100% Seji

W dzisiejszym świecie ten wygrywa wojny, kto ma lepsze CNN.

Istanbul (Not Constantinople)

, ,

Istanbul was Constantinople
Now it's Istanbul, not Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Now it's Turkish delight on a moonlit night

Podróże służbowe mają to do siebie, że zawsze zostaje trochę czasu na zwiedzanie – a przynajmniej na poznawanie uroków miejscowej kuchni, tudzież odkrywanie osiągnięć lokalnego browarnictwa lub umiejętności obsługi zestawu kocioł na zacier plus chłodnica (to akurat miałem przyjemność sprawdzić podczas zupełnie niesłużbowego wyjazdu, ale wciąż liczę na kolejną szansę). Nie podróżuję często, ale jak na razie dzięki pełnionym obowiązkom udało mi się trafić w kilka miejsc, w których do tej pory nie byłem.

W lipcu trafiłem do Turcji i spędziłem pięć dni w Stambule. Czas wolny udało mi się spożytkować nie tylko na odkrywanie kulinarnej spuścizny Konstantynopolu i Imperium Osmańskiego, ale też na pokręcenie się tu i ówdzie oraz na poszukiwanie rożnych ciekawostek, w tym przejawów istnienia tureckiego rynku fantastyki i miejscowego fandomu. Przeszkodą w tym była niestety bariera językowa, choć jak odkryłem, łatwiej było się porozumieć z niektórymi tubylcami na migi lub w języku polskim (czyżby pokłosie wypraw po jeans z początku lat 90.?) niż po angielsku.

Podróż zaczęła się radośnie, bo już na etapie rezerwacji biletów. Okazało się, że czekają mnie dwie randki z Airbusami, które akurat wtedy lepiej radziły sobie z docieraniem na ziemię niż do celu. Obawy prysły, kiedy w Wiedniu na burcie tureckiego samolotu ujrzałem dumnie wymalowaną nazwę maszyny: „Batman”. W druga stronę leciałem już z Austrian Airlines, które nie mają najwyraźniej w zwyczaju nadawać nazw samolotom (swoją droga, Sachertorte na wiedeńskim lotnisku smakuje bardzo, bardzo przeciętnie – nie polecam).

Turcja to kraj należący do kręgu kultury bliskowschodniej, lecz dumny ze swojej świeckości i rozdziału religii od państwa (z armią stojąca na straży demokracji i laickości republiki). O ile z kulturą muzułmańską i arabską styczność miałem już wcześniej (studia, znajomi, zainteresowania) to była to moja pierwsza wizyta w kraju spoza obszaru szeroko pojętej kultury zachodniej. Turcja to interesująca „strefa przejściowa” – już w kolejce do kontroli paszportowej na Atatürk Uluslararası Havalimanı zrobiło się ciekawie: masa podróżnych z Bliskiego Wschodu, z różnych krajów i tradycji (mężczyźni w galabijach, kobiety w chustach, kwefach, czadorach, burkach), obok Turcy i Turczynki w jeansach, sukienkach, spódniczkach. I odwrotnie: studentki z Indonezji reprezentowały tradycyjną dla tego regionu mieszankę (ktoś w chuście na głowie, ktoś inny bez). Turczynki też noszą chusty. Taki kalejdoskop nie pomaga w zorientowaniu się, kogo mamy przed sobą. Czy dziewczyna zawinięta w czador, z perfekcyjnie wykonanym makijażem i w drogich butach na obcasie jest ze Stambułu, z Dubaju, a może z Teheranu? W tłumie giną turyści. Nie sposób stwierdzić, czy zakwefiona dziewczyna mieszka dziesięć minut drogi od lotniska, czy też ma do domu tysiąc kilometrów, albo czy bizneswoman w żakiecie i szpilkach przyleciała z Berlina, czy może z Ankary? Od czasu do czasu pojawiają się mężczyźni w taqiyah na głowie, ubrani w powłóczyste tuniki. Zgaduję, że to uczeni muzułmańscy, może pątnicy – nie jestem w stanie nic znaleźć na ten temat.

Every gal in Constantinople
Lives in Istanbul, not Constantinople
So if you've a date in Constantinople
She'll be waiting in Istanbul

Istambuł z okna taksówki to miasto pełne zieleni, nowoczesne i czyste. Kontrasty są wszędzie: z lewej oszklone biurowce, z prawej meczet, z przodu minarety, z tyłu billboardy pisane cyrylicą (handel z Rosją musi kwitnąć). Warszawa przy Stambule to mała wioska – dwa miliony mieszkańców w porównaniu z dwunastoma milionami. Tak naprawdę jedynym przypomnieniem, gdzie jestem, są wieże meczetów i strój niektórych przechodniów. Nad miastem dumnie powiewają wielkie, tureckie flagi.

Kiedy zrzuciłem bagaże w hotelu, postanowiłem rozejrzeć się po okolicy przy pomocy mojej ulubionej metody: zaznaczam na mapie lokalizację noclegu, a potem pozwalam się sobie zgubić w bocznych uliczkach. Zazwyczaj daje to świetne rezultaty i można przyjrzeć się życiu codziennemu, zamiast podążać z tłumem turystów.

Miałem szczęście nocować w hotelu położonym w centrum rejonu Eminönü, w samym sercu starego Konstantynopola, więc najważniejsze atrakcje były pod ręką. Na początek jednak pokręciłem się po zaułkach dzielnicy. Wrażenia były niesamowite. W wąskich uliczkach odnalazłem targ rybny, warsztaty, szwalnie, pracownie rzemieślnicze, farbiarnię i stereotypowo wręcz brudne rynsztoki, wieczorami zapełniające się wszelkiego rodzaju odpadkami i kotami. Co krok natknąć się można na małe sklepiki, jadłodajnie, stragany z owocami oraz – na dojściu do głównych ulic – sklepy pełne różnorakich towarów (czasem udających znane światowe marki), od butów, przez torby, na futrach kończąc. Przed lokalami siedzieli mężczyźni, popijając herbatę z małych szklaneczek (turecka herbata smakuje inaczej, polecam). Samochodów nie zauważyłem wiele, większość lokali polegała na wózkach i sile mięśni pracowników. Podobnie w warsztatach, do których ukradkiem zaglądałem, maszyn było niewiele.

Tureckie jedzenie kupowane na ulicy jest pyszne i tanie. Porządny barani kebab to wydatek 5-6 złotych (w lokalu ze stolikami nieco drożej). Jednak to, co wyróżnia tureckich sprzedawców, to życzliwe podejście do klienta. Nikt nigdy na mnie krzywo nie spojrzał, mimo moich nieudolnych prób porozumiewania się (co często sprowadzało się do pokazywania palcem na towar i odczytywania ceny z kalkulatora). Zawsze byli uśmiechnięci i pomocni. Każdy właściciel ulicznego straganu, mimo niewątpliwego zmęczenia upałem, nie patrzył na mnie, jakbym mu robił krzywdę, zamawiając mięso w bułce albo przebierając w wyłożonym towarze.

Turcja to raj dla miłośników baraniny. Kultura muzułmańska nie uznaje wieprzowiny, dzięki czemu można tam rozkoszować się mało popularnym w Polsce i drogim mięsem. Byle kebab na ulicy jest świetnie doprawiony i po prostu smaczny. W restauracjach można oczywiście dostać bardziej wyrafinowane rzeczy. Miałem przyjemność skosztować czegoś w rodzaju bardzo gęstego baraniego gulaszu podanego w żeliwnym kociołku (w menu nazywało się to zapiekanka pasterska). Do tego turecki jogurt (naturalny, bez dodatków) jest rewelacyjny, takoż ayran, który ku mojej radości można nabyć w litrowych butelkach. Fanem chałwy nie jestem, ale miejscowa zrobiła na mnie wrażenie (zwłaszcza podawana skropiona sokiem z cytryny). Polecam wyroby firmy Koska, dostępne też w Polsce – ponoć to jeden z najlepszych wytwórców chałwy i innych bliskowschodnich specjałów (ich rachatłukum jest niesamowite).

Even old New York was once New Amsterdam
Why they changed it I can't say
People just liked it better that way

Jazda taksówką po Stambule to atrakcja sama w sobie. Hotel znajdował się w części europejskiej, natomiast biuro, do którego musiałem co rano dotrzeć, położone było po drugiej stronie Bosforu, czyli już w Azji. Jak się okazało, „europejscy” taksówkarze nie znają rozkładu ulic po drugiej stronie cieśniny – i odwrotnie. W związku z tym każdy z przejazdów był niesamowitą przygodą: błądzenie, sprawdzanie mapy, kontaktowanie się z centralą (ciekawostka: w taksówkach nie ma CB radia, za to kierowcy ozywają komórek w trybie Push to Talk). Odbywały się też konsultacje z innymi taksówkarzami, kierowcami, przechodniami, sklepikarzami. Całość wrażeń dopełniał brak pasów dla pasażerów – nie są obowiązkowe, więc w wielu samochodach po prostu ich nie ma. Scenka rodzajowa: wczesny wieczór, taksówka staje w małej uliczce, obok straganu z owocami, kierowca pyta kolegę o drogę, gdzieś nad nami muezzin zaczyna nawoływać na modlitwę, w oddali szum samochodów przejeżdżających główną ulicą – atmosfera niesamowita.

Strona azjatycka nie różni się od europejskiej: są tam takie same biurowce, sklepy, restauracje. Jest jednak bardziej zielono. Europejski Stambuł zajmuje obszar dawnego Konstantynopola – w centrum łatwiej jest znaleźć resztki rzymskiego akweduktu, niż porządnie zadrzewioną ulicę. Niestety, niedane mi było pokręcić się po Azji, więc jest to plan na przyszłość.

Każdy z mostów łączących kontynenty, Bosforski i Mehmeda Zdobywcy, ma ponad kilometr długości. Cieśnina, pozwalająca na przeprawę z Morza Marmara na Morze Czarne, jest niczym ruchliwa autostrada. Ruch towarowy jest spory, a związki Turcji z Rosją stają się jeszcze bardziej wyraźne – chodzi o transporty ropy z czarnomorskiego portu Noworosyjsk. Reda na Morzu Marmara przypomina zatłoczony parking.

Stambuł azjatycki i europejski łączy ze sobą poza mostami coś jeszcze: wszechobecne koty. Pojawiają się w okolicach restauracji rybnych, na nabrzeżach, wychylają z cienia podczas zamykania sklepów i straganów, by pogrzebać w odpadkach. Chodzą zwykle grupami, choć zdarzają się też samotniki. Można by pomyśleć, że miasto nazywało się kiedyś Kotstantynopol, a nazwę zmieniono na Piestambuł na złość miłośnikom Felis silvestris catus.

So take me back to Constantinople
No, you can't go back to Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Na zwiedzanie nie miałem za wiele czasu, ale na szczęście niemal każdego wieczoru udało mi się wyrwać na miasto na kilka godzin. Mieszanina nowoczesności i tradycji widoczna jest jeszcze bardziej podczas spacerów wąskimi, nadmorskimi uliczkami: w tle szumią samochody na głównej ulicy, a tuż obok na niewielkim straganie opiekana jest baranina, ktoś dalej zachwala owoce, inny sprzedawca oferuje prażone orzechy i migdały. Nagle rozlega się nawoływanie na wieczorną modlitwę z pobliskiego meczetu. Po chwili dołączają doń następne, co w efekcie daje niesamowity, kilkuminutowy koncert na kilka głosów.

Policjanci pilnujący posterunków i innych instytucji publicznych uzbrojeni byli w pistolety maszynowe. Na targu rybnym, żołnierz odbierał zakupy z karabinem przewieszonym przez ramię. Podobnie wyposażony był jego kolega stojący przy samochodzie nieopodal. Przy wejściu na Kryty Bazar ochrona z wykrywaczami metali w dłoniach, wyrywkowo sprawdzała torby i plecaki. Na mnie nie zwrócili uwagi, pewnie nie wyglądam na terrorystę. Przy wejściu do centrum handlowego Kanyon oprócz ochrony są też bramki do wykrywania metali jak na lotniskach. Bez problemu przeszedłem ze scyzorykiem szwajcarskim. Trudno się dziwić aż takim względom bezpieczeństwa – w Stambule zdarzają się zamachy bombowe. Na ulicach, także nocą, jest jednak spokojnie. Czułem się bezpieczniej niż w domu, może ze względu an to, że miasto, jak to na Południu bywa, zaczyna naprawdę żyć dopiero po zachodzie słońca. Swoją drogą, tylko w samolocie tureckich linii lotniczych musiałem wypełnić kwestionariusz osobowy na wypadek wykrycia wśród pasażerów lotu choroby zakaźnej (taki formularz, na którym trzeba podać dane paszportowe teleadresowe to także świetny sposób zebrania informacji, kto do Turcji przylatuje). Natomiast butelkę z wodą przeniosłem przez wszystkie stadia tureckiej kontroli lotniskowej i przyleciałem z nią do Wiednia, gdzie austriacki pogranicznik na bramce do strefy Schengen dał mi prosty wybór: wypić lub wyrzucić.

Kryty Bazar przypomina niestety sklep Cepelii albo inny przybytek z pamiątkami – ciekawe są tylko wnętrza. Lepsze wrażenie robi Bazar Egipski, ale też sporo mu brakuje, by był faktycznym targowiskiem przyprawowym (zgodnie ze swoją drugą nazwą), a nie kolejną atrakcją z badziewiem dla turystów. Z ciekawostek wypatrzyłem miód sprzedawany w plastrach (rewelacja, podawali na śniadanie w hotelu; smakuje inaczej niż ten odwirowany, ze słoika – bardziej delikatny i mniej słodki.) i ser peynir zapakowany w owczą skórę. Kanyon to z kolei galeria handlowa jak każda inna (no dobrze, ponoć bardzo ekskluzywna galeria – przynajmniej pod względem cen ubrań), choć niektóre sklepy wbijają gwóźdź do trumny zwolenników teorii o nieeuropejskości Turcji (zdjęcie obok).

Szybko zlokalizowałem sklep z zabawkami oraz księgarnię. W tym pierwszym na półkach znalazłem Transformers, action figures ze Spider-Mana, X-Men i Star Treka. Oprócz tego z ciekawszych rzeczy były tam LEGO, Playmobil i karty do Magic: The Gathering. W księgarni wyszukałem sporo fantastyki tłumaczonej na turecki: Asimov, Verne, Herbert, Feist. Po angielsku, ale i po turecku: Salvatore, powieści ze świata Warcrafta i Dragonlance, Warhammera. Wypatrzyłem zbiorek opowiadań tureckiego autora, przetłumaczony na angielski: The Book of Madness. Teksty są takie sobie. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że będą bardziej osadzone w miejscowych realiach, a tymczasem mogły one powstać gdziekolwiek. Interesująca jest notka zamieszczona w książce. Autor, Levent Şenyürek, debiutował dzięki wygranej w konkursie zorganizowanym przez Science Fiction & Fantasy Society działające przy Middle East Technical University w Ankarze. Jak widać, istnieje turecki fandom. Według jednego CV znalezionego w Googlu, wspomniane wyżej stowarzyszenie założono na METU na początku lat 90. Może ktoś biegły w tureckim będzie w stanie dowiedzieć się więcej.

Istanbul was Constantinople
Now it's Istanbul, not Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Na zabytki Stambułu potrzeba dużo czasu, o wiele więcej, niż go miałem. Sam pałac Topkapı to wyprawa na cały dzień. Zmuszony przez okoliczności wybrałem więc wersję mini, odwiedzając kilka interesujących mnie miejsc, ale też po prostu spacerując wąskimi zaułkami, w które rzadko zapuszczają się turyści. Błękitny Meczet (właściwie Meczet Sułtana Ahmeda) i Hagia Sofia (niestety, w tym wypadku obejrzana tylko z zewnątrz) robią wrażenie. Równie atrakcyjna jest podziemna rzymska cysterna na wodę o kubaturze 80 000 metrów sześciennych, która wraz z innymi podobnymi rezerwuarami (zobacz tutaj i tutaj) gromadziła wodę dla Konstantynopola – prowadził do niej dziewiętnastokilometrowej długości akwedukt. Inne pozostałości Konstantynopola są widoczne w dzielnicy Fattih nie mal na każdym kroku w postaci pozostawionych fragmentów murów obronnych i akweduktów.

Kiedy już zacząłem się orientować w rozkładzie uliczek, trzeba było się spakować i wyjechać. Zabrałem do domu jeszcze silniejsze przeświadczenie, że odmawianie Turcji udziału w dziedzictwie kultury zachodniej jest błędnym podejściem, podobnie jak skreślanie dla zasady pomysłu, by państwo to dołączyło do Unii Europejskiej. Stambuł i Turcja to miejsce na mojej liście „do odwiedzenia”, jednak w bardziej sprzyjających okolicznościach – bez presji czasu i obowiązków.

So take me back to Constantinople
No, you can't go back to Constantinople
Been a long time gone, Constantinople
Why did Constantinople get the works
That's nobody's business but the Turks

Istanbul!

Cytaty: The Four Lads - Istanbul (Not Constantinople)
ZDJĘCIA: Stambuł 2009.

Karnawał blogowy RPG #4: Ulubione realiaDystrybucja cyfrowa potrzebna od zaraz

Comments

Unregistered user Sunday, October 4, 2009 7:37:36 AM

Nimsarn writes: Chłopie jak ja ci zazdroszczę, od czasu lektury "Dzieci Gralla", P.Berlinga i ostatnio "Nazywam się Czerwień", O.Pamuka, Istambuł wpisałem na listę miejsc w które chcę przedeptać na własnych nogach. Ad kotów, myślałem że Rzym to miasto kotów - to pewnie przez tą egipską żonę Cezara. A na uzbrojonych żołnierzy/żołnierek(bardzo uroczych), lub mniej umundurowanych ochraniarzy, to napatrzyłem się już dość w Hajfie i Jerozolimie.

Janonam-tar Sunday, October 4, 2009 10:17:43 PM

Konstantynopol to nie Turcja, tak jak Warszawa to nie Polska. Jestem ciekaw jakie wrażenia miał byś po wycieczce do Kurdystanu:P Twój opis tłumu z lotniska ładnie pasuje do ulicy w Glasgow;)

Zapomniałem dodać. Piszesz o kuchni, a gdzie alkohole?wink

Seji Monday, October 5, 2009 6:28:15 AM

Toz pisze, ze nie Konstantynopol. ;)

Kurdystan juz od lat 70. (jak nie wczesniej) straszy przypadkowa olowica. Poczekam chwilke. :> Podejrzewam jednak, ze zazarlbym sie miejscowymi specjalami na smierc. ;)

Alkohole - pilem rakı i bylo ok, choc anyzkowa wodka nie jest dla mnie czyms specjalnym. W kazdym razie byla lepsza od norweskiego akvavitu (jak chcesz sprobowac, to ten ostatni mam w barku).

Unregistered user Monday, October 5, 2009 11:24:26 AM

Nimsarn writes: nam-tar Konstantynopol (Istambuł) to nie Ankara, tak jak Kraków to nie Warszawa :p

Unregistered user Monday, October 5, 2009 5:43:30 PM

Ann writes: Na mnie Stambuł nie zrobił tak pozytywnego wrażenia, wcale nie czułam się tam bezpieczna (może dlatego, że pierwszy raz w życiu widziałam na własne oczy kradzież na zasadzie wyrwania torebki "i w długą..."). Ale miasto ciekawe i faktycznie dużo do oglądania.

Łukasz LenardDeckardPL Monday, October 5, 2009 6:11:27 PM

Bardzo fajny, choć diabelnie długi wpis. Nie myślałeś, aby rozbić go na dwa Airbu... dwie części? wink

Co do kontroli - agentów Mossadu się nie sprawdza, nikt nie będzie ryzykował tomahawka w stragan/posterunek wink

Seji Monday, October 5, 2009 6:18:16 PM

@Deckard

Nie myslalem. Nie mialem jakiegos tematu na druga czesc, jak np zaslinienie sie w sklepie z fantastyka, jak to mialo miejscw w Oslo. ;) Pomysle nastepnym razem. Dzieki. :)

@Ann

"Wyrwe" przerabialem w Polsce, w centrum Krakowa, z policja stojaca 50 metrow obok i nie robiaca nic. Wszedzie sie zdarza. Natomiast nie widzialem tabunow zebrakow (jak to ma miejsce teraz w Krakowie) ani grupek zlotej mlodzierzy. Jasne, nie zapuszczalem sie niewiadomo gdzie, ale tez za duzo czasu nie mialem na lazenie - wiec nawet nie pytalem o rejony, do ktorych lepiej nie chodzic. Za to przed wyjazdem przeczytalem sporo ostrzezen przed kieszonkowcami - wiadomo, masa turystow. moze jakbym tam posiedzial miesiac, zmienilbym zdanie. :)

MidMad Monday, October 12, 2009 8:07:49 AM

Fajnie napisane, czekam na kolejne podobne teksty - zawsze mi się miło czyta Twoje relacje stąd i stamtąd, zawsze wypatrzysz fajne ciekawostki.

Aha, byłabym zapomniała - fajne f0cie, zią! wink


PS. Istanbul! smile

Janonam-tar Monday, October 12, 2009 12:02:24 PM

W listopadzie piszę się na ten wynalazek anyżowy. Będę na parę chwil w Kraku przed wyjazdem na wschód (Kijów/Zona). Przywiozę Ci kilka świecących kamieni;P

Tylko kup do tego jakiś dobry sok żurawinowy;)

Unregistered user Monday, October 12, 2009 3:11:15 PM

Mara writes: Seji, popełniasz taki sam błąd, jak w przypadku Norwegii - patrzysz na miasto okiem turysty i widzisz tylko tę najlepszą, najbardziej eksponowaną część. Istanbuł to najbardziej europejska część Turcji, ale jednocześnie to tylko maleńki wycinek dużego kraju. Pasterze z Anatolii nie są tak otwarci na kulturę Zachodu, żyją w swoim zamkniętym świecie zgodnie z prawami zwyczajowymi muzułmanów. Nawet emigrując do innych krajów europejskich (jak Niemcy) wcale nie chcą się asymilować z kulturą nowej ojczyzny, tylko przenoszą swoje często barbarzyńskie prawa z szałasów do europejskich metropolii. Ja wcale nie jestem przekonana czy wejście Turcji do Unii byłoby takie dobre. Ale każde z nas ma prawo mieć w tej kwestii swoje zdanie. Tak na marginesie wyprawa musiała być cudna i paskudnie ci jej zazdroszczę :-D Uściski!

Seji Monday, October 12, 2009 10:12:08 PM

Maro,

Zdaje sobie sprawe, ze patrze przez filtr turysty. Jasne, ze nie mam pojecia, jak bym sie odnalazl podczas codziennego zycia tu czy tam. Co do Norwegii, to zadalem Ci pewne pytanie na Twoim blogu - 1500 brutto czeka. ;) To jest problem z punktem widzenia turysty, mieszkanca i emigranta - UK paskudne, Norwegia ksenofobiczna, Niemcy niemili, ale jakos nikt nie kwapi sie wracac, skoro tam jest tak zle. Wiec ja z moim punktem widzenia turysty chyba za wiele sie nie mijam z rzeczywistoscia - przynajmniej w zaobserwowanym przeze mnie jej wycinku (a przynajmniej, jesli chodzi o nastawienie ludzi).

Jesli gdzies jade, to bez uprzedzen, bez oczekiwan. Odbieram miejsce, jakim jest i oceniam, byc moze blednie, a na pewno na bazie niekompletnych danych. Ale to, jak wyglada pociag w UK, a jak w Polsce, to jest pewna podstawa do wydania oceny (troche nimi pojezdzilem, jakos sie zbiore i wrzuce wrazenia z Anglii i Hiszpanii, tez z wyjazdow sluzbowych). Wiec ja wole chyba moje rozowe okulary kogos, kto jak wiesz meczy sie miedzy Odra a Bugiem (jak ostatnio przeczytalem u Claygirl, w Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera). Wiec mi jest lepiej i radosniej pod drugiej stronie ogrodzenia na badziej zielonej trawie, obojetne, czy jest to barbarzynski kraj czy tez nie. ;)

MidMad Tuesday, October 13, 2009 7:56:16 AM

@Seji @Mara
A mi się podoba to turystyczne spojrzenie Seji'ego zabarwione zacięciem kulturoznawczo-globalizacyjnym. Seji patrzy na odwiedzane miejsca z perspektywy własnych doświadczeń i światopoglądu, widzi i ocenia miejsca, które widział, a nie generalizuje tego na cały kraj i nie podciąga pod to skomplikowanych i niekoniecznie prawdziwych teorii socjologicznych. Z drugiej strony - zachęca to do odwiedzin na własną rękę i porównania z własnymi doświadczeniami .

Unregistered user Tuesday, October 13, 2009 10:43:03 AM

Mara writes: Nie mam nic do zarzucenia punktowi widzenia Sejiego, bo ma do niego prawo. Uderzyło mnie tylko, że napisał o poparciu Turcji przy wstąpieniu do UE tylko na podstawie spojrzenia turysty. Ja na codzień spotykam się z kulturą islamską w kraju Europy Zachodniej i wiem, że byłabym przeciwko wstąpieniu kraju islamskiego do Unii. Mam przyjaciół wśród muzułmanów, więc to nie ksenofobia z mojej strony, tylko realne spojrzenie na funkcjonowanie społeczeństwa. Seji, mam oferty pracy z Polski za więcej niż 1500 zł miesięcznie (a co! :-) ). Tyle, że sektor ekonomiczny i bankowy kompletnie mnie nie satysfakcjonuje. Dopóki mogę pracować w swoim zawodzie, nie wrócę. A propos zarobków, to owszem w Norge są wysokie, ale jednocześnie wydatki masz kolosalne. Przykładowo za chleb płacisz 12 zł, za masło 8-16 zł, za paskudne surowe mięso 80 zł za kilogram, za byle jaką szynkę 90 zł za kilogram. Wszystko kosztuje, a żyć trzeba. Buziaki!

MidMad Tuesday, October 13, 2009 11:49:19 AM

@Mara
Jeśli o sam akces Turcji do UE chodzi, to tutaj akurat się zgodzę, spojrzenie "turystyczne" zupełnie nie oddaje złożoności problemu, jakim są różnice między ideami UE (jest tu jednak pewna spójność kulturowo-światopoglądowa) a ideami muzułmańskimi, zupełnie nie idącymi ze sobą w parze. Niestety, tego chyba nie da się przeskoczyć żadną miarą.

A co do zarobków i cen w Norwegii, to najważniejsze są IMO proporcje ile tego paskudnego mięsa możesz kupić za swoją pensję. Dla Polaka przyzwyczajonego do polskiej pensji to szok, jak widzi taką cenę. Ale wystarczy sobie porównać, że pensje w Skandynawii (ja mam akurat porównanie do Szwecji) są kilka-kilkanaście razy większe, niż w Polsce. Po przeliczeniu, wychodzi, że np. przeciętny Szwed płaci procentowo za chlebek czy szyneczkę mniej, niż Polak. Pociechą jest to, że zostaje w kieszeni troszkę więcej pieniędzy i dzięki temu inne wygody (choćby własne mieszkanie czy dom) są realnie w zasięgu ręki, choć też lekko nie jest. Ale jest szansa na tzw. "godne życie".

Seji Tuesday, October 13, 2009 4:09:06 PM

@Mara,

Nie napisalem o poparciu dla Turcji tylko na podstawie spojrzenia turysty. Za przyjeciem Turcji jestem od jakiegos czasu, po rozwazeniu roznych za i przeciw i poznaniu kilku punktow widzenia na wewnetrzne sprawy tego kraju (np. kwestia kurdyjska, pozycja armii, problem Armenii ostatnio o dziwo rozwiazany). We wpisie odnioslem sie do dwoch rzeczy: twiedzenia, ze Turcja nie ma nic wspolnego z Zachodem, bo to kraj islamski oraz do odmawiania jej nawet prob myslenia o wstapieniu do UE, bo to kraj islamski. Taki zreszta sama przedstawilas argument. Mysle, ze za wykluczeniem z UE pewnego katolickiego kraju tez sie sporo znajdzie - tylko ze wzgledu na dominujaca w nim religie/bagaz kulturowy. Turcja ma przy tym taka zalete, ze tam rozdzial religi od panstwa jest stanem faktycznym, a nie martwym zapisem w konstytucji. :>

Na szczescie UE nie jest wspolnota religijna ani kulturowa, ale polityczno-ekonomiczna - dzieki temu takie niedobitki jak Polska, Bulgaria czy Rumunia mogly do niej dolaczyc. Nie widze powodu, dla ktorego Turcja (zreszta kraj NATO - czolg islamem nie smierdzi? A jak terrorysci porwa? ;)) nie mialaby do UE dolaczyc za jakis czas.

Zas co do cen - rozmawialismy o tym nie raz. Porownanie norweskiej placy minimalnej i polskiej placy minimalnej wykazuje, gdzie jest lepiej. Tak jak napisala MidMad - wiecej zostaje. Przeliczanie na zlotowki bez podania wysokosci zarobkow nic nie daje.

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies