Skip navigation.

100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN

Posts tagged with "Zdjęcia"

Falkon 2009 - zdjęcia

, , , ...

Wrzuciłem do galerii zdjęcia z tegorocznego Falkonu. Niedużo i raczej średniej jakości. Z jakiegoś powodu strasznie trzęsły mi się ręce na konwencie. To pewnie przez wszechobecne mroczne gorsety. ;)

Zdjęcia: Falkon 2009.

Istanbul (Not Constantinople)

, ,

Istanbul was Constantinople
Now it's Istanbul, not Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Now it's Turkish delight on a moonlit night

Podróże służbowe mają to do siebie, że zawsze zostaje trochę czasu na zwiedzanie – a przynajmniej na poznawanie uroków miejscowej kuchni, tudzież odkrywanie osiągnięć lokalnego browarnictwa lub umiejętności obsługi zestawu kocioł na zacier plus chłodnica (to akurat miałem przyjemność sprawdzić podczas zupełnie niesłużbowego wyjazdu, ale wciąż liczę na kolejną szansę). Nie podróżuję często, ale jak na razie dzięki pełnionym obowiązkom udało mi się trafić w kilka miejsc, w których do tej pory nie byłem.

W lipcu trafiłem do Turcji i spędziłem pięć dni w Stambule. Czas wolny udało mi się spożytkować nie tylko na odkrywanie kulinarnej spuścizny Konstantynopolu i Imperium Osmańskiego, ale też na pokręcenie się tu i ówdzie oraz na poszukiwanie rożnych ciekawostek, w tym przejawów istnienia tureckiego rynku fantastyki i miejscowego fandomu. Przeszkodą w tym była niestety bariera językowa, choć jak odkryłem, łatwiej było się porozumieć z niektórymi tubylcami na migi lub w języku polskim (czyżby pokłosie wypraw po jeans z początku lat 90.?) niż po angielsku.

Podróż zaczęła się radośnie, bo już na etapie rezerwacji biletów. Okazało się, że czekają mnie dwie randki z Airbusami, które akurat wtedy lepiej radziły sobie z docieraniem na ziemię niż do celu. Obawy prysły, kiedy w Wiedniu na burcie tureckiego samolotu ujrzałem dumnie wymalowaną nazwę maszyny: „Batman”. W druga stronę leciałem już z Austrian Airlines, które nie mają najwyraźniej w zwyczaju nadawać nazw samolotom (swoją droga, Sachertorte na wiedeńskim lotnisku smakuje bardzo, bardzo przeciętnie – nie polecam).

Turcja to kraj należący do kręgu kultury bliskowschodniej, lecz dumny ze swojej świeckości i rozdziału religii od państwa (z armią stojąca na straży demokracji i laickości republiki). O ile z kulturą muzułmańską i arabską styczność miałem już wcześniej (studia, znajomi, zainteresowania) to była to moja pierwsza wizyta w kraju spoza obszaru szeroko pojętej kultury zachodniej. Turcja to interesująca „strefa przejściowa” – już w kolejce do kontroli paszportowej na Atatürk Uluslararası Havalimanı zrobiło się ciekawie: masa podróżnych z Bliskiego Wschodu, z różnych krajów i tradycji (mężczyźni w galabijach, kobiety w chustach, kwefach, czadorach, burkach), obok Turcy i Turczynki w jeansach, sukienkach, spódniczkach. I odwrotnie: studentki z Indonezji reprezentowały tradycyjną dla tego regionu mieszankę (ktoś w chuście na głowie, ktoś inny bez). Turczynki też noszą chusty. Taki kalejdoskop nie pomaga w zorientowaniu się, kogo mamy przed sobą. Czy dziewczyna zawinięta w czador, z perfekcyjnie wykonanym makijażem i w drogich butach na obcasie jest ze Stambułu, z Dubaju, a może z Teheranu? W tłumie giną turyści. Nie sposób stwierdzić, czy zakwefiona dziewczyna mieszka dziesięć minut drogi od lotniska, czy też ma do domu tysiąc kilometrów, albo czy bizneswoman w żakiecie i szpilkach przyleciała z Berlina, czy może z Ankary? Od czasu do czasu pojawiają się mężczyźni w taqiyah na głowie, ubrani w powłóczyste tuniki. Zgaduję, że to uczeni muzułmańscy, może pątnicy – nie jestem w stanie nic znaleźć na ten temat.

Every gal in Constantinople
Lives in Istanbul, not Constantinople
So if you've a date in Constantinople
She'll be waiting in Istanbul

Istambuł z okna taksówki to miasto pełne zieleni, nowoczesne i czyste. Kontrasty są wszędzie: z lewej oszklone biurowce, z prawej meczet, z przodu minarety, z tyłu billboardy pisane cyrylicą (handel z Rosją musi kwitnąć). Warszawa przy Stambule to mała wioska – dwa miliony mieszkańców w porównaniu z dwunastoma milionami. Tak naprawdę jedynym przypomnieniem, gdzie jestem, są wieże meczetów i strój niektórych przechodniów. Nad miastem dumnie powiewają wielkie, tureckie flagi.

Kiedy zrzuciłem bagaże w hotelu, postanowiłem rozejrzeć się po okolicy przy pomocy mojej ulubionej metody: zaznaczam na mapie lokalizację noclegu, a potem pozwalam się sobie zgubić w bocznych uliczkach. Zazwyczaj daje to świetne rezultaty i można przyjrzeć się życiu codziennemu, zamiast podążać z tłumem turystów.

Miałem szczęście nocować w hotelu położonym w centrum rejonu Eminönü, w samym sercu starego Konstantynopola, więc najważniejsze atrakcje były pod ręką. Na początek jednak pokręciłem się po zaułkach dzielnicy. Wrażenia były niesamowite. W wąskich uliczkach odnalazłem targ rybny, warsztaty, szwalnie, pracownie rzemieślnicze, farbiarnię i stereotypowo wręcz brudne rynsztoki, wieczorami zapełniające się wszelkiego rodzaju odpadkami i kotami. Co krok natknąć się można na małe sklepiki, jadłodajnie, stragany z owocami oraz – na dojściu do głównych ulic – sklepy pełne różnorakich towarów (czasem udających znane światowe marki), od butów, przez torby, na futrach kończąc. Przed lokalami siedzieli mężczyźni, popijając herbatę z małych szklaneczek (turecka herbata smakuje inaczej, polecam). Samochodów nie zauważyłem wiele, większość lokali polegała na wózkach i sile mięśni pracowników. Podobnie w warsztatach, do których ukradkiem zaglądałem, maszyn było niewiele.

Tureckie jedzenie kupowane na ulicy jest pyszne i tanie. Porządny barani kebab to wydatek 5-6 złotych (w lokalu ze stolikami nieco drożej). Jednak to, co wyróżnia tureckich sprzedawców, to życzliwe podejście do klienta. Nikt nigdy na mnie krzywo nie spojrzał, mimo moich nieudolnych prób porozumiewania się (co często sprowadzało się do pokazywania palcem na towar i odczytywania ceny z kalkulatora). Zawsze byli uśmiechnięci i pomocni. Każdy właściciel ulicznego straganu, mimo niewątpliwego zmęczenia upałem, nie patrzył na mnie, jakbym mu robił krzywdę, zamawiając mięso w bułce albo przebierając w wyłożonym towarze.

Turcja to raj dla miłośników baraniny. Kultura muzułmańska nie uznaje wieprzowiny, dzięki czemu można tam rozkoszować się mało popularnym w Polsce i drogim mięsem. Byle kebab na ulicy jest świetnie doprawiony i po prostu smaczny. W restauracjach można oczywiście dostać bardziej wyrafinowane rzeczy. Miałem przyjemność skosztować czegoś w rodzaju bardzo gęstego baraniego gulaszu podanego w żeliwnym kociołku (w menu nazywało się to zapiekanka pasterska). Do tego turecki jogurt (naturalny, bez dodatków) jest rewelacyjny, takoż ayran, który ku mojej radości można nabyć w litrowych butelkach. Fanem chałwy nie jestem, ale miejscowa zrobiła na mnie wrażenie (zwłaszcza podawana skropiona sokiem z cytryny). Polecam wyroby firmy Koska, dostępne teżw Polsce – ponoć to jeden z najlepszych wytwórców chałwy i innych bliskowschodnich specjałów (ich rachatłukum jest niesamowite).

Even old New York was once New Amsterdam
Why they changed it I can't say
People just liked it better that way

Jazda taksówką po Stambule to atrakcja sama w sobie. Hotel znajdował się w części europejskiej, natomiast biuro, do którego musiałem co rano dotrzeć, położone było po drugiej stronie Bosforu, czyli już w Azji. Jak się okazało, „europejscy” taksówkarze nie znają rozkładu ulic po drugiej stronie cieśniny – i odwrotnie. W związku z tym każdy z przejazdów był niesamowitą przygodą: błądzenie, sprawdzanie mapy, kontaktowanie się z centralą (ciekawostka: w taksówkach nie ma CB radia, za to kierowcy ozywają komórek w trybie Push to Talk). Odbywały się też konsultacje z innymi taksówkarzami, kierowcami, przechodniami, sklepikarzami. Całość wrażeń dopełniał brak pasów dla pasażerów – nie są obowiązkowe, więc w wielu samochodach po prostu ich nie ma. Scenka rodzajowa: wczesny wieczór, taksówka staje w małej uliczce, obok straganu z owocami, kierowca pyta kolegę o drogę, gdzieś nad nami muezzin zaczyna nawoływać na modlitwę, w oddali szum samochodów przejeżdżających główną ulicą – atmosfera niesamowita.

Strona azjatycka nie różni się od europejskiej: są tam takie same biurowce, sklepy, restauracje. Jest jednak bardziej zielono. Europejski Stambuł zajmuje obszar dawnego Konstantynopola – w centrum łatwiej jest znaleźć resztki rzymskiego akweduktu, niż porządnie zadrzewioną ulicę. Niestety, niedane mi było pokręcić się po Azji, więc jest to plan na przyszłość.

Każdy z mostów łączących kontynenty, Bosforski i Mehmeda Zdobywcy, ma ponad kilometr długości. Cieśnina, pozwalająca na przeprawę z Morza Marmara na Morze Czarne, jest niczym ruchliwa autostrada. Ruch towarowy jest spory, a związki Turcji z Rosją stają się jeszcze bardziej wyraźne – chodzi o transporty ropy z czarnomorskiego portu Noworosyjsk. Reda na Morzu Marmara przypomina zatłoczony parking.

Stambuł azjatycki i europejski łączy ze sobą poza mostami coś jeszcze: wszechobecne koty. Pojawiają się w okolicach restauracji rybnych, na nabrzeżach, wychylają z cienia podczas zamykania sklepów i straganów, by pogrzebać w odpadkach. Chodzą zwykle grupami, choć zdarzają się też samotniki. Można by pomyśleć, że miasto nazywało się kiedyś Kotstantynopol, a nazwę zmieniono na Piestambuł na złość miłośnikom Felis silvestris catus.

So take me back to Constantinople
No, you can't go back to Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Na zwiedzanie nie miałem za wiele czasu, ale na szczęście niemal każdego wieczoru udało mi się wyrwać na miasto na kilka godzin. Mieszanina nowoczesności i tradycji widoczna jest jeszcze bardziej podczas spacerów wąskimi, nadmorskimi uliczkami: w tle szumią samochody na głównej ulicy, a tuż obok na niewielkim straganie opiekana jest baranina, ktoś dalej zachwala owoce, inny sprzedawca oferuje prażone orzechy i migdały. Nagle rozlega się nawoływanie na wieczorną modlitwę z pobliskiego meczetu. Po chwili dołączają doń następne, co w efekcie daje niesamowity, kilkuminutowy koncert na kilka głosów.

Policjanci pilnujący posterunków i innych instytucji publicznych uzbrojeni byli w pistolety maszynowe. Na targu rybnym, żołnierz odbierał zakupy z karabinem przewieszonym przez ramię. Podobnie wyposażony był jego kolega stojący przy samochodzie nieopodal. Przy wejściu na Kryty Bazar ochrona z wykrywaczami metali w dłoniach, wyrywkowo sprawdzała torby i plecaki. Na mnie nie zwrócili uwagi, pewnie nie wyglądam na terrorystę. Przy wejściu do centrum handlowego Kanyon oprócz ochrony są też bramki do wykrywania metali jak na lotniskach. Bez problemu przeszedłem ze scyzorykiem szwajcarskim. Trudno się dziwić aż takim względom bezpieczeństwa – w Stambule zdarzają się zamachy bombowe. Na ulicach, także nocą, jest jednak spokojnie. Czułem się bezpieczniej niż w domu, może ze względu an to, że miasto, jak to na Południu bywa, zaczyna naprawdę żyć dopiero po zachodzie słońca. Swoją drogą, tylko w samolocie tureckich linii lotniczych musiałem wypełnić kwestionariusz osobowy na wypadek wykrycia wśród pasażerów lotu choroby zakaźnej (taki formularz, na którym trzeba podać dane paszportowe teleadresowe to także świetny sposób zebrania informacji, kto do Turcji przylatuje). Natomiast butelkę z wodą przeniosłem przez wszystkie stadia tureckiej kontroli lotniskowej i przyleciałem z nią do Wiednia, gdzie austriacki pogranicznik na bramce do strefy Schengen dał mi prosty wybór: wypić lub wyrzucić.

Kryty Bazar przypomina niestety sklep Cepelii albo inny przybytek z pamiątkami – ciekawe są tylko wnętrza. Lepsze wrażenie robi Bazar Egipski, ale też sporo mu brakuje, by był faktycznym targowiskiem przyprawowym (zgodnie ze swoją drugą nazwą), a nie kolejną atrakcją z badziewiem dla turystów. Z ciekawostek wypatrzyłem miód sprzedawany w plastrach (rewelacja, podawali na śniadanie w hotelu; smakuje inaczej niż ten odwirowany, ze słoika – bardziej delikatny i mniej słodki.) i ser peynir zapakowany w owczą skórę. Kanyon to z kolei galeria handlowa jak każda inna (no dobrze, ponoć bardzo ekskluzywna galeria – przynajmniej pod względem cen ubrań), choć niektóre sklepy wbijają gwóźdź do trumny zwolenników teorii o nieeuropejskości Turcji (zdjęcie obok).

Szybko zlokalizowałem sklep z zabawkami oraz księgarnię. W tym pierwszym na półkach znalazłem Transformers, action figures ze Spider-Mana, X-Men i Star Treka. Oprócz tego z ciekawszych rzeczy były tam LEGO, Playmobil i karty do Magic: The Gathering. W księgarni wyszukałem sporo fantastyki tłumaczonej na turecki: Asimov, Verne, Herbert, Feist. Po angielsku, ale i po turecku: Salvatore, powieści ze świata Warcrafta i Dragonlance, Warhammera. Wypatrzyłem zbiorek opowiadań tureckiego autora, przetłumaczony na angielski: The Book of Madness. Teksty są takie sobie. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że będą bardziej osadzone w miejscowych realiach, a tymczasem mogły one powstać gdziekolwiek. Interesująca jest notka zamieszczona w książce. Autor, Levent Şenyürek, debiutował dzięki wygranej w konkursie zorganizowanym przez Science Fiction & Fantasy Society działające przy Middle East Technical University w Ankarze. Jak widać, istnieje turecki fandom. Według jednego CV znalezionego w Googlu, wspomniane wyżej stowarzyszenie założono na METU na początku lat 90. Może ktoś biegły w tureckim będzie w stanie dowiedzieć się więcej.

Istanbul was Constantinople
Now it's Istanbul, not Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Na zabytki Stambułu potrzeba dużo czasu, o wiele więcej, niż go miałem. Sam pałac Topkapı to wyprawa na cały dzień. Zmuszony przez okoliczności wybrałem więc wersję mini, odwiedzając kilka interesujących mnie miejsc, ale też po prostu spacerując wąskimi zaułkami, w które rzadko zapuszczają się turyści. Błękitny Meczet (właściwie Meczet Sułtana Ahmeda) i Hagia Sofia (niestety, w tym wypadku obejrzana tylko z zewnątrz) robią wrażenie. Równie atrakcyjna jest podziemna rzymska cysterna na wodę o kubaturze 80 000 metrów sześciennych, która wraz z innymi podobnymi rezerwuarami (zobacz tutaj i tutaj) gromadziła wodę dla Konstantynopola – prowadził do niej dziewiętnastokilometrowej długości akwedukt. Inne pozostałości Konstantynopola są widoczne w dzielnicy Fattih nie mal na każdym kroku w postaci pozostawionych fragmentów murów obronnych i akweduktów.

Kiedy już zacząłem się orientować w rozkładzie uliczek, trzeba było się spakować i wyjechać. Zabrałem do domu jeszcze silniejsze przeświadczenie, że odmawianie Turcji udziału w dziedzictwie kultury zachodniej jest błędnym podejściem, podobnie jak skreślanie dla zasady pomysłu, by państwo to dołączyło do Unii Europejskiej. Stambuł i Turcja to miejsce na mojej liście „do odwiedzenia”, jednak w bardziej sprzyjających okolicznościach – bez presji czasu i obowiązków.

So take me back to Constantinople
No, you can't go back to Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Istanbul!

Cytaty: The Four Lads - Istanbul (Not Constantinople)
ZDJĘCIA: Stambuł 2009.

Falkon 2008 – wysoki standard z gotkami w tle

, , , ...

Dlaczego na tym konwencie tyle mówi się o grach, które jeszcze nie istnieją, albo już nie istnieją? Ponieważ w Polsce nie ma innych. - Krakonman


Tegoroczna, dziewiąta już edycja lubelskiego Falkonu, odbyła się w dniach 14-16 listopada 2008 roku. Organizatorzy ponownie wynajęli budynek lubelskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji. Kto był na Falkonie rok temu, mógł spodziewać się znajomych zakamarków. Jak było rok temu, opisałem tutaj. Tegorocznej edycji udało się uniknąć kilku potknięć z 2007 roku, lecz pewne sprawy nadal pozostały nierozwiązane.

Co nie wyszło
W tym roku znów nie było pryszniców. Zagadywani organizatorzy odpowiadali zgodnie, że „prysznic znów się nie zmieścił”. W zeszłym roku próbowano wnieść do budynku przenośną kabinę prysznicową, jednak na przeszkodzie stanęły za wąskie otwory drzwiowe i okienne. W tym najwyraźniej spróbowano ponownie – lub też taka była oficjalna wersja. W każdym razie myć się trzeba było w umywalce. Dobrze, że chociaż jedna łazienka dała się zamknąć.

Przy okazji pytań o prysznic wyszła ciekawa sprawa: każdy z zapytanych orgów na początku odpowiadał, że to nie jest jego działka, gdyż zajmuje się on wyłącznie swoim poletkiem – tu padała nazwa jakiegoś pionu logistycznego. Nie, panie i panowie – organizator zapytany o coś przez uczestnika nie może zasłonić się plakietką z napisem „Media internetowe” i uznać sprawę za załatwioną. Uczestnikowi należą się albo informacje, albo wskazanie osoby bardziej kompetentnej. Istnieje jednak pewien zakres wiedzy (rozmieszczenie sal, osoby odpowiedzialne czy też właśnie obecność prysznica), który powinien być znany wszystkim organizatorom. W innym wypadku jest to zwyczajne olewanie uczestników imprezy. W tym miejscu chciałbym podziękować Simanowi i Ślivce za konkretną pomoc i dobre chęci.

Drugim zgrzytem był ścisk w salach sypialnych. Co prawda miejsca do spania było zdecydowanie więcej niż rok temu, ale nadal ci, którzy przyjechali w piątek w nocy lub w sobotę rano, mieli pewne problemy ze znalezieniem kawałka wolnej podłogi (pomijając korytarze). Tutaj pomogła wspomniana wyżej Ślivka, organizując salę dla spóźnionych warszawiaków, do których dołączyliśmy w składzie Raven, Krakonman i niżej podpisany.

Pomieszczenie, w którym się rozbiliśmy, miało być w sobotę wykorzystywane przez parę godzin na pokazy malowania figurek, a w niedzielę na LARPa. Sobotnim rankiem spakowaliśmy się, wsunęliśmy bety pod ściany (realizując obietnicę daną wcześniej Ślivce), żeby nie przeszkadzały i poszliśmy się bawić. Kiedy po paru godzinach wróciliśmy, sala była absolutnie pusta. Pod jedną z ławek znalazłem tylko swoje buty. Nie zdążyłem się nawet wkurzyć, gdy odkryliśmy nabazgraną na drzwiach wiadomość od Neratina o przeprowadzce. Neratin był na tyle przytomny, że zostawił swój numer telefonu, więc po chwili mogliśmy zrobić remanent, czy niczego w naszych betach nie brakuje. Rozumiem intencje organizatorów, lecz nasze rzeczy złożone pod ścianami nikomu nie przeszkadzały, do tego zostawiliśmy je w sali na naszą odpowiedzialność. Co więcej, przeniesiono je bez zapytania nas o zgodę. Dla dobra moich nerwów i nerwów orgów nie polecam powtarzać tego numeru w przyszłości.

Po południu wróciliśmy na miejsce ze wszystkimi manelami. Nie był to jednak koniec perypetii. W niedzielę rano, jakoś niedługo po dziewiątej, do sali wpadł jakiś org (ksywy nie zarejestrowałem bądź też wyparłem) i kazał nam się pakować, ponieważ o jedenastej miał się rozpocząć LARP. Grzecznie odpowiedzieliśmy, że jesteśmy tego świadomi i w trakcie pakowania się. Org wrócił po kilkunastu minutach i kategorycznie zażądał, żebyśmy salę opuścili natychmiast. Najwyraźniej nikt tej osoby nigdy nie nauczył, że istnieje coś takiego, jak prośba, a różne sprawy można załatwić bez machania szabelką. Może doszkoli się do przyszłorocznej edycji konwentu i zrozumie, że takie podejście do ludzi wiele nie daje. Po co sala miała stać pusta przez półtorej godziny?. Tego się nie dowiedzieliśmy.

Tyle o tym, co mi się nie podobało. Kilka dodatkowych słów podsumowania znajdziecie na końcu. Czas na trochę lukru.

Co się udało – mniej lub bardziej
Na tegorocznym Falkonie udało mi się wreszcie sporo czasu spędzić na zaliczaniu punktów programu. Być może sprawił to głód konwentu (wcześniej w tym roku udało mi się tylko pojechać wiosną na żywiecki Grojkon), choć bogata oferta programowa miała w tym zapewne swój niemały udział. Na uczestników czekało siedem bloków prelekcyjno-konkursowych oraz pokazy, LARPy, zwariowane koń-kursy i inne atrakcje. Było więc z czego wybierać i prawdę mówiąc, ciężko w którym nie działoby się coś ciekawego.

Zacząłem od prezentacji gry fabularnej Deliria. Liczyłem na autorkę, a tymczasem okazało się, że jest to wydawnictwo komercyjne, w założeniach autora taki lepszy Changeling: the Dreaming. System wydaje mi się być przesiąknięty wiccą, neopogaństwem, druidyzmem i tego typu tematyką. Szkoda tylko, że prelegentka nie ukrywała, że gry nie lubi, a jej zakup był błędem. Po co więc opowiadać o tym na konwencie?

Na spotkaniu z redakcją cthulhowego fanzinu The Outsider Żucho opowiadał o planach związanych z fanzinem. Można było tez nabyć trzeci numer pisma i pomęczyć ½ redakcji zina pytaniami. Indiana, niestety, nie dotarł ze względu na zmianę godziny spotkania.

Potem trafiłem na prelekcję Magneza o głupich i niedorzecznych miejskich legendach. Całość była interesująca (choć osoby siedzące w temacie nie dowiedziałyby się niczego nowego), choć podejście prelegenta do tematu moim zdaniem pozostawiało nieco do życzenia. Zdaję sobie sprawę, że kwestia istnienia życia pozaziemskiego i ewentualnych odwiedzin kosmitów na Ziemi wywołuje rożne reakcje, ale napieprzanie się z nieżyjącego już uczestnika zdarzenia w Emilcinie, Jana Wolskiego, było zwyczajnie niesmaczne.

Spotkanie z redakcją magazynu Rebel Times, jak zresztą inne spotkania z growymi wydawnictwami, przebiegło w kameralnej atmosferze. Ajfel i Sting opowiedzieli o piśmie, planach na przyszłość oraz sprzedali kilka plotek i anegdot z polskiego rynku gier. Podobnie kameralny przebieg miało spotkanie z Wydawnictwem Imaginator, zapewne ze względu na wczesną porę (kto to ustawił na 10:00 w sobotę?!). Quendi opowiedział o Exalted, obiecał wydanie gry w grudniu 2008 i twardo odmawiał odpowiedzi na pytania o polską edycję Legendy Pięciu Kręgów. Wydaje się jednak, że Exalted ma jednak szanse ukazania się przed L5K: na prelekcji można było zapoznać się z wersją roboczą tłumaczenia, zaś sam podręcznik został już przekazany do składu.

Interesująca była tez pogadanka Andrzeja Pilipiuka o przygotowaniach do pisania cyklu Oko jelenia, Autor opowiadał o materiałach, z jakimi zapoznał się przed przystąpieniem do prac nad cyklem: historia Norwegii, znaleziska archeologiczne, daty, ludzie miejsca. Do tego można było dowiedzieć się, co w Oku jelenia nie odpowiada prawdzie i dlaczego (brak informacji, licentia poetica, itd.).

Dawno niewidziany przez mnie Cypis przywiózł z UK zdjęcia i opowieści o tamtejszym fandomie, siedzibie Games Workshop i playtestach Dark Heresy. Wielki Space Marine przed wejściem do głównego budynku GW robi wrażenie.

Nieco lepsza frekwencja towarzyszyła spotkaniom z Wydawnictwem Menhir. Thilnen i Ellentir, twórcy gry fabularnej Poza czasem, najpierw cierpliwie wysłuchali uwag na temat swojej gry (zawsze uważałem, że Menhir miał najlepszy PR na rynku), po czym opowiedzieli fanom systemu (których dość liczna, jak na niszowy system, obecność na spotkaniach chyba nieco zaskoczyła twórców gry) o przygotowaniach do wydania drugiej edycji PC. Nowości i zmiany w drugiej edycji to między innymi:
  • 12 plemion (kilka zniknie, pojawią się w ich miejsce nowe), które mają wyczuwalnie różnic się od siebie kulturą
  • nowa historia i geografia świata gry (Tir Na Danu nie będzie już wyspą)
  • Wybrańcy-bohaterzy, choć już niekoniecznie wybrańcy Bogini
  • brak podziału na klasy znanego z poprzedniej edycji
  • mechanika bezkostkowa (karmiczna) plus możliwy do wprowadzenia element losowy oparty na jednej kości
Więcej o pracach nad drugą edycją PC znajdziecie na blog.pozaczasem.pl.

Ellentir i Thilnen poza nowa edycją sojej gry planują coś jeszcze: kolejny erpegowy tytuł Armie apokalipsy. Jako że prace nad gra jeszcze na dobre się nie zaczęły, nie powiedziano nic o planach wydawniczych („when it's done”), przybliżono za to założenia systemu.

Świat osadzony będzie w nieco zmodyfikowanych współczesnych realiach. Jeśli chodzi o historię, to kiedyś Ziemią rządziły demony. Sędzia stworzył dla nich przeciwwagę i wysłał do świata ludzi anioły, z których część zbuntowała się przeciwko swojemu panu, a pozostałe podjęły walkę z demonami. Ukrzyżowanie syna czy też wysłannika Sędziego odebrało moc części demonów, pozostałe zdołały się ukryć i zapaść w letarg.

Kim jest Sędzia, nie wiadomo. Być może jest to najwyższy byt, lecz równie dobrze może być to skomplikowany mechanizm rządzący światem, w który wbudowano algorytm apokalipsy. Historia świata dobiega końca, a wraz ze zbliżaniem się zagłady powraca pradawna moc, a wraz z nią anioły i demony, które budzą się w mieście zwanym Nowe Jeruzalem.

W Armie apokalipsy grać będzie się przebudzonymi nadistotami, które wcielają się w zwykłych ludzi. Każda z nich ma przebłyski swojego poprzedniego życia, swoje podejście do rzeczywistości – autorzy ładnie zobrazowali to opisem anielicy w lateksie. Przebudzone byty walczą między sobą o przetrwanie, tworząc rozmaite frakcje, gdyż w innym wypadku zginą wraz z nadejściem apokalipsy. Być może koniec świata da się odsunąć bądź zmodyfikować na tyle, że niektórzy go przetrwają. Do tego dochodzą różnorakie organizacje ludzi (inkwizycja, templariusze, itd.), fantastyczne bestie apokalipsy etc.

Gra ma zawierać rożne wersje settingu – to samo miasto, lecz w odmiennych realiach. Siłą napędową mają być różnorodne moce przebudzonych i ich poglądy na nadchodzącą apokalipsę. Co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Podczas Falkonu trafiłem na dwa konkursy. Konkurs serialowy Squirrel był świetny, ale trudny jak nie wiem co. Wszystko niby było w porządku do momentu, gdy pały pierwsze pytania z Detektywa w sutannie. Zdobycie punktu graniczyło z cudem, choć czasem udawało się poprawnie strzelić. Równie fajny, choć nieco gorzej przygotowany i zdecydowanie za krótki (trwał godzinę, a powinien dwie) był konkurs wiedzy o starych grach fabularnych – były pytania ze Złego cienia! W ramach rozgrywek wewnątrzfandomowych Zespól Tłumaczy w składzie Krakonman i niżej podpisany pokonał Bobry Wojny (Szczur i [chyba] Gerard Heime Sting).

Na Falkonie 2008 odbył się, podobnie jak rok temu, pokaz mody gotyckiej. Tym razem umieszczono go w oficjalnym programie i dopisano, że będzie to również prezentacja mody fantastycznej. Pokaz zgromadził tłumy, aula była wypełniona po brzegi. Niestety, albo zabrakło elementu świeżości, jak rok temu, albo całość przygotowano z mniejszym rozmachem. Pokaz był krótszy niż zeszłoroczny, nie działo się też na nim nic szczególnego. Nie oszukujmy się, dwie gotki całujące się na scenie nie przebiją okularków spawacza czy plastikowej kosy z dyndającymi czaszeczkami. Do tego dorzucono jakiegoś kata, kolesia w cylindrze i takie tam dodatki. Mam nadzieję, że za rok pokaz wróci do swojej pierwotnej, czystej, mrocznej formy.

Podsumowanie
Fakon 2008 był dobrym konwentem. Od strony technicznej niewiele można mu zarzucić. Fajnym pomysłem, zapożyczonym m.in. z Polconów, było dostarczenie uczestnikom programu i informatora w postaci dwóch osobnych książeczek: w pierwszej był harmonogram imprezy, w drugiej dodatkowe informacje, teksty literackie, itp. Co prawda w przykonwentowym grillu przestali lać Perłę, a lokal w sobotę zamknięto o 16:00, ale na to organizatorzy mieli niewielki wpływ (zapomniałem zapytać, czy ktoś próbował się z przybytkiem dogadać, by jak rok temu można było napić się piwa i zjeść coś ciepłego nawet koło 22:00). Warto było pojechać do Lublina i na pewno wrócę tam za rok – jak co roku. Tym razem ominąłem 99% spotkań z pisarzami i prelekcji ogólnofantastycznych (najbardziej żałuje fizyki bitew kosmicznych prowadzonej przez Neratina), ale program erpegowy był na tyle bogaty, że trzeba było na coś się zdecydować.

Odniosłem jednak wrażenie, że organizatorzy popadli w rutynę – i trochę może w samozadowolenie, być może podszyte drobnym lenistwem. Falkon to świetny konwent, jeden z najlepszych w Polsce, utrzymujący poziom od lat. Być może właśnie w tym leży problem: orgom potrzebny jest powiew świeżości, lepszy lokal, jeszcze większy rozmach imprezy. Chciałbym, żeby Falkon zyskał także elementy targów gier – czy lepiej nawet, wzorem Polconu, targów popkultury (wydawnictwa growe można policzyć na palcach jednej ręki). Imprezie o takiej skali i zasięgu nie przystoi wystawiać dwóch księgarni rozłożonych na szkolnych ławkach i sklepu dla graczy gnieżdżącego się w niewielkiej salce.

Wydaje mi się także, że w tym roku organizatorzy byli nieco mnie zorientowani na uczestnika, a bardziej na to, by impreza się kręciła. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej nie należy zapominać, że konwent jednak jest robiony także dla uczestników, a nie wyłącznie dla samej idei konwentu (nasze wędrówki i wypytywanie kolejnych orgów złapanych na korytarzu).

Na koniec zabawna sprawa: w zeszłym roku parę osób zdziwiło się na mój widok, pytając czy ja w ogóle żyję. Teraz było to samo. Odpowiadam więc: żyję, wierzgam i znów mam zamiar nieco się podzielać w fandomie.

Tutaj znajdziecie zdjęcia z Falkonu 2008. Robiłem je Nokią N95-2. Nie, dalej nie mam porządnego aparatu. Telefon robi niezłe fotki, ale jak się okazało, trzeba go dość stabilnie trzymać, inaczej zdjęcia wychodzą rozmazane – stąd też nie najlepsza jakość fotorelacji. Następnym razem będzie lepiej.

Na zakończenie serdecznie pozdrawiam towarzystwo z pociągu (Martva, Virgo, Krakonman, Raven, Niddhog, Agrafek) oraz fandom warszawki (Morphea, Garnek, Szczur, Wojewoda, Jacek Brzeziński), Gerard Heime, Rincewind bpm) i śląski (Fungus), a także wszystkich, z którymi udało mi sie pogadać (Ajfel, Sting i wielu, wielu innych). Specjalne pozdrówka dla Mary i Elmy.

Norwegia fiordem pachnąca

, ,

Norwegia po raz trzeci - czy to aby nie za dużo? Przyznaję, że taka myśl przemknęła mi przez głowę. Było to jednak tylko chwilowe zwątpienie. Jak pisałem wcześniej, kraj fiordów i łosi miałem do tej pory okazję dwukrotnie zwiedzić zimą. Przyznaję, wiosna robi dużą różnicę.

W tym miejscu chciałbym podziękować Marze, Tomkowi, Tośce i Borysowi za przyjęcie mnie pod swoje dachy. DZIĘKUJĘ! :D

Tegoroczny plan był prosty: odpocząć wśród norweskich wzgórz i wiejskiego krajobrazu, a potem pozwiedzać i pobawić się w Oslo. Oba punkty zostały wykonane w pełni. Zregenerowałem siły, poznałem nocne życie w Oslo (studenci jak zwykle bawią się lepiej od reszty ludzi) i zobaczyłem to, czego nie miałem okazji obejrzeć w zeszłym roku. Choć i tak zostało jeszcze sporo miejsc, do których nie dotarłem.

Jeśli miałbym wymienić szybko kilka elementów charakteryzujących Norwegię, byłyby to: woda z kranu bezpośrednio zdatna do picia, bezpieczne miasta, ogrzewanie podłogowe oraz wszechobecne parówki - a także brązowy kozi ser, który jest poza wszelką konkurencją. Tak, łykanie norweskiej kranówy nie grozi śmiercią lub kalectwem. Podobnie jak łażenie po nocy - miałem już okazję sprawdzić to w niewielkim Trondheim, a teraz przekonałem się, że tak samo jest w przypadku Oslo. Tam naprawdę można się czuć bezpiecznie, jest to jeden z niepodważalnych atutów tego kraju. Podobnie, jak samochody zatrzymujące się przed przejściami dla pieszych, nawet, kiedy przechodnie są od jezdni dobre kilka metrów. Zaś co do ogrzewania podłogowego, kto spróbował, ten wie, że jest to jeden z najbardziej doniosłych wynalazków w historii ludzkości. Nie ma bowiem nic przyjemniejszego, niż wyjście spod prysznica i postawienie stopy na cieplutkiej posadzce.

Podstawę norweskiego fastfoodu stanowią parówki: gotowane, opiekane, zawijane w plastry boczku, posypywane prażoną cebulą, przybierane sałatką ziemniaczaną, keczupem, majonezem i musztardą. Parówki można jeść tradycyjnie w bułce, albo zawinąć je w lefse lub lompe, ziemniaczane podpłomyki. Parówki - z braku tradycyjnej kiełbasy - są też podstawowym produktem na grilla. Nie jest to złe jedzenie, zwłaszcza w wariacji z podpłomykami, ale trzeba uczciwie przyznać, że gdyby nie imigranci, to Norwegowie byliby na parówki skazani. Jednak między innymi dzięki przybyszom z Bliskiego Wschodu mogą się cieszyć świetnymi kebabami - można trafić na miejsca, gdzie podają kilka-kilkanaście rodzajów, palce lizać. Swoją drogą, w Norwegii nie ma bezpańskich psów: ani na wsi, ani w miastach (między domami wędrują jedynie koty) - z Borysem zastanawialismy się przez jakiś czas, skąd się te wszystkie parówki biorą...

Skoro już o jedzeniu mowa, polecam spróbować śledzi, czy to marynowanych na kwaśno, czy też w śmietanie (lub innym sosie). Całość ma lekko słodki smak i o dziwo smakuje bardzo dobrze - choć potrzeba chwili, żeby się przyzwyczaić. Natomiast odradzam cukierki z lukrecją. Nie wierzę, że tak smakuje substancja ponoć pięćdziesiąt razy bardziej słodka od cukru. Oczywiście, możecie próbować (ja się dałem skusić), ale zostaliście ostrzeżeni. Za to norweski kefir i zsiadłe mleko smakują tak, jak powinny.

Oslo posiada bardzo dobrze rozwiniętą komunikację miejską (metro, autobusy, tramwaje). Bilet tygodniowy kosztuje 210 koron i uprawnia do korzystania z całego systemu komunikacji miejskiej, wliczając w to transport wodny na okoliczne wyspy, z wyłączeniem jednak autobusów nocnych (przejazd 50 koron; zestawienie cen różnych produktów i usług opublikuję później). Dodatkowo można wypożyczyć rower miejski albo przyjechać ze swoim - stojaków na rowery nie brakuje.

Z ciekawych rzeczy warto przyjrzeć się, jak działają norweskie kasy sklepowe: jest tam wciągarka banknotów i przypominający skarbonkę pojemnik na bilon (reszta w drobnych wypada z niego automatycznie). Chętni mogą także zapoznać się bliżej z jednorazowym grillem i wybrać się do parku na pieczenie parówek - w Norwegii przestrzeń publiczna jest dla mieszkańców, więc można sobie legalnie pogrillować w takim Frogner Park - nie, park nie jest zaśmiecony, zaś trawa jest soczyście zielona mimo nieustannego deptania po niej, gry w piłkę, zabawy frisbe i oczywiście rozpalania grilli. Wolno też robić zdjęcia w muzeach - wystarczy spytać, gdzie nie powinno się używać flesza. Tak, Norwegia to kraj przyjazny ludziom.

Oczywiście nie jest to kraj idealny. Są tu przydrożne śmieci, a Norwegowie - mimo swojej otwartości na innych - powoli zaczynają mieć dość imigrantów. Zapewne gdybym pomieszkał tam rok lub dwa, patrzyłbym na pewne sprawy inaczej. Ale na razie pozwalam sobie Norwegię nieco idealizować, jako że do spędzenia urlopu jest to miejsce doskonałe.

Niestety, wszystko dobre musi się kiedyś skończyć. Pocieszam się myślą, że pozostało mi jeszcze zobaczyć Norwegię w lecie i na jesieni, więc będę miał pretekst, żeby odwiedzić ten kraj jeszcze co najmniej dwa razy. Potem coś wymyślę. ;)

Niemal dwieście zdjęć z podróży jest dostępne w albumie. Już zebrałem po głowie za to, że po raz kolejny robiłem fotki komórką (Nokia E50). W każdym razie aparat znajduje się już bardzo wysoko na mojej liście zakupów - czas ku temu najwyższy.

PS. To jeszcze nie koniec opisywania wrażeń z pobytu w Norwegii. mam jeszcze kilka rzeczy do opisania. :)

PPS. Sympatyczny młodzieniec ze zdjęcia w poprzednim wpisie reklamuje norweskie sery firmy Tine - tradycyjne produkty w nowym opakowaniu (widać niedawno zmienili design). Najbardziej w oczy rzuca się jednak nie kostka sera (na zdjęciu nie widać), ale sweter w Space Invaders. :)

Fizyka Światów Wyimaginowanych 2008

, , , ...

O imprezie dał mi znać Murphy. Tak się jakoś złożyło, że on miał tam prelegować, a organizatorem okazał się nasz wspólny znajomy Viktor. Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji, by zobaczyć mini-konwent zorganizowany pod pretekstem konferencji naukowej (lub odwrotnie).

Konferencja zatytułowana Fizyka Światów Wyimaginowanych odbyła się 9 marca 2008 roku w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Organizatorem było Koło Matematyczno-Przyrodnicze Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwane potocznie SeMP.

O morderczej, jak na niedzielę, porze - 9:00 - stawiłem się w hollu dawno nie odwiedzanego przeze mnie instytutu (co prawda nie studiowałem tam, ale parę razy zdarzyło mi się zapuścić na tereny nauk ścisłych). Impreza - jak każdy konwent - rozpoczęła się z niewielkim poślizgiem spowodowanym koniecznością zmiany sali. Sali wykładowej, dodajmy. Kiedy organizatorzy rozstawiali sprzęt, powoli zbierała się publiczność. Łącznie przybyło jakieś 20-30 40 osób (wliczając organizatorów; dane od prowadzących imprezę). Trochę mało, zważywszy, że impreza była otwarta dla wszystkich, a na bramce nikt nie wołał o akredytację. Prawdę mówiąc, wiem o dwóch miejscach "nienaukowych", gdzie pojawiły się informacje o spotkaniu, więc raczej konferencji nie reklamowano zbyt szeroko. Choć z drugiej strony organizatorzy byli raczej z niewielkiej frekwencji zadowoleni.

Jako pierwszy wystąpił dr hab. Hubert Harańczyk (zainteresowani sami znajdą jego bliższe powiązania z fantastyką) z wykładem "Fizyka baśni - o niemożności latających smoków, krasnoludków i olbrzymów". Był to interesujący przykład, jak przy pomocy nauk ścisłych można analizować zjawiska fantastyczne - w tym wypadku różnego rodzaju istoty, od olbrzymów, przez krasnoludki, po smoki. Myślę, że badanie wytrzymałości kości gigantów na podstawie dostępnych rycin (oczywiście chodzi o wyliczenia teoretyczne) czy też analizy układu oddechowego krasnali (problem miniaturyzacji mięśnia sercowego, układu krwionośnego i oddechowego opartego na płucach) ma szansę stać się poważną dyscyplina naukową. Bonusem była próba przekonania publiczności, że pająki są fajne - zwłaszcza ptaszniki, które ponoć w dotyku i zachowaniu przypominają koty, a niby milusie świerszcze to kanibale i mordercy.

Prelekcja "Rzecz o transmutacji, kamieniu filozoficznym i gipsie - czyli krótka rozprawa o alchemii" Wiktora Niemca, nieco skrócona ze względu na czasowy poślizg, nie była dla mnie niczym nowym, ale zawsze przyjemnie jest posłuchać o rożnych pomysłach na produkcję złota (pozdrawiam CERN). Wiktor, oprócz problemu pozyskiwania metali szlachetnych, wspomniał także o rozwoju medycyny (leki chemiczne) i wkładzie alchemików w rozbudowę bazy farmakologicznej.

"Fizyka gier fabularnych" Marka Nogi była typową prelekcja konwentową. Murphy nie tylko wyjaśnił laikom, czym są RPG, ale też omówił pokrótce kilka rozwiązań mechanicznych na przykładzie różnych gier (m.in. Warhammer, 7th Sea, Violence, Legenda Pięciu Kręgów). Niestety, zabrakło czasu, by podyskutować z paroma kontrowersyjnymi tezami Marka, dotyczącymi roli Mistrza Gry i jego podejścia do gry i graczy (problem oszukiwania i wszechwładzy MG). Był to jedyny, w pełni poświęcony grom wykład w trakcie konferencji.

Witold Tatkiewicz wystąpił z prelekcja "Broń biała wczoraj, dziś i jutro u nas i gdzie indziej". O ile pamiętam, autor przedstawił się jako materiałoznawca. Po krótkim wstępie na temat dawnych technik wyrobu broni białej, autor skupił się na problemie uzyskania jak najlepszego ostrza (odpowiednio ostre i odpowiednio elastyczne) w warunkach współczesnych. Spore wrażenie na nieprzyzwyczajonych (czytaj: humanistach) zrobiły wykresy wytrzymałości materiałów, z których chcielibyśmy wykonać głownię miecza. Zakres proponowanych surowców był spory: od tytanu, przez osm, po różnego rodzaju polimery. Nie obyło się też bez zahaczenia o materiały fantastyczne (adamantium).

Ostatnim wystąpieniem podczas konferencji było "Fizyka w Star Trek - fantastyka jak bardzo naukowa?" Szymona Kukulaka. Prowadzący - trekkie - omówił mniej lub bardziej naukowe elementy uniwersum seriali i filmów spod szyldu Star Trek. Teleportacja, fazery, torpedy fotonowe i inne cuda startrekowej techniki broniły się lepiej lub gorzej przed naukowa argumentacją, choć jak okazało się w trakcie prelekcji, niektóre elementy scenografii dało się wyjaśnić bez uciekania się do fizyki kwantowej (mnogość ras humanoidalnych to wina niskiego budżetu humanoida każdy może zagrać). Obok wykładu o broni było to moim zdaniem najlepsze wystąpienie podczas konferencji.

Niestety, wykład "Matematyka a n-wymiarowe światy" Anny Pajor nie odbył się z powodu nieprzybycia prelegentki. Po zakończeniu oficjalnego programu chętni mogli pograć w planszówki.

Konferencja Fizyka Światów Wyimaginowanych była konferencją naukową. Owszem, wśród organizatorów byli ludzie jeżdżący na kownenty, w kuluarach można było radośnie pogadać o fantastycznej imprezie zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, ale to nie była typowa impreza fantastyczna. Z drugiej strony jednak czułem się tam jak na dobrym konwencie - być może dlatego, że jednak presja na prelegentów była wyższa. Na konwentach bywa tak, że zgłoszony punkt programu realizowany jest po łebkach. Tutaj każdy z autorów prelekcji przygotował prezentacje multimedialną i widać było, ze doskonale wiedzą, o czym mówią.

Owszem, przydałaby się szersza reklama, bogatszy program, informator (choćby w postaci zadrukowanej kartki A4) - tego zabrakło. Jednak pomysł oficjalnego połączenia fantastycznych tematów z naukowym podejściem pod szyldem uczelni wart jest kontynuowania - oczywiście nie jest to mowa idea, ale o ile mi wiadomo, całkiem świeża w przypadku UJ. Pozwala to nie tylko propagować interesująca rozrywkę, ale też dalej rozbijać pokutujący wciąż w wielu miejscach stereotyp zjawiska infantylnego, niegodnego zainteresowania "poważnych ludzi". Sami zresztą przyznajcie, czy ciekawsze jest żmudne liczenie wytrzymałości stalowego pręta, czy może ustalanie optymalnych parametrów miecza +2? ;) Pozostaje mieć nadzieję, że tego typu konferencje będą odbywać się częściej.

Zdjęcia z konferencji znajdziecie w albumie (większość jest niestety niezbyt wyraźna - pstrykałem komórką, a ta wymaga dobrego światła).

Falkon 2007 - i wszystkie inne

, , , ...

Znów pojechałem na Falkon. Na ten konwent jeżdżę co roku, poczynając od jego drugiej edycji w 2001. Do tej pory tylko raz, w 2006, nie udało mi się wybrać do Lublina. Falkon jest dla mnie tradycyjnym zamknięciem sezonu konwentowego (na Nordcon jakoś nie udało mi się na razie dotrzeć) i wolę nie myśleć, że znów mógłbym opuścić tak sympatyczną imprezę.

Zastanawiałem się, czy pisać klasyczną relację. Ale myślę, że nie ma to większego sensu. Kilka sprawozdań już się w sieci pojawiło, a ja nie muszę się znęcać nad biednymi organizatorami, wytykając im potknięcia i niedoróbki. Niemniej jednak pozwolę sobie na kilka słów o tegorocznej edycji, a potem będzie też o Falkonie, ale ciut z innej beczki.

Lubelski listopadowy konwent ma to do siebie, że wychodzi. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe. Za każdym razem Falkon po prostu działa, niezależnie od okoliczności czy pogody (pamiętny atak zimy w 2004). Nigdy jednak nie miałem większych zastrzeżeń co do samej imprezy, jak i organizującej go ekipy. W tym roku jednak chyba zadziałała zła magia nowej lokalizacji, ponieważ kilka rzeczy się wysypało, a i mam o czym pomarudzić. Nie będę się jednak nad tym długo rozwodził, oto wpadki:

  • małe sale sypialne; ponoć wszystkich pomieszczeń do spania było aż dziewięć, jednak ich rozmiar był niezadowalający (zakładam, że wszystkie miały podobną powierzchnię, jako że kilku nigdy nie odnalazłem). Już w piątek wszystko było zapchane i ci, którzy przyjechali wieczorem, musieli spać na korytarzu;
  • nie było pryszniców - to największy i podstawowy minus nowej lokalizacji Falkonu. Organizatorzy chcieli wstawić przenośne prysznice toi-toi, ale okazało się, że nie mieszczą się one w drzwiach. Tak więc celem zachowania higieny należało stosować stary, sprawdzony, magiczny sposób na wykapanie się w umywalce;
  • w naszej noclegowni przez trzy dni był wisiał nigdy nie wymieniany worek ze śmieciami. Co prawda poradziliśmy sobie i jako kulturalni konwentowicze nie zrobiliśmy wokół niego wysypiska, ale jednak obsługa powinna była zaglądać we wszystkie kąty;
  • przynajmniej na jednych drzwiach od sali prelekcyjnej ropiska punktów programu wisiała z aktualnościami opisującymi piątek;
  • informatory nie dotarły na czas. Nie była to jednak wina organizatorów, ale pewnej firmy kurierskiej, która "wcięła" przesyłkę. Najpierw organizatorzy zostali poinformowani, że całość trafiła do Warszawy. Potem, że większość jednak jest w Lublinie. Oczywiście informatory można było odebrać z magazynu dopiero w sobotę rano. Ucierpiał na tym konwent, ucierpieli organizatorzy. W kuluarach można było usłyszeć nawet słowa "sąd" i "prawnik". I nic dziwnego, popieram.
To były wady. Przyznaję, że tyle mankamentów Falkonu nie wymieniłem jeszcze nigdy. Mógłbym się jeszcze poczepiać detali w stylu chaotycznej prelekcji Kaduceusza o grach narratywistycznych (swoją droga, Garnek to potwór w ludzkiej skórze), Simana, który o GNS mówił jakoś bez przekonania (a ludzie uciekali z prelekcji), czy też nikłej liczby punktów programu, które wzbudziły moje zainteresowanie (co nie znaczy, że program był zły - wręcz przeciwnie). Ale to tylko szczegóły. Na Falkonie bawiłem się bardzo dobrze. Zdjęcia znajdziecie w albumie, fotorelacja wyszła jednak tak sobie - kiepskie światło było, a wciąż pstrykam komórką.

Z zalet, poza ogromnym programem, warto tez wspomnieć o salach prelekcyjnych, które domyślnie wyposażone były w projektory multimedialne i komputery. Tak jest specyfika Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji, gdzie odbył się tegoroczny Flakon. Do tego aule przeznaczone dla prelegentów doskonale spełniły swoje zdanie. Gdyby nie kilka mankamentów wymienionych wyżej, byłoby to doskonałe miejsce na konwent. Dodatkowym plusem był leżący po drugiej stronie ulicy Grill Bar, serwujący tanie piwo (Perła!) i dobre, równie tanie żarcie z grilla (kaszanka!)

Aha, zapomniałbym o najważniejszym.

Na Falkonie 2007 odbył się pokaz mody gotyckiej.
A jako bonus dorzucam dwa teksty, które pojawiły się podczas prelekcji Kaduceusza, autorzy pozostają do mojej wiadomości. Humor nie jest wyszukany, ale cóż, wtedy nas to rozbawiło. ;)

Twoja Stara rozumie Kaduceusza!
Gamizm, Narratywizm, Twoja Stara!

Pragnę też podziękować Moraczowi, Multidejowi, Telefaxowi, Żółwiowi i Ravenowi za radosną podróż do Krakowa. :)

I to wszystko. A teraz też o Falkonie, ale trochę inaczej.

* * *
Na pierwszy Falkon pojechałem niejako w ciemno. Słyszałem dobre opinie o edycji z 2000 roku i uznałem, że warto się wybrać do Lublina. Zdaje się, że pociągiem pojechałem sam. Parę innych osób miało dotrzeć w piątek wieczorem. Wszedłem na konwent i... zgubiłem się.

Falkon 2001 na zawsze zapamiętam jako imprezę, na której znałem góra pięć, no może dziesięć osób: ekipę, która przyjechała z Krakowa, przypadkiem spotkanego znajomego oraz poznanego mailowo koordynatora konwentu, Krzysia-Misia. Cała reszta z rzeszy coś 600 uczestników była dla mnie tajemniczym tłumem, który przybył na konwent. Miałem już w tym czasie za sobą kilkanaście zlotów i trochę znajomych w fandomie, ale wtedy czułem się bardzo mały i bardzo, bardzo samotny. A kiedy dowiedziałem się, że zdecydowana większość uczestników pochodzi z Lublina i okolic (bliższych lub dalszych, ale generalnie z tzw. Ściany Wschodniej), zabrakło mi słów. To zdumienie towarzyszy mi zresztą do dzisiaj. Każdy Falkon to dla mnie kolejny powód do zastanowienia się, jak organizatorzy to robią, że są w stanie przyciągnąć na imprezę tyle osób z regionu.

W 2001 pojechałem do Lublina niczym na pierwszy konwent w życiu. Jednak wracając do Krakowa mogłem już powiedzieć, że znam kilkanaście - jeśli nie kilkadziesiąt - osób z lubelskiego fandomu. Z każdego kolejnego Falkonu wyjeżdżałem bogatszy o nowe znajomości. Tym razem też tak było, parę osób poznałem nieco lepiej, a i kilka nowych twarzy i ksyw będę musiał zapamiętać. Zrobię to z przyjemnością. To właśnie na Falkonach poznałem Nelka, Monę i Morta, Kaduceusza, a ostatnio Woykersa, Zrudę i Ankę oraz zwariowaną ekipę z Bielska. Nie sposób wymienić wszystkich. Zresztą, Falkon to też ci, którzy już się na tych i innych konwentach nie pojawiają, z różnych przyczyn: Garfield, Melon...

Na moim pierwszym Falkonie miałem tez okazję poznać organizującą konwent ekipę z Cytadeli Syriusza. Była to spora odmiana w porównaniu z paroma innymi konwentami, gdzie orgowie dla zwykłego uczestnika czy prelegenta byli zwykle niedostępnym gronem kryjącym się w organizatorce. Lubelska załoga przyjęła mnie niezwykle serdecznie. Nie wiem do dziś, dlaczego. Może akurat mieli dobry dzień, a może się dogadaliśmy. Albo tez przeważyło to, że pochodzę z Zamościa, czyli jestem "swój"? W każdym razie tak ciepłego przyjęcia nie doświadczyłem nigdy (pomijając R-Kon i Mikon, choć tam akurat z orgami znałem się już wcześniej parę lat).

I tak jest co roku. Te same roześmiane twarze, ci sami świetni ludzie. Co prawda Beata to już nie dziewczyna, ale żona Krzyśka, Żucho ściął włosy, Mazgarox urósł i przypakował, a kilka innych osób też się już ustatkowało lub jest na dobrej drodze ku temu, ale wiele więcej się nie zmieniło. No, może komuś przybyło parę kilo lub nieco siwych włosów. Ale parę dni temu znów był śmiech, radość, uściski i opowiadanie, co słychać. Litwin przemycał dla mnie ciastka z greenroomu, a Neratin wreszcie powiedział, kiedy umarł Tolkien. No i były pytania, czy ja jeszcze żyję fandomowo - wystarczyło ominąć jeden Falkon i już mnie uśmiercono, ale o tym kiedy indziej.

Falkon stał się dla mnie strasznie ważnym konwentem. Niby to już impreza masowa, tysiąc uczestników, zgiełk i szum, ale z drugiej strony to dalej konwent, na który pojechałem sam, a wróciłem z całym naręczem znajomych i przyjaciół. To wyjątkowe trzy dni na mojej prywatnej mapie konwentowej, dla których warto zrobić wszystko, by tylko pojechać do Lublina. Ale to przede wszystkim ludzie, których co prawda widzę rzadko, z którymi kontakt w ciągu roku najczęściej mam sporadyczny. Ale zawsze w listopadzie, kiedy siedzę w pociągu, wiem, że za parę godzin znajdę się wśród przyjaciół.

Dziękuję Wam za wszystkie moje Falkony. Liczę, że za kolejne sześć lat nadal będziemy mogli, jak co roku, spotkać się w Lublinie, napić piwa i powspominać Falkon 2007 - i wszystkie inne.

Wierchomla 2007 - zdjęcia

, , ,

Garść zdjęć z Wierchomli Małej i okolic, gdzie trafiłem przy okazji firmowej imprezy.

Pieniny 2007, czyli Susłakon

, ,

Raporty dzienne z Pienin możecie znaleźć tutaj. Niniejszy tekst to podsumowanie całego wyjazdu.

Pomysł rzucił Borys - jedźmy w Polskę dobrze się bawić. Propozycje były rożne, aż stanęło na Pieninach (Czorsztyn i okolice). Znaleźliśmy sensownie wyglądający nocleg (kwatera prywatna; niestety, plan nocowania w namiotach upadł z przyczyn technicznych), opracowaliśmy trasę dojazdu i wstępny plan aktywności na miejscu. Zapowiadało się nieźle.

W skład ekipy, która miała stawić się w Pieninach i siać postrach tudzież zgorszenie miejscowej faunie, florze, ludności a inszym żywym y martwym istotom, weszli: Borys, Lawdog, Lord Thomas, Misiolak, Malkav oraz właściciel niniejszego bloga. Przyznaje, że miałem pewne obawy, czy się dogadamy. Nieco kojarzyłem tylko Lawdoga, który kiedyś pisywał o Deadlands. Okazało się jednak, że ludzie to światli i obyci... Tfu, wróć, całkiem fajni goście. I myślę, że dogadaliśmy się nieźle.

Jak najłatwiej dostać się w Pieniny? Autobusem z Krakowa do Nowego Targu (polecam spróbować kotletburgera w minibarze), a stamtąd autobusem bądź busem dotrzeć do Czorsztyna, Sromowiec, Szczawnicy czy Krościenka. Cala droga trwa około trzech godzin, wliczając przesiadkę (zakładając, że uda się dobrze zgrać połączenia). My na bazę wypadowa wybraliśmy Sromowce Niżne.

Wyjazd zaczął się nieźle: słoneczko, luksusowy autokar (linia do Zakopanego), dobre humory. Podczas krótkiej, acz intensywnej trasy do Nowego Targu zdążyłem nieco poznać Lawdoga i Lorda Thomasa (dalej zwanego Lordem) i wyrobić sobie o nich odpowiednie zdanie (opowieść o ślinieniu się do obsługi kolejowej rządzi). Lać zaczęło już w Nowym Targu. Na kwaterę dotarliśmy maszerując w strugach deszczu. W kolejnych dniach niemal codziennie zaliczaliśmy krótką, letnią burzę, która chwilę nad nami wisiała, a potem niezmiennie odpływała walić piorunami w Słowację. To pewnie przez Borysa, naturalizowanego Norwega i jako takiego syna Odyna, Thora, a przez pokrewieństwo pewnie i Peruna. ;)

Spaliśmy tutaj (pokoje gościnne, dla chętnych pole namiotowe). Nie powiem, było miło. Sklep pod nosem, knajpka z tanim piwem i całkiem dobrym żarciem także. Jedynym minusem były cienkie ściany, co niestety utrudniało wieczorne rozmowy - parę razy zostaliśmy obstukani. Miejsce polecam, ale bardziej jako bazę wypadowo-noclegową, niż imprezową. Aha, było tanio, 17 zł za noc od osoby - bliskość Słowacji wymusza takie ceny, piwo w knajpie lali za 3,50 zł. Ale następnym razem będę szukał spania po słowackiej stronie - ceny takie same, a piwo i żarcie lepsze ;).

Co robiliśmy przez te pięć dni? Odpoczywaliśmy. Czas mijał nam na graniu w planszówki, zwiedzaniu, łażeniu bez celu, odwiedzaniu słowackich sklepów, szukaniu dobrego jedzenia, robieniu fotek i robieniu lekkiego bydła ;). Aha, no i staraliśmy się też dobrze bawić, co w zasadzie wiąże się z powyższym.

Przy okazji poznawania Borysowej ekipy dokonałem ciekawej obserwacji: osoby, które nie udzielają się aktywnie w fandomie, śledzą poczynania środowiska dość uważnie. Mają też dobrze wyrobione zdanie na temat różnych zjawisk i osób z fantastycznego światka. Niech będzie to przestrogą dla różnych fandomowych celebrity wannabe jak i tych, którym wydaje się, że są na świeczniku i powinni teraz odbierać hołdy lenne. Ludzie was widzą i o was gadają. Nie róbcie z siebie idiotów. ;)

Co warto zobaczyć, będąc w Pieninach? Oprócz standardowego zestawu: zamek Czorsztyn, zapora wodna, zamek Niedzica, warto wybrać się na spacer po Pienińskim Parku Narodowym, nie zapominając przy tym o słowackiej stronie. Przyda się też zobaczyć Czerwony Klasztor, który jest od Sromowiec Niżnych o rzut kamieniem - a dzięki kładce przez Dunajec dotarcie tam jest prostsze, niż kiedykolwiek przedtem (a dla spragnionych lane słowackie piwo zaraz za kładką). Można także zejść ze szlaków turystycznych i zafundować sobie wycieczkę polnymi drogami (które prowadzą np. do zapomnianej przez bogów i ludzi wioski...) lub też równą, słowacką szosą (w obu przypadkach przyda się dobra mapa) - my urządziliśmy sobie pieszy spacerek po słowackiej stronie od Niedzicy, przez Spiską Starą Wieś i Majere (komu się kojarzy?), aż do Czerwonego Klasztoru i Sromowiec Niżnych. Zaowocowało to ciekawym odkryciem - po słowackiej stronie stacji spływu Dunajcem jest kilka, naliczyliśmy chyba z pięć. Po polskiej jest jedna. Widać każdy próbuje coś uszczknąć dla siebie.

Wypada też napić się dobrego piwa - wiem, powtarzam się, ale słowackie i czeskie piwa należą do moich ulubionych, ustępując jedynie ukraińskim. Trzeba też zjeść coś dobrego, choćby i oklepane knedliki z gulaszem. Przy tej okazji polecam restaurację w murach Czerwonego Klasztoru (lany Šariš!) oraz drugą, umiejscowioną przy słowackiej stacji spływu Dunajcem, naprzeciwko Sromowiec Niżnych. Wędrując do niej zahacza się o lokalną ciekawostkę: plac zabaw umieszcozny wraz z cmentarzem na tej samej działce, rozdzielone kawałkiem chodnika prowadzącycm do kościoła.

Co nam się nie udało? Zwiedzanie zapory wodnej w Sromowcach Wyżnych. Niestety, kosztuje to 80 zł od 10-osobowej grupy (przy czym grupa może być mniejsza, ale cena nie). Nie zrobiłem też zaplanowanej trasy po słowackich górkach, co mam zamiar nadrobić pod koniec sierpnia.

W sumie nie mam się do czego przyczepić. Infrastruktura w okolicy jest niezła, myślę, że można znaleźć nocleg jadąc nawet w ciemno. Są sklepy (choć do dziś nie rozgryźliśmy, czym odżywiają się Słowacy, mając w swoich potravinach głownie alkohol i słodycze; pewnie chodzą na polską stronę po zakupy), restauracje, bary, a dla chętnych dyskoteki. Są też śliczne krajobrazy, cisza i spokój. Odpocząłem i wróciłem zadowolony, a co więcej, chcę tam znów pojechać. Ładnie, blisko, idealne miejsce na weekendowy wypad z Krakowa i okolic.

Moje zdjęcia.

Tutaj znajdziecie relację Borysa, zaś tutaj jego zdjęcia.

PS. Na wyjeździe została też poruszona kwestia susłaków - stąd też i alternatywna nazwa imprezy: Susłakon. Lord uparcie twierdził, że takie zwierzęta istnieją. My - że w żadnym razie. Ale... Obok prezentuję unikatowe w skali światowej zdjęcie susłaka. W Pieninach, jak się okazało, grasują ich całe stada. To kolejny powód, żeby tam pojechać. ;)
PS2. Tak, ściąłem się. ;)

New pics

,

I've just uploaded a couple of pics to my freestyle album. Cats mostly :).

Zdjęcia ze zlotu dograne

, ,

Wrzuciłem, a właściwie dograłem do istniejących, 38 fotek ze zlotu Polter.pl. Z telefonu, co prawda, ale nawet wyszły. Jest szansa, że pod koniec sierpnia zmienię sprzęt na nieco lepszy (czytaj Samsunga na Nokię). Więc będę mógł blogować z telefonu jeszcze lepiej ;).

Zdjęcia można przejrzeć tutaj.
Download Opera, the fastest and most secure browser