100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN.

Subscribe to RSS feed

Posts tagged with "Seriale"

UFO+Dynastia Joseon+Archiwum X

, ,

Buszując w sieci znalazłem informacje o serialu Joseon X-Files: Secret Investigation Record. Wygląda na to, że jest to Archiwum X przeniesione w realia XVII-wiecznej Korei. Nawet Palacz jest!





[akcesoria kuchenne] Co to jest?

,

Zdjęcia tego dziwnego urządzenia pochodzą z 17. odcinka trzeciej serii sympatycznego sitcomu Little Mosque on the Prairie. Nie byłem w stanie wygooglać, co to takiego - na tym właśnie zbudowany jest cały odcinek, nikt nie wie, co to jest. Może ktoś widział coś podobnego - dla mnie wygląda to jak bardzo zaawansowana technicznie gofrownica (tylko po co tam zegary i rurki?; to coś po włączeniu świeci i cicho buczy). Zakładam, że to urządzenie istnieje. ;)

Czas honoru - fail

,

Czas honoru to polski serial o podziemiu zbrojnym (dokładnie o ZWZ) w Warszawie podczas II wojny światowej. Serial jest średni, momentami żenujący - oceniam na 3- na 6. Przydaje się jako wypełniacz podczas prasowania. Oglądam go wyłącznie dla dekoracji (czasem są fajne) i żeby pośmiać się z naiwności scenarzystów. Całe polskie podziemie nosi bowiem wyglansowane oficerki (jak rozpoznać partyzanta?); do konspiracji może się dostać każdy, byleby wykazał chęci (ludzi się nie weryfikuje, bo po co?); ruch oporu spotyka się tylko w jednej kawiarni na zmianę ze wciąż tą samą jadłodajnią (innych, widać, w Warszawie nie ma); natomiast sprawy konspiracji omawia się spacerując w środku dnia, beztrosko, po głównych placach i bazarach miasta (pewnie po to, żeby wszyscy mogli posłuchać o nowych planach). Do tego serial, zamiast skupiać się na akcji (Inglorious Bastards anyone?) lub martyrologii (tego bym pewnie nie dał rady oglądać) jest kiepskim, ckliwym romansidłem, w którym bohaterowie – wyszkoleni cichociemni, elita, specjaliści w każdym calu – myślą fiutem i pierwsze, co robią, to dekonspirują się przed swoimi przedwojennymi miłościami, ewentualnie wyrywają coś nowego; żeby tylko jeden był tak głupi, ale nie, wszystkich musiało pokarać małym rozumkiem. Aż żal ściska. Mój pradziadek AK-owiec pewnie się w grobie przewraca.

Ostatni odcinek drugiej serii zaliczył fail w pierwszych minutach, co doskonale podsumowuje jakość pracy nad tym serialem.

Pisze się oczywiście Reichsbank, ale skąd ma to wiedzieć scenarzysta, dla którego kwintesencją działania w konspiracji jest wysłanie odbitego z rąk Gestapo człowieka do pracy w niemieckim banku?

PS. Serię przechrzciłem na „Czas horroru”. Taki tytuł lepiej oddaje charakter produkcji, w której Polacy mówią po polsku, Anglicy po angielsku, a Niemcy po... polsku, od czasu do czasu wtrącając Raus!”, „Polnische Schweine” czy też „Feuer!”. Oczywiście, Niemcy z Polakami rozumieją się bez trudu i bez obecności tłumacza, co jednak nie czyni zbędnym pytań typu „czy znasz niemiecki”. Za to płynne wymówienie pięknego słówka „Obersturmbannführer” przerasta możliwości aktorów. Może to i lepiej, że Niemcy nie mówią po niemiecku? Jeszcze by się kwiatowi polskiego aktorstwa języki poplątały i ich brak dykcji brzmiałby o wiele gorzej niż obecnie – jeśli to w ogóle możliwe.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles - wojna bez końca

, , ,

Zrobić dobry serial na podstawie kinowego hitu to trudna sztuka, a i niezbyt popularny pomysł. Zwłaszcza, jeśli serial skupia się na głównych bohaterach pełnometrażowej produkcji. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy sam film i postacie należą do kanonu gatunku. Dlatego też moja pierwsza myśl, gdy usłyszałem, że mają nakręcić serial Terminator, była zbliżona do: "ten, kto to wymyślił, zwariował". Potem jednak, jak to mam w zwyczaju, stwierdziłem: "poczekamy, zobaczymy". Warto było czekać.

Pierwszy sezon serialu Terminator: The Sarah Connor Chronicles liczy dziewięć odcinków. Planowano trzynaście, ale strajk scenarzystów skutecznie pomieszał producentom szyki (nie tylko w przypadku tej serii). Akcja osadzona jest po wydarzeniach z Terminatora 2 - trzecią część twórcy postanowili zignorować. Trochę szkoda, bo to bardzo dobry film, świetnie kontynuujące wątki z poprzednich części. Co ciekawe, wedle zapowiedzi serial ma zawierać pewien łącznik do planowanego czwartego filmu o walce ludzi z maszynami, będącego kontynuacji trzeciej części. Cóż, w historiach o podróżach w czasie wszystko jest możliwe.

Na początku muszę zgodzić się z niektórymi recenzentami: Lena Headey to nie Linda Hamilton. Ani nie jest tak przypakowana, ani tak ładna. Ale muszę też przyznać, że dobrze sobie radzi jako Sarah Connor. Jest wystarczająco paranoiczna (No one is ever safe!), momentami nadopiekuńcza, ale przede wszystkim odpowiednio zdeterminowana. Lena jako matka nastoletniego chłopaka, który kiedyś ma poprowadzić ludzkość przeciwko Skynetowi, jest wystarczająco przekonująca. Podobnie Thomas Dekker jako John Connor dobrze gra piętnastolatka, który buntuje się, mając dość wojskowego rygoru i ciągłego uciekania. John chce walczyć - przecież będzie musiał w przyszłości prowadzić ocalałych ludzi do walki. A jak ma się tego nauczyć, skoro matka najchętniej schowałaby go w najgłębszym schronie?

Obu kreacjom trochę jednak brakuje do ideału, choć wydaje mi się, że jest tak głównie za sprawą scenariusza. Z jednej strony to Terminator, z drugiej momentami czuje się powiew kina familijnego dla nastolatków (filmy były bardziej brutalne), choć na brak przemocy narzekać nie można - maszyny nie patyczkują się z ludźmi. Postać Johna jest za mało wyeksponowana, czasem spychana na dalszy plan. Jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy z Connora zrobić przyszłego przywódcę, czy może jednak nastolatka. Ale John to przecież wciąż dzieciak - i to widać.

Najlepiej z głównych bohaterów wypada Cameron Phillips (Summer Glau) - terminator, tradycyjnie wysłany z przyszłości, by chronić Johna. Cameron to zaawansowany model, nie aż tak jak T-1000 czy T-X, ale lepiej od T-800 naśladujący ludzkie emocje. Phillips jest obca - to się czuje. Scenarzystom należą się podziękowania za nie przesadzanie z nawiązaniami do poprzednich terminatorów. Mamy tu oczywiście nieśmiertelne Come with me if you want to live i parę innych smaczków, ale Cameron na szczęście nie jest kalką z roli Arnolda Schwarzeneggera. Glau gra swojego terminatora i wychodzi jej to dobrze.

Pojawiają się tu także postacie z pierwszych dwóch filmów, bądź tez wyraźne nawiązania do nich. Jest też Skynet - lub raczej jego początki (i kilka tropów prowadzących do kolejnej przyczyny Dnia sądu). Scenarzyści zastosowali tu zabieg z trzeciego filmu - przyszłość jest już ustalona, zagłada nadejdzie, zmienne są jedynie okoliczności, w których maszyny wypowiedzą wojnę ludzkości. Odkrycie tego właśnie momentu w historii pozwoli odsunąć nuklearny holocaust o kilka-kilkanaście lat. Data jest znana, pozostaje pytanie, skąd tym razem Skynet wypuścił swoje elektroniczne macki.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles zaczyna się mocnym akcentem (świeta scena strzelaniny w szkole), choć potem tempo nieco spada. Nic zresztą dziwnego, pomysł fabularny jest interesujący, ale wymaga sporego rozbiegu. Na szczęście twórcy dotrzymali obietnic i nie dostaliśmy schematu terminator tygodnia - każdy z odcinków popycha fabułę do przodu, zaś cyborgi Skynetu pojawiają się, owszem, ale dawkowane umiejętnie. Scenarzyści postanowili tez wykorzystać inny charakterystyczny element serii - podróże w czasie. Tak, to brzmi strasznie, ale zapewniam, że ten motyw zastosowano oszczędnie i bardzo umiejętnie. Do tego wszystkiego dorzucono FBI, wciąż ścigające Sarę za wysadzenie budynku Cyberdyne Systems oraz trochę wątków osobistych, które splatają się z główną osią fabuły.

Aktorzy, postacie, fabuła - to wszystko jest ważne, ale dla tej serii fundamentalne pytanie dotyczy czegoś innego. Mianowicie, jak Terminator: The Sarah Connor Chronicles wpisuje się w terminatorowy kanon filmowy? Lepiej, niż się spodziewałem. Serial jest solidnie osadzony w świecie wykreowanym przez Jamesa Camerona. Wszystkie kluczowe elementy zostały potraktowane odpowiednio rozsądnie, o niczym ważnym nie zapomniano, a odwołania do znanych postaci czy wydarzeń są zgodne z tym, co widzieliśmy wcześniej w kinach. Dodatkowo sporo jest tu różnych smaczków wyraźnie przeznaczonych dla fanów tytułu. Przyzwyczajenie się do formuły odcinkowej chwilę trwa, ale potem zaczyna się doceniać to, w jaki sposób seria rozbudowuje "mitologię" Terminatora. Nie zabrakło tu także scen z przyszłej wojny. Wadą jest to, że jak w większości współczesnych seriali, mamy tutaj historię rozpisaną na kilka sezonów - a wiadomo, że oglądalność, niczym łaska pańska, na pstrym koniu jeździ.

Terminator: The Sarah Connor Chronicles to udane rozwinięcie filmów kinowych, chocaż szkoda, że postanowiono zignorować część trzecią. Pomysł i wykonanie stoją na niezłym poziomie, widać jednak, że twórcy dopiero uczą się, jak radzić sobie z tego typu materiałem przełożonym na język telewizji. Zdarzają się naiwności i dziwne zabiegi scenarzystów, ale ogólnie produkcja swoim poziomem pozytywnie zaskakuje. Zaś ostatni odcinek pierwszego sezonu zawiera scenę, która od razu wskoczyła na moją listę "najfajniejszych scen serialowych" (Johnny Cash!). Tym bardziej cieszy więc informacja, że powstanie drugi sezon - inaczej szkoda by było takiego potencjału i nierozwiązanych wątków. Stay tuned, he said there's a storm coming in.



TXF 5x05 The Post-Modern Prometheus

, , ,

Niektóre seriale mają parę dobrych odcinków. Niektóre seriale są niezłe jako całość. Niektóre niezłe seriale maja odcinki wybitne.

The Post-Modern Prometheus to jeden z najlepszych odcinków The X-Files i chyba jeden z najlepszych serialowych epizodów w dziejach telewizji. Z jednej strony to pastisz historii doktora Frankensteina i jego potwora, z drugiej to przykład, jak można robić serial, wyrwać się ze schematów, pobawić konwencją. Odcinek pokazuje, że zestaw Mulder+Scully+Potwór można podać widzowi na wiele sposobów. The Post-Modern Prometheus zachwyca za pierwszym razem, a za każdym kolejnym jest tylko lepiej. A kiedy już nauczymy się wszystkich dialogów na pamięć, dalej będzie można zachwycać się muzyką Marka Snowa, śpiewem Cher i ostatnią sceną. Zresztą, za scenariusz i reżyserię odpowiadał sam Chris Carter. Czy trzeba czegoś więcej?

UFO, Mulder, Scully i ja

, , ,

Ufologią zainteresowałem się chyba w okolicach czwartej klasy podstawówki. Potem doszły do tego teorie Ericha von Dänikena, różnego rodzaju tajemnicze zjawiska (duchy, wampiryzm, magia, samoistne spalenia, teorie spiskowe, itd.) i wsiąkłem w to wszystko na dobre. Czytałem, oglądałem, wyszukiwałem informacje, zresztą nie tylko o UFO. Zainteresowanie takimi sprawami zostało mi do dziś.

Miałem olbrzymie szczęście załapać się na kilkanaście lat historii ruchu ufologicznego i przeczytać sporo publikacji dotyczących tej tematyki, jakie ukazywały się w Polsce w latach 90 i na początku XXI wieku. Potem moje zainteresowanie nieco osłabło, jeśli chodzi o intensywność gromadzenia informacji, jako że fundusze zacząłem pakować w inne rzeczy, ale tak naprawdę pasja nigdy nie wygasła. W każdym razie swego czasu byłem doskonale zorientowany w temacie i nigdy nie była to dla mnie chwilowa moda, która wykreowały swego czasu media.

Pewnego dnia usłyszałem o serialu, w którym agenci FBI, Fox Mulder i Dana Scully, prowadza dochodzenie w sprawie UFO. Sprawdziłem program, zasiadłem przed telewizorem i... I nic nie było już takie jak dawniej.

The X Files, jak się później dowiedziałem, zacząłem oglądać od drugiego odcinka pierwszego sezonu (Deep Throat). Myślę, że niezależnie, na który epizod bym wtedy trafił, reakcja byłaby taka sama. Przyznaję jednak, że elementy teorii spiskowej z tego odcinka podziałały jak magnes neodymowy - nie było już siły, która oderwałaby mnie od telewizora. Potem było już tylko lepiej.

Nie ma sensu, bym opisywał tutaj fabułę serialu - kto widział, ten zna; kto jeszcze nie widział, stracił bardzo, bardzo dużo. Serial Z Archiwum X wszedł do kanonu popkultury - może się nie podobać, można się śmiać z jego założeń, ale odmówić mu miejsca w historii telewizji nie sposób. Do tego była to pierwsza telewizyjna produkcja, wokół której powstała tak rozległa internetowa baza fanów.

Przygody Muldera i Scully zauroczyły mnie na początku wszystkim tematyką i główną linią fabularną. Dopiero później zacząłem dostrzegać inne zalety serialu: wątki osobiste, wreszcie komentarze twórców dotyczące rozwoju współczesnych technologii (elektronika, genetyka, biotechnologia) i ich wpływu na ludzi. Owszem, to wszystko pojawiło się już - i jeszcze pojawi się wielokrotnie - w innych produkcjach SF, ale tutaj miało swój wyjątkowy czar.

The X Files to jedna z tych rzeczy, o których mogę powiedzieć, że są "moje" - w tym znaczeniu, że w jakiś sposób stały się dla mnie bardzo ważne i/lub wywarły wpływ na moją osobę (lub też znajomym kojarzą się właśnie ze mną). Owszem, do paru wytworów popkultury mam stosunek emocjonalny, a na pewno mogę wskazać dwa takie tytuły: Star Wars i właśnie Z Archiwum X. Bez Gwiezdnych Wojen, możliwe, że moje zainteresowanie fantastyką nigdy by się nie rozwinęło, a tak zostałem wiernym fanem tego gatunku (kiedy 8-latek ogląda w kinie Powrót Jedi, to musi się to tak skończyć). Bez "X-fajli" z kolei nie czułbym się kompletny. I choć były różne inne seriale o spiskach, to jednak dopiero Chris Carter wykorzystał potencjał fabularny rządowych konspiracji. I dzięki mu za to.

Kiedyś obiecałem sobie, że postawię komplet The X-Files na półce, obok Star Wars i Indiany Jonesa. I stało się. Jakoś w październiku Borys (dzięki!) zapodał cynk, że na Amazonie pojawił się komplet sezonów (Fight the Future też jest w zestawie) w niezłej cenie - faktycznie, przedpremierowa obniżka wynosiła jakieś 70%. Nie było na co czekać - raz, dwa i zamówienie zostało złożone.

Pudło od grudnia dumnie prezentuje się za szkłem, a ja pochłaniam kolejne odcinki serii. To nic, że niektóre z nich widzę już czwarty czy piąty raz. Oglądam i cieszę się, jak za pierwszym razem. To niesamowite uczucie widzieć, że ulubiony serial się nie zestarzał i że nadal wywołuje te same emocje. Tym bardziej, że żaden lektor nie zagłusza dialogów - oglądam i odkrywam, ile treści uciekło w wydaniu TVP.

Nie podejmuję się oceny jakości wydania, niniejszy wpis nie jest zresztą recenzją. Ale popatrzcie na zdjęcia - na mnie ten zestaw zrobił olbrzymie wrażenie. 61 dysków, 201 odcinków, niemal 9000 minut czystego... Nie, to już nie jest geekgazm, to prawdziwa orgia dla każdego nerda. Nie wiem, czy coś kiedyś będzie w stanie to przebić.

Czasem zdarza mi się myśleć, że najlepsza droga do poznania mnie to obejrzenie Gwiezdnych Wojen. A zaraz po nich - Z Archiwum X.

PS. Kolekcja nadal jest do kupienia na brytyjskim Amazonie.



4400 - porwani hurtowo

, , ,

Z serialem 4400 zetknąłem się przypadkiem. Wiedziałem wprawdzie, że takowy powstał, ale jakoś nie było okazji zapoznać się z nim bliżej. Pewnego dnia, chyba dwa lata temu, trafiłem na pokaz zorganizowany przez telewizję AXN, tam obejrzałem pierwszy sezon i wsiąkłem.

Seria zaczyna się nieźle. Tytułowe 4400 osób, które zniknęły w tajemniczych okolicznościach na przestrzeni ostatnich 50 lat, powraca nagle w kuli światła, bez pamięci o swoim porwaniu. Kto ich uprowadził? Dlaczego właśnie tych ludzi? I najważniejsze: w jakim celu ich porwano i dlaczego wrócili? Na te pytania odpowiedzi poszukują Tom Baldwin i Diana Skouris, funkcjonariusze National Threat Assessment Command (NTAC), fikcyjnej sekcji Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA.

Bardzo szybko okazuje się, że ci, którzy powrócili, dysponują niezwykłymi, nadprzyrodzonymi zdolnościami. Powstaje problem, jak tak zwani "4400" przystosują się do życia w społeczeństwie (niektórzy wrócili wszak po pół wieku) oraz jak ludzie zareagują na odmienionych przybyszów. Dodatkowo, sami "4400" nie są jednomyślni co do swojego miejsca na świecie. W środku całego zamieszania znajdują się agenci NTAC, próbujący ustalić, czy "4400" stanowią zagrożenie dla państwa i obywateli. Rozwój wypadku dostarcza jednak zwykle tylko nowych pytań, zaś nieliczne odpowiedzi są niejednoznaczne i wcale nie ułatwiają rozwiązania zagadki.

Niedawno zakończył się czwarty już sezon serialu, więc ciężko jest nakreślić fabułę nie psując zabawy tym, którzy go jeszcze nie oglądali. Dlatego też skupię się raczej na powodach, dla których warto obejrzeć 4400. Jest to bowiem produkcja solidna, nastawiona na eksplorowanie fabuły i rozwijanie sporej liczby wątków pobocznych. Nie ma tu praktycznie "pustych" odcinków, każdy wnosi coś do opowiadanej historii. Minusem oczywiście jest konieczność oglądania wszystkiego po kolei, żeby nie zgubić się w rozwoju sytuacji.

Nieustanne rozwijanie fabuły jest poniekąd fundamentem największej wady 4400 - serial nie ma co prawda wielu niedoróbek, jednak pewne zjawisko wkurza mnie niemiłosiernie. Mianowicie, pomijając sezon pierwszy (który tak naprawdę jest zamkniętą mini-serię), każdy kolejny rozkręca się niesamowicie wolno. Ja lubię otwarcia z hukiem, w których wiele się dzieje. Natomiast tutaj mamy bardzo, bardzo powolny start: nakreślone zostają zwykle główne wątki fabularne, do tego autorzy dorzucają kilka istotnych, lecz zwykle mało efektownych wydarzeń. Owszem, potem z serialem jest jak z lokomotywą, jak się już rozpędzi, to nie sposób go zatrzymać. Końcowe odcinki sezonów mają tendencję do wywracania wszystkiego do góry nogami, dyktując zupełnie nowe zasady gry. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy przebrnąć przez stadium ślimaka.

Nie twierdzę, że 4400 nudzi, wręcz przeciwnie. Chodzi o to, w jaki sposób twórcy dawkują kolejne informacje i rozbudowują całą historię. Pomiędzy sezonami w świecie serialu mija od kilku tygodniu do kilku miesięcy, czasem więcej. Całe napięcie budowane jest w kolejnych sezonach niejako od zera. Taki zabieg powoduje, że oglądamy kolejne rozdziały sagi, z których każdy jest mniej-więcej zamkniętą historią. Cierpią na tym oczywiście biedni widzowie, którzy chcieliby dostać jak najwięcej odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

Siłą 4400 jest, jak już wspomniałem, rozbudowana fabuła. Wątków jest sporo, dość mocno zaakcentowana jest między innymi kwestia społecznej akceptacji uprowadzonych. Jednak konflikt na linii "4400" - zwykli ludzie nie jest jedynym. Samym porwanym też daleko do jednomyślności, dzieli ich między innymi podejście do sposobu, w jaki powinni wykorzystać nowo nabyte umiejętności. Dodatkowo, sprawa "4400" ma daleko idący wpływ na życie nie tylko głównych bohaterów serialu i ich rodzin, ale i na cały świat. Tematów więc nie brakuje.

Kiedy dowiedziałem się, od czego pochodzi tytuł serialu, zażartowałem, że pomysłów na odcinki nie zabraknie - jeden epizod opowiadać będzie historię jednego z porwanych. Na całe szczęście tak się nie stało. Owszem, zdarzają się odcinki skupiające się na jednej postaci, jednak służą one głównie rozbudowie społecznego tła serii. Istnieje jednakże kluczowa grupa bohaterów, wokół których skupione są główne wątki i to ich perypetie możemy śledzić przede wszystkim..

Fantastyka w 4400 podawana jest dość subtelnie. Owszem, są tu efekty specjalne, są różne fantastyczne motywy, ale wszystko to stosowane jest bardzo rozsądnie i w umiarkowany sposób. Siłą serii są bowiem nie wyczyny specjalistów od F/X, ale solidnie nakreślone postacie. Jasne, akcja też jest, ale główna rozgrywka toczona się nie za pomocą super-zdolności, lecz poprzez intrygi i spiskom.

Jak można się było spodziewać, serial nawiązuje do obecnej sytuacji na świecie. Sporo mówi się o uznaniu "4400" za terrorystów i wewnętrznego wroga, agentom NTAC zdarza się powoływać Patriot Act. Oczywiście, ani rząd USA, ani jego przeciwnicy nie mają czystych rąk. Miłośnicy teorii spiskowych będą jednak zawiedzeni - konspiracje występujące w 4400 mają charakter doraźny i nie sięgają swymi mackami w każdy zakątek globu; oczywiście, zdarzają się wyjątki.

Sezony 4400 są krótkie. Pierwszy liczy sześć odcinków, kolejne po trzynaście. Zgadzam się, to mało, ale dzięki temu twórcy mogą skupić się na konkretach, zamiast rozdymać produkcję do rozmiarów pełnowymiarowego serialu (co oczywiście musiałoby zaowocować "pustymi" odcinkami nie mającymi wpływu na główne wątki lub też nadmierną komplikacją fabuły). Jasne, zostawia to spory niedosyt, tym bardziej, że wbrew zapowiedziom tajemnice "4400" ujawniane są bardzo oszczędnie - w czwartym sezonie autorzy obiecali ukazać widzom "całą prawdę" na temat porwania, zamiast tego podsunęli jedynie nieco tropów i dodali kilka dodatkowych wątków.

Warto się z 4400 zapoznać. Jest to serial zrobiony sprawnie, nie powielający schematów z innych produkcji. CO mnie szczególnie ucieszyło, to zerwanie z podziałem na odcinki zwykłe i "mitologiczne" - takie rozwiązanie doskonale działało w The X-Files, późniejsze produkcje za wszelką cenę chciały dorównać dziełu Chrisa Cartera, kopiując na potęgę. I choć tu także mamy do czynienia z przedstawicielami służby rządowej, 4400 odszedł bardzo daleko od przygód Muldera i Scully. I bardzo dobrze - choć po obejrzeniu pierwszego odcinka miałem co do tego olbrzymie wątpliwości. W ogóle otwierająca 4400 mini-seria do pewnego moemntu sprawia wrażenie kolejnej kalki przygód dzielnych agentów FBI, na szczęście nic z tego nie pozostało w kolejnych sezonach.

Jeśli lubicie rozbudowana fabułę, spokojne, acz nie leniwe, tempo wydarzeń, a do tego lubicie, jak w serialu dzieje się coś więcej poza gonitwami i strzelaniem na prawo i lewo, sięgnijcie po 4400. To nie jest rewelacja na miarę The X-Files czy Millennium, ale po prostu solidna produkcja z kilkoma ciekawymi pomysłami, zaskakującymi zwrotami akcji i paroma tajemnicami, które będą wam spędzać sen z powiek.

Lost - telenowela z przeszkodami

, , ,

Wreszcie obejrzałem Lost. Po miesiącach wysłuchiwania, jaki wspaniały to serial, postanowiłem nadrobić zaległości. Wrażenia po obejrzeniu dwóch pełnych sezonów oraz wyemitowanych już odcinków trzeciej serii mam mieszane. Serial nie jest zły, ale opinie o nim były mocno przesadzone. Podejrzewam, że popularność seria zawdzięcza sprawnemu marketingowi oraz Lost Experience.

Założenia fabuły są dość proste: na położonej gdzieś na Pacyfiku wyspie rozbija się samolot. Z katastrofy wychodzi cało niemal pięćdziesiąt osób. Początkowo czekają na ratunek, ale ten nie przychodzi - postanawiają więc jakoś urządzić się na wyspie i czekać na rozwój wypadków.

Oczywiście, w grupie rozbitków znajdzie się i lekarz, i oszust, i myśliwy i tak dalej. Pełen serwis - jedynym problemem staje się zdobycie wody i żywności. Dość szybko okazuje się jednak, że wyspa nie jest zwykłą wyspą - dzieją się bowiem na niej rzeczy dziwne, a czasem przerażające, zaś bohaterowie odkrywają, że chyba nie są tam całkiem sami.

Myślałem, ze start trzeciego sezonu 4400 jest powolny (o tej serii innym razem). Myliłem się. Cały pierwszy sezon Lost jest wolny niczym żółw. Wszyscy głównie biegają po lesie i wołają Jacka (lekarza). Wychodzi z tego dość sztampowa i przewidywalna momentami drama. Co prawda dość szybko pojawia się wątek fantastyczny, ale serial nie ma kopa. Lost cierpi bowiem na dwie choroby: retrospekcję i eksplorację. Zacznę od tej drugiej.

Eksploracją pozwoliłem sobie nazwać prezentowanie życia ocalałych z katastrofy dzień po dniu. Typowy odcinek przedstawia bowiem dwa dni z życia rozbitków, a między odcinkami jest zwykle dzień przerwy. Od tej reguły są oczywiście wyjątki, ale tak to właśnie wygląda. Początkowo wydaje się to słusznym rozwiązaniem (wszak widza ciekawi, jak udało się im przeżyć kilka pierwszych dni), ale potem zaczyna irytować. Odcinki nie popychają akcji do przodu, a zamiast rozwoju fabuły oglądamy dobieranie okularów przez jednego z bohaterów (co owszem, było zabawne, ale absolutnie zbędne).

Retrospekcja to nieco inny problem. Twórcy serialu zastosowali ciekawy sposób przedstawiania bohaterów - przyczyny takich, a nie innych decyzji podejmowanych na wyspie poznajemy we wspomnieniach postaci. Z retrospekcji dowiadujemy się, kto był kim przed katastrofą, co ma do ukrycia, z kim się spotkał. Owszem, to wciąga. Ale najwyżej do końca pierwszej serii, potem flashbacki tylko irytują. Odcinek Lost trwa około 40 minut, z czego retrospekcje potrafią zająć nawet połowę. Dodatkowo, jeśli reszta odcinka poświęcona jest wspomnianemu bieganiu po lesie, myśl o skrzywdzeniu scenarzysty jest całkowicie usprawiedliwiona. Tym bardziej, że niektóre retrospekcyjne uzasadnienia teraźniejszego postępowania są tak łopatologiczne, że niemal słuchać korniki wiercące w stylisku.

Dłużyzny i wspomnienia - te dwie rzeczy sprawiają, że fabułę pierwszej serii, którą można by zamknąć w góra dwunastu odcinkach, rozpisano na dwadzieścia cztery. Na czym ostatecznie ucierpiała warstwa mitologiczna serialu, czyli wątek fantastyczny. Owszem, jest on interesujący, ale sposób prezentacji skutecznie go niszczy. Człowiekowi nie chce się już czekać, aż wyjaśni się ta czy inna zagadka, bo po dwudziestu odcinkach ciekawość zmieniła się we frustrację. Wątki mitologiczne serialu zostały doskonale rozegrane w The X Files i Millennium, chociaż tam były prezentowane jedynie kilka razy na sezon, a nie z odcinka na odcinek - bo co to za prezentacja, kiedy wiadomo, że "coś tam jest", ale akcja w związku z tym nie posuwa się do przodu przez kilka czy kilkanaście odcinków?

Fantastyka w Lost dawkowana jest powoli i na niskim poziomie. Żadnych fajerwerków, nieco zagadek i anomalii. Przedstawione do tej pory wątki przypominają nieco Pi skrzyżowane z Cube i Twin Peaks. Jak do tej pory nie pojawiły się na dobrą sprawę żadne elementy, których nie dałoby się racjonalnie wyjaśnić (być może nieco naciąganie) czy to przez halucynacje czy też dzięki istnieniu technologii niedostępnych dla cywili. Daje to twórcom pewne pole manewru i wciąż nie wiadomo, jakie będzie rozwiązanie całej sprawy (tzn. biorąc pod uwagę Lost Experence pewnych rzeczy można się spodziewać, ale w dalszym ciągu pozostaje kilka zagadek do rozwiązania).

Więcej wątków fantastycznych fani serialu mogą znaleźć w ramach tzw. Lost Experience - jest to, krótko mówiąc, rozbudowanie pewnych elementów serii "tu i teraz", wplecenie ich w rzeczywisty świat i zorganizowanie wokół tego gry w poszukiwanie wskazówek. LE ma jedną olbrzymią zaletę (a właściwie miało, bo całą zabawę już zakończono): pozwala odkryć wiele informacji dotyczących tajemniczych zjawisk mających miejsce na wyspie, nie będąc jednocześnie bezpośrednim spoilerem, jeśli chodzi o przygody bohaterów serialu. Wadą LE jest natomiast to, że nie zainteresuje wszystkich. Większość widzów bowiem zapewne nigdy się nie dowie, że pewne informacje mogli znaleźć w sieci - może być to problemem, gdy seria albo padnie po trzecim sezonie (ponoć docelowo ma liczyć cztery), albo twórcy nie rozwiążą wszystkich wątków (np. zakładając, że wszyscy zapoznali się z materiałami w sieci).

Lost Experience to świetny chwyt marketingowy, chyba po raz pierwszy zastosowany na taką skalę (pamiętam bowiem reklamę Men in Black gdzie można było zadzwonić pod numer podany na wizytówce reklamującej film i uzyskać informacje na temat przebywających na ziemi kosmitów). To także spoiler, jakiego świat nie widział - a to może oznaczać, że moje obawy co do ilości informacji, które zostaną podane w serialu, mogą być trafne.

Lost ogląda się jak telenowelę: sporo relacji interpersonalnych, akcja powolna, co jakiś czas fabuła przyspiesza i zaskakuje, po czym wszystko wraca do powolnej normy. Owszem, serial ma dobre momenty. Owszem, jest tam kilka dobrych pomysłów (retrospekcje, wyspa, parę postaci, kilka cytatów). Ale Lost to tylko zwyczajny serial z dobrze zrobionym marketingiem (Lost Experience). Nie zdziwiłbym się także, gdyby okazało się, że spora część działalności fanowskiej wokół Lost generowana jest na zamówienie.

Serial warto zobaczyć. Ale kiedy ucichnie szum wokół niego, niewiele zostanie. To nie jest tytuł, który można oglądać wciąż i wciąż od nowa. Pozostaje mieć nadzieję, że faktycznie liczba sezonów w zamierzeniach twórców jest skończona. Inaczej serialowi grozi pełna transformacja w telenowelę: w dwusetnym odcinku wszyscy bohaterowie okażą się spokrewnieni ze sobą, połowa będzie w ciąży, a a reszta pobiegnie w las szukać lekarza. Oby do tego momentu widzowie zagłosowali pilotem.