Lost - telenowela z przeszkodami
Wednesday, January 31, 2007 11:32:18 PM
Wreszcie obejrzałem Lost. Po miesiącach wysłuchiwania, jaki wspaniały to serial, postanowiłem nadrobić zaległości. Wrażenia po obejrzeniu dwóch pełnych sezonów oraz wyemitowanych już odcinków trzeciej serii mam mieszane. Serial nie jest zły, ale opinie o nim były mocno przesadzone. Podejrzewam, że popularność seria zawdzięcza sprawnemu marketingowi oraz Lost Experience.Założenia fabuły są dość proste: na położonej gdzieś na Pacyfiku wyspie rozbija się samolot. Z katastrofy wychodzi cało niemal pięćdziesiąt osób. Początkowo czekają na ratunek, ale ten nie przychodzi - postanawiają więc jakoś urządzić się na wyspie i czekać na rozwój wypadków.
Oczywiście, w grupie rozbitków znajdzie się i lekarz, i oszust, i myśliwy i tak dalej. Pełen serwis - jedynym problemem staje się zdobycie wody i żywności. Dość szybko okazuje się jednak, że wyspa nie jest zwykłą wyspą - dzieją się bowiem na niej rzeczy dziwne, a czasem przerażające, zaś bohaterowie odkrywają, że chyba nie są tam całkiem sami.
Myślałem, ze start trzeciego sezonu 4400 jest powolny (o tej serii innym razem). Myliłem się. Cały pierwszy sezon Lost jest wolny niczym żółw. Wszyscy głównie biegają po lesie i wołają Jacka (lekarza). Wychodzi z tego dość sztampowa i przewidywalna momentami drama. Co prawda dość szybko pojawia się wątek fantastyczny, ale serial nie ma kopa. Lost cierpi bowiem na dwie choroby: retrospekcję i eksplorację. Zacznę od tej drugiej.
Eksploracją pozwoliłem sobie nazwać prezentowanie życia ocalałych z katastrofy dzień po dniu. Typowy odcinek przedstawia bowiem dwa dni z życia rozbitków, a między odcinkami jest zwykle dzień przerwy. Od tej reguły są oczywiście wyjątki, ale tak to właśnie wygląda. Początkowo wydaje się to słusznym rozwiązaniem (wszak widza ciekawi, jak udało się im przeżyć kilka pierwszych dni), ale potem zaczyna irytować. Odcinki nie popychają akcji do przodu, a zamiast rozwoju fabuły oglądamy dobieranie okularów przez jednego z bohaterów (co owszem, było zabawne, ale absolutnie zbędne).
Retrospekcja to nieco inny problem. Twórcy serialu zastosowali ciekawy sposób przedstawiania bohaterów - przyczyny takich, a nie innych decyzji podejmowanych na wyspie poznajemy we wspomnieniach postaci. Z retrospekcji dowiadujemy się, kto był kim przed katastrofą, co ma do ukrycia, z kim się spotkał. Owszem, to wciąga. Ale najwyżej do końca pierwszej serii, potem flashbacki tylko irytują. Odcinek Lost trwa około 40 minut, z czego retrospekcje potrafią zająć nawet połowę. Dodatkowo, jeśli reszta odcinka poświęcona jest wspomnianemu bieganiu po lesie, myśl o skrzywdzeniu scenarzysty jest całkowicie usprawiedliwiona. Tym bardziej, że niektóre retrospekcyjne uzasadnienia teraźniejszego postępowania są tak łopatologiczne, że niemal słuchać korniki wiercące w stylisku.Dłużyzny i wspomnienia - te dwie rzeczy sprawiają, że fabułę pierwszej serii, którą można by zamknąć w góra dwunastu odcinkach, rozpisano na dwadzieścia cztery. Na czym ostatecznie ucierpiała warstwa mitologiczna serialu, czyli wątek fantastyczny. Owszem, jest on interesujący, ale sposób prezentacji skutecznie go niszczy. Człowiekowi nie chce się już czekać, aż wyjaśni się ta czy inna zagadka, bo po dwudziestu odcinkach ciekawość zmieniła się we frustrację. Wątki mitologiczne serialu zostały doskonale rozegrane w The X Files i Millennium, chociaż tam były prezentowane jedynie kilka razy na sezon, a nie z odcinka na odcinek - bo co to za prezentacja, kiedy wiadomo, że "coś tam jest", ale akcja w związku z tym nie posuwa się do przodu przez kilka czy kilkanaście odcinków?
Fantastyka w Lost dawkowana jest powoli i na niskim poziomie. Żadnych fajerwerków, nieco zagadek i anomalii. Przedstawione do tej pory wątki przypominają nieco Pi skrzyżowane z Cube i Twin Peaks. Jak do tej pory nie pojawiły się na dobrą sprawę żadne elementy, których nie dałoby się racjonalnie wyjaśnić (być może nieco naciąganie) czy to przez halucynacje czy też dzięki istnieniu technologii niedostępnych dla cywili. Daje to twórcom pewne pole manewru i wciąż nie wiadomo, jakie będzie rozwiązanie całej sprawy (tzn. biorąc pod uwagę Lost Experence pewnych rzeczy można się spodziewać, ale w dalszym ciągu pozostaje kilka zagadek do rozwiązania).
Więcej wątków fantastycznych fani serialu mogą znaleźć w ramach tzw. Lost Experience - jest to, krótko mówiąc, rozbudowanie pewnych elementów serii "tu i teraz", wplecenie ich w rzeczywisty świat i zorganizowanie wokół tego gry w poszukiwanie wskazówek. LE ma jedną olbrzymią zaletę (a właściwie miało, bo całą zabawę już zakończono): pozwala odkryć wiele informacji dotyczących tajemniczych zjawisk mających miejsce na wyspie, nie będąc jednocześnie bezpośrednim spoilerem, jeśli chodzi o przygody bohaterów serialu. Wadą LE jest natomiast to, że nie zainteresuje wszystkich. Większość widzów bowiem zapewne nigdy się nie dowie, że pewne informacje mogli znaleźć w sieci - może być to problemem, gdy seria albo padnie po trzecim sezonie (ponoć docelowo ma liczyć cztery), albo twórcy nie rozwiążą wszystkich wątków (np. zakładając, że wszyscy zapoznali się z materiałami w sieci).
Lost Experience to świetny chwyt marketingowy, chyba po raz pierwszy zastosowany na taką skalę (pamiętam bowiem reklamę Men in Black gdzie można było zadzwonić pod numer podany na wizytówce reklamującej film i uzyskać informacje na temat przebywających na ziemi kosmitów). To także spoiler, jakiego świat nie widział - a to może oznaczać, że moje obawy co do ilości informacji, które zostaną podane w serialu, mogą być trafne.Lost ogląda się jak telenowelę: sporo relacji interpersonalnych, akcja powolna, co jakiś czas fabuła przyspiesza i zaskakuje, po czym wszystko wraca do powolnej normy. Owszem, serial ma dobre momenty. Owszem, jest tam kilka dobrych pomysłów (retrospekcje, wyspa, parę postaci, kilka cytatów). Ale Lost to tylko zwyczajny serial z dobrze zrobionym marketingiem (Lost Experience). Nie zdziwiłbym się także, gdyby okazało się, że spora część działalności fanowskiej wokół Lost generowana jest na zamówienie.
Serial warto zobaczyć. Ale kiedy ucichnie szum wokół niego, niewiele zostanie. To nie jest tytuł, który można oglądać wciąż i wciąż od nowa. Pozostaje mieć nadzieję, że faktycznie liczba sezonów w zamierzeniach twórców jest skończona. Inaczej serialowi grozi pełna transformacja w telenowelę: w dwusetnym odcinku wszyscy bohaterowie okażą się spokrewnieni ze sobą, połowa będzie w ciąży, a a reszta pobiegnie w las szukać lekarza. Oby do tego momentu widzowie zagłosowali pilotem.







AdrianBorejko # Thursday, February 1, 2007 7:41:18 AM
Seji # Thursday, February 1, 2007 8:36:02 AM
I nie uwazam, ze przez dziesiatki lat zalewal nas chlam. Powstalo wiele bardzo dobrych tytulow.
Unregistered user # Thursday, February 1, 2007 3:35:37 PM
Seji # Thursday, February 1, 2007 3:43:31 PM
Zreszta, sporo w Lost podobienstw do Zakazanej planety - a ten film stoi o wiele wyzej do tego serialu.
Lucaschavezpl # Thursday, February 1, 2007 4:58:16 PM
A ja powiem, ze wytrzymalem jeden sezon + wyrywki drugiego. I nie wciagnelo mnie. Nudne, przereklamowane.
Robin of Sherwood - mowimy o tym genialnym serialu, gdzie muzyke robil Clannad?
Seji # Thursday, February 1, 2007 5:22:54 PM
Lucaschavezpl # Thursday, February 1, 2007 7:44:47 PM
Borys # Thursday, February 1, 2007 8:34:17 PM
Pierwszy sezon był świetny, właśnie ze względu na owe "dłużyzny", które świetnie podtrzymywały napięcie. Równie dobrze ukazano portrety psychologiczne bohaterów i ewoluujące relacje między nimi (właśnie temu służyło dobieranie okularów przez Sawyera). Drugi sezon wystartował dobrze, ale potem coś zaczęło się psuć i serial skoczył rekina w odcinku, w którym Locke obił Charliego. Jak dotąd widziałem pierwsze trzy odcinki trzeciej serii -- nie chcę jeszcze wydawać pochopnych sądów, ale na usta ciśnie mi się powoli słowo "nieporozumienie".
Seji: Ale Lost to tylko zwyczajny serial z dobrze zrobionym marketingiem (Lost Experience).
Jak by nie było, "LOST" zapoczątkował drugi boom (w ramy pierwszego wpisują się "Twin Peaks", "The X-Files", Millennium") na seriale z tajemnicą w tle. To dopiero po nim powstały "4400" i "Invasion". Za to go cenię, bo ja seriale z tajemnicą w tle bardzo lubię (chociaż obecnie i tak oglądam tylko "Zagubionych"
Seji # Thursday, February 1, 2007 9:03:04 PM
Seria pierwsza "Lost" jesli cos utrzymywala, to palec na przycisku przewijania - a na pewno nie bylo to napiecie. Rozwlekla fabularnie, miejscami mdla. Dopiero druga cos ruszyla, jak otworzyli co mieli otworzyc. Trzecia ciezko po szesciu odcinkach oceniac, ale zapowiada sie lepiej od pierwszej (heh, wszystko sie lepiej zapowiada).
Na drame o rozbitkach pierwsza seria "Lost" byla za slaba. Na dobre SF takze. Jako mieszanka byla ledwo strawna - przez dluzyzny wlasnie. Potem bylo lepej. Ale ani to rewelacja, ani nic odkrywczego (podobne tytuly wymienilem wyzej). Zas tajemnice to utrzymywalo "twin Peaks" - "Lost" przy tej serii jest malutkie, zwlaszcza z wyjasniajacym mase rzeczy "Lost Experience" (nie trzeba nawet sledzic calego, wystarczy obejrzec 3-4 filmy na youtube).
Borys # Thursday, February 1, 2007 11:07:40 PM
Nie no, to znaczy, że lubisz takie klimaty, jak zachowanie badguyów robi się irracjonalne, jeden bohater ratuje drugiego z łap niedźwiedzia polarnego, a trzeci zaczyna prorokować przyszłość (trafnie)? Bo to właśnie reprezentowały (trzy) pierwsze odcinki trzeciej serii. W pierwszym sezonie działo się niewiele, ale można było przynajmniej dawać scenarzystom "benefit of the doubt", liczyć na to, że całość ma rozsądne wyjaśnienie. Teraz już wiem, że będą pakować niesamowitości na chama -- i dlatego serial traci szybko w moich oczach.
A że "Lost" niczego nie zapoczątkował, faktycznie. Zagalopowałem się, nie sprawdziłem dat. Choć faktem jest, że w norweskiej TV reklamowali "4400" jako konkurencję dla "LOST", nie odwrotnie.
A co do dłużyzn -- cóż, Tobie najwyraźniej przeszkadzały, mnie też czasami irytowały, ale summa summarum oceniam je pozytywnie. Powtarzam, dopóki sytuacja rozwijała się powoli, to każde ekstraordynaryjne novum wydawało się wiarygodne, bo wyczekiwane. Na przełomie drugiej i trzeciej serii podkręcono tempo i szwy fabularne zaczęły się pruć. Za dużo nowych zagadek, za mało wyjaśnień starych zagadek. Tu chyba leży pies pogrzebany.
Seji # Thursday, February 1, 2007 11:32:24 PM
Zmartwie Cie, juz dawno wpakowali :>.
Przystawka: http://www.lostpedia.com/wiki/Psychology_test_video
Danie glowne: http://www.lostpedia.com/wiki/Sri_Lanka_Video
Deser: http://www.lostpedia.com/wiki/Norway_Video
Plus polecam przeczytac http://www.lostpedia.com/wiki/Valenzetti_Equation
I dlatego uwazam, ze od drugiej serii serial zaczal miec sens. W pierwszej brakowalo kopa, a tworcy nie wiedzieli, czy ma byc drama o rozbitkach, czy SF i przez to probowali byc troche w ciazy - a tak sie nie da. Po drugiej serii i po Lost Experience wiadomo, na czym serial stoi. A ja uwielbiam cyferki (m.in. stad Cube i Pi stoja u mnie wysoko w hierarchii).
Zas co do zagadek - lepiej, ze sa. Na rozwiazanie watkow w X-Files czekalem 9 lat. Tu tez moge poczekac ;).
Owszem, oczekiwalem od Lost fantastyki i wreszcie ja dostalem. Bo dramy o rozbitkach ogladac by mi sie pewnie nie chcialo - Szwajcarskich Robinsownow juz keidys przerobilem, Tajemniczej wyspy nic nie pobije, a wiecej niz jeden sezon o zyciu na wyspie, zbieraniu bananow i chorobach bym nie wytrzymal :P.
Unregistered user # Friday, February 2, 2007 12:17:50 PM
Unregistered user # Saturday, February 3, 2007 2:58:12 PM
Seji # Thursday, May 24, 2007 4:19:10 PM
Łukasz LenardDeckardPL # Friday, November 23, 2007 8:16:45 PM
Lost jest u mnie w czołówce the best seriali ever oglądanych - właściwie do momentu poznania The Wire był to numer 1, który bił na głowę wspomniane przez Ciebie tytuły. Potem przyszedł Rzym, do którego zresztą zapałałem uczuciem dopiero ostatnio (gdy zacząłem oglądać). Patrząc przez całokształt Lost jest na trzecim miejscu, prowadzi Prawo Ulicy (aka The Wire).
Co kocham w Loście - kapitalny i prosty zamysł modelu odcinka: tu-i-wtedy, wyraziste postaci i dobrze dobrani nieobejrzani aktorzy, muzyka. Pora emisji w TVP wpisała się w mój plan tygodnia.
Pierwsza seria to w mojej opinii absolutne mistrzostwo świata - cały sezon siedziałem jak na szpilkach. Było tu wszystko - masę napięcia, zwroty akcji wtedy, kiedy dawały najlepszy efekt, każda z postaci drążyła własny wątek dając coś z siebie dla całej grupy. Wątek fantastyczny nie był wtedy tak wyświechtany, gdyż imo od tego widz ma bliźniacze 4400, Heroes itp.
Seria druga - pierwsze potknięcia, serial zaczyna mieć czkawkę, ale w kilku miejscach szczęśliwie ktoś poratował scenarzystę, więc nadal mogę siedzieć na szpilkach. Co zaczyna mnie drażnić, to spora zwłoka w zaprezentowaniu "tamtych" oraz zbyt częste jak na mój gust crossovery postaci w przeszłości.
Seria trzecia - co tu dużo mówić, najsłabsza z istniejących. Dobry start, który psuje apogeum cross-overów i zaprzeczeń historii z poprzednich odcinków (chociażby ojciec Jacka i Claire wobec wątku Jacka i ojca z 1 i 2 serii, albo odcinek z parą "pogrzebaną żywcem" i patent z włazem do bunkra). Wątek Rousseau szlag trafia, Eko ginie jak to mawiano na łamach Tytusa "wtem!", gruby pojawia się w serialu tylko po to, aby widz mógł się pośmiać z pouczanego Sawyera, szczęśliwie ciężar serii przechodzi na "tamtych".
Mimo wszystko widać, co oznacza pisanie scenariusza pod ratingi widowni i forum serialu - dostajemy tony "czarnej bestii" latającej po ekranie jak w tandetnym serialu sf, komedyjki i full patriotyzm lokalny bohaterów. Dodajmy do tego heroesowatego Desmonda, 4400-stego Jacoba którzy są pustymi wątkami, rosjanina z jednym okiem, który trzykrotnie z rzędu nie ginie tylko w tym celu, aby popchnąć zmartwychwstaniem akcję odcinków oraz absolutny krach w przygotowaniu finału sezonu. Otóż po obejrzeniu wczoraj w tv Losta śmiem twierdzić, iż odcinek przedostatni spokojnie mógłby być dobrą podstawą do finału, gdyby połączyć go z zasadzką w obozie na plaży (kapitalna scena w której Sawyer pakuje kulę w "miśka" z drugiego teamu), wywalając zaś cały syf ze stacją podwodną, kretyńską sceną nadającej dziewczyny Desmonda, pustym wątkiem Locke`a i zdebileniem jednoodcinkowym Bena, który bełkota plując krwią.
Aha - nie zapominajmy o sztucznie wywołanym kryzysie Jacka (pierwszy raz w historii całej serii!), aby uzasadnić kompletnie z sufitu wyjęte sceny z przyszłości po powrocie. Pod względem zbędności przebiło to scenę z finału II serii, gdy na wodach Antarktyki ktoś odbiera promieniowanie emp po detonacji reaktora.
Czekam na IV serię, ale boję się amerykańskiej sztampy - duchów, bestii, wielkiego comebacku Kate w ramiona Jacka, jeszcze głupszych scen z grubym (czyżby pierdzenie?), oraz powrotu rosjanina po wybuchu granatu we własnych rękach. I osądzenia Sawyera, bo przecież dobro musi zatryumfować...
Aha - po drodze jeszcze Cloverfield, czyli debiut filmowy producenta Losta. Styczeń`08, be prepared.
Seji # Friday, November 23, 2007 10:02:48 PM
Łukasz LenardDeckardPL # Saturday, November 24, 2007 8:43:42 AM
Widzisz, wszystko rozbija się o podejście do seriali - ja lubię tylko i wyłącznie te, które rozwijają kilka wątków fabuły z odcinka na odcinek, zrywając z modelem stand-alone (jeden odcinek kręcący się wokół zasadniczo jednego-paru problemów). Z wymienionych przez Ciebie wcześniej tylko Twin Peaks było tak spisane, reszta w najlepszym wypadku to wszelakie mutacje, gdy jeden wątek i owszem, podtrzymuje spójność serii, ale scenarzyści i tak chowają go za tonami wątków jednoodcinkowych, aby biedny widz się nie przemęczył.
Jest to jeden z powodów, dla których 4400 i Numbers! grają mi na nerwach
Choć przepraszam - jeden serial tego typu jak najbardziej lubię - CSI (Las Vegas), ale to z uwagi na poruszaną tematykę i możliwość sprawdzenia swojej wiedzy wyniesionej z kryminalistyki.
I tak jak pisałem, Lost jest w tej chwili na trzecim miejscu - króluje The Wire a następnie Rzym.
Seji # Saturday, November 24, 2007 1:33:53 PM