszy więc informacja, że powstanie drugi sezon - inaczej szkoda by było takiego potencjału i nierozwiązanych wątków. Stay tuned, he said there's a storm coming in.



TXF 5x05 The Post-Modern Prometheus

, , ,

Niektóre seriale mają parę dobrych odcinków. Niektóre seriale są niezłe jako całość. Niektóre niezłe seriale maja odcinki wybitne.

The Post-Modern Prometheus to jeden z najlepszych odcinków The X-Files i chyba jeden z najlepszych serialowych epizodów w dziejach telewizji. Z jednej strony to pastisz historii doktora Frankensteina i jego potwora, z drugiej to przykład, jak można robić serial, wyrwać się ze schematów, pobawić konwencją. Odcinek pokazuje, że zestaw Mulder+Scully+Potwór można podać widzowi na wiele sposobów. The Post-Modern Prometheus zachwyca za pierwszym razem, a za każdym kolejnym jest tylko lepiej. A kiedy już nauczymy się wszystkich dialogów na pamięć, dalej będzie można zachwycać się muzyką Marka Snowa, śpiewem Cher i ostatnią sceną. Zresztą, za scenariusz i reżyserię odpowiadał sam Chris Carter. Czy trzeba czegoś więcej?

Jakiś potwór tu nadchodzi

, ,

Jak dobrze spędzić 1 godzinę 40 minut (z reklamami):

1. Zażyć aviomarin.
2. Pojechać do kina.
3. Kupić bilet na Cloverfield, przy okazji przeklinając dystrybutora za polski tytuł tak co najmniej do siódmego pokolenia wstecz.
4. Obejrzeć reklamy i trailery (reklama Saaba jest świetna!)
5. Obejrzeć film.
5a. Zachwycić się scenami z udziałem wojska, dźwiękiem i radosną rozwałką w NYC.
6. Koniecznie zostać na napisach końcowych.
7. Wyjść z kina.
8. Dzięki aviomarinowi uniknąć stanu "jest mi niedobrze, bo kamera latała".

Film jak film - dobry. Ale ta muzyka na napisach!



Film o potworach

, ,

Ona: O czym jest ten film?
On: O potworach.

- dialog parki siedzącej obok mnie

"Nie idź na to, bo to kiepski film jest. Obejrzyj na kompie, szkoda kasy" - takimi tekstami sypali znajomi, kiedy się przyznałem, że wybieram się do kina na Aliens vs Predator 2. Na szczęście mam to do siebie, że nie wierzę recenzentom. A do opinii znajomych także podchodzę ostrożnie, zwłaszcza do tych negatywnych. Już nie raz przekonałem się, że mój gust i czyjś gust są zupełnie odmienne.

Na seans poszedłem z dość krótką listą życzeń: mają być obcy, mają być predatorzy, ma być rzeźnia i fajne efekty specjalne. Nie oczekiwałem ani doskonałej gry aktorskiej, ani głębi psychologicznej bohaterów, ani poziomu Alien czy Aliens. Bo i po co? Owszem, można by zrobić coś o honorze i dumie łowcy, albo produkcję w realiach horroru, ale prawdę mówiąc tego rodzaju tematyka wychodzi obu stworom lepiej podczas solowych występów. Tutaj natomiast dostaliśmy śliczne przedstawienie tego, co się stanie, kiedy całą tę menażerię wpuści się do amerykańskiego miasteczka.

Chciałem rzeźni, dostałem rzeźnię. Nie chcę za bardzo spoilować, ale do tej pory obcy jeszcze nie wykluwał się z dziecka. Nie było też sekwencji, w której obcy wpadają do szpitala i odwiedzają między innymi oddział położniczy i sektor noworodków. I nie ma tu żadnego owijania w bawełnę - to jest jatka i tak właśnie powinno być. Przyznaję, nie spodziewałem się aż takiego pojechania po bandzie, zwłaszcza, że część scen jest dość drastyczna - przestrzegam więc osoby wrażliwe. Predator też zresztą nie przebiera w środkach, jeśli chodzi o usuwanie stających mu na drodze ludzi - a ci nie są aniołkami.

Film zamyka świetna scena, będąca głębokim ukłonem w stronę fanów Obcego - oczywiście, można się domyślić wszystkiego kilka minut wcześniej, ale dobre wrażenie pozostaje. Fan service pełną gębą.

Oczywiście produkcja ma tez mankamenty. Dla mnie największym minusem jest obecność predaliena. Nigdy nie podobała mi się idea przejmowania przez obcych cech nosiciela. Wyszło to bodaj z komiksów (w filmach zastosowano ten pomysł w Alien 3) i jest to jedną z najbardziej absurdalnych idei ever - obcy wykluty z predatora będzie pół-predatorem, ale też obcy wykluty ze słonia będzie wielki jak słoń (vide Space Jockey jako host w jednym z komiksów). Głupie, ale da się przeżyć - lepsze, niż to coś, co się pojawia na końcu czwartego Obcego. Choć i tu twórcy przesadzili, wyposażając predaliena w pewne dodatkowe funkcje (scena w szpitalu na porodówce). Do tego dochodzą błędy w oświetleniu - część ujęć jest za ciemna. A wątek ludzi jest tylko po to, żeby miał kto uciekać przez cały film. Ale czy ktoś chciałby oglądać AvP dla fabuły?

Aliens vs Predator 2 to nie jest zły film, wbrew temu, co twierdzą mądrzy recenzenci i wieść gminna niesie. To produkcja, której zawartość doskonale oddaje tytuł. Całość jest bardziej dynamiczna od pierwszej części i trochę lepiej moim zdaniem wpisuje się w realia połączonych światów obcych i predatorów, niż opowieść o wyprawie do podlodowej piramidy.

Nie słuchajcie więc złych doradców i idźcie do kina, póki jeszcze AvP2 grają. To nie jest film wybitny, ale nie jest to też zła produkcja. To solidny kawał ekranowej wyrzynanki z ulubionymi potworami publiczności w roli głównej. Film dostarcza rozrywki i spełnia swoje zdanie - pokazuje, co banda ksenomorfów potrafi zrobić z pięciotysięcznym miastem. Nie spodziewajcie się cudów, ale też nie skreślajcie od razu filmu, który ma zalety czysto zabawowe.

* * *
Niniejszym wpisem otwieram sezon blogowy 2008. Jak widać, trochę mi to zajęło - nie wiem, czy będę pisał regularnie, ale myślę, że będzie o czym. Zaczynamy kampanię w Burning Wheel, trochę tematów do opisania wciąż czeka na swoją kolej, a znając życie, będzie też o czym marudzić. ;) Więc miejsce czytniki RSS w pogotowiu. Zapraszam. :)

Nadchodzą!

, ,

Zachęcony przez Borysa, wybrałem się do kina na Inwazję (The Invasion), kolejny remake Inwazji porywaczy ciał (Invasion of the Body Snatchers). Była to już czwarta ekranizacja powieści Jacka Finneya, poprzednie powstały w latach: 1956, 1978 i 1993. Prawdę mówiąc, jeśli ktoś widział jedną Inwazję..., to widział już wszystkie, co nie znaczy jednak, ze należy sobie film odpuścić.

Tegoroczny remake to całkiem udana produkcja. Nie jest przesadnie ambitna, nie pretenduje też do miana "odkrycia roku". Po prostu przedstawia znaną, klasyczną historię, w której tajemniczy obcy podmieniają ludzi (tutaj zmieniana jest jedynie osobowość, nie ma hodowania duplikatów, choć kokony są obecne jak najbardziej). Warto pójść na ten film z grupką znajomych i cieszyć się ze znanych już, ale wciąż budzących radość momentów (My husband is not my husband; They are coming! You're Next!; Don't sleep... Don't sleep...).

Zachowano tu wszystkie konieczne dla Inwazji... elementy: tajemnicze "coś" zmieniające ludzi, najbliżsi, którzy nie są już sobą, powszechna niewiara, że coś się dzieje - aż będzie za późno. To się po prostu dobrze ogląda, niezależnie od dekoracji. Są wspomniane wyżej, obowiązkowe kokony transformacyjne, a samo obce zagrożenie przybywa na Ziemię w postaci zarodników, jak w powieści. Jest tez odpowiednio obrzydliwy sposób bezpośredniego szerzenia "zarazy", związany z przyjętym w Inwazji sposobem rozprzestrzeniania się zarodników.

Wady? Kilka się znajdzie. W pewnym momencie fabuła skacze gwałtownie do przodu, jakby ktoś wyciął z filmu kilkanaście minut. Najpierw wiadomo, że coś się dzieje, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć co, a potem deus ex machina wojskowi naukowcy już wiedza i dzielą się tą informacją z towarzyszami głównej bohaterki. To rozwiązanie miałoby sens, gdyby pojawiło się jakieś 15-20 minut później, już po pierwszym bezpośrednim kontakcie Carol Bennell z pod people.

Można też nieco zarzucić zakończeniu, w którym pytanie o to, jaka Ziemia byłaby lepsza - pełna mordujących się z błahych powodów ludzi, czy może zasiedlona przez zunifikowane, zmienione przez obcych jednostki - zostaje zdane wprost. Przypomina to walenie widza łopatą po głowie, czy aby na pewno zrozumiał, o co w filmie chodzi.

Inwazję polecam. Nie ma w tym filmie nic nowego, nic odkrywczego, a tych, którzy znają książkowy oryginał bądź też poprzednie ekranizacje, produkcja niczym nie zaskoczy (choć oczywiście zawsze można obstawiać, czy zakończenie będzie optymistyczne, czy nie). Mimo to jest to kawałek fajnego kina oraz powrót do czasów paranoi lat 50-tych, kiedy "inni" mogli w każdej chwili zaatakować społeczeństwo USA (i wolnego świata) od środka. Jack Finney twierdził, że powieść nie miała być politycznym komentarzem do ery maccarthyzmu. Jednakże, czy dzisiaj motyw "porywaczy ciał" nie mógłby wpisać się w tak nagłaśniane medialnie, ogólnoświatowe zagrożenie terroryzmem, kiedy to bombę może podłożyć mąż, który zmienił religię i stał się "inny"?

Swoją droga, to byłby niezły chwyt reklamowy dla każdej nacjonalistycznej partyjki: "Nadchodzą! Jesteś następny!"

Download Opera, the fastest and most secure browser