100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN.

Subscribe to RSS feed

Posts tagged with "Recenzje"

Mass Effect 2 - więcej, lepiej, mocniej, ale...

, ,

Zawsze fascynowały mnie w grach konsolowych (wcześniej w arcade'owych) walki z bossami. Wybuchy, fajerwerki, kolory, strumienie płynnego ołowiu, lasery, masery, epickie starcia, szybka akcja – tego wszystkiego od zawsze brakowało mi w grach na PC, a na konsoli nigdy niedane mi było dłużej pograć. I kiedy wreszcie zagrałem w dobrą konsolową konwersję na „piecu”, poczułem coś w rodzaju rozczarowania połączonego z niechęcią. (Tak, wiem, że są inne gry na kształt albo konwersje, ale akurat przy tej jednej mnie tak walnęło – zakładam oczywiście możliwość, że trafił mi się przykład niereprezentatywny, więc nie powinienem generalizować.)

Mass Effect 2 jest fajną grą. To pierwsza produkcja od lat, której design mnie zachwycił – krajobrazy, wystrój wnętrz, rozmach projektu – aż powiedziałem sam do siebie: „a niech mnie, jakie to fajne!”. Niestety, była to tylko jedna strona medalu. Liczyłem, że twórcy wciągnęli wnioski z błędów części pierwszej i poprawili co trzeba. Owszem, tu i tam spisali się na medal – w innych miejscach za to popsuli to, co było dobre.

Do najbardziej irytujących elementów zaliczam przeprojektowanie HUD (poprzedni był dobry!) i nieczytelne wskazania stanu tarcz i zdrowia drużyny, ręczne skanowanie planet wymuszające nudne jeżdżenie kursorem z lewej na prawo i z góry na dól (nabijanie czasu gry, ot co, jak wyprawy za pomocą M35 Mako, ale jeżdżenie i strzelanie było jednak fajniejsze) i uproszczenie modelu rozgrywki. Ten ostatni element doczekał się największych zmian i wciąż mam wobec niego mieszane uczucia.

W ME2 potyczki są nielogicznie skonstruowane. W jedynce wrogowie byli przygotowani, używali efektów bądź mocy, mieli tarcze, pancerze i tak dalej. Tutaj walczy się zwykle z wrogą drużyną składającą się z jednego podpakowanego gościa (tarcza lub bariera plus pancerz i jakieś biotyczne moce albo inne efekty) i kilkoma sztukami mięsa armatniego, umierającego od byle kichnięcia, a mającego pełnić funkcję przeszkadzajki, co by z tym opancerzonym nie poszło za łatwo. Początkowo grałem na poziomie trudności „Normal”, ale znudzony opisaną wyżej prawidłowością towarzyszącą walce zmieniłem ustawienia na „Veteran” – różnica polegała głównie na dorzuceniu drugiego kolesia z tarczą albo więcej wrogów z bronią ciężką, schemat pozostał („Hardcore” nie próbowałem, za to „Insane” jest faktycznie szalonym poziomem trudności). Skończyło się na tym, że każdą walkę zaczynałem od Shockwave (granie Adeptem ma jednak swoje plusy, tym bardziej że pozwolili używać karabinu automatycznego), statyści rozbijali się o ściany, a opancerzony wróg zostawał sam i szybko podążał w ich ślady.

Właśnie – moce biotyczne i „tech attacks”. To, co mi się nie spodobało, to zlikwidowanie możliwości używania kilku efektów naraz. Miałoby to sens w przypadku danej kategorii (odpalasz biotyczną tarczę, musisz poczekać z resztą) ale dlaczego po użyciu inferno grenade nie wolno mi odpalić mocy biotycznej? Rozumiem, że miało to na celu wymuszenie bardziej rozważnego korzystania z efektów i uczynienie walki trudniejszą, ale projektanci poszli o krok za daleko. W połączeniu z uproszczonym ekwipunkiem i strasznie schematycznymi walkami z bossami (znana ze zwykłych starć kombinacja „najpierw ściągnij tarczę – jedna moc, potem pancerz – inna moc, potem dobij czymkolwiek”) gra się mniej taktycznie, bardziej zręcznościowo. Wymykający się sztampie boss był tak naprawdę jeden (loyalty mission dla Jack), ale za to psuł wewnątrzgrowe poczucie realizmu, bo i skąd w więzieniu sprytna instalacja trzech generatorów tarczy zamontowanych tylko po to, by naczelnik instytucji mógł stać w glorii i chwale na postumencie i strzelać do Sheparda? Za to ostatni wielki zły brzydal był strasznie fajny (i strasznie łatwy do przejścia).

Popsioczyłem sobie na te wszystkie zmiany, ponarzekałem i w pewnym momencie stwierdziłem, że w ME2 gra się niesamowicie płynnie. Misje są krótsze, bardziej intensywne w porównaniu z częścią pierwszą, a ograniczone możliwości po stronie gracza pozytywnie wpływają na przebieg starć. Jeden efekt, drugi i do ataku, osłona tu, osłona tam, efekty znów dostępne więc poprawiamy niedobitkom, chwila wytchnienia i powtórka z rozrywki. Zupełnie inne uczucie niż w ME1, między innymi dlatego, że można się porządnie mocami i bronią pobawić, a wrogowie nie pędzą na ciebie jak szaleni, tylko wreszcie korzystają z osłon (niezbyt skutecznie, ale to inna sprawa), dając czas na fajerwerki. Poszczególne questy też nie są bardzo oderwane od siebie, choć ponownie główna nitka fabuły jest nieprzyzwoicie krótka, a zatrzęsienie misji pobocznych służy nabijaniu czasu gry. Na plus należy zaliczyć olbrzymie zróżnicowanie sidequestów, to jak wpisują się w świat ME i niekiedy bardzo interesujące pomysłu (np. zapobieganie atakowi rakietowemu na ludzką kolonię) – w połączeniu z krótkim czasem potrzebnym na ukończenie stanowią doskonały przerywnik między głównymi misjami fabuły. Historia opowiedziana w ME2 też nieco bardziej przypadła mi do gustu, myślę, że głównie za sprawą sprawniejszej narracji i prezentacji świata – jest mniej sterylny, momentami prześliczny, czuć tym razem, że jest w nim jakieś życie.

Jeżeli jednak Mass Effect 2 jest typowym przykładem „konsolowego modelu grania” to nie jestem pewien, czy to jest to, czego chciałem - próbkę miałem już w jedynce, gdy na koniec zaserwowano mi pseudo-dwuetapowego bossa (choć znów logika woła o pomstę, bo skąd mu się nagle zdrowie i tarcza zregenerowały po wybuchu statku kosmicznego, nie wiadomo). Było fajnie, miło, acz nieskomplikowanie i bez większych wymagań. Z drugiej strony jednak grało się świetnie i czułem się w pełni zaangażowany w zabawę, do tego stopnia, że powtórzyłem ostatnia misję, by ją skończyć bez strat. Chyba doświadczam dysonansu poznawczego.

Mimo mojego marudzenia uważam Mass Effect 2 za świetną grę, lepszą od części pierwszej, choć niepozbawioną wad, wynikających głównie z chęci poprawienia w sequelu tego, co było dobre w pierwszej odsłonie, z rezultatem wiadomym (jeśli działa, nie ruszaj, bo zepsujesz). Skończyłem wszystkie dostępne DLC, znalazłem i przeszedłem zdecydowaną większość (nie chce mi się sprawdzać, czy wszystkie) misji pobocznych, miałem z tego kilkadziesiąt godzin świetnej zabawy.

Przy okazji zacząłem się po raz pierwszy poważnie zastanawiać, czego oczekuję od gier komputerowych: czy górę powinna brać grywalność, czy fabuła, a może stawiane przede mną wyzwania? Jakiego stopnia skomplikowania rozgrywki oczekuję? Co mnie najbardziej przyciąga do danej gry? Odpowiedź nie jest prosta i znajduje się w niej wiele „to zależy”, zwłaszcza że wciąż niesamowicie cenię Bubble Bobble czy oryginalną wersję Sid Meier's Pirates!, liczne godziny spędziłem na różnych symulatorach, ale dobrze opowiedzianą grową historię stawiam na równi z porządnym filmem czy książką. Może po kolejnych 50 latach badań odpowiem sobie ostatecznie na to pytanie. :)

Mass Effect - recenzje kontra rzeczywistość

, , ,

Gram sobie w Mass Effect (tak, wiem, stare i zmurszałe, ale akurat do tej gry doszła moja prywatna kolejka „do zagrania”, poza tym lubię stare gry). Jestem mniej więcej w 2/3 głównego wątku i zastanawiam się, co (lub ile) brali recenzenci, którzy dawali tej grze noty 90/100 i wyższe. Nie wszyscy, przyznaję, ale zdecydowana większość – oceniali tak zwłaszcza w recenzjach, które pojawiły się krótko po premierze.

Lubię czytać recenzje gier, w które właśnie gram, żeby sprawdzić, w jakim stopniu moje wrażenia pokrywają się z odbiorem innych; czasem recenzent zwróci uwagę na jakieś detale, które mi umknęły, podrzuci ciekawostkę z produkcji itd. W przypadku Mass Effect większość obserwacji pokrywa się z moimi. Różnica dotyczy zwykle podsumowania i oceny końcowej.

ME chwalony był za fabułę. Możliwe, że za chwilę będę świadkiem niesamowitego zwrotu akcji, który wszystko postawi na głowie albo ukaże wydarzenia w zupełnie nowym świetle, ale na razie historia jest miałka, wtórna i widziałem to już dziesiątki razy (wielkie przedwieczne zło powraca po latach bla, bla, bla). Coś takiego jest do przełknięcia (lubię dobrze podane kalki, klisze i wtórności), jeśli poziom grywalności jest odpowiedni (tutaj jest, ale… – o tym niżej), lecz główna oś fabuły w ME to zabawa na góra kilkanaście godzin.

Owszem, są tu zadania poboczne – całe zatrzęsienie. Tak naprawdę tylko dzięki nim można sobie porządnie pograć, choć zostały odbite od sztancy i wtórne są, jak nie wiem co. Jednak to one nabijają objętość ME – bez nich byłaby to gra na jeden weekend, a że gracze lubią rozwijać postacie, to pewnie część z sidequestów zaliczą. Nie mam nic przeciwko krótkim grom, ale tutaj wyraźnie widać przerost formy nad treścią. Ponad przeciętną – choć to nie trudne – wybija się dodatek Bring Down the Sky (tylko pomysłem, ale już nie wykonaniem) i możliwość zakończenia kilku misji pobocznych bez rozlewu krwi. Fajny pomysł na drzewko dialogów – wybieranie sensu wypowiedzi, zamiast konkretnego tekstu – zabiło rozmieszczenie opcji na zasadzie: z lewej u góry miło i przyjemnie, z prawej u dołu zło i przemoc; miało to wspierać budowanie spokojnej lub agresywnej postaci, jednak ani nie działa, jak powinno, bo wiadomo z góry, w co klikać, ani też nie ma żadnego wpływu na fabułę.

Jeśli chodzi o grywalność, to gra, w której walka ma opierać się na używaniu osłon, powinna mieć rzeczone osłony skutecznie zaimplementowane. A tu raz postać się odklei, raz przyklei się tak, że nie będzie mogła strzelać (płaska skrzynka sięgająca do pasa, po przesunięciu się krok w lewo lub w prawo strzelać można). Jest to denerwujące, zwłaszcza w początkowej fazie gry, gdy tarcze rozładowują się w sekundę i jedyne, co pomaga, to częsta kombinacja save/load. Do tego S.I. wrogów nakazuje im zwykle szarżować na postać gracza i jego drużynę, co wymusza porzucenie osłon, czyniąc je niemal zupełnie nieprzydatnymi (po przypakowaniu postaci i zdobyciu lepszego sprzętu można przypuszczać frontalne ataki i zapomnieć o felernych pudłach, ścianach i innych barykadach). Walające się wszędzie baterie czy wybuchające beczki to już tylko gorzka pigułka na deser – szkoda, że nie można tego wyłączyć, ale najwyraźniej takie są wymagania dzisiejszych graczy: przede wszystkim ma być łatwo, zamiast walczyć z przeciwnikiem, prościej jest strzelić w nieruchoma beczkę i wysadzić wszystko wokół po raz pierwszy, drugi, setny.

Na osobne potraktowanie zasługuje system zarządzania ekwipunkiem i drużyną. Nie wiem, kto go projektował i gdzie byli testerzy, ale ja bym czegoś tak niewygodnego nie dopuścił do produkcji. Kupując sprzęt nie da się sprawdzić, kto może go używać – to z kolei, wraz z parametrami członka zespołu, można zweryfikować wyłącznie podczas misji (lub specjalnie w tym celu wybierając się na planetę), ale tylko dla dwóch postaci, które mogą nam wtedy towarzyszyć. Przydzielanie ekwipunku poza misją wymusza wędrowanie po statku kosmicznym (kurs wyznaczamy na górnym pokładzie, szafki ze sprzętem ekipy są na dolnym, po drodze jest jeszcze środkowy), co gorsza możemy obsługiwać tylko jedną postać na raz – nie ma tu płynnego przełączania ekranów, trzeba z jednego wyjść, podjeść do kolejnej szafki, otworzyć… Obłęd i strata czasu. Może i miało być realistycznie i po wojskowemu, ale wyszło jak zwykle – tu należy ciepło pomyśleć wszystkich innych grach, które mają to porządnie rozwiązane (może być i Dungeon Master z 1987 roku). Na szczęście samodzielnie zmodowałem grę, implementując plan awaryjny zarządzania ekwipunkiem w postaci kartki i długopisu.

Zastanawiam się, kto nalegał, by do gry dorzucić encyklopedię ras, miejsc, technologii i tak dalej. Pomysł fajny, czyta się nieźle, choć jest to rzecz całkiem od czapy i niemająca wpływu na cokolwiek (tzn. znajomość zawartych tam informacji w żaden sposób nie przekłada się na przebieg gry, co najwyżej wydłuża gameplay, bo tekstu jest sporo). Obecność tych informacji to nie zarzut (niektóre są całkiem interesujące), ale czy nie lepiej było przeznaczyć czas i zasoby na coś innego (choćby na przebudowę inwentory!) niż na kopiuj-wklej z materiałów developerskich?

Ostatnia rzecz to nazywanie Mass Effect CRPG. To chyba moda istniejąca od czasów Diablo, by każdą grę, w której modyfikuje się współczynniki, określać jako CRPG. ME nawet kolo (C)RPG nie stał, to jest w zasadzie action adventure, w którym można zdobywać bonusy – tyle że zamiast np. ładowania paska bezpośrednio przez zabijanie wrogów, mamy punkty doświadczenia, dzięki którym ładujemy pasek w odpowiednim menu. Świat jest statyczny, wszyscy stoją w miejscu, jak w klasycznej przygodówce i czekają, aż dzielny wojak Shepard do nich podejdzie i spyta o questa albo o przedmiot. Interesujące jest też zastosowanie poziomów – levele w science fiction to coś bardzo, bardzo rzadkiego. Spodziewałem się więcej, a dostałem micromanagement z topornym interfacem, do tego sprawiający wrażenie dodanego na siłę (opcja autolevel) – a przecież wystarczyłoby zbieranie powerupów.

Na niemal wszystkie wymienione wyżej rzeczy recenzenci zwracali uwagę – tutaj oddaję im sprawiedliwość – jednak mimo to wystawiali oceny niemal maksymalne. Dla mnie Mass Effect to gra na góra 7/10 – fajna, dająca pewną przyjemność z gry, ale też frustrująca niedoróbkami i dziwacznymi rozwiązaniami. Chociażby kwestia ekwipunku i wglądu w cechy zespołu zmuszają do zastanowienia się, czy ten, kto grę robił, chociaż raz w swoje dzieło zagrał. Mam co do tego poważne wątpliwości.

Polecanka: Trine (PC)

,

Właśnie skończyłem Trine, platformówkę wykorzystującą PhysX - silnik fizyczny Nvidii. Gra, choć krótka (na średnim poziome trudności przejście wszystkich poziomów zajmuje jeden dzień), jest niesamowicie wciągająca. Do tego wygląda obłędnie. O ile Modern Warfare 2 zachwyca detalami, to Trine chwyta za serce kolorami i ogólnie pojętym współczynnikiem "słodkości". Bajkowe tła, baśniowi bohaterowie, mroczna fabuła i puzzle oparte na fizyce (podnieś belkę, zakręć kołem, przesuń skrzynkę). Możliwości postaci - maga, złodzieja i rycerza - najlepiej oddaje poniższy trailer. Trine polecam każdemu, kto szuka niezobowiązującej, przyjemnej rozrywki na weekend (choć ostatni level to istny koszmar). Tytuł warto nabyć przez Allegro - ceny od 40 do 60 zł za zafoliowaną nówkę (w sklepach zazwyczaj 70+ zł). Od czasów The Lost Vikings nie było tak dobrej gry tego typu.

Więcej: http://trine-thegame.com



Czas honoru - fail

,

Czas honoru to polski serial o podziemiu zbrojnym (dokładnie o ZWZ) w Warszawie podczas II wojny światowej. Serial jest średni, momentami żenujący - oceniam na 3- na 6. Przydaje się jako wypełniacz podczas prasowania. Oglądam go wyłącznie dla dekoracji (czasem są fajne) i żeby pośmiać się z naiwności scenarzystów. Całe polskie podziemie nosi bowiem wyglansowane oficerki (jak rozpoznać partyzanta?); do konspiracji może się dostać każdy, byleby wykazał chęci (ludzi się nie weryfikuje, bo po co?); ruch oporu spotyka się tylko w jednej kawiarni na zmianę ze wciąż tą samą jadłodajnią (innych, widać, w Warszawie nie ma); natomiast sprawy konspiracji omawia się spacerując w środku dnia, beztrosko, po głównych placach i bazarach miasta (pewnie po to, żeby wszyscy mogli posłuchać o nowych planach). Do tego serial, zamiast skupiać się na akcji (Inglorious Bastards anyone?) lub martyrologii (tego bym pewnie nie dał rady oglądać) jest kiepskim, ckliwym romansidłem, w którym bohaterowie – wyszkoleni cichociemni, elita, specjaliści w każdym calu – myślą fiutem i pierwsze, co robią, to dekonspirują się przed swoimi przedwojennymi miłościami, ewentualnie wyrywają coś nowego; żeby tylko jeden był tak głupi, ale nie, wszystkich musiało pokarać małym rozumkiem. Aż żal ściska. Mój pradziadek AK-owiec pewnie się w grobie przewraca.

Ostatni odcinek drugiej serii zaliczył fail w pierwszych minutach, co doskonale podsumowuje jakość pracy nad tym serialem.

Pisze się oczywiście Reichsbank, ale skąd ma to wiedzieć scenarzysta, dla którego kwintesencją działania w konspiracji jest wysłanie odbitego z rąk Gestapo człowieka do pracy w niemieckim banku?

PS. Serię przechrzciłem na „Czas horroru”. Taki tytuł lepiej oddaje charakter produkcji, w której Polacy mówią po polsku, Anglicy po angielsku, a Niemcy po... polsku, od czasu do czasu wtrącając Raus!”, „Polnische Schweine” czy też „Feuer!”. Oczywiście, Niemcy z Polakami rozumieją się bez trudu i bez obecności tłumacza, co jednak nie czyni zbędnym pytań typu „czy znasz niemiecki”. Za to płynne wymówienie pięknego słówka „Obersturmbannführer” przerasta możliwości aktorów. Może to i lepiej, że Niemcy nie mówią po niemiecku? Jeszcze by się kwiatowi polskiego aktorstwa języki poplątały i ich brak dykcji brzmiałby o wiele gorzej niż obecnie – jeśli to w ogóle możliwe.

Harry Potter 6 - żenada roku

,

Harry Potter i Książę Półkrwi to fajny film. Oczywiście adaptacje rządzą się swoimi prawami - rozumiem, że nie można w dwóch godzinach zmieścić wszystkiego.

Ale żeby tak okaleczyć oryginał, jak to zrobiono z szóstym Potterem, to zbrodnia i kpina z fanów. Żenada, po prostu żenada.

Transformers 2: Bo fabuła była za słona

, ,

W minioną sobotę wreszcie zobaczyłem Transformers 2. Z kina wyszedłem uradowany jak rzadko, jako że film spełnił moje oczekiwania z nawiązką (swoje dołożył też zwiastun G.I.Joe – pomijając durne accelerator suits produkcja zapowiada się dobrze). Michael Bay poszedł na całość, dając miłośnikom wielkich robotów to, co lubią najbardziej: więcej wielkich robotów. Autoboty walczyły z Decepticonami, między nimi plątali się U.S. Marines z ciężkim sprzętem, było dużo huku, błysków, wybuchów, latających odłamków, i tak dalej. Twórcy postawili na akcję i wyszło im to doskonale. Żaden geek, który kiedykolwiek zachwycił się czy to animowanymi lub komiksowymi transformerami, czy też miał kiedyś figurki z tej serii, nie powinien się rozczarować.

Z ciekawości przejrzałem kilka opublikowanych w sieci recenzji (parę wygooglanych, parę spłynęło RSS-em). To był błąd. Myślę, że w przyszłości odpuszczę sobie jakiekolwiek filmowe recenzje w różnego rodzaju portalach opinii, tak komercyjnych, jak i fanowskich. Ku przestrodze podzielę się niektórymi złotymi myślami z tychże tekstów.

Ale co z olbrzymią rzeszą dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków, którzy niczym mantrę powtarzać będą zdanie o magicznym powrocie do dzieciństwa? Czy naprawdę trzeba im przypominać, że wychowali się na filmach takich jak "Powrót do przyszłości", "Poszukiwacze zaginionej arki", "Goonies" czy nawet "Terminator", które poza nowatorstwem formy, przemycały pod płaszczykiem rozrywki także podstawowe wartości? Film Baya nie jest przy nich nawet wygaszaczem ekranu...

stopklatka.pl
Tego nie ma nawet sensu komentować. Proponuję poszukać wartości w Cannibal Ferox i Cannibal Holocaust, może znajdzie się coś o krytyce społeczeństwa konsumpcyjnego? Tę klatkę faktycznie ktoś powinien zastopować. Raz a dobrze.

Tutaj kolejny raz boli świadomość zepsutych wątków Devastatora i Fallena. Te postacie miały taki potencjał, że same mogłyby pociągnąć cały film. A co robi Bay? Pakuje 46 Transformerów (oficjalnie, nie liczyłem), których praktycznie nie widać. No chyba, że jesteście maniakami i wszystkich rozpoznaliście, a nawet znacie historię postaci. Dla mnie połowa robotów tylko migała na ekranie i zanim się zdążyłem zorientować, że to jakiś nowy, już go nie było.

niezlekino.pl
Owszem, mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że Devastatora było za mało. Choć Devastator i Fallen faktycznie mogliby film pociągnąć – przez jakieś piętnaście minut, dopóki nie załatwiliby wszystkich Autobotów (kto pamięta pojawienie się Shockwave'a, ręka w górę). To nie ten kaliber robota, by go wrzucać na sam początek filmu. Co do migania robotów na ekranie – cóż, w komiksie tez migały, a na półkach sklepowych nawet bardziej. Służę pomocą naukową: oto lista dobrych i lista złych robotów. Do wykucia przed częścią trzecią, żeby się Rumble i Ravage w formie kaset nie mylili. Niezłe kino, nie ma bata.

W skrócie: Uczta dla oka, katorga dla uszu. Pod względem wizualnym – majstersztyk. Tysiące wybuchów, transformerso-mordobić, bardzo dobra praca kamery… no i Megan Fox. Pod każdym innym względem, niestety, dużo gorzej.

polter.pl
Po pierwsze, po angielsku jest „Transformers”, a po polsku są „Transformery”. Tak jak nie ma talibanów, tylko są talibowie. A jesli od grzechotu łusek i wycia serwomechanizmów więdną uszka, to Hannah Montana jeszcze grają, zalecam więc profilaktycznie zmianę repertuaru na coś mniej męczącego. Wracając do meritum, o czym ma być film, w którym walczą ze sobą dwie frakcje wielkich robotów, uzbrojonych po zęby, a lista osób odpowiedzialnych za efekty specjalne zajmuje chyba z 2/3 napisów końcowych? Zgadujmy: miłość? Przyjaźń? Pokój na świecie? Live Aid? Nie, ten film jest o wielkich robotach, które dają sobie po ryju. Tak po prostu. Po mordach tłukły się figurki, mordobicie było w komiksach i serialach animowanych, więc o czym ma być live action? O tym, jak Optimus oświadcza się Megatronowi i zmienia nazwisko na Pride, a nad szczęśliwą parą rozkwita tęcza? Odradzamy recenzje filmowe w polter.pl

[...] poroniony robot-lachon.

pop gone wrong
Myślałem, że mowa o Arcee, ale Beaconowi chodziło o (SPOILER w ROT13!) Qrprcgvpban Cergraqren, xgóel qbovren fvę qb Fnzn. (KONIEC SPOILERA!). Cóż, jak się nie zna kanonu, to wychodzą takie kwiatki. Do wybaczenia. Choć tego, że się nadmiar akcji nie podoba, nie rozumiem. Jaki nadmiar akcji? W jedynce rozbawił mnie Optimus, który zaserwował w pewnej chwili prawdziwie patriotyczną gadkę, godną Amerykańskiego Kina Flagi (autorem tego zgrabnego określenia filmów typu Patriota jest Murphy). W pierwszej części, jeśli o mnie chodzi, było nieco za spokojnie, dopiero teraz Bay rozwinął skrzydła. Tak, więcej walczących robotów to coś, czego brakowało. Pop zdecydowanie went wrong this time. Za pokutę Beacon powinien obejrzeć Lejdis trzy razy bez przerwy.

Na zakończenie tej wyliczanki akcent pozytywny. Onet.pl puścił recenzję kinowego wytworu popkultury i go nie zjechał. Byłem w szoku, pamiętając kilka innych tekstów w tym portalu, w których to autorzy popisywali się nieznajomością tego, co recenzują (od braku świadomości, że film był np. ekranizacją komiksu, po zupełną ignorancję względem konwencji – coś a'la domaganie się newtonowskiej fizyki w Star Wars).

Wygląda na to, że zapanowała moda na czepianie się tam, gdzie czepiać się nie ma po co. Jak ktoś chce skomplikowanej i logicznej fabuły, niech obejrzy jakiś kryminał. Chce głębi, ambicji i przemyśleń? Kieślowski czeka. Kino rozrywkowe zostawcie tym, którzy tej rozrywki oczekują. Nie twierdzę, że kiepskiego rozrywkowego filmu nie można nazwać po imieniu. Hitman był słaby przy dobrym materiale wyjściowym, Nienarodzony był żenujący. Przeniesienie transformerów na duży ekran ma natomiast wszystko, czego od tej produkcji można było oczekiwać.

Gdyby ktoś chciał przeczytać porządną recenzję Transformers 2, niech zajrzy na blog Deckarda.

Pora na podsumowanie. Transformers 2 to film o wielkich robotach, które:
  • są wielkie
  • są uzbrojone
  • bywają wkurzone
  • potrafią wyrwać drzewo i nim przywalić
  • nie lubią swoich pobratymców z innym wzorkiem wydziaranym na klacie
  • naparzają się z tymi złymi/dobrymi robotami (zależnie od opcji) przy pomocy wyżej wymienionego uzbrojenia
  • potrafią zrobić niezłą demolkę – trudno, żeby było inaczej, skoro są wielkimi, uzbrojonymi robotami, które tłuką inne wielkie, uzbrojone roboty
  • wszystko powyższe robią od 1984 roku

Transformers 2 to film o wielkich robotach (powtarzamy, aż się utrwali). Są uzbrojone i niebezpieczne. Radość płynąca z oglądania odstrzeliwanych, odcinanych i odrywanych metalowych części jest wielka. Brak fabuły? Jaki brak fabuły, dajcie spokój – każdy fan zna historię o tym, że transformery przybyły z Cybertronu na Ziemię, a tam kontynuowały to, co robiły na rodzinnej planecie: tłukły się po pyskach.

Jeśli powstanie część trzecia, to mogą ją nawet zrobić w formie przekazu na żywo z pola walki. Sto dwadzieścia minut czystej, transformerowej nawalanki. Marzenie.

Nienarodzony - najlepszy był trailer

, ,

Pomysł na film Nienarodzony (The Unborn) był fajny. Podaruję sobie oznaczanie spoilerów, bo mam nadzieję, że nikogo do obejrzenia tego filmu nie zachęcę: dybuk próbuje powrócić do świata żywych. Mógł być z tego całkiem niezły, koszerny horror.

Tymczasem do kina trafiła idiotyczna historia o demonie, który chce się odrodzić, więc usilnie próbuje zabić swoją przyszłą matkę (serio!) - no dobra, nienawidzi jej, bo jej babka zabiła go w Oświęcimiu (jeszcze bardziej serio!). Na koniec okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży (bliźniaczej, co istotne), więc na cholerę było to całe zabijanie. Do tego dochodzi wątek obumarłego bliźniaczego płodu bohaterki (jej babka też była bliźniakiem i właśnie w jej brata wszedł demon w Oświęcimiu wskutek eksperymentów nazistów) – pewnie dlatego dybuk dyszy nienawiścią, gdyż siostra udusiła go swoją pępowiną jeszcze przed porodem. Jak widać, mordowanie swoich demonicznych bliźniaków jest tutaj wartością rodzinną.

Tyle fabuły w skrócie. Więcej nie ma. Nie, nie umiem jej lepiej wytłumaczyć. Za to nasuwa się kilka pomysłów do wykorzystania w przyszłych produkcjach, które nie koniecznie będą sensowne, ale może chociaż będą śmieszne:
  • w filmie nienarodzony płód-demon pojawia się pod postacią kilkuletniego chłopca. Skoro nienarodzony, to niech następnym razem mordercą będzie płód – może np. dusić pępowiną albo zamamływać na śmierć. Tego chyba jeszcze w kinie nie było.
  • dowolny demon władający telekinezą jest w stanie przerwać każdy egzorcyzm np. niszcząc księgę z zaklęciami/modlitwami. Potem wystarczy wykończyć uczestników obrzędu, a zwłaszcza tego, który zna magiczne formuły. Oczywiście dybuk zapomina o tym ostatnim, dzięki czemu wszystko dobrze się kończy.
Do tego dorzucę doskonałe tłumaczenie dialogów, które pozwolę sobie skomentować jednym przykładem z projekcji:

oryginał: horrible experiments that blurred the lines between science and the occult
tekst polski: eksperymenty z pogranicza nauki i tortur

Za tekst odpowiedzialny był niejaki T.A.Deusz. Też bym się wstydził podać nazwisko.

No dobra, mały plusik za fajna muzykę.

Ja lubię głupie filmy. Na Black Water ubawiłem się setnie (scena z wabieniem krokodyla kawałkiem urwanej ręki rozbraja). Nienarodzony to jednak film tak zły, że nic go nie ratuje. Nie warto, odradzam, apage!


Inny Indiana Jones

, ,

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki - na ten film czekałem od 1989 roku. Czwarty "Indiana", obok kolejnych Gwiezdnych wojen, wydawał się marzeniem, które nigdy się nie spełni. Czasem jednak marzenia się spełniają.

Godzinę temu wróciłem z przedpremierowego pokazu. Moje wrażenia? To jest INNY Indiana Jones. Tak inny, że nie podejmuję się porównywać go z poprzednimi częściami. Inne są realia, inna stylistyka, inni są wreszcie bohaterowie, a Dr. Henry Jones, Jr. ma zmarszczki i siwe włosy. Inna też jest przygoda, w której bierze udział - być może największa w jego życiu, być może i ostatnia. Na pewno jednak różniąca się od tych, które przeżył do tej pory.

W filmie znalazły się odwołania do poprzednich części, a także do serialu Kroniki młodego Indiany Jonesa. Przed wizytą w kinie warto więc odświeżyć sobie przynajmniej "starą" trylogię. Czy powstanie kolejna produkcja o nieogolonym archeologu? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Choć pojawia się coś na kształt zapowiedzi sequela, to raczej jest to gra reżysera z widzami - ale kto wie, co zrobią Spielberg z Lucasem.

Warto wybrać się do kina, żeby sprawdzić, czy Indiana Jones nadal bawi tak samo, jak przed niemal dwudziestu laty. Należy wziąć jednak poprawkę na to, że nie ma tam już nazistów, świat zmienił się, a jednymi z niewielu znajomych rzeczy pozostały bicz, fedora i niewiarygodne przygody.



Blade Runner: The Final Cut - All those moments...

, ,

Do you like our owl?


Są tytuły, których się nie recenzuje. Książki i filmy będące kamieniami milowymi gatunku, stanowiące absolutny kanon; dzieła przełomowe - choć może nie zawsze wybitne - przynajmniej dla mnie nie podlegają ocenie. Jak bowiem miałbym podsumować Władcę pierścieni albo Gwiezdne wojny czy opowiadania Lovecrafta? Owszem, jest to do zrobienia - ale po co? Jaki jest sens wytykać kilkudziesięcioletniej klasyce jej wady? Trzeba po prostu przyjąć, że pewne filmy, książki czy gry są najlepsze - mimo wad.

Blade Runner Ridleya Scotta to jeden z tych filmów, które odcisnęły trwały ślad w historii kina. Nakręcony na podstawie powieści Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, początkowo niedoceniany, uzyskał status kultowej produkcji. Od 1982 roku film doczekał się kilku wersji, zaś w 2007 ukazała się edycja zatytułowana The Final Cut, będąca ostateczną, kompletną wizją reżysera, do której nie mieszał się producent.

Pięciodyskowe wydanie DVD zawiera kilkadziesiąt godzin materiału filmowego: poza ostateczną odsłoną filmu znajdują się tam także poprzednie wersje: kinowe - amerykańska i międzynarodowa, wersja reżyserska oraz kopia robocza; do tego dochodzą komentarze twórców i różnorakie dokumenty omawiające produkcję BR. To istny raj dla każdego filmowego maniaka. Sama tylko płyta z The Final Cut zawiera sześć godzin odautorskich komentarzy, a dokument Dangerous Days trwa 3,5 godziny - a to tylko dwa pierwsze dyski.

May I ask you a personal question?


Oglądając współczesne produkcje cieszę się, że wychowywałem się na filmach, w których dekoracje były prawdziwymi dekoracjami, a nie wykreowanymi dzięki CGI. Zamiast pokazu mocy obliczeniowej współczesnych stacji graficznych miałem okazję podziwiać kunszt specjalistów od efektów specjalnych, modeli i animatroniki. Nie mam nic przeciwko stosowaniu osiągnięć współczesnej technologii informatycznej w przemyśle filmowym, ale jednak stare metody produkcji filmów - zwłaszcza fantastycznych - mają swój niepowtarzalny urok. Same opowieści o tym, gdzie brakujący rekwizyt zastąpiono na planie trampkiem czy ziemniakiem to klasa sama w sobie. Dziś braki nadrabia się paroma kliknięciami.

Blade Runner potrafi zauroczyć już od pierwszych sekund, kiedy oglądamy panoramę Los Angeles w 2019 roku, pełną płonących pochodni gazowych. Zaraz potem widzimy piramidę Korporacji Tyrella, pokrytą tysiącami świecących punktów. Wszystko w towarzystwie świetnej muzyki Vangelisa. Kiedy oglądałem BR po raz pierwszy, nie mogłem uwierzyć, że są to modele. Tak samo było i tym razem - scenografia tej produkcji jest niesamowita, dopracowana do perfekcji. Każdy, najmniejszy nawet detal jest na swoim miejscu i nadal - po 25 latach - robi to olbrzymie wrażenie.

Oczywiście można dyskutować, czy kolejne wydanie było potrzebne - zwłaszcza, że pomiędzy wersją reżyserską a "ostateczną" różnice są niewielkie (z ciekawostek: naprawiono problem "zaginionego" piątego replikanta - Bryant prawidłowo wspomina teraz o dwóch uciekinierach zabitych przed wydarzeniami pokazanymi w filmie). Ridley Scott miał prawo urzeczywistnić swoją wizję i wydać BR w takiej postaci, w jakiej zawsze chciał to zrobić. To jest jednak przed wszystkim ukłon w stronę fanów, dzięki którym film Scotta osiągnął należmy mu status. To także doskonały moment, by ci, którzy tego filmu jeszcze nie widzieli, nadrobili zaległości. BR to kawałek historii kina, produkcja wyjątkowa pod każdym względem i nawet, jeśli ktoś nie jest fanem fantastyki czy kina noir, powinien ten film zobaczyć.

All those moments will be lost in time, like tears in rain.


Oglądając wywiady z twórcami BR, patrząc na siwego Ridleya Scotta i zmarszczki Harrisona Forda, zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie był ostatni moment, żeby odświeżyć tę produkcję, nagrać rozmowy z aktorami. Czasem zdarza mi się myśleć, co będzie, kiedy przeczytam w prasie nekrolog mojego ulubionego aktora. Zresztą, od tej strony rok 2008 zaczął się fatalnie, odeszli Gary Gygax[/b] i Arthur C. Clarke. Chciałbym wierzyć, że na tym się skończy. Zamyka się pewna epoka. Miłośnicy fantastycznych światów zaczynają powoli tracić kolejne filary gatunku, ojców-założycieli współczesnej fantastyki. To paskudne uczucie myśleć o tym, że najnowszy Indiana Jones może być ostatnim nie tylko ze względu na wiek głównych aktorów i twórców. Jednak nie ma sensu martwić się na zapas. Cieszmy się, że wciąż możemy obejrzeć kilka dobrych filmów - a kolejne na pewno powstaną. Dobrze jest jednak czasem powrócić do produkcji sprzed lat, do chwil, które nie przepadną w czasie tak długo, jak długo będą o nich pamiętać fani. Blade Runner to dobre kino - w 1982 roku, w 2008, jak i za kolejne 25 lat.

It's too bad she won't live! But then again, who does?

Blade Runner The Final Cut Zawartość pudełka: list od Ridleya Scotta, 5 płyt DVD, karty z concept artami z filmu, książeczka omawiająca zawartość pakietu, hologram z Deckardem (scena, kiedy wraca do swojego mieszkania po śmierci Roya), kawał historii kina. Wszystkie cytaty zostały zaczerpnięte z filmu Blade Runner.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles - wojna bez końca

, , ,

Zrobić dobry serial na podstawie kinowego hitu to trudna sztuka, a i niezbyt popularny pomysł. Zwłaszcza, jeśli serial skupia się na głównych bohaterach pełnometrażowej produkcji. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy sam film i postacie należą do kanonu gatunku. Dlatego też moja pierwsza myśl, gdy usłyszałem, że mają nakręcić serial Terminator, była zbliżona do: "ten, kto to wymyślił, zwariował". Potem jednak, jak to mam w zwyczaju, stwierdziłem: "poczekamy, zobaczymy". Warto było czekać.

Pierwszy sezon serialu Terminator: The Sarah Connor Chronicles liczy dziewięć odcinków. Planowano trzynaście, ale strajk scenarzystów skutecznie pomieszał producentom szyki (nie tylko w przypadku tej serii). Akcja osadzona jest po wydarzeniach z Terminatora 2 - trzecią część twórcy postanowili zignorować. Trochę szkoda, bo to bardzo dobry film, świetnie kontynuujące wątki z poprzednich części. Co ciekawe, wedle zapowiedzi serial ma zawierać pewien łącznik do planowanego czwartego filmu o walce ludzi z maszynami, będącego kontynuacji trzeciej części. Cóż, w historiach o podróżach w czasie wszystko jest możliwe.

Na początku muszę zgodzić się z niektórymi recenzentami: Lena Headey to nie Linda Hamilton. Ani nie jest tak przypakowana, ani tak ładna. Ale muszę też przyznać, że dobrze sobie radzi jako Sarah Connor. Jest wystarczająco paranoiczna (No one is ever safe!), momentami nadopiekuńcza, ale przede wszystkim odpowiednio zdeterminowana. Lena jako matka nastoletniego chłopaka, który kiedyś ma poprowadzić ludzkość przeciwko Skynetowi, jest wystarczająco przekonująca. Podobnie Thomas Dekker jako John Connor dobrze gra piętnastolatka, który buntuje się, mając dość wojskowego rygoru i ciągłego uciekania. John chce walczyć - przecież będzie musiał w przyszłości prowadzić ocalałych ludzi do walki. A jak ma się tego nauczyć, skoro matka najchętniej schowałaby go w najgłębszym schronie?

Obu kreacjom trochę jednak brakuje do ideału, choć wydaje mi się, że jest tak głównie za sprawą scenariusza. Z jednej strony to Terminator, z drugiej momentami czuje się powiew kina familijnego dla nastolatków (filmy były bardziej brutalne), choć na brak przemocy narzekać nie można - maszyny nie patyczkują się z ludźmi. Postać Johna jest za mało wyeksponowana, czasem spychana na dalszy plan. Jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy z Connora zrobić przyszłego przywódcę, czy może jednak nastolatka. Ale John to przecież wciąż dzieciak - i to widać.

Najlepiej z głównych bohaterów wypada Cameron Phillips (Summer Glau) - terminator, tradycyjnie wysłany z przyszłości, by chronić Johna. Cameron to zaawansowany model, nie aż tak jak T-1000 czy T-X, ale lepiej od T-800 naśladujący ludzkie emocje. Phillips jest obca - to się czuje. Scenarzystom należą się podziękowania za nie przesadzanie z nawiązaniami do poprzednich terminatorów. Mamy tu oczywiście nieśmiertelne Come with me if you want to live i parę innych smaczków, ale Cameron na szczęście nie jest kalką z roli Arnolda Schwarzeneggera. Glau gra swojego terminatora i wychodzi jej to dobrze.

Pojawiają się tu także postacie z pierwszych dwóch filmów, bądź tez wyraźne nawiązania do nich. Jest też Skynet - lub raczej jego początki (i kilka tropów prowadzących do kolejnej przyczyny Dnia sądu). Scenarzyści zastosowali tu zabieg z trzeciego filmu - przyszłość jest już ustalona, zagłada nadejdzie, zmienne są jedynie okoliczności, w których maszyny wypowiedzą wojnę ludzkości. Odkrycie tego właśnie momentu w historii pozwoli odsunąć nuklearny holocaust o kilka-kilkanaście lat. Data jest znana, pozostaje pytanie, skąd tym razem Skynet wypuścił swoje elektroniczne macki.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles zaczyna się mocnym akcentem (świeta scena strzelaniny w szkole), choć potem tempo nieco spada. Nic zresztą dziwnego, pomysł fabularny jest interesujący, ale wymaga sporego rozbiegu. Na szczęście twórcy dotrzymali obietnic i nie dostaliśmy schematu terminator tygodnia - każdy z odcinków popycha fabułę do przodu, zaś cyborgi Skynetu pojawiają się, owszem, ale dawkowane umiejętnie. Scenarzyści postanowili tez wykorzystać inny charakterystyczny element serii - podróże w czasie. Tak, to brzmi strasznie, ale zapewniam, że ten motyw zastosowano oszczędnie i bardzo umiejętnie. Do tego wszystkiego dorzucono FBI, wciąż ścigające Sarę za wysadzenie budynku Cyberdyne Systems oraz trochę wątków osobistych, które splatają się z główną osią fabuły.

Aktorzy, postacie, fabuła - to wszystko jest ważne, ale dla tej serii fundamentalne pytanie dotyczy czegoś innego. Mianowicie, jak Terminator: The Sarah Connor Chronicles wpisuje się w terminatorowy kanon filmowy? Lepiej, niż się spodziewałem. Serial jest solidnie osadzony w świecie wykreowanym przez Jamesa Camerona. Wszystkie kluczowe elementy zostały potraktowane odpowiednio rozsądnie, o niczym ważnym nie zapomniano, a odwołania do znanych postaci czy wydarzeń są zgodne z tym, co widzieliśmy wcześniej w kinach. Dodatkowo sporo jest tu różnych smaczków wyraźnie przeznaczonych dla fanów tytułu. Przyzwyczajenie się do formuły odcinkowej chwilę trwa, ale potem zaczyna się doceniać to, w jaki sposób seria rozbudowuje "mitologię" Terminatora. Nie zabrakło tu także scen z przyszłej wojny. Wadą jest to, że jak w większości współczesnych seriali, mamy tutaj historię rozpisaną na kilka sezonów - a wiadomo, że oglądalność, niczym łaska pańska, na pstrym koniu jeździ.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles to udane rozwinięcie filmów kinowych, chocaż szkoda, że postanowiono zignorować część trzecią. Pomysł i wykonanie stoją na niezłym poziomie, widać jednak, że twórcy dopiero uczą się, jak radzić sobie z tego typu materiałem przełożonym na język telewizji. Zdarzają się naiwności i dziwne zabiegi scenarzystów, ale ogólnie produkcja swoim poziomem pozytywnie zaskakuje. Zaś ostatni odcinek pierwszego sezonu zawiera scenę, która od razu wskoczyła na moją listę "najfajniejszych scen serialowych" (Johnny Cash!). Tym bardziej cieszy więc informacja, że powstanie drugi sezon - inaczej szkoda by było takiego potencjału i nierozwiązanych wątków. Stay tuned, he said there's a storm coming in.