Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

photo

100% Seji

Any dream worth having is a dream worth fighting for.

Posts tagged with "Zdjęcia"

Norwegia fiordem pachnąca

, ,

Norwegia po raz trzeci - czy to aby nie za dużo? Przyznaję, że taka myśl przemknęła mi przez głowę. Było to jednak tylko chwilowe zwątpienie. Jak pisałem wcześniej, kraj fiordów i łosi miałem do tej pory okazję dwukrotnie zwiedzić zimą. Przyznaję, wiosna robi dużą różnicę.

W tym miejscu chciałbym podziękować Marze, Tomkowi, Tośce i Borysowi za przyjęcie mnie pod swoje dachy. DZIĘKUJĘ! :D

Tegoroczny plan był prosty: odpocząć wśród norweskich wzgórz i wiejskiego krajobrazu, a potem pozwiedzać i pobawić się w Oslo. Oba punkty zostały wykonane w pełni. Zregenerowałem siły, poznałem nocne życie w Oslo (studenci jak zwykle bawią się lepiej od reszty ludzi) i zobaczyłem to, czego nie miałem okazji obejrzeć w zeszłym roku. Choć i tak zostało jeszcze sporo miejsc, do których nie dotarłem.

Jeśli miałbym wymienić szybko kilka elementów charakteryzujących Norwegię, byłyby to: woda z kranu bezpośrednio zdatna do picia, bezpieczne miasta, ogrzewanie podłogowe oraz wszechobecne parówki - a także brązowy kozi ser, który jest poza wszelką konkurencją. Tak, łykanie norweskiej kranówy nie grozi śmiercią lub kalectwem. Podobnie jak łażenie po nocy - miałem już okazję sprawdzić to w niewielkim Trondheim, a teraz przekonałem się, że tak samo jest w przypadku Oslo. Tam naprawdę można się czuć bezpiecznie, jest to jeden z niepodważalnych atutów tego kraju. Podobnie, jak samochody zatrzymujące się przed przejściami dla pieszych, nawet, kiedy przechodnie są od jezdni dobre kilka metrów. Zaś co do ogrzewania podłogowego, kto spróbował, ten wie, że jest to jeden z najbardziej doniosłych wynalazków w historii ludzkości. Nie ma bowiem nic przyjemniejszego, niż wyjście spod prysznica i postawienie stopy na cieplutkiej posadzce.

Podstawę norweskiego fastfoodu stanowią parówki: gotowane, opiekane, zawijane w plastry boczku, posypywane prażoną cebulą, przybierane sałatką ziemniaczaną, keczupem, majonezem i musztardą. Parówki można jeść tradycyjnie w bułce, albo zawinąć je w lefse lub lompe, ziemniaczane podpłomyki. Parówki - z braku tradycyjnej kiełbasy - są też podstawowym produktem na grilla. Nie jest to złe jedzenie, zwłaszcza w wariacji z podpłomykami, ale trzeba uczciwie przyznać, że gdyby nie imigranci, to Norwedzy byliby na parówki skazani. Jednak między innymi dzięki przybyszom z Bliskiego Wschodu mogą się cieszyć świetnymi kebabami - można trafić na miejsca, gdzie podają kilka-kilkanaście rodzajów, palce lizać. Swoją drogą, w Norwegii nie ma bezpańskich psów: ani na wsi, ani w miastach (między domami wędrują jedynie koty) - z Borysem zastanawialismy się przez jakiś czas, skąd się te wszystkie parówki biorą...

Skoro już o jedzeniu mowa, polecam spróbować śledzi, czy to marynowanych na kwaśno, czy też w śmietanie (lub innym sosie). Całość ma lekko słodki smak i o dziwo smakuje bardzo dobrze - choć potrzeba chwili, żeby się przyzwyczaić. Natomiast odradzam cukierki z lukrecją. Nie wierzę, że tak smakuje substancja ponoć pięćdziesiąt razy bardziej słodka od cukru. Oczywiście, możecie próbować (ja się dałem skusić), ale zostaliście ostrzeżeni. Za to norweski kefir i zsiadłe mleko smakują tak, jak powinny.

Oslo posiada bardzo dobrze rozwiniętą komunikację miejską (metro, autobusy, tramwaje). Bilet tygodniowy kosztuje 210 koron i uprawnia do korzystania z całego systemu komunikacji miejskiej, wliczając w to transport wodny na okoliczne wyspy, z wyłączeniem jednak autobusów nocnych (przejazd 50 koron; zestawienie cen różnych produktów i usług opublikuję później). Dodatkowo można wypożyczyć rower miejski albo przyjechać ze swoim - stojaków na rowery nie brakuje.

Z ciekawych rzeczy warto przyjrzeć się, jak działają norweskie kasy sklepowe: jest tam wciągarka banknotów i przypominający skarbonkę pojemnik na bilon (reszta w drobnych wypada z niego automatycznie). Chętni mogą także zapoznać się bliżej z jednorazowym grillem i wybrać się do parku na pieczenie parówek - w Norwegii przestrzeń publiczna jest dla mieszkańców, więc można sobie legalnie pogrillować w takim Frogner Park - nie, park nie jest zaśmiecony, zaś trawa jest soczyście zielona mimo nieustannego deptania po niej, gry w piłkę, zabawy frisbe i oczywiście rozpalania grilli. Wolno też robić zdjęcia w muzeach - wystarczy spytać, gdzie nie powinno się używać flesza. Tak, Norwegia to kraj przyjazny ludziom.

Oczywiście nie jest to kraj idealny. Są tu przydrożne śmieci, a Norwedzy - mimo swojej otwartości na innych - powoli zaczynają mieć dość imigrantów. Zapewne gdybym pomieszkał tam rok lub dwa, patrzyłbym na pewne sprawy inaczej. Ale na razie pozwalam sobie Norwegię nieco idealizować, jako że do spędzenia urlopu jest to miejsce doskonałe.

Niestety, wszystko dobre musi się kiedyś skończyć. Pocieszam się myślą, że pozostało mi jeszcze zobaczyć Norwegię w lecie i na jesieni, więc będę miał pretekst, żeby odwiedzić ten kraj jeszcze co najmniej dwa razy. Potem coś wymyślę. ;)

Niemal dwieście zdjęć z podróży jest dostępne w albumie. Już zebrałem po głowie za to, że po raz kolejny robiłem fotki komórką (Nokia E50). W każdym razie aparat znajduje się już bardzo wysoko na mojej liście zakupów - czas ku temu najwyższy.

PS. To jeszcze nie koniec opisywania wrażeń z pobytu w Norwegii. mam jeszcze kilka rzeczy do opisania. :)

PPS. Sympatyczny młodzieniec ze zdjęcia w poprzednim wpisie reklamuje norweskie sery firmy Tine - tradycyjne produkty w nowym opakowaniu (widać niedawno zmienili design). Najbardziej w oczy rzuca się jednak nie kostka sera (na zdjęciu nie widać), ale sweter w Space Invaders. :)

Fizyka Światów Wyimaginowanych 2008

, , , ...

O imprezie dał mi znać Murphy. Tak się jakoś złożyło, że on miał tam prelegować, a organizatorem okazał się nasz wspólny znajomy Viktor. Oczywiście nie mogłem przepuścić okazji, by zobaczyć mini-konwent zorganizowany pod pretekstem konferencji naukowej (lub odwrotnie).

Konferencja zatytułowana Fizyka Światów Wyimaginowanych odbyła się 9 marca 2008 roku w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Organizatorem było Koło Matematyczno-Przyrodnicze Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwane potocznie SeMP.

O morderczej, jak na niedzielę, porze - 9:00 - stawiłem się w hollu dawno nie odwiedzanego przeze mnie instytutu (co prawda nie studiowałem tam, ale parę razy zdarzyło mi się zapuścić na tereny nauk ścisłych). Impreza - jak każdy konwent - rozpoczęła się z niewielkim poślizgiem spowodowanym koniecznością zmiany sali. Sali wykładowej, dodajmy. Kiedy organizatorzy rozstawiali sprzęt, powoli zbierała się publiczność. Łącznie przybyło jakieś 20-30 40 osób (wliczając organizatorów; dane od prowadzących imprezę). Trochę mało, zważywszy, że impreza była otwarta dla wszystkich, a na bramce nikt nie wołał o akredytację. Prawdę mówiąc, wiem o dwóch miejscach "nienaukowych", gdzie pojawiły się informacje o spotkaniu, więc raczej konferencji nie reklamowano zbyt szeroko. Choć z drugiej strony organizatorzy byli raczej z niewielkiej frekwencji zadowoleni.

Jako pierwszy wystąpił dr hab. Hubert Harańczyk (zainteresowani sami znajdą jego bliższe powiązania z fantastyką) z wykładem "Fizyka baśni - o niemożności latających smoków, krasnoludków i olbrzymów". Był to interesujący przykład, jak przy pomocy nauk ścisłych można analizować zjawiska fantastyczne - w tym wypadku różnego rodzaju istoty, od olbrzymów, przez krasnoludki, po smoki. Myślę, że badanie wytrzymałości kości gigantów na podstawie dostępnych rycin (oczywiście chodzi o wyliczenia teoretyczne) czy też analizy układu oddechowego krasnali (problem miniaturyzacji mięśnia sercowego, układu krwionośnego i oddechowego opartego na płucach) ma szansę stać się poważną dyscyplina naukową. Bonusem była próba przekonania publiczności, że pająki są fajne - zwłaszcza ptaszniki, które ponoć w dotyku i zachowaniu przypominają koty, a niby milusie świerszcze to kanibale i mordercy.

Prelekcja "Rzecz o transmutacji, kamieniu filozoficznym i gipsie - czyli krótka rozprawa o alchemii" Wiktora Niemca, nieco skrócona ze względu na czasowy poślizg, nie była dla mnie niczym nowym, ale zawsze przyjemnie jest posłuchać o rożnych pomysłach na produkcję złota (pozdrawiam CERN). Wiktor, oprócz problemu pozyskiwania metali szlachetnych, wspomniał także o rozwoju medycyny (leki chemiczne) i wkładzie alchemików w rozbudowę bazy farmakologicznej.

"Fizyka gier fabularnych" Marka Nogi była typową prelekcja konwentową. Murphy nie tylko wyjaśnił laikom, czym są RPG, ale też omówił pokrótce kilka rozwiązań mechanicznych na przykładzie różnych gier (m.in. Warhammer, 7th Sea, Violence, Legenda Pięciu Kręgów). Niestety, zabrakło czasu, by podyskutować z paroma kontrowersyjnymi tezami Marka, dotyczącymi roli Mistrza Gry i jego podejścia do gry i graczy (problem oszukiwania i wszechwładzy MG). Był to jedyny, w pełni poświęcony grom wykład w trakcie konferencji.

Witold Tatkiewicz wystąpił z prelekcja "Broń biała wczoraj, dziś i jutro u nas i gdzie indziej". O ile pamiętam, autor przedstawił się jako materiałoznawca. Po krótkim wstępie na temat dawnych technik wyrobu broni białej, autor skupił się na problemie uzyskania jak najlepszego ostrza (odpowiednio ostre i odpowiednio elastyczne) w warunkach współczesnych. Spore wrażenie na nieprzyzwyczajonych (czytaj: humanistach) zrobiły wykresy wytrzymałości materiałów, z których chcielibyśmy wykonać głownię miecza. Zakres proponowanych surowców był spory: od tytanu, przez osm, po różnego rodzaju polimery. Nie obyło się też bez zahaczenia o materiały fantastyczne (adamantium).

Ostatnim wystąpieniem podczas konferencji było "Fizyka w Star Trek - fantastyka jak bardzo naukowa?" Szymona Kukulaka. Prowadzący - trekkie - omówił mniej lub bardziej naukowe elementy uniwersum seriali i filmów spod szyldu Star Trek. Teleportacja, fazery, torpedy fotonowe i inne cuda startrekowej techniki broniły się lepiej lub gorzej przed naukowa argumentacją, choć jak okazało się w trakcie prelekcji, niektóre elementy scenografii dało się wyjaśnić bez uciekania się do fizyki kwantowej (mnogość ras humanoidalnych to wina niskiego budżetu humanoida każdy może zagrać). Obok wykładu o broni było to moim zdaniem najlepsze wystąpienie podczas konferencji.

Niestety, wykład "Matematyka a n-wymiarowe światy" Anny Pajor nie odbył się z powodu nieprzybycia prelegentki. Po zakończeniu oficjalnego programu chętni mogli pograć w planszówki.

Konferencja Fizyka Światów Wyimaginowanych była konferencją naukową. Owszem, wśród organizatorów byli ludzie jeżdżący na kownenty, w kuluarach można było radośnie pogadać o fantastycznej imprezie zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, ale to nie była typowa impreza fantastyczna. Z drugiej strony jednak czułem się tam jak na dobrym konwencie - być może dlatego, że jednak presja na prelegentów była wyższa. Na konwentach bywa tak, że zgłoszony punkt programu realizowany jest po łebkach. Tutaj każdy z autorów prelekcji przygotował prezentacje multimedialną i widać było, ze doskonale wiedzą, o czym mówią.

Owszem, przydałaby się szersza reklama, bogatszy program, informator (choćby w postaci zadrukowanej kartki A4) - tego zabrakło. Jednak pomysł oficjalnego połączenia fantastycznych tematów z naukowym podejściem pod szyldem uczelni wart jest kontynuowania - oczywiście nie jest to mowa idea, ale o ile mi wiadomo, całkiem świeża w przypadku UJ. Pozwala to nie tylko propagować interesująca rozrywkę, ale też dalej rozbijać pokutujący wciąż w wielu miejscach stereotyp zjawiska infantylnego, niegodnego zainteresowania "poważnych ludzi". Sami zresztą przyznajcie, czy ciekawsze jest żmudne liczenie wytrzymałości stalowego pręta, czy może ustalanie optymalnych parametrów miecza +2? ;) Pozostaje mieć nadzieję, że tego typu konferencje będą odbywać się częściej.

Zdjęcia z konferencji znajdziecie w albumie (większość jest niestety niezbyt wyraźna - pstrykałem komórką, a ta wymaga dobrego światła).

Falkon 2007 - i wszystkie inne

, , , ...

Znów pojechałem na Falkon. Na ten konwent jeżdżę co roku, poczynając od jego drugiej edycji w 2001. Do tej pory tylko raz, w 2006, nie udało mi się wybrać do Lublina. Falkon jest dla mnie tradycyjnym zamknięciem sezonu konwentowego (na Nordcon jakoś nie udało mi się na razie dotrzeć) i wolę nie myśleć, że znów mógłbym opuścić tak sympatyczną imprezę.

Zastanawiałem się, czy pisać klasyczną relację. Ale myślę, że nie ma to większego sensu. Kilka sprawozdań już się w sieci pojawiło, a ja nie muszę się znęcać nad biednymi organizatorami, wytykając im potknięcia i niedoróbki. Niemniej jednak pozwolę sobie na kilka słów o tegorocznej edycji, a potem będzie też o Falkonie, ale ciut z innej beczki.

Lubelski listopadowy konwent ma to do siebie, że wychodzi. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe. Za każdym razem Falkon po prostu działa, niezależnie od okoliczności czy pogody (pamiętny atak zimy w 2004). Nigdy jednak nie miałem większych zastrzeżeń co do samej imprezy, jak i organizującej go ekipy. W tym roku jednak chyba zadziałała zła magia nowej lokalizacji, ponieważ kilka rzeczy się wysypało, a i mam o czym pomarudzić. Nie będę się jednak nad tym długo rozwodził, oto wpadki:

  • małe sale sypialne; ponoć wszystkich pomieszczeń do spania było aż dziewięć, jednak ich rozmiar był niezadowalający (zakładam, że wszystkie miały podobną powierzchnię, jako że kilku nigdy nie odnalazłem). Już w piątek wszystko było zapchane i ci, którzy przyjechali wieczorem, musieli spać na korytarzu;
  • nie było pryszniców - to największy i podstawowy minus nowej lokalizacji Falkonu. Organizatorzy chcieli wstawić przenośne prysznice toi-toi, ale okazało się, że nie mieszczą się one w drzwiach. Tak więc celem zachowania higieny należało stosować stary, sprawdzony, magiczny sposób na wykapanie się w umywalce;
  • w naszej noclegowni przez trzy dni był wisiał nigdy nie wymieniany worek ze śmieciami. Co prawda poradziliśmy sobie i jako kulturalni konwentowicze nie zrobiliśmy wokół niego wysypiska, ale jednak obsługa powinna była zaglądać we wszystkie kąty;
  • przynajmniej na jednych drzwiach od sali prelekcyjnej ropiska punktów programu wisiała z aktualnościami opisującymi piątek;
  • informatory nie dotarły na czas. Nie była to jednak wina organizatorów, ale pewnej firmy kurierskiej, która "wcięła" przesyłkę. Najpierw organizatorzy zostali poinformowani, że całość trafiła do Warszawy. Potem, że większość jednak jest w Lublinie. Oczywiście informatory można było odebrać z magazynu dopiero w sobotę rano. Ucierpiał na tym konwent, ucierpieli organizatorzy. W kuluarach można było usłyszeć nawet słowa "sąd" i "prawnik". I nic dziwnego, popieram.
To były wady. Przyznaję, że tyle mankamentów Falkonu nie wymieniłem jeszcze nigdy. Mógłbym się jeszcze poczepiać detali w stylu chaotycznej prelekcji Kaduceusza o grach narratywistycznych (swoją droga, Garnek to potwór w ludzkiej skórze), Simana, który o GNS mówił jakoś bez przekonania (a ludzie uciekali z prelekcji), czy też nikłej liczby punktów programu, które wzbudziły moje zainteresowanie (co nie znaczy, że program był zły - wręcz przeciwnie). Ale to tylko szczegóły. Na Falkonie bawiłem się bardzo dobrze. Zdjęcia znajdziecie w albumie, fotorelacja wyszła jednak tak sobie - kiepskie światło było, a wciąż pstrykam komórką.

Z zalet, poza ogromnym programem, warto tez wspomnieć o salach prelekcyjnych, które domyślnie wyposażone były w projektory multimedialne i komputery. Tak jest specyfika Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania, gdzie odbył się tegoroczny Flakon. Do tego aule przeznaczone dla prelegentów doskonale spełniły swoje zdanie. Gdyby nie kilka mankamentów wymienionych wyżej, byłoby to doskonałe miejsce na konwent. Dodatkowym plusem był leżący po drugiej stronie ulicy Grill Bar, serwujący tanie piwo (Perła!) i dobre, równie tanie żarcie z grilla (kaszanka!)

Aha, zapomniałbym o najważniejszym.

Na Falkonie 2007 odbył się pokaz mody gotyckiej.
A jako bonus dorzucam dwa teksty, które pojawiły się podczas prelekcji Kaduceusza, autorzy pozostają do mojej wiadomości. Humor nie jest wyszukany, ale cóż, wtedy nas to rozbawiło. ;)

Twoja Stara rozumie Kaduceusza!
Gamizm, Narratywizm, Twoja Stara!

Pragnę też podziękować Moraczowi, Multidejowi, Telefaxowi, Żółwiowi i Ravenowi za radosną podróż do Krakowa. :)

I to wszystko. A teraz też o Falkonie, ale trochę inaczej.

* * *
Na pierwszy Falkon pojechałem niejako w ciemno. Słyszałem dobre opinie o edycji z 2000 roku i uznałem, że warto się wybrać do Lublina. Zdaje się, że pociągiem pojechałem sam. Parę innych osób miało dotrzeć w piątek wieczorem. Wszedłem na konwent i... zgubiłem się.

Falkon 2001 na zawsze zapamiętam jako imprezę, na której znałem góra pięć, no może dziesięć osób: ekipę, która przyjechała z Krakowa, przypadkiem spotkanego znajomego oraz poznanego mailowo koordynatora konwentu, Krzysia-Misia. Cała reszta z rzeszy coś 600 uczestników była dla mnie tajemniczym tłumem, który przybył na konwent. Miałem już w tym czasie za sobą kilkanaście zlotów i trochę znajomych w fandomie, ale wtedy czułem się bardzo mały i bardzo, bardzo samotny. A kiedy dowiedziałem się, że zdecydowana większość uczestników pochodzi z Lublina i okolic (bliższych lub dalszych, ale generalnie z tzw. Ściany Wschodniej), zabrakło mi słów. To zdumienie towarzyszy mi zresztą do dzisiaj. Każdy Falkon to dla mnie kolejny powód do zastanowienia się, jak organizatorzy to robią, że są w stanie przyciągnąć na imprezę tyle osób z regionu.

W 2001 pojechałem do Lublina niczym na pierwszy konwent w życiu. Jednak wracając do Krakowa mogłem już powiedzieć, że znam kilkanaście - jeśli nie kilkadziesiąt - osób z lubelskiego fandomu. Z każdego kolejnego Falkonu wyjeżdżałem bogatszy o nowe znajomości. Tym razem też tak było, parę osób poznałem nieco lepiej, a i kilka nowych twarzy i ksyw będę musiał zapamiętać. Zrobię to z przyjemnością. To właśnie na Falkonach poznałem Nelka, Monę i Morta, Kaduceusza, a ostatnio Woykersa, Zrudę i Ankę oraz zwariowaną ekipę z Bielska. Nie sposób wymienić wszystkich. Zresztą, Falkon to też ci, którzy już się na tych i innych konwentach nie pojawiają, z różnych przyczyn: Garfield, Melon...

Na moim pierwszym Falkonie miałem tez okazję poznać organizującą konwent ekipę z Cytadeli Syriusza. Była to spora odmiana w porównaniu z paroma innymi konwentami, gdzie orgowie dla zwykłego uczestnika czy prelegenta byli zwykle niedostępnym gronem kryjącym się w organizatorce. Lubelska załoga przyjęła mnie niezwykle serdecznie. Nie wiem do dziś, dlaczego. Może akurat mieli dobry dzień, a może się dogadaliśmy. Albo tez przeważyło to, że pochodzę z Zamościa, czyli jestem "swój"? W każdym razie tak ciepłego przyjęcia nie doświadczyłem nigdy (pomijając R-Kon i Mikon, choć tam akurat z orgami znałem się już wcześniej parę lat).

I tak jest co roku. Te same roześmiane twarze, ci sami świetni ludzie. Co prawda Beata to już nie dziewczyna, ale żona Krzyśka, Żucho ściął włosy, Mazgarox urósł i przypakował, a kilka innych osób też się już ustatkowało lub jest na dobrej drodze ku temu, ale wiele więcej się nie zmieniło. No, może komuś przybyło parę kilo lub nieco siwych włosów. Ale parę dni temu znów był śmiech, radość, uściski i opowiadanie, co słychać. Litwin przemycał dla mnie ciastka z greenroomu, a Neratin wreszcie powiedział, kiedy umarł Tolkien. No i były pytania, czy ja jeszcze żyję fandomowo - wystarczyło ominąć jeden Falkon i już mnie uśmiercono, ale o tym kiedy indziej.

Falkon stał się dla mnie strasznie ważnym konwentem. Niby to już impreza masowa, tysiąc uczestników, zgiełk i szum, ale z drugiej strony to dalej konwent, na który pojechałem sam, a wróciłem z całym naręczem znajomych i przyjaciół. To wyjątkowe trzy dni na mojej prywatnej mapie konwentowej, dla których warto zrobić wszystko, by tylko pojechać do Lublina. Ale to przede wszystkim ludzie, których co prawda widzę rzadko, z którymi kontakt w ciągu roku najczęściej mam sporadyczny. Ale zawsze w listopadzie, kiedy siedzę w pociągu, wiem, że za parę godzin znajdę się wśród przyjaciół.

Dziękuję Wam za wszystkie moje Falkony. Liczę, że za kolejne sześć lat nadal będziemy mogli, jak co roku, spotkać się w Lublinie, napić piwa i powspominać Falkon 2007 - i wszystkie inne.

Wierchomla 2007 - zdjęcia

, , ,

Garść zdjęć z Wierchomli Małej i okolic, gdzie trafiłem przy okazji firmowej imprezy.

Pieniny 2007, czyli Susłakon

, ,

Raporty dzienne z Pienin możecie znaleźć tutaj. Niniejszy tekst to podsumowanie całego wyjazdu.

Pomysł rzucił Borys - jedźmy w Polskę dobrze się bawić. Propozycje były rożne, aż stanęło na Pieninach (Czorsztyn i okolice). Znaleźliśmy sensownie wyglądający nocleg (kwatera prywatna; niestety, plan nocowania w namiotach upadł z przyczyn technicznych), opracowaliśmy trasę dojazdu i wstępny plan aktywności na miejscu. Zapowiadało się nieźle.

W skład ekipy, która miała stawić się w Pieninach i siać postrach tudzież zgorszenie miejscowej faunie, florze, ludności a inszym żywym y martwym istotom, weszli: Borys, Lawdog, Lord Thomas, Misiolak, Malkav oraz właściciel niniejszego bloga. Przyznaje, że miałem pewne obawy, czy się dogadamy. Nieco kojarzyłem tylko Lawdoga, który kiedyś pisywał o Deadlands. Okazało się jednak, że ludzie to światli i obyci... Tfu, wróć, całkiem fajni goście. I myślę, że dogadaliśmy się nieźle.

Jak najłatwiej dostać się w Pieniny? Autobusem z Krakowa do Nowego Targu (polecam spróbować kotletburgera w minibarze), a stamtąd autobusem bądź busem dotrzeć do Czorsztyna, Sromowców, Szczawnicy czy Krościenka. Cala droga trwa około trzech godzin, wliczając przesiadkę (zakładając, że uda się dobrze zgrać połączenia). My na bazę wypadowa wybraliśmy Sromowce Niżne.

Wyjazd zaczął się nieźle: słoneczko, luksusowy autokar (linia do Zakopanego), dobre humory. Podczas krótkiej, acz intensywnej trasy do Nowego Targu zdążyłem nieco poznać Lawdoga i Lorda Thomasa (dalej zwanego Lordem) i wyrobić sobie o nich odpowiednie zdanie (opowieść o ślinieniu się do obsługi kolejowej rządzi). Lać zaczęło już w Nowym Targu. Na kwaterę dotarliśmy maszerując w strugach deszczu. W kolejnych dniach niemal codziennie zaliczaliśmy krótką, letnią burzę, która chwilę nad nami wisiała, a potem niezmiennie odpływała walić piorunami w Słowację. To pewnie przez Borysa, naturalizowanego Norwega i jako takiego syna Odyna, Thora, a przez pokrewieństwo pewnie i Peruna. ;)

Spaliśmy tutaj (pokoje gościnne, dla chętnych pole namiotowe). Nie powiem, było miło. Sklep pod nosem, knajpka z tanim piwem i całkiem dobrym żarciem także. Jedynym minusem były cienkie ściany, co niestety utrudniało wieczorne rozmowy - parę razy zostaliśmy obstukani. Miejsce polecam, ale bardziej jako bazę wypadowo-noclegową, niż imprezową. Aha, było tanio, 17 zł za noc od osoby - bliskość Słowacji wymusza takie ceny, piwo w knajpie lali za 3,50 zł. Ale następnym razem będę szukał spania po słowackiej stronie - ceny takie same, a piwo i żarcie lepsze ;).

Co robiliśmy przez te pięć dni? Odpoczywaliśmy. Czas mijał nam na graniu w planszówki, zwiedzaniu, łażeniu bez celu, odwiedzaniu słowackich sklepów, szukaniu dobrego jedzenia, robieniu fotek i robieniu lekkiego bydła ;). Aha, no i staraliśmy się też dobrze bawić, co w zasadzie wiąże się z powyższym.

Przy okazji poznawania Borysowej ekipy dokonałem ciekawej obserwacji: osoby, które nie udzielają się aktywnie w fandomie, śledzą poczynania środowiska dość uważnie. Mają też dobrze wyrobione zdanie na temat różnych zjawisk i osób z fantastycznego światka. Niech będzie to przestrogą dla różnych fandomowych celebrity wannabe jak i tych, którym wydaje się, że są na świeczniku i powinni teraz odbierać hołdy lenne. Ludzie was widzą i o was gadają. Nie róbcie z siebie idiotów. ;)

Co warto zobaczyć, będąc w Pieninach? Oprócz standardowego zestawu: zamek Czorsztyn, zapora wodna, zamek Niedzica, warto wybrać się na spacer po Pienińskim Parku Narodowym, nie zapominając przy tym o słowackiej stronie. Przyda się też zobaczyć Czerwony Klasztor, który jest od Sromowców Niżnych o rzut kamieniem - a dzięki kładce przez Dunajec dotarcie tam jest prostsze, niż kiedykolwiek przedtem (a dla spragnionych lane słowackie piwo zaraz za kładką). Można także zejść ze szlaków turystycznych i zafundować sobie wycieczkę polnymi drogami (które prowadzą np. do zapomnianej przez bogów i ludzi wioski...) lub też równą, słowacką szosą (w obu przypadkach przyda się dobra mapa) - my urządziliśmy sobie pieszy spacerek po słowackiej stronie od Niedzicy, przez Spiską Starą Wieś i Majere (komu się kojarzy?), aż do Czerwonego Klasztoru i Sromowców Niżnych. Zaowocowało to ciekawym odkryciem - po słowackiej stronie stacji spływu Dunajcem jest kilka, naliczyliśmy chyba z pięć. Po polskiej jest jedna. Widać każdy próbuje coś uszczknąć dla siebie.

Wypada też napić się dobrego piwa - wiem, powtarzam się, ale słowackie i czeskie piwa należą do moich ulubionych, ustępując jedynie ukraińskim. Trzeba też zjeść coś dobrego, choćby i oklepane knedliki z gulaszem. Przy tej okazji polecam restaurację w murach Czerwonego Klasztoru (lany Šariš!) oraz drugą, umiejscowioną przy słowackiej stacji spływu Dunajcem, naprzeciwko Sromowców Niżnych. Wędrując do niej zahacza się o lokalną ciekawostkę: plac zabaw umieszcozny wraz z cmentarzem na tej samej działce, rozdzielone kawałkiem chodnika prowadzącycm do kościoła.

Co nam się nie udało? Zwiedzanie zapory wodnej w Sromowcach Wyżnych. Niestety, kosztuje to 80 zł od 10-osobowej grupy (przy czym grupa może być mniejsza, ale cena nie). Nie zrobiłem też zaplanowanej trasy po słowackich górkach, co mam zamiar nadrobić pod koniec sierpnia.

W sumie nie mam się do czego przyczepić. Infrastruktura w okolicy jest niezła, myślę, że można znaleźć nocleg jadąc nawet w ciemno. Są sklepy (choć do dziś nie rozgryźliśmy, czym odżywiają się Słowacy, mając w swoich potravinach głownie alkohol i słodycze; pewnie chodzą na polską stronę po zakupy), restauracje, bary, a dla chętnych dyskoteki. Są też śliczne krajobrazy, cisza i spokój. Odpocząłem i wróciłem zadowolony, a co więcej, chcę tam znów pojechać. Ładnie, blisko, idealne miejsce na weekendowy wypad z Krakowa i okolic.

Moje zdjęcia.

Tutaj znajdziecie relację Borysa, zaś tutaj jego zdjęcia.

PS. Na wyjeździe została też poruszona kwestia susłaków - stąd też i alternatywna nazwa imprezy: Susłakon. Lord uparcie twierdził, że takie zwierzęta istnieją. My - że w żadnym razie. Ale... Obok prezentuję unikatowe w skali światowej zdjęcie susłaka. W Pieninach, jak się okazało, grasują ich całe stada. To kolejny powód, żeby tam pojechać. ;)
PS2. Tak, ściąłem się. ;)

New pics

,

I've just uploaded a couple of pics to my freestyle album. Cats mostly :).

Zdjęcia ze zlotu dograne

, ,

Wrzuciłem, a właściwie dograłem do istniejących, 38 fotek ze zlotu Polter.pl. Z telefonu, co prawda, ale nawet wyszły. Jest szansa, że pod koniec sierpnia zmienię sprzęt na nieco lepszy (czytaj Samsunga na Nokię). Więc będę mógł blogować z telefonu jeszcze lepiej ;).

Zdjęcia można przejrzeć tutaj.

Reminiscencje warszawskie

, ,

Weekend minął szybko. W Warszawie załatwiłem, co miałem załatwić, pobawiłem się, odpocząłem i wróciłem do Krakowa.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy znaleźli chwilę, by się ze mną zobaczyć, pooprowadzać, powozić (Lordi roxx! ;)), pośmiać się i spędzić miło czas. Wszystkich, z którymi nie dałem rady się spotkać przepraszam, pozdrawiam i mam nadzieję na spotkanie przy najbliższej okazji.

Specjalne podziękowania dla Alchemika i jego rodziców za przechowanie mnie przez te parę dni, a także dla ekipi barmańskiej Paradoksu oraz organizatora imprezy w knajpie (zapomniałem ksywę, wybacz) oraz E$a - z przeprosinami, że nie spaliśmy do 13 ;).

Tutaj znajdziecie komplet 40 zdjęć, które zrobiłem w Warszawie. Pstrykane telefonem, więc z jakością bywa różnie. Część wgrałem od razu przez telefon, jeszcze będąc w Warszawie, ale kilkanaście pozostałych pierwszy raz ujrzały światło dzienne.

Jeszcze raz ogromne dzięki wszystkim :).

Krakon 2006

, , ,

Rusza Krakon. Postaram się wrzucać na żywo zdjęcia z imprezy - znajdziecie je tutaj.

Udany eksperyment

, ,

W środę Elma i ja skoczyliśmy w Pieniny. Wykorzystałem ten wypad, by na serio wypróbować możliwości silnika blogowwgo Opery. Muszę przyznać, że jestem zadowolony. Wrzuciłem z komórki 14 zdjęć wraz z opisami (można je zobaczyć tutaj) plus dwa wpisy na bloga. Wszystko działało perfekcyjnie.

Za niewielkie pieniądze połaziliśmy po przysypanych śniegiem górkach, zwiedziliśmy dwa zamki - było miło i chętnie znów się tam wybiorę. Polecam Czorsztyn i nocleg w Willi Jasnej: cisza, spokój, piekne widoki.

Dla wybierających się w tamte strony i niedysponujących samochodem (lub szybkimi nartami i zamiłowaniem do długich, zimowych wypraw przy ich pomocy) kilka porad:
  • tylko gotówka: najbliższy bankomat lub bank jest 30 kilometrów od miejsca, gdzie będziecie nocować;
  • lekarstwa, jeśli chorujecie, bierzcie ze sobą: najbliższa apteka jest 30 kilometrów od miejsca, gdzie będziecie nocować (ewentualnie punkt apteczny w Sromowcach Wyżnych sprowadzi potrzebny specyfik na następny dzień);
  • kafejek internetowych nie znajdziecie;
  • komunikacja autobusowa jest sprawna, choć dość rzadka;
  • jeśli szukacie ciszy, spokoju, odpoczynku od cywilizacji i chwili wytchnienia - jedźcie w Pieniny, najlepiej poza sezonem. Warto.