W związku z faktem, że korzystanie z MyOpera stawało się od jakiegoś czasu coraz bardziej irytujące (choć jak widzę wycofali się z części "genialnych pomysłów") przeniosłem bloga na Wordpressa.
Póki co nie wiem jaką rolę będzie pełnił ten byt tutaj i w zasadzie nie jestem pewien, czy dalej pozostanie przy życiu. Możliwe, że spróbuję przekształcić go w photobloga. Póki co zapraszam na Awaken v. 2.0.
Tadadam. Mojego bloga na Operze, w zasadzie jedynego, z którego na serio korzystam, założyłem 1000 dni temu. Sic! Tysiąc dni temu. Ależ było liczenia dni w kalendarzu…
Anyway, wszystkiego najlepszego z tej okazji dla mojego pięknego bloga.
Poza tym dostałem wreszcie zaproszenie do Google Wave. Jednym z pierwszych spostrzeżeń było niestety, że Wave póki co nie obsługuje Opery. That’s a shame, ale ma w tym sumie nic dziwnego patrząc na to w jak wczesnym stadium rozwoju znajduje się platforma. Z grubsza można jednak przyjąć, że za jakieś pół roku będzie można spokojnie przerzucić pracę z tekstem na Polterze do Wave'a właśnie i świat nagle powinien się stać o wiele prostszy.
Rozglądanie się po Google Wave promptnęło mnie jednak, żeby rozejrzeć się głębiej po rynku przeglądarek internetowych, jako że pod IE, którym się posiłkuję, Wave także nie działa. Oczywiście nie upadłem na tyle nisko by zainstalować FireFoxa, więc do pobieżnych testów trafiły dwie rzeczy – Safari i Google Chrome. Widać, że Safari robili ludzie z głową i, w pewnym stopniu, wyższym zmysłem estetycznym, ale przepaść pomiędzy filozofią produktu tworzonego pod Windows, a przeglądarką Apple jednak istnieje. A niestety w tej chwili przyzwyczajać się na nowo nie zamierzam.
Dużo mniej wysiłku wymaga ogarnięcie Google Chrome, która nota bene okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałem – małej, prostej, ładnej i intuicyjnej przeglądarki do zastosowania tam, gdzie Opera wymięka. Poza pewnymi nieco irytującymi naleciałościami z IE, Chrome posiada w zasadzie wszystkie powyższe cechy, a i trzeba przyznać, że jest nawet ciut szybsza od O (a w porównaniu do przeglądarki Microsoftu to to po prostu demon prędkości jest). Bardzo ciekawa jest natomiast sprawa Speed Dialów. Podczas gdy Opera coraz bardziej brnie w kierunku większym możliwości dostosowywania stron szybkiego wybierania przez usera (wrzuć stronę jaką chcesz, gdzie chcesz, wybierz sobie liczbę poletek), reszta (meaning: Safari i Chrome) dalej upiera się, że oni patrzeć mi na ręce i coś tu mi będą sugerować. No teńkju, dam se radę. W Chrome brakuje też mnóstwa różnych bajerów, jakie O oferuje – a to widgety jakieś, sprawdź pocztę, odbierz RSS, podejrzyj stronę – co niejako skazuje ją na wieczność w roli supportera.
Wniosek: nie ma, po prostu nie ma żadnego powodu, dla którego ktoś miałby korzystać z IE. Nie wchodzi już w grę nawet text o "przeglądarce drugiego/trzeciego wyboru".
<phx> nie ma to jak mieć otwartych naraz 50 zakładek <phx> jakaś pierdolona reklama glosowa poleci w jednej z nich i szukaj teraz w której
Hm… trochę mi się formuła bloga rozłazi, bo jakoś nie jestem w stanie się trzymać wytyczonego schematu. Trzeba będzie przemyśleć model mojej aktywności w Internecie… Anyway, dziś bardzo krótko i zarazem starwarsowo. Już wrzuciłem na Poltergeist, ale chyba wypada wyróżnić jeszcze tutaj.
Generalnie twórcom gwiezdnowojennych fanfilmów do znośnego rezultatu (w sensie fanfilmu z prawdziwego zdarzenia) na zmianę brakuje dwóch rzeczy – albo możliwości technicznych, albo też ciekawego pomysłu na "dzieło" (w nielicznych… no dobrze, nie aż tak nielicznych przypadkach – obu elementów). W sieci pojawiła się ostatnio kolejna próba zaprezentowania filmowych umiejętności przez miłośników Gwiezdnych wojen i jest przynajmniej warta obejrzenia. IMO za Makazie Onefull respect. Ogląda się naprawdę nieźle, przynajmniej do momentu nieśmiertelnego pojedynku na miecze :].
Generalnie jest problem organizacyjny. Pogodziłem się już, że do albumu wrzucam zdjęcia okazjonalne, natomiast brakuje tu miejsca na rzeczy, które odbywają się relatywnie regularnie i z których również się coś przynosi. Póki co wymościłem miejsce na obrazki z miasta. Chwalić bogów, jakiś czas temu Opera podniosła przestrzeń na koncie z raczej śmiechowych 300 MB do 1 GB, ale obawiam się, że jak zacznę wrzucać to zapcham konto w pół roku. Stąd ostrożność. To punkt pierwszy.
Drugi – byliśmy sobie przez weekend razem. Było fajnie (choć to stwierdzenie bez znaczenia – spróbowałbym napisać, że nie było fajnie… :]), nawet raz się wyspałem, czego nie udało mi się dokonać u siebie od jakiegoś tygodnia. Obejrzeliśmy po raz 738. Batmana, pograliśmy w GeneRally (hy!) i połaziliśmy trochę. I – ano właśnie. Na kompie na takie okazje mam folder (lub może raczej kategorię, bo rozszerza się później straszliwie – można by pomyśleć, że przez te 2 lata nie robiliśmy nic poza cykaniem fotek) My, który postanowiłem przenieść i tutaj. Póki co jest kilka fotek z weekendu, będzie się podobnie do folderu gorzowskiego i kota update'ować.
Chciałem coś jeszcze napisać, ale na śmierć zapomniałem…
Prasówka:
Schumi, kurwa, jednak nie pojedzie. Pojedzie za niego Badoer. Choć może to i dobrze – Mansell bardzo źle skończył w podobnych okolicznościach.
Bardzo zabawny artykuł w Wyborczej o Dodzie, którą wykosili z telewizji. Co prawda jestem w stanie poprzeć każdy powód, żeby usunąć osoby poniżej pewnego poziomu z przestrzeni publicznej, ale trzeba przyznać, że TVP wymyśliło powód bardzo głupi. Znowu się ośmieszamy na zachodzie, więc nie wiem co ważniejsze - spuścić D. czy dbać o wizerunek.
Dzisiejszy Pat Condell. Personalia już się ciut nie zgadzają, ale w Stanach przecież wiele więcej się nie zmieniło. Przez dłuższy czas było to też trafne w stosunku do nas... i w sporej części wciąż jest.
Miała być wesoła, ale od wczoraj jakoś mi nie do śmiechu. W każdym razie, jakimś zadziwiającym zbiegiem okoliczności dyplomowa się obroniła, choć trzeba przyznać, że otarłem się na egzaminie o śmieszność :>. Generalnie everything what has transpired has done so according to my design. W sumie aż do wczoraj wieczór/dziś rano, kiedy to wszystko zaczęło iść from bad to worse. Egzamin na UAMie jest 30-go. To 4 dni. Nie da się nauczyć w 4 dni na licencjat. Rano przyszły nowe pytania i okazało się, że suma summarum jest nawet gorzej niż było.
Nie wiem, czy będę jechał do Poznania. Zapewne, choć chwilowo nie widzę większego sensu, a nie bardzo widzi łożyć 50zł na przejazd „żeby coś tam”. Jak się pozbieram do kupy to spojrzę jeszcze raz na te pytania…
Galeria poszerzona o zakończenie NKJO. Łagodnie mówiąc takie sobie, dość obrazoburcze, acz użyteczne. Ludzie są doprawdy… dziwni ;].
Kosik tym razem wymiótł. Wrzucił na swoją stronę całą galerię prima aprillisowych wersji okładek książek z polskiej fantastyki. Stare jedzie, Horizontal, Liżąc ciemność rządzą ;].
Behold her, single in the field,
Yon solitary Highland lass!
Reaping and singing by herself;
Stop here, or gently pass!
Alone she cuts and binds the grain,
And sings a melancholy strain;
O listen! for the vale profound
Is overflowing with the sound.
No nightingale did ever chaunt
More welcome notes to weary bands
Of travelers in some shady haunt,
Among Arabian sands;
A voice so thrilling ne'er heard
In springtime from the cuckoo-bird,
Breaking the silence of the seas
Among the farthest Hebrides.
Will no one tell me what she sings?--
Perhaps the planitive numbers flow
For old, unhappy, far-off things,
And battles long ago;
Or is it some more humble lay,
Familiar matter of today?
Some natural sorrow, loss, or pain,
That has been, and may be again?
Whate'er the theme, the maiden sang
As if her song could have no ending;
I saw her singing at her work,
And o'er the sickle bending;
I listened, motionless and still; And, as I mounted up the hill,
The music in my heart I bore,
Long after it was heard no more.
["The Solitary Reaper" by William Wordsworth]
Koleś wchodząc na wzgórze słuchał w bezruchu piosenki. Czyli że co? Jakaś decha repulsorowa? Wczesna wizja ruchomych schodów?
Ludzie są dziwni. I nie myślą. To już nie jest dziwne. Anyway, ostatnio coś często muszę robić „kserówki” – a to do pracy, a to na assignment z mety czy innego językoznawstwa – tak czy inaczej często mam przy sobie aparat. Gdy trzaskaliśmy foty w 2LO tego nie zauważyłem, lecz teraz mnie uderzyło: people are fuckin’ stupid.
Jak można żyć w przekonaniu, że skoro otwarcie głosisz, iż nie chcesz by ci robiono zdjęcia, zdjęcia nie będą robione. Oczywiście, że będą! That’s the whole point of it. Trzasnąć zdjęcie komuś, kto w swej bezgranicznej naiwności uważa, że może „fotografa” powstrzymać. Zrozumiałbym jeszcze gdyby to był swego rodzaju courtship, prowokujący by jakąś dobrą fotkę zrobić. Ale nie tym razem. Nie w tym wypadku. I to czasami przypadkach, które się w pale nie mieszczą – kobiety o urodzie zdecydowanie ponadprzeciętnej nie powinny mieć IMO problemów ze zdjęciami. A jednak.
Inną sprawą jest idiotyzm sytuacji – to wybór pomiędzy kilkoma niezłymi (+ może parę nienajlepszych) a całą masą bardzo, bardzo złych zdjęć, który automatycznie pada na drugą opcję. Ludzie są dziwni. Ale – wanna play? Let’s play.