Skip navigation.

Awaken.

Let me see...

Biblioteczka #29: Star Wars Komiks #5/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Star Wars Extreme.

To nie działa. W każdym razie nie tak, jak powinno. Od trzech zeszytów twórcy Star Wars Komiks raz za razem częstują czytelników komiksem z tzw. "wyższej półki". W zeszycie 7. było to Za linią wroga (Republic #59), miesiąc temu Cel: Vader (Empire #19), tym razem dostaliśmy Ofiarę (Republic #49). Cóż, ciężko kogokolwiek krytykować za "sprowadzenie" do Polski duetu Ostrander-Duursema – wręcz przeciwnie, chapeau bas. Odnoszę jednak wrażenie, że redaktorzy czasopisma nie bardzo widzą różnicę pomiędzy specyfiką komiksów Empire i serii Republic.

Wyklarujmy ją zatem. To, że coś jest one-shotem i można to upchnąć w jednym zeszycie, nie znaczy, że stanowi zamkniętą całość. Empire to zbitka bardzo luźno nawiązujących do siebie historyjek. Republic zaś to seria wielowątkowa, złożona z licznych, ale jednak dość ściśle powiązanych ze sobą komiksów. Gdy żongluje się zeszytami, najwyraźniej bez żadnego klucza (ni to powiązane ze sobą tematycznie, ni zamieszczane chronologicznie), nie widać tego. Natomiast wprowadza to nieco zamieszania w głowach tych, którzy nie śledzą pilnie komiksowych wieści zza oceanu.

Koniec marudzenia jednak (przynajmniej na chwilę), spójrzmy co znajdziemy w 5. tegorocznym numerze Star Wars Komiks. Twórcy już na początku wytaczają ciężkie działa w postaci wspomnianej Ofiary. Aayla Secura, była padawanka mistrza Quinlana Vosa, o którym dwa lata wcześniej słuch zaginął, wyrusza na stację "Koło" by odnaleźć zgubę. Okazuje się, że po zorganizowaniu wraz z mistrzem Tholme pokaźnej siatki informatorów w obozie przyszłych Separatystów, Vos postanowił wcielić się w rolę najemnika i działając pod nazwiskiem Korto Vosa szkodzić przeciwnikom Republiki z cienia. Gdy Securze udaje się z nim nawiązać kontakt, Vos jest w środku akcji pozyskania dysku z informacjami o kolejnym posunięciu wojsk Konfederacji.

Sacrifice był pierwszym dziełem Johna Ostrandera i Jan Duursemy po premierze Ataku klonów i nadaniu serii jej właściwego tytułu – Republic. Ma to dwie implikacje – po pierwsze, jest w zeszycie sporo nawiązań do wydarzeń z filmu (m.in. bitwy na Geonosis), po drugie zaś, dwójka autorów nie mogła sobie odmówić z tej okazji obsadzenia w głównych rolach najsłynniejszych stworzonych przez siebie postaci – Quinlana Vosa i Aayli Secury. Rezultaty pracy tych twórców z reguły obfitują w wartkie sceny akcji, efektowne potyczki i pościgi – nie inaczej jest i tym razem. Rekompensuje to fakt, że komiks jest nieco o niczym, a jego główną atrakcją są nawiązania do filmów i poprzednich zeszytów serii. Kreski Jan Duursemy reklamować chyba nie trzeba. Rzadko kiedy zdarzało się, by artystka miała problem z narysowaniem zgrabnych postaci. Tu mamy jeszcze umiejętną grę cieniami, nadającą komiksowi wyjątkowy, mroczny klimat, świetnie współgrającą z akcją opowieści. Nie popisała się za to ekipa tłumacząco-redagująca – na przestrzeni komiksu mamy kilka zgrzytów, na koniec zaś błąd, który pojawił się również w oryginale (Darth Sidious zwraca się do hrabiego Dooku per "Darth Tyrannous") – Egmont raczy wiedzieć dlaczego go nie poprawiono.

Na czytelników czekają jeszcze dwa komiksy, oba ponad dwa razy krótsze. Pierwszy z nich, Obowiązek, to opowieść z udziałem Jedi o imieniu Giro, który broni promu z młodymi padawanami przed atakiem imperialnych żołnierzy oraz Darthem Vaderem. Historia rozpoczyna się in media res w momencie bezpośrednio poprzedzającym przybycie Mrocznego Lorda Sithów. Wywiązuje się pojedynek, którego stawką jest życie rycerza Jedi i uczniów, których chroni.

Fabuła nakreślona przez scenarzystę to zasadniczo gra schematem. Nie dajcie się więc zwieść – zastosowanie dość oklepanych motywów ma na celu uśpienie czytelnika, by "błysnąć" w zakończeniu. Błysk ów nie jest jakoś olśniewająco wielki, ale wystarczający, by zadowolić oddających się lekturze komiksu fanów, jako że Obowiązek to opowieść raczej krótka i w znakomitej większości złożona z pojedynków – toteż nie nudzi. Uważni czytelnicy egmontowskiego czasopisma rozpoznają ten "model" Vadera bez większych problemów – z kreską Johna McCrea mieliśmy już przyjemność się spotkać w przewrotnym komiksie pt. Żołnierz, zamieszczonym w 2. tegorocznym numerze Star Wars Komiks. Podstawowym problemem graficznym Obowiązku jest jego usytuowanie. Umiejscawianie czegokolwiek za twórczością Jan Duursemy jest niejako skazywaniem komiksu na pożarcie. Nawet biorąc pod uwagę zupełnie inną konwencję, nie da się uniknąć wrażenia prostoty (żeby nie powiedzieć "prostackości") rysunku. Z drugiej jednak strony trzeba rysownikowi oddać, że kreska jest estetyczna, spójna, a na żadnej z plansz nie ma problemów ani z proporcjami postaci, ani z perspektywą.

Nowe imperia upadają – zamykający 9. zeszyt SWK – to komiks, ogólnie rzecz biorąc, o niczym. Tradycyjna paczka bohaterów na pokładzie "Sokoła Millennium" natrafia na niezidentyfikowaną planetę okrążonej unoszącymi się w przestrzeni kosmicznej (sic!) piaskoczołgami jawów. Na powierzchni napotykają podejrzane, otoczone imperialnym sprzętem indywiduum, które okazuje się lokalnym artystą. Albo przynajmniej tak się bohaterom wydaje...

Na piaskoczołgach powalająca na kolana oryginalność się kończy. Dalej komiks popada w schemat zapoczątkowany przez Trylogię Thrawna, w którym ekscentryczna, brodata postać pogrywa sobie na naiwności głównych bohaterów, by pod koniec opowieści stoczyć z nimi pojedynek. Jest nieco akcji, dynamiczne pojedynki i, naturalnie, mgiełka tajemnicy owiewająca rozważanie czytelnika jakąż to "Wielką i Niepokonaną Broń Mającą Zapewnić Panowanie Nad Światem" obmyślił scenarzysta. Możliwe, że lepiej dla Obowiązku byłoby, gdyby to Nowe imperia... czytelnik miał okazję przeczytać wcześniej, gdyż przejście byłoby łagodniejsze. Kreska Ramona Bachsa jest bardziej szczegółowa, nieco ładniejsza, zaś gra światłem i cieniem zastosowana przez kolorystę (Toma Smitha) wypada o niebo lepiej.

Nie ma się co oszukiwać – już na samą Ofiarę warto wydać niecałe sześć złotych, a czytelnik dostaje do tego jeszcze dwie krótsze gwiezdnowojenne historyjki, którymi można umilić sobie czas. Cały czas zastanawia mnie kwestia wyrwanych z kontekstu jednozeszytówek, które docenić tak naprawdę mogą tylko ci, którzy są na "ty" z seriami publikowanymi w Stanach Zjednoczonych. Chyba, że Egmont taką właśnie przybrał strategię i wielkimi nazwiskami chce do publikacji przyciągnąć tych właśnie fanów gwiezdnowojennego komiksu. To by zaś znaczyło, że w następnej kolejności czekają nas takie perełki jak Show of Force, Armor czy Into the Unknown, w co wątpię. Och, jak chciałbym się mylić...

W numerze:
  • Sacrifice: John Ostrander (scenariusz), Jan Duursema (rysunek)
  • The Duty: Christian Read (scenariusz), John McCrea (rysunek)
  • Collapsing New Empires: Jim Pascoe (scenariusz), Ramon F. Bachs (rysunek)

Najlepszego z okazji 1000 i 1010 dni

, , , ...

Tadadam. Mojego bloga na Operze, w zasadzie jedynego, z którego na serio korzystam, założyłem 1000 dni temu. Sic! Tysiąc dni temu. Ależ było liczenia dni w kalendarzu…

Anyway, wszystkiego najlepszego z tej okazji dla mojego pięknego bloga.

Poza tym dostałem wreszcie zaproszenie do Google Wave. Jednym z pierwszych spostrzeżeń było niestety, że Wave póki co nie obsługuje Opery. That’s a shame, ale ma w tym sumie nic dziwnego patrząc na to w jak wczesnym stadium rozwoju znajduje się platforma. Z grubsza można jednak przyjąć, że za jakieś pół roku będzie można spokojnie przerzucić pracę z tekstem na Polterze do Wave'a właśnie i świat nagle powinien się stać o wiele prostszy.

Rozglądanie się po Google Wave promptnęło mnie jednak, żeby rozejrzeć się głębiej po rynku przeglądarek internetowych, jako że pod IE, którym się posiłkuję, Wave także nie działa. Oczywiście nie upadłem na tyle nisko by zainstalować FireFoxa, więc do pobieżnych testów trafiły dwie rzeczy – Safari i Google Chrome. Widać, że Safari robili ludzie z głową i, w pewnym stopniu, wyższym zmysłem estetycznym, ale przepaść pomiędzy filozofią produktu tworzonego pod Windows, a przeglądarką Apple jednak istnieje. A niestety w tej chwili przyzwyczajać się na nowo nie zamierzam.

Dużo mniej wysiłku wymaga ogarnięcie Google Chrome, która nota bene okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałem – małej, prostej, ładnej i intuicyjnej przeglądarki do zastosowania tam, gdzie Opera wymięka. Poza pewnymi nieco irytującymi naleciałościami z IE, Chrome posiada w zasadzie wszystkie powyższe cechy, a i trzeba przyznać, że jest nawet ciut szybsza od O (a w porównaniu do przeglądarki Microsoftu to to po prostu demon prędkości jest). Bardzo ciekawa jest natomiast sprawa Speed Dialów. Podczas gdy Opera coraz bardziej brnie w kierunku większym możliwości dostosowywania stron szybkiego wybierania przez usera (wrzuć stronę jaką chcesz, gdzie chcesz, wybierz sobie liczbę poletek), reszta (meaning: Safari i Chrome) dalej upiera się, że oni patrzeć mi na ręce i coś tu mi będą sugerować. No teńkju, dam se radę. W Chrome brakuje też mnóstwa różnych bajerów, jakie O oferuje – a to widgety jakieś, sprawdź pocztę, odbierz RSS, podejrzyj stronę – co niejako skazuje ją na wieczność w roli supportera.

Wniosek: nie ma, po prostu nie ma żadnego powodu, dla którego ktoś miałby korzystać z IE. Nie wchodzi już w grę nawet text o "przeglądarce drugiego/trzeciego wyboru".

<phx> nie ma to jak mieć otwartych naraz 50 zakładek
<phx> jakaś pierdolona reklama glosowa poleci w jednej z nich i szukaj teraz w której

[za: Bash.org.pl]


So true (skoro już przy przeglądarkowych sprawach jesteśmy).

Biblioteczka #28: Star Wars Komiks #4/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Poltergeist.

Ogólnie rzecz biorąc jest lepiej. Począwszy od czwartego numeru Star Wars Komiks widoczna jest dość wyraźna tendencja wzrostowa. Nawet jeśli nie dosłownie "wzrostowa", to trzeba powiedzieć, że poziom ostatnich czterech zeszytów był wyraźnie wyższy od tego prezentowanego przez trzy pierwsze edycje czasopisma. Co więcej, od dwóch numerów Egmont stara się nęcić fanów za pomocą tytułów z głośnych gwiezdnowojennych serii co, abstrahując od sposobu realizacji, jest pomysłem raczej słusznym. Star Wars Komiks #8 to zaś logiczna konsekwencja tego trendu.

Rebelianci zniknęli. Po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci zwinęli sprzęt z bazy na Yavinie IV i uciekli sprzed nosa Dartha Vadera. Teraz Imperator życzy sobie wiedzieć, gdzie zatrzymała się flota Sojuszu, a Vader – nazwisko pilota, który zniszczył stację (a Moc w tymże człowieku wszak silna). Tego typu sytuacje to zazwyczaj niebo dla handlarzy informacjami, może za wyjątkiem istot takich jak Bothanin Jib Kopatha, którym wizytę postanowił złożyć Mroczny Lord Sithów. Tak z grubsza rysuje się akcja pierwszego komiksu z ósmego numeru Star Wars Komiks, zapożyczonego z Empire. Najbardziej doskwiera brak fabuły, gdyż ta w Target: Vader ogranicza się do – "Sith wchodzi, stacza potyczkę i wychodzi". Wszystko jest proste i przewidywalne, nie ma czasu, miejsca, ani widocznej chęci u autorów, by głębiej spojrzeć na drugoplanowe postaci. Jest to typowy zeszyt stworzony, aby wykorzystać kilka pomysłów, które nagromadziły się do tej pory, a nie zmieściły się w żadnym z pozostałych zeszytów serii.

Pierwszym motywem jest "krajobraz" po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci, poszukiwanie kolejnej bazy Rebeliantów i prywatne śledztwo Dartha Vadera poszukującego pilota, któremu czoła stawić musiał w bitwie nad Yavin (widać wieści w galaktyce nie rozchodzą się jednak tak szybko, jak wielu sobie to wyobrażało, co nadaje więcej sensu zmienionej na potrzeby wydanie DVD scenie rozmowy z Imperatorem w Imperium kontratakuje). Drugi wątek to echa przeszłości, jakie wciąż odbijają się pod hełmem Mrocznego Lorda Sithów, co wykorzystano, by nadać tej postaci jeszcze trochę ludzkiego wymiaru. Wreszcie pojawia się główne wydarzenie komiksu – napaść na Vadera. Wynik potyczki, podczas której grupa Falleenów raczy czytelnika kilkoma oklepanymi rebelianckimi frazesami, jest z góry przesądzony, a jej sens polega w zasadzie na podziwianiu kolejnych kadrów.

I tu dochodzimy chyba do sedna sprawy, bowiem odnoszę wrażenie, iż Target: Vader to w głównej mierze sprawdzian umiejętności Briana Chinga i miejsce, by zapoznać czytelników gwiezdnowojennych komiksów z jego twórczością. Nie da się ukryć, że jest to również najmocniejszy element zeszytu – od pierwszej planszy emanuje mrok i typowy starwarsowy klimat. Kolejne kadry są świetnie narysowane, czym fani artysty będą zachwyceni, a osoby nieco sceptycznej nastawione do jego stylu, w mniejszym lub większym stopniu będą dziwić się jakości warstwy graficznej.

Podobieństwa i różnice jest opowieścią osadzoną w nieczęsto wykorzystywanym w komiksach okresie inwazji Yuuzhan Vongów. Postawni pozagalaktyczni najeźdźcy, wraz z kolaborantami z Brygady Pokoju, gromadzą niewolników z kolejnej podbitej planety. Na ich nieszczęście wśród jednej z grup jeńców ukrył się rycerz Jedi, który przy pomocy lokalnych sił zbrojnych oswobadza towarzyszy, a niedoszłych oprawców zamyka w areszcie. Niedługo potem sprawy jednak przybierają bardzo zły obrót, a Jedi i jego towarzysze jeszcze raz muszą wykazać się heroizmem. Tymże Jedi jest Kyle Katarn, główny bohater gier z serii Jedi Knight, którego obecność także jest oznaką swego rodzaju oryginalności. Gdzie Katarn tam oczywiście jego partnerka Jan Ors, a gdzie dwoje wspólników o płciach przeciwnych tam spodziewać się możemy również wątku romantycznego. Podobieństwa i różnice pod tym względem nie zawodzą, gdyż uczucie dzielące Kyle'a i Jan staje się z czasem centralnym wątkiem krótkiej historii (reszta ogranicza się do mniej lub bardziej spektakularnego mordobicia). Sugerowałoby to, iż komiks jest przeznaczony raczej dla fanów wspomnianej gry, jednak zaznajomieni z występującymi tam postaciami szybko dostrzegą zgrzyty. Autorzy poszli na łatwiznę i spłycili duet najemników, radzący sobie z przeciwnościami zwykle za pomocą sprytu i nadzwyczajnych umiejętności. Kyle został "nadmuchany" do rozmiarów, które pozwoliłyby mu się wdać w bójkę z rosłymi Vongami, zaś Jan, jak na bohaterską acz nieco nieporadną dziewoję przystało, odsunięto niemal zupełnie na boczny tor.

Rysunkom Jamesa Raiza nie można odmówić estetyki. Za wyjątkiem niektórych kadrów, gdzie postaciom brakuje nieco rysunkowej głębi, lektura komiksu sprawia przyjemność. Imponująco prezentują się również Yuuzhan Vongowie, których w pełnej krasie do tej pory za dużo nie widzieliśmy, jako że są elementem świata Gwiezdnych wojen raczej wiązanym z seriami książkowymi. Nieco gorzej sprawy mają się Kylem Katarnem i Jan Ors i ich podobieństwem do pierwowzorów z gier Jedi Knight – Katarn, jak już wspomniałem, "nadął się" do rozmiarów sporego osiłka, zaś Jan z prostolinijnej dziewczyny o nienachalnej urodzie, w coś, co w dzisiejszej popkulturze zwykle określane jest mianem "lachona".

Już na pierwszy rzut oka widać, że ostatnia z historii przedstawionych w tym numerze przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników. Akcja przenosi nas na Tatooine, do warsztatu Watto, gdzie Anakin Skywalker wraz kolegami zdają się sprawiać problemy. Zarówno fabuła Urwisów, jak i zastosowana kreska są bardzo proste, dzięki czemu nawet najmłodsi fani (czy też kandydaci na fanów) nie powinni mieć problemów z wchłonięciem komiksu.

Jak się okazuje, w ósmym numerze Star Wars Komiks każdy znajdzie dla siebie coś miłego – jeden komiks ze znanej w USA serii, jeden z kuźni talentów zwanej Star Wars Tales oraz jedna opowieść dla dzieci. Komiks nie powala na kolana i nie należy do tych, które sprawiają, że powinniście natychmiast zerwać się i biec by dokonać zakupu, z drugiej strony jednak jeśli będziecie mieli okazję go nabyć, raczej nie będzie to 5,90 zł wyrzucone w błoto.

W numerze:

Biblioteczka #27: Star Wars Komiks #3/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Poltergeist.

Zacznijmy może od okładki. Po pierwsze – jest estetyczna i robi całkiem niezłe wrażenie. Wrażenie tym większe na osobach, które co nieco o komiksach gwiezdnowojennych wiedzą. Grafika mianowicie pochodzi z 59. numeru serii Republic, za pomocą której w owym czasie Jan Duursema i John Ostrander rozkochiwali fanów w swojej twórczości. To przyciąga.

Pytanie tylko, czy ma sens. Ostatnio fani zostali poczęstowani fragmentem innej dużej serii starwarsowej, w postaci zeszytu Boba Fett: Poświęcenie; Za linią wroga to jednak komiks pod tym względem inny. Głównymi bohaterami są tu Anakin Skywalker i A’Sharad Hett, a komiks, choć pozornie motywem przewodnim jest akcja, skupia się w dużej mierze na wzajemnej relacji pomiędzy tymi postaciami. Czy dla czytelnika "sytuacja zastana" będzie klarowna bez znajomości przekroju serii? Czy nie będzie wadzić nieznajomość takich "niuansów" fabularnych jak domniemana śmierć Obi-Wana Kenobiego i okoliczności jej towarzyszące? Dla fanów obeznanych – zamieszczenie Za linią wroga to miły akcent; dla reszty wszechświata wrażenie będzie dużo bliżej miana decyzji nieprzemyślanej.

Sam komiks jest jednak zdecydowanie wart polecenia. Twórcy starają się zatopić we wnętrze zarówno Anakina Skywalkera, co prezentuje się jeszcze lepiej po skonfrontowaniu z Zemstą Sithów, jak i Hetta, który w Za linią wroga po raz pierwszy odsłania swą twarz (co daje kolejny punkt odniesienia dla czytelników Dziedzictwa). Obok akcji dostajemy dzięki temu solidną porcję wewnętrznych konfliktów z udziałem głównych bohaterów. Pod względem graficznym jest równie solidnie – mimo iż z początku pozy, w jakich widzimy postaci są cokolwiek dziwaczne, a sami bohaterowie nieco przerysowani i pozbawieni szczegółów, z czasem jednak wszystko wraca do poziomu charakterystycznego dla Duursemy i komiks czyta się z przyjemnością. Monotonia barw jest zrozumiała, choć i od niej zdarzają się wyjątki w rodzaju gry kolorów i układu plansz w momencie narastających emocji.

W przypadku kolejnej opowieści tytuł czytelnik może wybrać sam, w zależności od tego, czy podoba mu się bardziej wersja ze spisu treści (Wytyczona ścieżka), czy z właściwego komiksu (Wyznaczona ścieżka). Przedstawiono tu historię przemytnika, który za pomocą "propozycji nie do odrzucenia" zostaje zwerbowany do armii Imperium przez Lorda Vadera. Generalnie jest słabo – komiks rozkręca się ślamazarnie, używa dość oklepanych schematów, by w konsekwencji popadać w coraz większą sztampę. Jak zauważył Jacek Drewnowski we wstępie do tego zeszytu, opowieść była pisana z myślą o jej kontynuowaniu i mimo iż może być postrzegana jako całość, wrażenie wyrwania z kontekstu było nie do odparcia. Komfortu lektury nie poprawia również wrażenie, że komiks został nieco zaniedbany pod kątem redakcyjno-tłumaczeniowym (wspomniany zgrzyt w przypadku tytułu jest pierwszym i bynajmniej nie ostatnim tego symptomem).

Na koniec, tradycyjnie już chyba, czytelników oczekuje humorystyczny short. Tym razem jego przewrotność zawiera się nie tylko w ogólnym wydźwięku, lecz także w zastosowanej kresce. Ogólnie rzecz biorąc przyjemny akcent na zakończenie, choć boków raczej nikt zrywać nie będzie.

Cały czas nie jestem przekonany co do słuszności traktowania Star Wars Komiksu jako wydawnictwa wsparcia dla równolegle wychodzącego Dziedzictwa. Oczywiście miło było przeczytać Enemy lines w języku polskim, jednak mam nadzieję, iż w przyszłości Egmont dobierze coś mniej zależnego fabularnie od innych produkcji. Tym bardziej, że pozostał propozycje w tym zeszycie raczej zaniżają, niźli utrzymują poziom.

W numerze:

Vivaldi diletante #4: Who wants a hug?

, ,

Umieram. Zaraz mi głowa odpadnie, albo w ogóle się cały rozpadnę. Jestem totalnie wyżęty i wymiętolony intelektualnie. Ale może lepiej tego głośno nie mówić, bo się mną państwo zaopiekuje, rękami jakichś swoich funkcjonariuszy.

Gdyż państwo nasze zrobiło się ostatnio nad wyraz "opiekuńcze". Od kilku dni łamane na tygodni Tusk wmawia polskiemu społeczeństwu, że jego głównym i zasadniczym problemem jest hazard. Kryzys nie istnieje, bezrobocie nie istnieje, utrudnienia w zakładaniu przedsiębiorstw także. Dlatego rząd postanowił zamknąć pół-hardkorowy hazard w Polsce, żeby słabe umysły członków społeczeństwa nie wpadły w szpony nałogu. Mniejsza już o, całkiem trafną swoją drogą, uwagę Janeckiego, że tak naprawdę Tusk ma zamiar zrobić status quo na następne 5-6 lat w branży hazardowej.

Państwo polskie wie także lepiej, gdzie obywatele chcą trzymać swoje emerytalne oszczędności, więc i w tym względzie postanowiło się nimi zaopiekować. Oszczędnościami też. Co prawda Wyborczej udało się niedawno wywalczyć obniżkę marży, jaką zdzierają z ludzi OFE, ale teraz 4 z 7 procent składki i tak zniknie w bezdennych czeluściach ZUSu. I będzie emerytura. Na żelki.

Najlepsze natomiast przyszło dzisiaj, gdy z rana radio poinformowało mnie, że jakiś oszołom z PO stwierdził, że opodatkuje moje napoje gazowane. Spał sobie spokojnie i nagle olśniło go, że tym sposobem jestem (wraz z moimi dwudziestoma kilogramami niedowagi) zagrożony otyłością. W związku z faktem, że ciężko mi się myśli i nie potrafię sam dokonywać wyborów, a co gorsza nie mam pojęcia co dla mnie dobre, pan senator z PO postanowił, że się mną zaopiekuje. I jebnie akcyzę na moje picie. Brzydkie słowa cisną mi się na usta. Tyle dobrego, że akurat to ma nikłe szanse na przejście przez nasze wiejskie ciało legislacyjne.

Państwo mnie okrada. I, co gorsza, z roku na rok robi to coraz bezczelniej. Cóż za smutna konstatacja. A wczoraj Kaczyński za mnie zdecydował, że nie mam zamiaru zgadzać się na ściągnięcie ze ścian classroomów w szkołach emblematów wiodącego operatora usług duszpasterskich (choć w tym kraju należałoby powiedzieć "Jedynej Słusznej Religii"). Pięknie.

Prasówka:

Biblioteczka #26: Star Wars Komiks #10/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Poltergeist.

Liczba historii zamieszczanych w Star Wars Komiks ostatnimi czasy się skróciła. Do tej pory zwyczajem było częstowanie czytelnika trzema opowieściami; od numeru wrześniowego jednak Egmont postanowił wstawiać solidniejsze i zarazem obszerniejsze komiksy. W Star Wars Komiks #13 był to ostatni zeszyt Republic, łączący tą serię z jej następczynią, Dark Times, wydawaną przez Egmont równolegle do Star Wars Komiks. W aktualnym numerze również opublikowano jeden bardzo długi (48-stronicowy) komiks i jedną krótką opowiastkę.

Od czasu do czasu na łamy Tales, będącej gwiezdnowojenną wylęgarnią komiksowych talentów, decydują się zawitać renomowani twórcy. Zazwyczaj rezultatem takiego wydarzenia jest całkiem niezła opowieść graficzna, czasem jednak w ręce czytelników trafić może jeden z ciekawszych gwiezdnowojennych komiksów. Tak właśnie jest w przypadku Wskrzeszonego, którego akcja w chronologii umieszczona jest niedługo przed bitwą o Yavin. Lord Vader, usilnie starający się odzyskać skradzione plany Gwiazdy Śmierci, przybywa na mroczną planetę Kalakar, gdzie łup Rebeliantów ma zostać przekazany następnemu kurierowi. Ślad okazuje się fałszywy, a imperialna wyprawa wpada w pułapkę – gdy Darth Vader udaje się do pobliskiej fortecy, jego oddział szturmowców zostaje wycięty w pień. Cała intryga okazuje się być uknutą przez sithańskich akolitów, którzy uważają, iż Vader jest niegodny bycia uczniem mistrza ciemnej strony. Jak na konstruktywne wotum nieufności przystało, sithowie z Kalakaru proponują swojego kandydata na miejsce Vadera, a jego tożsamość zdradza nam już okładka komiksu.

Dlatego też pojedynek dwóch Darthów – Vadera i Maula – jest tu zasadniczo gwoździem programu. Można się było tego domyślić już po spojrzeniu na listę autorów Wskrzeszonego, jako że spektakularne starcie zazwyczaj jest centralną częścią komiksów napisanych przez Rona Marza. Różnica polega jednak na tym, że wspomniane komiksy z reguły są także niemiłosiernie płytkie, Wskrzeszony zaś ma coś w sobie. Marz tym razem podjął choć próbę zanurzenia się w postaci i z kolei zanurzenia tychże w odległej galaktyce. Cała intryga trąci nieco pobocznymi questami z gry Knights of the Old Republic, lecz w gruncie rzeczy na zmieszaniu ze sobą kilku er Gwiezdnych wojen miała się cała koncepcja opierać. Niestety dwie główne postaci są zarazem tymi, które "zgrzytają" najbardziej. W przypadku Vadera jest to jedynie niejasne uczucie "nie-vaderowatości" tej postaci, jakby twórcom nie do końca udało się uchwycić jej charakter (choć z czasem i on rozwija skrzydła); Maul zaś jest taki, jakby go w ogóle nie było. Oczywiście w filmie jego kreacja ograniczała się także jedynie do bycia maszyną do zabijania, jednak w komiksie nie za wiele się zmieniło – jest to postać fasadowa, wyprana z jakiegokolwiek charakteru, rzucająca jedynie potwornie wyświechtanymi frazesami.

Mimo wszystko komiks świetnie buduje tak napięcie, jak i szeroko pojęty gwiezdnowojenny klimat (zarówno w części quasi-kotorowej, jak i tej podkreślającej erę Imperium). W dużej mierze jest to zasługa estetycznej kreski Ricka Leonardi i pracy Raula Trevino, który nałożył kolory, gdyż warstwa graficzna jest najmocniejszym punktem opowieści. O ile jednak gra świateł i kolorów pomaga wywrzeć na czytelniku odpowiednie wrażenie, o tyle nienajlepiej wypadają kluczowe sceny Wskrzeszonego – walkom brakuje dynamizmu i energii, zwłaszcza w porównaniu z drugim komiksem, jaki możemy przeczytać.

Tym zaś jest postkotorowe Jądro ciemności, odnoszące się do historii powstania jaskini ciemnej strony Mocy na Dagobah. Dowiadujemy się, że rękę przyłożył do tego ciemny Jedi, który zbiegł z systemu Bpfasshi uciekając przed polującymi nań rycerzami Jedi. Na Dagobah zapędza się za nim jeden członek zakonu – Jedi imieniem Minch, pochodzący z tej samej rasy co Yoda. Opowieść śledzi się miło, szczególnie, że akcja biegnie wartko bez zbędnych dłużyzn czy przestojów. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że historia byłaby bardziej atrakcyjna, gdyby przedstawiała przygodę samego Yody, zgrabnie tworząc w ten sposób tło dla wydarzeń filmowych. Ciekawy pomysł na graficzne opracowanie komiksu mieli natomiast Paul Lee i Brian Horton. Rysunki ogląda się z przyjemnością, między innymi dla tego, że pełne są życia, dynamizmu i ekspresji. Nie można im też odmówić estetyki. Mały zgrzyt mamy jednak na końcu, gdyż Jądro ciemności kończy się dość raptownie, nie stąd ni zowąd, bez wyraźnego uprzedzenia – tak ze strony fabularnej jak i graficznej.

Summa summarum muszę zaliczyć czternasty zeszyt Star Wars Komiks do bardziej udanych numerów. Komiksy w nim zawarte są szczególnie mocne jeśli chodzi o klimat oraz estetykę warstwy graficznej – obie historie przegląda się z dużą satysfakcją i wielu fanom przyniosą one sporo rozrywki. Tym bardziej, że uchybienia w komiksach są nieliczne i przytłoczone gwiazdorską "obsadą" opowieści.

W numerze:

It's Not Me, It's You - Lily Allen

, ,

Radiowa Trójka, niewyczerpane źródło pomysłów na słuchalną muzykę, znów dała znać o sobie. Debatetably, za najlepszy album zeszłego roku można uznać Debiut Czesława Mozila, zaś w tym roku absolutnie i bez względnie musi wygrać Lily Allen. Co prawda mamy "dopiero" listopad, ale coś czuję, że nic lepszego od It's Not Me, It's You już nie wyjdzie.

A album po prostu wgniata w ziemię. Na próbę postanowiłem przesłuchać w sumie przypadkiem, bo w radiu leci całkiem sympatyczny singiel Who'd Have Known, swoją drogą chyba jedyna tak optymistyczna piosenka na płycie. Może kilka faktów na początek: Lily Allen, lat 24, urodzona w Londynie (co słychać), UK. Piosenkarka i aktorka, o której nigdy nie słyszałem. ha-HA-ha :]. Poza It's Not Me, It's You do tej pory wydana jedna płyta pt. Alright, Still, piszą że niezła.

Jak już mówiłem, It's Not Me… gniecie. Decyzja o natychmiastowym zakupie płyty, ku rozpaczy mojego portfela zaznaczmy, zajęła mi jakieś… półtorej utworu. Otoczony przez wszędobylski polski badziew dawno nie słyszałem nic tak różnorodnego i pełnego treści. To nominalnie chyba jest wrzucone do nic nie znaczącego gatunku pt. pop, ale Allen czerpie z imponującej wręcz ilości źródeł. Są dynamiczne kawałki niemalże dyskotekowe, są utwory, których główną zaletą jest humor, przez co linia melodyczna jest bliżej wspomnianego Czesława niż czegokolwiek innego, Who'd Have Known, które wydaje mi się dość bliskie twórczości Dido, a także… ja wiem, elementy lat 30-40? Gdybyśmy tylko mieli porządną edukację muzyczną w tym kraju… :].


Przejdźmy do najmocniejszej części płyty. To jest grupa Video (lepsza część ś.p. Virgin) i Ania Wyszkoni. W czymś, co służy mi za podręczny wzór piosenki co prawda ze słowami, ale bez żadnej, jakiejkolwiek treści. Czyli z grubsza przeciwieństwo Lily Allen. Można powiedzieć, że przekleństwem polskiej muzyki jest fakt, że tzw. artyści postanowili pójść za modą i koniecznie muszą sami pisać teksty do swoich utworów. W efekcie dostajemy potworki jak Feel, czy to wyżej. Jak się jednak okazuje, Brytyjczycy potrafią i to potrafią wcale nieźle. Na It's Not Me, It's You jest dwanaście utworów i ani jednego pustego, a są (przynajmniej większość) autorstwa Allen. Każdy o czymś – od lekkich zgrzytów życiowych stosowanie różnych dragów jako remedium na każdy problem i nastoletnich konfliktów między przyjaciółkami, po problem postrzegania wieku przez społeczeństwo i sprawy światopoglądowe. We wszystkim, co podejmuje temat, który się do tego nadaje – czyli The Fear, 22, Fuck You i Him, to say the least – czuć pazur i często ironiczny humor. Nie są to bynajmniej flaki z olejem, a część faktycznie niszczy.

Kurde, jaki to jest zajebisty album. Jak wyjdzie coś, co pobije Lily Allen w "wyścigu" do albumu roku to się zdziwię. Z drugiej strony coś czuję, że teraz przez wokalistką tylko "z górki", bo poprzeczkę zawiesiła sobie cholernie wysoko. Ale zawsze byłem przecież pesymistą :]. Dobra, wracam do słuchania… jak tylko znajdę pilota od wieży w tym bajzlu na biurku…

Fuckin' fantastic

, , ,

A zatem. Abu Zabi za nami, co oznacza koniec sezonu F1. Supermegawypasione Grand Prix na Yas Marina Circuit było całkiem emocjonujące, choć, z przyczyn zrozumiałych, nie w kwestii walki o tytuły. Najbardziej ekscytujące były chyba ostatnie okrążenia, na których to Button i Webber rozegrali między sobą pojedynek, który oglądało się jak na szpilkach. A, no i oczywiście Kobayashi wymiótł :]. Znów :].

W stosunku do wyścigu używano zwykle zdecydowanie za długich przymiotników z trzech względów. Po pierwsze tor postawiono w dwa lata – cały, od zera, czyli pustyni z pięknym drobniutkim piaseczkiem. Po drugie na samym obiekcie znalazło się kilka atrakcji, jak wyjazd z boxów przez tunel, czy kilka prostych, które Hermann Tilke zaprojektował specjalnie w celu wyprzedzania (możliwe, że pod wpływem ostatnich głosów krytycznych w tym względzie). Po trzecie wyścig rozpoczął się wieczorem przy świetle słonecznym, a zakończył po zmroku przy świetle reflektorów. Wyglądało całkiem bajerancko.

Ze spraw sieciowych – Polter, chyba z lekkim opóźnieniem w stosunku do pierwotnych założeń, wyprowadził na światło dzienne swój nowy layout. Jest słaby. Ale tak seriously słaby. In fact, jest tak estetycznie koszmarny, że już mnie od niego oczy bolą. Poza tym chyba do wszystkiego jest więcej kliknięć niż poprzednio. Przynajmniej z administracyjnego punktu widzenia. No, ale reszta Poltera, a przynajmniej bardzo głośna większość, po prostu sika z radości, więc chyba będę musiał z tym żyć. hEh. Już odliczam dni do końca kryzysu, kiedy to będziemy mogli zatrudnić grafika :].

Ponadto zrewidowałem swoją aktywność sieciową i przemeblowałem pasek z prawej strony. ha-HA-ha!

Prasówka:

Na koniec stanowisko weterana w sprawie równouprawnienia dla gejów i lesbijek. Mocny filmik.

Biblioteczka #25: Star Wars Komiks #2/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Poltergeist.

Do tej pory wydawnictwo Egmont starało się raczyć czytelników czasopisma Star Wars Komiks opowieściami z możliwie różnych okresów uniwersum. Drugi z wydanych po Nowym Roku numerów periodyku wyłamuje się z tego schematu. W tym miesiącu redakcja proponuje na dobrą sprawę dwie historie, obie umiejscowione po klasycznej stronie filmowej osi czasu.

Na wojnę, w sposób oczywisty motyw przewodni sagi Star Wars, można spojrzeć pod doprawdy różnymi kątami. W tym wypadku zaprezentowano czytelnikom dwie raczej oryginalne perspektywy. Pierwsza z nich jest przygodą ponurego, milczącego łowcy, znanego pod imieniem Boby Fetta. Zarówno imię, jak i jego właściciel, z upływem lat stały się w galaktyce uosobieniem "szarości". Wyprana z emocji, mroczna postać stanowi idealną przeciwwagę dla monochromatycznego świata wokół, co nierzadko budzi zdziwienie i niepokój tych, którzy z Fettem mają styczność. W komiksie Boba Fett: Poświęcenie nie znajdziecie porywającej fabuły, ani przytłaczającej analizy postaci, jednak Johnowi Wagnerowi udało się w nim zawrzeć powyższą esencję Boby Fetta, choć nie da się ukryć, iż ciężko by było tego dokonać bez wsparcia Cama Kennedy'ego. Praca rysownika w sposób niemal perfekcyjny wzmacnia starania scenarzysty, ukazując czytelnikowi postapokaliptyczny obraz nędzy i rozpaczy na planecie Solem i anorektyczny wizerunek mrocznej postaci łowcy. Mimo kilku potknięć i niedopatrzeń, w stylu rasy obcych wyglądającej, jak gdyby wszyscy jej przedstawiciele byli wycięci z jednego szablonu, klimat jest tym, co zostaje w pamięci i co sprawia, że fanom Fetta ciężko będzie odmówić sobie lektury.

Drugim z głównych punktów programu jest opowieść szturmowca – tych było już wiele, jednak, jak dowodzi Garth Ennis, wciąż o życiu wojsk Imperium da się powiedzieć coś nowego. Żołnierz to historia uświadamiająca, że oderwanie od naszej szarej rzeczywistości, niekoniecznie oznacza podróż do cukierkowego świata pełnego sympatycznych twarzy. Życie żołnierza to nie tylko chwała i łopoczące na wietrze flagi, lecz również znój, brud, łut szczęścia, stres i śmierć czyhająca niemalże za każdym rogiem – a scenarzysta w sposób wyważony i interesujący prowadzi przez nie czytelnika, stawiając przy okazji pierwsze sceny Nowej nadziei w nieco innym świetle. Do kreski Johna McCrea, ekspresyjnej, często nieco przerysowanej, czytelnik przyzwyczaja się szybko, dzięki czemu można bez problemu docenić wkład rysownika w jakość opowiadania.

Dzięki zmniejszeniu ilości komiksów w tym zeszycie udało się zaoszczędzić nieco miejsca, które wykorzystano na dwa sposoby. Na koniec uraczono czytelników jeszcze jedną komiksową historyjką – shortem (lub, jak powiedzą niektórzy – "bardzo-shortem") o przygodzie imperialnej sondy na Hoth. Zaledwie dwustronicowa, acz bardzo bezpośrednia opowiastka przynosi sporo radości, ważnego kontrastu dla dwóch poprzednich komiksów.

Sporo miejsca wygospodarowano również na publicystykę. Wśród trzech artykułów znalazło się miejsce dla małej kryptoreklamy równoległego wydawnictwa, w postaci krótkiego przedstawienia życiorysów dwójki głównych twórców serii Dziedzictwo, a także dwóch innych tekstów. Pierwszy z nich to wprowadzenie do świata Gwiezdnych wojen w polskim Internecie, drugi zaś to ogólny zarys imperialnych sił zbrojnych. W obu przypadkach należy redakcję pochwalić za przytomność umysłu i troskę o nasz rodzimy fandom – oba artykuły przeznaczone są raczej dla fanów początkujących i bardzo dobrze wprowadzają w obrany temat. Właśnie tego w tej chwili potrzebujemy wiedząc, że wraz z Wojnami klonów stoimy przed jedną z ostatnich szans przeprowadzenia naboru nowych fanów do społeczności i to im w mediach w rodzaju Star Wars Komiks powinno się poświęcać najwięcej uwagi.

Od styczniowego wydania czasopismo zdrożało o złotówkę, jednak, jakkolwiek okrutne by się to nie wydawało względem fanowskich portfeli, ciężko powiedzieć by była to przesadna cena za comiesięczną dawkę gwiezdnowojennej opowieści graficznej, a także kolejnego motoru, który napędzi społeczność, przed którą już tylko pod górkę.

W numerze:
  • Trooper: Garth Ennis (scenariusz), John McCrea (rysunek)
  • Sacrifice: John Wagner (scenariusz), Cam Kennedy (rysunek)
  • Hoth: Tony Millionaire (scenariusz i rysunek)

Biblioteczka #24: Star Wars Komiks #1/2009

, , , ...

Tekst oryginalnie opublikowany na łamach serwisu Poltergeist.

Zeszyt czwarty czasopisma Star Wars Komiks oscylował głównie wokół mrocznych historii związanych z ciemną stroną. Tym razem wydawnictwo Egmont postanowiło zmienić tematykę, fundując czytelnikom więcej komiksów związanych z Rebeliantami i rycerzami Jedi – w sumie w tym zeszycie opowieści mamy aż cztery, ze wszystkich ważniejszych okresów chronologii Gwiezdnych wojen.

Pierwsza z nich to humorystyczna, acz trzymająca w napięciu krótka historyjka z udziałem Hana Solo. Fabuła Rutyny oparta jest na prostym motywie – Solo dostarcza towary do jednego z odległych systemów, jednak z kolejnych kontroli wychodzi czysty jak łza – a przecież powszechnie wiadomo, że prawdopodobieństwo, by ów uroczy łajdak przewoził coś uczciwie, jest czysto matematyczne. Konstrukcja opowieści jest prosta i schematyczna, lecz co najważniejsze – skuteczna. Tony Isabella postanowił nie wchodzić zbyt głęboko w psychikę bohaterów, tworząc dwóch niezbyt oryginalnych, za to kontrastujących imperialnych oficerów i dodał do tego Hana Solo, który... jest sobą. Za warstwę graficzną odpowiada tu John Nadeau, znany m.in. ze słabego (pod wszystkimi względami) Emissaries to Malastare. Tym razem jednak rezultat jego pracy przedstawia się nie najgorzej – kreska jest czytelna i w miarę estetyczna, postaci niepozbawione ekspresji, choć ich twarze można było "zaopatrzyć" w nieco więcej szczegółów.

W piątym zeszycie Egmont po raz drugi z rzędu uraczył czytelników historią z udziałem Dartha Maula. Niestety, podobnie jak Naznaczony z numeru poprzedniego, Mroczne widma to komiks zwyczajnie słaby. Fabuła przedstawia przygodę Luke'a Skywalkera na Iridonii, gdzie straszy duch Dartha Maula. Akcja rozwija się klasycznie, jak na opowieść z zacięciem detektywistycznym przystało, a scenarzysta dodatkowo postanowił nieco pobawić mrocznym otoczeniem i demonicznymi postaciami. Całość zabija kreska Francisco Paronziniego – niedbała, niechlujna, przez co często nieczytelna. Lokacje wyglądają nieźle, natomiast postaci to porażka rysownika na całej linii. Proste, pozbawione szczegółów i iskry życia twarze nie przemawiają do czytelnika, a ogólne wrażenie oglądania bajki dla dzieci, kłóci się z tym, co prawdopodobnie osiągnąć chciał scenarzysta.

Kolejny komiks, zatytułowany Uczeń, jest opowiastką równie krótką i równie przewrotną co Rutyna. Akcja osadzona jest czas jakiś przed Mrocznym widmem (filmem, nie mylić z poprzednim komiksem) i opowiada o perypetiach dwóch Sithów (mistrza i ucznia) na bliżej nieokreślonej planecie. Mike Denning postanowił tu w dość humorystycznym tonie oddać niezmienną i jakże przewidywalną naturę sithańskiej relacji mistrz-uczeń, co udało mu się niemal w stu procentach. W tym zadaniu wspiera go warstwa graficzna. Wystarczy jedno spojrzenie, by bez trudu ocenić, iż jest ona dziełem rysownika japońskiego pochodzenia. Słusznie, ponieważ ekspresyjny, hiperboliczny wschodni styl rysunku idealnie nadaje się do tego typu opowieści.

Ostatni i zarazem najdłuższy komiks to Cienie i światło, w którym Joshua Ortega opowiada historię kilku rycerzy Jedi z okresu Starej Republiki walczących z potworami zwanymi terentatekami. Opowieść jest wręcz naszpikowana nawiązaniami i elementami z serii gier Knights of the Old Republic, więc ich fanom komiks należałoby polecić na samym początku. Ortedze nie umknął także specyficzny klimat z tego fragmentu historii Gwiezdnych wojen, choć nie można w tej kwestii ująć zasług rysownikowi. Dustina Weavera nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, a już na sam dźwięk nazwiska jednego z najlepszych gwiezdnowojennych artystów komiksowych, serca czytelników powinny zabić szybciej. Nie bez przyczyny – Cienie i światło to pod względem graficznym w rzeczy samej smakowity kąsek, który przegląda się z prawdziwą przyjemnością, a jego wpływu na radość z lektury nie sposób przecenić.

Cztery komiksy z czterech okresów, różnie historie na różnych poziomach. Wypadkowa? Zdecydowanie pozytywna. Gdyby nie Mroczne widma, zbiorek byłby doprawdy znakomity i szczerze mówiąc nie rozumiem, dlaczego wydawca tak bardzo upiera się w częstowaniu nas kolejnymi słabymi opowieściami z udziałem Maula. Ani to nie poprawia ogólnego wrażenia, ani wizerunku postaci. Jednak cieszmy się tym, co jest, bo jest co czytać.

W numerze:
  • Shadows and Light: Joshua Ortega (scenariusz), Dustin Weaver (rysunek)
  • The Apprentice: Mike Denning (scenariusz), Davin Nakayama (rysunek)
  • Routine: Tony Isabella (scenariusz), John Nadeau (rysunek)
  • Phantom Menaces: Joe Casey (scenariusz), Francisco Paronzini (rysunek)