No i w końcu światło dzienne ujrzał mój najnowszy projekt, tytułem przypominający o mojej słabości do patosu słownego, 'PRAGA - po drugiej stronie rzeki'. Projekt współrealizowany z Patrycją, o czym trzeba wspomnieć, bo inaczej by się obraziła :-)
Co prawda grubo po północy, ale ja twardo siedzę na kompie, chodząc po Unsere Klasse i rozmawiając z Olgą na Fejsbóku. Jutro teatr. Łech... miałem się uczyć i uczyć, niestety - nic z tego nie wyszło. Okej, przeczytałem raz. Więcej nie zamierzam.
W ogóle to odkryłem swoje nowe powołanie. Będę Tatem Polakiem (parafrazując Matkę Polkę, nie wiem, czy poprawnie). Uwielbiam pomagać ludziom. Wyciągać ich z kłopotów. Myślę nad wstąpieniem do Monaru, czy PAH, wyjeździe do Afryki, budowaniu studni w Sudanie, namawianiu ludzi do oddawania swoich organów. Będę w tym świetny. Jak w "Beyond Borders". Albo w "Lessie: Comeback!". Będę Tatem Polakiem. Ratunkiem, opoką, ramieniem...!
I stało się. Znalazłem starą płytę Dido. "Sand in My Shoes". Jakie to przykre... to musi uwierać.
Jutro, a właściwie dzisiaj już, lecę na spotkanie w sprawie pracy. W ogóle ten dzień zapowiada się morderczo. Od rana szkoła, potem dwa spotkania, potem Targówek, potem znowu spotkanie. Planowany powrót o godzinie 23:00. O ile Adam Tramwajarz się nie spóźni.
Sesja w toku. Jak na razie wszystko do przodu, pomijając poprawkę z teatru. To też dzisiaj. Odezwę się, jak odżyję.
Edit: A propos tego tatowania polkowania: jak mnie który Skurwiel wkurwi, to nie będzie ani studni, ani organów. Niczego nie będzie. Będzie koniec tatowania.
Wiele się dzieje, oj - wiele... Nie wiem nawet, czy dam radę. Ba! Tyle mnie w życiu przykrości już spotkało, że nie wątpię, że dam radę - może tylko czasami, kiedy nikt nie widzi i nie ma nikogo, żeby podać husteczki.
Wiele się dzieje, oj - wiele. Najwięcej dzieje się ze mną. Czuję, że jestem tym, kim nie powinienem być. Ale nie ze swojej winy w stu procentach. W większości tak, ale nie w całości. Czasami trudno się pozbierać po jakiejś informacji - przeszedłem, żyję. Po śmierci przyjaciela - przeszedłem, żyję. Po różnych przypadłościach - przeszedłem, żyję. Po czymkolwiek, co Ciebie zaboli - przeszedłem, żyję. Czemu mam teraz nie przejść i nie żyć? Umrzeć? Ha! Dobre...
Słucham badziewnej muzyki, o tym, czego w życiu powinno się zasmakować. Ja w stu procentach to znam. Banalnie brzmi? Wiem, ale to nie banał. I nie tak dawno pisałem, że niczego w życiu nie żałuję. Teraz wiem, że żałuję wszystkiego.
Taraaam! Sesja się zaczęła. Właściwie, to nie sesja właściwa, tylko tak jakby zerowa. Bo ogólnie, to powinno się zacząć od 2 lutego - zaczęło się dzisiaj. Koniec miał być 15 lutego - kończy się 27 stycznia. Kolejna zagadka do rozwiązania przez dziennikarzy WWSH.
Więęęc, mam już czwóreczkę z historii Polski XX w., które to ćwiczenia prowadzi przeurocza i przemiła Pani magister Maria W. (oskarżona o przemęczanie studentów nadmiarem wiedzy na temat taktyki "salami"). Się cieszę, bo jeden kolos mniej, a teraz każdy kolos się liczy . Tak więc jedno mam już z głowy, dzisiaj była literatura powszechna, którą prawdopodobnie położyłem, jednak gwarantowana trója jest (to za mój urok osobisty).
Jutro psychologia - zapamiętałem dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że nie rozumiem sformułowania
Bodziec bezwarunkowy wywołuje reakcję bezwarunkową bodźca obojętnego występującego wraz z bodźcem bezwarunkowym - staje się on bodźcem warunkowym wywołującym reakcję warunkową
oraz z teorii rozwoju psychoseksualnego, która powinna brzmieć:
Stadium oralne, analne, falliczne, okres latencji, stadium genitalne
zapamiętałem słowa-klucze, czyli
oral, anal, fallus, lateks, genitalia
Mam nadzieję, że to mi wystarczy.
Co do pracy - szukam nowej. Muszę zrezygnować z callcenter, bo głowa mi pęka od gadki-szmatki z pijakami, wiedźmami, bijaczami, innymi typami na temat wciśnięcia im "niesamowicie opłacalnej usługi HaloNet". Wysłałem CV do FreshPoint'a - będę robił kanapki i parzył kawę. Fascynujące.
EDIT: Idę się uczyć tej psychologii. Czuję, że fallus to nie wszystko.
Niedawno wróciłem z psychologii, na którą nie dotarłem, no i z retoryki i erystki, na którą zdążyłem. Siedzę przed komputerem, słucham "Thank You for the Music" (v. Mamma Mia! OST), piję herbatę, za oknem zimno i ciemno (w końcu wschód), a jutro czeka mnie angielski. Wszystko okej. Serio.
W piątek zaczynam pracę w Sense - od 17 do zamknięcia. Będę barbackiem Czyli pomocą barmana. No i napiwki 50:50, także fajnie. Ogólnie po wtorku myślałem, że padnę. Jak wróciłem, tak zasnąłem. 5 wykładów pod rząd przerasta moje możliwości. Ogólnie dochodzę do wniosku, że dziennikarstwo to niewdzięczna profesja, ale zobaczymy...
Chciałem pojechać do domu na następny weekend (tak, ten długi), ale nie wiem, czy mi dadzą wolne. O ile mnie nie wyleją po tym piątku, co jest całkiem możliwe. A w Słubicach nie byłem już 2 miesiące. Najbliższa okazja na Boże Narodzenie, w razie czego. O ile dostanę wolne.
Nie chce mi się pić, nie chce mi się palić, nawet na imprezy nie chce mi się chodzić. Co jest w tym dziwnego, to to, że i piję, i palę, no a na imprezy też chodzę. Wbrew sobie? - nie. Po prostu tak jakoś wychodzi. W ogóle życie mi się odwraca do góry nogami, ale zobaczymy, czy teraz będzie ta lepsza półkula, czy gorsza. Jak gorsza, to będzie nadzieja, że kolejna będzie lepsza. Jak teraz będzie lepsza, to będzie fajnie, bo już życia nie będę chciał zmienić.
Ostatnio kolega mówi do mnie: "poszłem tam, żeby wziąść to, ale w sumie to tego nie chcem" - gościu jest na polonistyce na UW. Nie wiem, czy sobie jaja robił, czy co, ale... już z nim nie gadam.