Wednesday, May 30, 2012 8:26:12 PM
Niesamowite, jak bardzo wydaję się sobie obca!
Jeszcze nie tak dawno, przekonywałam wszystkich, że ludzie się nie zmienieją, a jedynie my zauważamy u nich te cechy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Ale czy możliwe jest, żebym sama przed sobą zataiła pewne cechy mojej osobowości?
A może rzeczywiście się zmieniłam?
.
.
.
A może nie tyle ja się zmieniłam, co coś we mnie się zmieniło. Może czegoś się nauczyłam. Może po raz pierwszy wyciagnełam wnioski z lekcji, którą dało mi życie.
To byłoby coś!
Pierwszy raz, kiedy to Agata, potrafi wyciągnać wnioski z tego co jej się przytrafiło i wreszcie nauczyć sie czegoś o życiu.
Nie tak dawno, może 2-3 dni temu, pisałam o pewnym przykrym incydencie, który miał miejsce w moim życiu. Chociaż nie, właściwie to była cała seria przykrych "incydentów".
Agata, którą wszyscy znają, najpierw musiałaby się wypłakać, nagadać o tym jak jej przykro, musiałaby to wszystko z siebie wyrzucić.
Potem zaczełaby wszystkim mówić, że wie, że nie powinna się tym przejmować, bo nie warto, ale z jakichś przyczyn nie potrafiłaby tej "wiedzy" zastosować w praktyce.
Skończyłoby się na tym, że deklarując, iż nie bedę się przejmować, wycierałabym łzy sciekajace po policzku.
Taka to ze mnie była wrażliwa dziewczynka.
Ale teraz coś się zmieniło.
Oczywiście pierwszy etap był taki sam - wypłakiwałam się i wyżalałam. Potem przyszedł czas na deklarację obojętności. Powiedziałam sobie, tym razem zawiodłaś się bardziej niż kiedykolwiek, dlatego teraz musisz być silniejsza niż kiedykolwiek.
Sama nie wierzyłam w to co mówiłam, ale o dziwo, wpadłam w nurt wydarzeń i pozwoliłam by pochłonęły mnie obowiązki.
Kiedy dziś, pewna bardzo mi bliska osoba, zapytała jak sie czuję w zwiazku z tą sytuacją, uświadomiłam sobie, że przez ten cały czas nawet przez moment o tym nie pomyślałam. Co więcej, kiedy ktoś pytał mnie co słychać, automatycznie odpowiadałam, że wszystko w porządku, tylko obowiazków sporo, a czasu mało. I nie kłamałam. Wszystko jest w porządku. Oczywiście daleko od rewelacji, bo ciągle jestem wyczerpana fizycznie i dręczą mnie te przeklęte, nieustajace bóle głowy, ale nie ma to nic wspólnego z tym co się stało.
Może stałam się silniejsza i taka teraz ze mnie twarda sztuka

A może zwyczajnie ludzie zawiedli mnie już tyle razy, że uodporniłam się na nich. Cała moja wrażliwość poszla w cholerę i stałam się zimną jędzą.
Ale nawet jeśli, muszę przyznać, że dobrze mi z tym!
Monday, May 28, 2012 9:45:08 AM
Ostatnio zbyt wiele sie działo, żebym mogła tu o wszystkim napisać. Życie na pełnych obrotach wyczerpało mnie dosłownie i w przenośni.
Pierwsza wiadomość, która zmotywowała mnie do pracy bez wytchnienia, dotyczyła terminu obrony mojej pracy licencjackiej. Oczywiście byłam jeszcze w lesie, a okazało sie, że czasu mam baaaardzo mało. Początkowo miałam sobie to odpuścić, zostawić na wrzesień, ale jakoś się zebrałam i napisałam na prawdę dużo, jak na tak krótki okres czasu. I co najważniejsze nie napisałam tego tak "na odwal się". Starałam się jak nigdy i mój organizm boleśnie to odczuł.
Brak snu, nadmiar kofeiny i tauryny i przede wszystkim nieustanny stres. Nie było lekko, ale nie chciałam narzekać.
Kiedy okazało sie, że jedyne co mi zostało to dokończyć ostatni rozdzialik i napisać podsumowanie, postanowiłam trochę wyluzować. Odłożyłam pisanie pracy całkowicie na bok i skupiłam się na przygotowywaniu do konferencji.
Tu znów zaczęła sie nerwówka. Jak zwykle odezwała się moja skłonność do perfekcjonizmu. Ciągle byłam niezadowolona i zdenerwowana. Kto wie na ilu osobach odreagowałam mój stres - i to zupełnie nieświadomie.
Głupio mi, bo czasem byłam francą dla ludzi, którzy nic złego mi nie zrobili. Zwykle zaraz potem ich przepraszałam, ale i tak mi było głupio.
Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby odreagowywać mój stres na ludziach, których uważałam za swoich przyjaciół. Spotkania z nimi były dla mnie ucieczką od codzienności i problemów. I zawsze chciałam, żeby oni w moim towarzystwie czuli sie tak samo. Starałam sie, żeby bez względu na okoliczności wiedzieli, że zawsze mogą ze mną porozmawiać i zawsze mogą na mnie liczyć. Wydawało mi się, że o tym wiedzą. Zawsze starałam się być przy nich, kiedy mnie potrzebowali. Nawet jeśli nie zawsze się ze wszystkim zgadzałam, to zawsze starałam się przynajmniej ich wysłuchać i spróbować zrozumieć.
Potem przyszedł czas, kiedy to ja zaczęłam mieć problemy. Wykończenie fizyczne zaczęło się objawiać w coraz bardziej widoczny sposób - nieznośne bóle głowy, zasłabnięcia, nawet omdlenia. Czułam, że potrzebuję przerwy, ale wiedziałam, że mam obowiązki. A niestety taki już mam charakter, że bez względu na wszystko, jeśli się już do czegoś zobowiązuję, to staram się dotrzymać słowa. Tak też było i teraz.
Konferencja przeszła bez wiekszych problemów, ale ciągle mieliśmy gości, którymi trzeba było się zająć. Przypuszczam, że nikt tak na prawdę nie wiedział jak fatalnie się czułam, ale poczucie obowiazku trzymało mnie na nogach. Przez niemal tydzień starałam się spełniać swój "obowiązek" jak należy. Skałamałabym jednak, gdybym powiedziała, że cały czas robiłam to tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku. Tak było tylko na samym początku, ale muszę przyznać, że bardzo szybko przekonałam się, że nasi goście okazali się być przesympatycznymi ludźmi i cieszyłam sie, że miałam możliwość ich poznać i spędzić z nimi trochę czasu.
Było na prawdę miło, ale to nie zmieniało faktu, że mój organizm potrzebował chwili wytchnienia, a przez większosć czasu, jaki z nimi spędziliśmy, spałam średnio po 2 godziny na dobę. Wiedziałam, że prędzej czy później odbije się to na moim zdrowiu, ale cały czas powtarzałam sobie, że brak snu narobię jak już będzie po wszytskim, zregeneruję siły i będzie OK.
Ale jakby tego było mało, ten tydzień pokazał mi, że nie na wszystkich, których zaliczałam do grona moich przyjaciół mogę liczyć. Po raz kolejny boleśnie przekonałam się, jak bardzo niektórzy ludzie są interesowni. Zastanawiałam się, jak można było tak sprytnie odgrywać swoją rolę przez tak długi czas, tylko po to, żeby na koniec pokazać wszystkim, że to była farsa.
Bolało mnie to i to bardzo. I tak jak mogłam znieść wyczerpanie fizyczne, tak tego było już za wiele. Byłam w totalnej rozsypce. Tak bardzo potrzebowałam wtedy wsparcia kogoś bliskiego.
Zwróciłam się do osoby, którą miałam za przyjaciółkę. Nie oczekiwałam nawet, że w tej sytuacji stanie po którejś stronie. Miałam tylko nadzieję, że będę mogła się wgadać, powiedzieć co czuję, że jakoś mi dzięki temu ulży.
Niestety znów okazało się, że się pomyliłam. To rozbiło mnie już zupełnie. W jednym momencie zawiodły mnie dwie osoby, które były dla mnie ważne. Po tygodniu spędzonym na zastanawianiu się "dlaczego?", nadeszły dni spędzone na wypłakiwaniu się w poduszkę.
Bogu dzięki ciągle miałam jeszcze wokół siebie wspaniałych ludzi, na których mogłam liczyć. Oni uświadomili mi, że nawet jeśli zostałam podwójnie zawiedziona, to ciągle jest mnóstwo osób, którym na mnie zależy. Nie dlatego, że na coś liczą, tylko tak po prostu.
Dzięki nim, stanęłam na nogi, wzięłam głęboki wdech i porozmawiałam z jedną z tych osób, które mnie zawiodły. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. Po wielu przykrych słowach, które padły nie spodziewałam się już po niej niczego dobrego. Okazało się jednak, że udało nam się spokojnie porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić. Usłyszałam nawet, że przemyślała sobie to wszystko i, że mam trochę racji. Wytłumaczyła mi, że też miała kiepski okres i swoje problemy. Przeprosiła mnie. Wiem, że przyznanie się do błędu nikomu nie przychodzi łatwo, więc doceniam to co mi powiedziała. Jednak ta sytuacja nauczyła mnie czegoś.
Zrozumiałam, że pomimo tego, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy i pomimo tego, że z obu stron padło słowo "przepraszam", do pewnych rzeczy nie ma już powrotu.
Ktoś kiedyś powiedział, że raz stracone zaufanie, bardzo cieżko odbudować. Ja myślę, że się mylił. Można próbować zbudować coś na miarę tego zaufania, ale to nigdy już nie będzie to samo.
Czy wyciągnęłam z tej sytuacji jakieś wnioski?
Owszem.
Przekonałam się, że każda z nas stworzyła sobie pewną iluzję na temat tej drugiej, dlatego cała ta przyjaźń, też okazała sie być iluzją.
Nie chodzi o to, żeby chować do siebie urazę, dlatego teraz staramy się w miarę normalnie ze sobą rozmawiać. Chodzi o to, że tak na prawdę nigdy się nie znałyśmy i teraz okazało się, że jesteśmy zupełnie różne.
Jestem w stanie zrozumieć, że czasem w nerwach robi się, albo mówi coś, czego się potem żałuje. Wiem jednak, że gdyby (podkreślam GDYBY) jakimś cudem podobna sytuacja miała miejsce z Martą, to nie byłoby wzajemnych wyrzutów i obrażania się. Gdyby coś takiego zaszło pomiędzy nami, to kupiłybyśmy po 2 browary, pięciolitrowe lody i spokojnie porozmawiałybyśmy o tym co czujemy i co nas boli, ze spokojemy wysłuachłybyśmy swoich argumentów i jakoś doszłybyśmy do porozumienia. I na tym wydaje mi się m.in. polega przyjaźń.
Tu było inaczej. Nidgy nie jest tak, że 2 osby zgadzaja sie zupełnie pod każdym wzgledem, toteż i nie tego oczekiwałam. Ale kiedy pojawiają się jakieś róznice, to przyjaciele potrafią o nich rozmawiać i dochodzić do porozumienia. Fakt, że my nie potrafiłyśmy rozmawiać ze sobą, kiedy pojawiła sie pierwsza różnica zdań, pokazał mi wyraźnie, że nie ma sensu pracować nad odbudowaniem tej relacji. Wystarczy, żeby zostało tak jak jest. Bez uraz i żalu. Możemy przecież ze sobą rozmawiać, ale przecież nie musimy się ze sobą przyjaźnić. Jest dobrze tak jak jest. Obie doszłyśmy do tego wniosku i chyba obu nam to odpowiada.
Za to ta druga osoba, przeszła samą siebie. Traktowała mnie jak śmiecia i to zupełnie bez powodu, a teraz rozmawia ze mną jakby sie nigdy nic nie stało. Nie usłyszałam od niej nic, ani przepraszam, ani pocałuj mnie w dupę. Zupełnie jakbym przez tydzień spotykała się nie z nią, tylko z jej złą siostrą bliźniaczką. Mysłałam nawet o tym, żeby z nią porozmawiać i też spróbować sobie to wszystko wyjaśnić, ale teraz widzę, że nie ma sensu.
Reasumując, ostatnie kilka tygodni sprawiło, że moje zaufanie do ludzi w ogóle zmalało drastycznie. Było mi przykro, bo czułam, że straciłam dwie przyjaciółki. Może nie byłam z nimi tak blisko jak z Martą, ale na pewno były dla mnie ważne. Dzięki Bogu okazało się, że mam koło siebie grupkę wspaniałych przyjaciół, którzy przekonali mnie, że nic nie straciłam. Wręcz przeciwnie, coś na tym zyskałam.
Ktoś madry uświadomił mi, że mogłabym mówić o stracie przyjaciółek, gdyby to na prawdę była przyjaźń. Ale nie była, więc nie mogłam nic stracić. Zyskałam tylko kolejne doświadczenie, które być może kiedyś pozwoli mi lepiej dobierać ludzi, którym pozwalam się do siebie zbliżyć.
Ta sama osoba przekonała mnie, że niepotrzebnie zainwestowałam w te relacje dużo czasu i uczuć, i może nawet lepiej, że dowiedziałam się o tym teraz, niż gdybym miała się o tym dowiedzieć za 5 czy 6 lat.
Nie trzeba chować do siebie urazy, ale nie o każdą relację, trzeba walczyć. Tego nauczyły mnie wydarzenia ostatnich tygodni.
Tuesday, April 17, 2012 8:47:54 PM
To niesamowite, jak wiele rzeczy w naszym życiu żałujemy. Czasem żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. O wiele jednak częściej zdarza nam się żałować właśnie tych rzeczy, które zrobiliśmy, lub słów, które wypowiedzieliśmy pod wpływem emocji, chwili, czy nawet alkoholu. Sama jestem w stanie znaleźć w pamięci miliony takich sytuacji, które chciałabym przeżyć w inny sposób. Takich, w których - gdybym mogła przeżyć je jeszcze raz - zachowałabym się inaczej. Ale nie mogę. Nie zmienię już tego co było. Ale czy mam w ogóle jakiś wpływ na to co jest, albo na to co dopiero będzie?
Ktoś niedawno zapytał mnie kim chciałabym być, gdybym przez cały jeden dzień mogła być kimkolwiek zechcę. Jedyna odpowiedź, jaka przyszła mi do głowy to, że chciałabym kiedyś móc być po prostu sobą. Sobą i nikim innym. Z moimi zaletami i wadami. Nie myśląc o tym co wypada, a co nie. Nie myśląc o tym jak ktoś odbierze moje słowa, jak oceni moje zachowanie.
Czyż nie cudownie byłoby, choć przez jeden dzień móc robić to na co ma się ochotę i mówić szczerze to co się myśli, nie zabiegając cały czas o aprobatę czy choćby akceptację ze strony otoczenia.
Być sobą. SOBĄ!!!!
Ten jeden jedyny raz, stanać na chodniku, zamknać oczy i wykrzyczeć całemu światu co się czuje. Byłoby cudownie, tak...!
Zrobiłam w swoim (nie takim jeszcze długim) życiu wiele rzeczy, których żałuję. Popełniłam wiele błędów i pewnie jeszcze wiele popełnię. Ale nie wyeliminuję błędów. Jestem tego świadoma. Problem polega na tym, że rzeczy których żałuję dzielą sie na dwie grupy.
Pierwsza - znacznie mniejsza - to rzeczy, które zrobiłam działając impulsywnie, i których żałuję, bo nie są "moje". Bo w innej sytuacji nigdy bym się tak nie zachowała. Bo to wbrew moim zasadom.
Druga - zdecydowanie większa grupa - to rzeczy, które zrobiłam, bo chciałam. To rzeczy, w których nie widzę nic złego. A jednak z jakiegoś powodu, kiedy emocje opadają czuję wsyd, czasem nawet złość na samą siebie. Nie potrafię uwierzyć jak mogłam się tak bardzo nie kontrolować. To sytuacje, w których żałuję tego co zrobiłam, bądź powiedziałam, bo wiem, że otoczenie tego nie akceptuje. Bo moje zachowanie zostało uznane za nieco ekscentryczne, a nawet "nie na miejscu".
Dlaczego te sytuacje tak mnie męczą? Gdzie się podział mój indywidualizm?
Czy poczucie, że jest się osobą akceptowaną w grupie mogło zaślepić mnie do tego stopnia, że zatraciłam cząstkę siebie? Że przestałam być osobą, która gdzieś ma to co myślą inni? Której nie obchodzi czy zostanie uznana za wariatkę, czy nie, a jedyne co ją interesuje to to, by mogła być....SOBĄ.
To miłe być akceptowanym, ale czy warto o to walczyć nawet za cenę swojego indywidualizmu?
I co ważniejsze, czy w dzisiejszym świecie można jeszcze być indywidualistą?
Sunday, December 25, 2011 6:00:30 PM
Tak rzadko ostatnio piszę. Właściwie nie wiem czemu nie usunęłam jeszcze bloga. Jakoś nie mogę. Kedyś pisanie pozwalało mi uporać się z tym chaosem, który jest we mnie. Później zorientowałam się, że to tylko doraźna pomoc, że na dłuższą metę to nie są efekty, których oczekuję. Ktoś bardzo mądry powiedział mi ostatnio, że powinnam znaleźć dla siebie jakąś formę wyrazu swoich emocji, uczuć, tego chaosu i zbierać to. Stwierdził, że po latach wyłoni się z tego jakiś wzór i wszystko uzyska pewien sens. Przekonywał, że to proces, który nie potrwa miesiac czy dwa, nawet nie rok, ale znacznie dłużej. Tylko jak długo? I czy w ogóle jest to możliwe, by zrozumieć siebie, i by zrozumieć innych ludzi?
Im wiecej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że ten proces poznawania siebie jest procesem nieskończonym. Co dopiero proces poznawania innych ludzi i natury ludzkiej!
Sama siebie ostatnio zaskakuję. Działam spontanicznie - robię i mówię rzeczy, które w teorii nawet nie powinny przyjść mi do głowy. Jak więc to możliwe, bym zrozumiała drugą osobę na tyle, by nie dać się zaskoczyć? A może właśnie o to w życiu chodzi? Może trzeba pozwolić sobie na taką spontaniczność. Może nie trzeba się zamykać w ramach norm przyjętych przez społeczeństwo w którym żyjemy, a wręcz przeciwnie - pozwolić czasem by nasze pragnienia zostały ujawnione i (o ile to możliwe) zaspokojone? Może każdy z nas, choć raz na jakiś czas, powinien wdrapać się na dach wieżowca i w środku nocy wykrzyczeć co czuje i czego pragnie. Może każdy z nas idąc ulicą powinien pozwolić sobie na to, by bez powodu uśmiechć się do przechodniów, by zagadać do zupełnie obcej osoby i powiedzieć jej co w życiu nas cieszy, albo co nam sprawia przykrość. Może powinniśmy to zrobić bez obawy, że uznają nas za wariata. Może...
Zbyt wiele ostatnio działo się w moim życiu, bym tak po prostu mogła to ogarnąć. Zostaje mi tylko zaakceptować to co jest.
Wednesday, November 9, 2011 10:39:04 AM
Kolejny wpis, który pojawia się po długiej przerwie. Dlaczego? Czy blog przestał dawać mi to co było dla mnie istotne kiedyś? Czy przestał być jedynym miejscem, gdzie mogę ogarnąć to co się we mnie dzieje?
Nie, nie sądzę. Mogłabym powiedzieć, że przyczyną jest brak czasu. Tak, właśnie tak. Zbyt dużo zajęć. Nie ma już czasu na myślenie, obserwowanie i analizowanie.
Pytanie dlaczego do tej pory go nie usunęłam. Może przez sentyment. Nie, to nie to.
On był i wciąż jest mi potrzebny, bo chociaż w natłoku obowiązków zagubiłam się gdzieś i przestałam szukać czasu na analizowanie tego co przedstawia mi społeczeństwo i co daje mi życie, ciągle odczuwam, że jednak tego potrzebuję. Co rano rzucam się w wir życia, ale wieczorem - na chwilkę przed zaśnięciem, kiedy moje oczy błagają o odpoczynek, a powieki same opadają w dół bez względu na to, czy tego chcę czy nie - pojawiają się w mojej głowie obrazy. Najpierw pojedyncze, niewyraźne, z czasem stają się coraz bardziej dostrzegalne. Jest ich coraz więcej. I coraz więcej myśli. Brak tylko siły żeby je ogarnąć. Sen pomaga się ich pozbyć na jakiś czas, ale potem przychodzi kolejny wieczór i znów myśli zaczynają się kłębić w mojej głowie. Postanowiłam się ich pozbyć. Nawet nie wiem od czego zacząć.
Od kilku lat chodził mi po głowie pomysł wyjazdu z tego kraju... z tego kontynentu!
Nie znalazłam tu nic co dałoby mi szczęście, ale bałam się zmian. Bałam się, że to zbyt poważna decyzja. Myślałam o tym co będzie, jeśli nie dam rady. Nagle pojawił się ktoś, kto chciał jechać ze mną. Czułam się znacznie pewniej wiedząc, że nie będę sama. Ludzie w ogóle mają taką dziwną skłonność do szukania towarzystwa. Ciekawe dlaczego... dlaczego nie możemy być zupełnie sami. Odizolować się od wszystkiego i od wszystkich i żyć według swoich własnych zasad. Dlaczego musimy organizować się w społeczności, zakładać rodziny. Dlaczego szukamy przyjaźni, znajomości. Nigdy chyba tego nie zrozumiem.
Wracając jednak do tematu wyjazdu. Pojawił się w mojej głowie taki projekt, by wyjechać, gdzieś do Afryki, albo Ameryki Południowej. Gdzieś, gdzie znalazłby się ktoś, kto być może potrzebowałby mojej pomocy. Nie byłam tylko pewna, czy jestem na tyle silna, by poświecić się tak zupełnie dla innych. Nigdy nie byłam typem altruistki. Bałam się, że bez wsparcia mogę nie dać rady i to mnie przerażało najbardziej. Kiedy usłyszałam, że jest ktoś, kto ma podobne plany, byłam wniebowzięta!!!
Ustaliłyśmy, że najpierw skończymy studia, a potem wyjedziemy przynajmniej na rok. Tzn. Ona myślała o roku - ja myślałam o wyjeździe na stałe. Nigdy nie marzyłam o zakładaniu rodziny, więc nie czułam potrzeby wracania, do przeszłości. Wiedziałam, że jeśli zdecyduję się na ten wyjazd na rok, to już tam zostanę.
Czas jednak mijał, a ja coraz bardziej odnosiłam wrażenie, że z punktu widzenia tej osoby było to tylko kaprys, który z czasem się jej znudził. Może się myliłam - nie wiem. Ale kiedy słyszałam o wszystkich innych planach, które miała na życie, czułam że na wolontariat nie ma tam miejsca.
Ze mną było inaczej. Bywały chwile, kiedy wciągałam się w wir tego życia, które jest tu i teraz. Czasem nawet myśląc o przyszłości pojawiały się w mojej głowie mniej lub bardziej realne projekty, które wykluczały wyjazd. Bardzo często jednak miałam chwile zwątpienia. Czasem wydawało mi się, że pomysł jest zbyt nierealny, bym mogła go zrealizować. Czasem zwyczajnie dochodziłam do wniosku, że to nie do końca to o czym marzę. Bo nie zawsze to co inni ludzie mogliby nazwać wielkim celem, może dać Ci spełnienie.
Pojawił się na przykład pomysł, by zostać i rozwijać zainteresowania. Oczywiście nikt nie daje mi pewności, że po skończeniu studiów, znajdę pracę w zawodzie i będę mogła rozwijać się dalej w tym kierunku, ale jeśli się nie zaryzykuje, to nie ma szans, by się tego dowiedzieć. Wydawałoby się pomysł idealny. Trzymałam się go od dawna. Zawsze byłam dziwnych dzieckiem. W przeciwieństwie do koleżanek nigdy nie chciałam być aktorką, czy modelką. Zawsze chciałam uczyć angielskiego. Marzyłam, żeby przed nazwiskiem mieć "prof. dr hab.", albo coś w tym rodzaju. Dziwne jest jednak, że z czasem marzenie to stało się coraz bardziej odległe. Najpierw wydało mi się trochę nierealne. Z czasem zaczęłam mieć wątpliwości, czy to jest to co dałoby mi satysfakcję.
Wtedy na pierwszy plan zaczął się wysuwać pomysł wyjazdu. Na początku byłam z siebie dumna, wydawało mi się, że to wskazuje wyraźnie, że jednak nie jestem takim złym człowiekiem. W końcu zły człowiek, nie myślałby nawet o tym, by zrezygnować z wszystkiego tylko po to, by pomagać innym. Ale ja nie jestem dobrym człowiekiem. Uświadomiłam sobie, że gdybym pojechała, to przynajmniej po części moje powody byłyby bardzo egoistyczne. Ja po prostu chciałabym w końcu poczuć, że jestem komuś potrzebna! Dużo myślę teraz o tym wyjeździe i obawiam się, że nie z takich pobudek ludzie powinni decydować się na coś takiego. Oczywiście dochodzą do tego inne rzeczy, takie jak chociażby fakt, że chciałabym jakoś odwdzięczyć się mamie i nie chciałabym jej zawieść.
Mnóstwo wątpliwości.
A mimo wszystko wizja wyjazdu i pracy w wolontariacie tak często do mnie powraca. Może to jest właśnie to co powinnam zrobić? Może nie przejmując się bliskimi i tym jakie pobudki mną kierują, powinnam rzucić wszystko i zrobić to co czuję. Boję się, ale może tak trzeba.
1 2 3 4 5 ... 27 Next »