Myśli niepoukładane

Subscribe to RSS feed

Zaakceptować chaos

Tak rzadko ostatnio piszę. Właściwie nie wiem czemu nie usunęłam jeszcze bloga. Jakoś nie mogę. Kedyś pisanie pozwalało mi uporać się z tym chaosem, który jest we mnie. Później zorientowałam się, że to tylko doraźna pomoc, że na dłuższą metę to nie są efekty, których oczekuję. Ktoś bardzo mądry powiedział mi ostatnio, że powinnam znaleźć dla siebie jakąś formę wyrazu swoich emocji, uczuć, tego chaosu i zbierać to. Stwierdził, że po latach wyłoni się z tego jakiś wzór i wszystko uzyska pewien sens. Przekonywał, że to proces, który nie potrwa miesiac czy dwa, nawet nie rok, ale znacznie dłużej. Tylko jak długo? I czy w ogóle jest to możliwe, by zrozumieć siebie, i by zrozumieć innych ludzi?
Im wiecej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że ten proces poznawania siebie jest procesem nieskończonym. Co dopiero proces poznawania innych ludzi i natury ludzkiej!
Sama siebie ostatnio zaskakuję. Działam spontanicznie - robię i mówię rzeczy, które w teorii nawet nie powinny przyjść mi do głowy. Jak więc to możliwe, bym zrozumiała drugą osobę na tyle, by nie dać się zaskoczyć? A może właśnie o to w życiu chodzi? Może trzeba pozwolić sobie na taką spontaniczność. Może nie trzeba się zamykać w ramach norm przyjętych przez społeczeństwo w którym żyjemy, a wręcz przeciwnie - pozwolić czasem by nasze pragnienia zostały ujawnione i (o ile to możliwe) zaspokojone? Może każdy z nas, choć raz na jakiś czas, powinien wdrapać się na dach wieżowca i w środku nocy wykrzyczeć co czuje i czego pragnie. Może każdy z nas idąc ulicą powinien pozwolić sobie na to, by bez powodu uśmiechć się do przechodniów, by zagadać do zupełnie obcej osoby i powiedzieć jej co w życiu nas cieszy, albo co nam sprawia przykrość. Może powinniśmy to zrobić bez obawy, że uznają nas za wariata. Może...

Zbyt wiele ostatnio działo się w moim życiu, bym tak po prostu mogła to ogarnąć. Zostaje mi tylko zaakceptować to co jest.

Każda decyzja, którą musisz podjać samodzielnie, jest trudna

Kolejny wpis, który pojawia się po długiej przerwie. Dlaczego? Czy blog przestał dawać mi to co było dla mnie istotne kiedyś? Czy przestał być jedynym miejscem, gdzie mogę ogarnąć to co się we mnie dzieje?

Nie, nie sądzę. Mogłabym powiedzieć, że przyczyną jest brak czasu. Tak, właśnie tak. Zbyt dużo zajęć. Nie ma już czasu na myślenie, obserwowanie i analizowanie.

Pytanie dlaczego do tej pory go nie usunęłam. Może przez sentyment. Nie, to nie to.
On był i wciąż jest mi potrzebny, bo chociaż w natłoku obowiązków zagubiłam się gdzieś i przestałam szukać czasu na analizowanie tego co przedstawia mi społeczeństwo i co daje mi życie, ciągle odczuwam, że jednak tego potrzebuję. Co rano rzucam się w wir życia, ale wieczorem - na chwilkę przed zaśnięciem, kiedy moje oczy błagają o odpoczynek, a powieki same opadają w dół bez względu na to, czy tego chcę czy nie - pojawiają się w mojej głowie obrazy. Najpierw pojedyncze, niewyraźne, z czasem stają się coraz bardziej dostrzegalne. Jest ich coraz więcej. I coraz więcej myśli. Brak tylko siły żeby je ogarnąć. Sen pomaga się ich pozbyć na jakiś czas, ale potem przychodzi kolejny wieczór i znów myśli zaczynają się kłębić w mojej głowie. Postanowiłam się ich pozbyć. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Od kilku lat chodził mi po głowie pomysł wyjazdu z tego kraju... z tego kontynentu!
Nie znalazłam tu nic co dałoby mi szczęście, ale bałam się zmian. Bałam się, że to zbyt poważna decyzja. Myślałam o tym co będzie, jeśli nie dam rady. Nagle pojawił się ktoś, kto chciał jechać ze mną. Czułam się znacznie pewniej wiedząc, że nie będę sama. Ludzie w ogóle mają taką dziwną skłonność do szukania towarzystwa. Ciekawe dlaczego... dlaczego nie możemy być zupełnie sami. Odizolować się od wszystkiego i od wszystkich i żyć według swoich własnych zasad. Dlaczego musimy organizować się w społeczności, zakładać rodziny. Dlaczego szukamy przyjaźni, znajomości. Nigdy chyba tego nie zrozumiem.

Wracając jednak do tematu wyjazdu. Pojawił się w mojej głowie taki projekt, by wyjechać, gdzieś do Afryki, albo Ameryki Południowej. Gdzieś, gdzie znalazłby się ktoś, kto być może potrzebowałby mojej pomocy. Nie byłam tylko pewna, czy jestem na tyle silna, by poświecić się tak zupełnie dla innych. Nigdy nie byłam typem altruistki. Bałam się, że bez wsparcia mogę nie dać rady i to mnie przerażało najbardziej. Kiedy usłyszałam, że jest ktoś, kto ma podobne plany, byłam wniebowzięta!!!

Ustaliłyśmy, że najpierw skończymy studia, a potem wyjedziemy przynajmniej na rok. Tzn. Ona myślała o roku - ja myślałam o wyjeździe na stałe. Nigdy nie marzyłam o zakładaniu rodziny, więc nie czułam potrzeby wracania, do przeszłości. Wiedziałam, że jeśli zdecyduję się na ten wyjazd na rok, to już tam zostanę.

Czas jednak mijał, a ja coraz bardziej odnosiłam wrażenie, że z punktu widzenia tej osoby było to tylko kaprys, który z czasem się jej znudził. Może się myliłam - nie wiem. Ale kiedy słyszałam o wszystkich innych planach, które miała na życie, czułam że na wolontariat nie ma tam miejsca.

Ze mną było inaczej. Bywały chwile, kiedy wciągałam się w wir tego życia, które jest tu i teraz. Czasem nawet myśląc o przyszłości pojawiały się w mojej głowie mniej lub bardziej realne projekty, które wykluczały wyjazd. Bardzo często jednak miałam chwile zwątpienia. Czasem wydawało mi się, że pomysł jest zbyt nierealny, bym mogła go zrealizować. Czasem zwyczajnie dochodziłam do wniosku, że to nie do końca to o czym marzę. Bo nie zawsze to co inni ludzie mogliby nazwać wielkim celem, może dać Ci spełnienie.

Pojawił się na przykład pomysł, by zostać i rozwijać zainteresowania. Oczywiście nikt nie daje mi pewności, że po skończeniu studiów, znajdę pracę w zawodzie i będę mogła rozwijać się dalej w tym kierunku, ale jeśli się nie zaryzykuje, to nie ma szans, by się tego dowiedzieć. Wydawałoby się pomysł idealny. Trzymałam się go od dawna. Zawsze byłam dziwnych dzieckiem. W przeciwieństwie do koleżanek nigdy nie chciałam być aktorką, czy modelką. Zawsze chciałam uczyć angielskiego. Marzyłam, żeby przed nazwiskiem mieć "prof. dr hab.", albo coś w tym rodzaju. Dziwne jest jednak, że z czasem marzenie to stało się coraz bardziej odległe. Najpierw wydało mi się trochę nierealne. Z czasem zaczęłam mieć wątpliwości, czy to jest to co dałoby mi satysfakcję.

Wtedy na pierwszy plan zaczął się wysuwać pomysł wyjazdu. Na początku byłam z siebie dumna, wydawało mi się, że to wskazuje wyraźnie, że jednak nie jestem takim złym człowiekiem. W końcu zły człowiek, nie myślałby nawet o tym, by zrezygnować z wszystkiego tylko po to, by pomagać innym. Ale ja nie jestem dobrym człowiekiem. Uświadomiłam sobie, że gdybym pojechała, to przynajmniej po części moje powody byłyby bardzo egoistyczne. Ja po prostu chciałabym w końcu poczuć, że jestem komuś potrzebna! Dużo myślę teraz o tym wyjeździe i obawiam się, że nie z takich pobudek ludzie powinni decydować się na coś takiego. Oczywiście dochodzą do tego inne rzeczy, takie jak chociażby fakt, że chciałabym jakoś odwdzięczyć się mamie i nie chciałabym jej zawieść.
Mnóstwo wątpliwości.
A mimo wszystko wizja wyjazdu i pracy w wolontariacie tak często do mnie powraca. Może to jest właśnie to co powinnam zrobić? Może nie przejmując się bliskimi i tym jakie pobudki mną kierują, powinnam rzucić wszystko i zrobić to co czuję. Boję się, ale może tak trzeba.

Uważasz, że możesz nienawidzić mnie bardziej?

Wiesz, myślałam długo nad tym dlaczego tak nienawidzę ludzi.
Zastanawiałam się i zastanawiałam.
Myślałam o tym dniami i nocami, ale nie znalazłam odpowiedzi.
Co więcej, te usilne rozmyślania powiodły mnie do kolejnych pytań i jeszcze bardziej zamąciły mi w głowie.
Pojawiły się wątpliwości.
Czy ja naprawdę nienawidzę ludzi?
A może chcę ich nienawidzić?
Ale jeśli tak, to dlaczego?
Bo tak jest prościej?
Ale czy na pewno?
A co jest prostego w nienawiści?
Czy możemy definiować nienawiść jako rzecz prostą, tylko dlatego, że okazywanie miłości przysparza nam trudności?
Są przecież inne uczucia.
No i czy ja nienawidzę wszystkich ludzi, czy tylko niektórych?
A może wyjątkami są Ci, których nie darzę nienawiścią?
Czy nienawidzę ich za coś konkretnego?
Czy może jest to uczucie, którym darzę ludzi bezwarunkowo, bo taka już jestem?
Co jest ze mną nie tak i dlaczego moje życie ciągle kręci się wokół innych ludzi?

...

Milczysz, ale ja już znam odpowiedź.

Nie nienawidzę ludzi. Denerwują mnie, wkurzają, wprawiają we wściekłość. Nazywaj to jak chcesz, ale to nie jest nienawiść. Jest tylko jedna osoba, której szczerze nienawidzę. Odkryłam to niedawno i dlatego jest to dla mnie tak bardzo szokujące. Zanim jednak zdradzę Ci kim jest ta znienawidzona przeze mnie osoba, muszę Ci wyznać jeszcze jedną rzecz. Kolejne wielkie odkrycie.

Otóż moje życie nie kręci się wokół innych ludzi, ono kręci się wyłącznie wokół mnie. I powiem Ci coś więcej - oni, ci inni ludzie, nawet nie wiedzą, nie zdają sobie sprawy, jak podstępnie próbuję sprawić, żeby ich życie także kręciło się wokół mojej osoby. Ja też nie zdaję sobie z tego sprawy. Albo raczej "nie zdawałam"... Chociaż nie - czas teraźniejszy jest tu jak najbardziej na miejscu.

Wiesz, niedawno ktoś powiedział mi - a musisz wiedzieć, że był to człowiek inteligentny, taki którego cenię i z którego opinią się liczę - że jestem egoistką. Szybko poprawił się. Powiedział, że nie uznałby tego za egoizm, dostrzegał w tym bardziej egocentryzm. "Jesteś egocentryczką" - powiedział "straszną egocentryczką". Byłam oburzona. "Tylko ja, ja i ja" - kontynuował. Jak śmiał. "Co on sobie wyobraża, żeby mnie oceniać" - pomyślałam - "aż tak dobrze się nie znamy".

Ja egocentryczką! - dasz wiarę???

Nie komentowałam tego. Zmieniłam temat. Byłam wzburzona do tego stopnia, że przez dłuższy czas nawet nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Jak on mógł?

A jednak. Miał rację. Jestem egocentryczką i egoistką. Wydawało mi się, że patrzę na innych przez pryzmat własnej osoby, że dostrzegam ich wady na tle moje odmienności.

Tak. "Jestem inna" - myślałam - "dostrzegam to, czego te nieszczęsne istoty dostrzec nie potrafią. Nikt mnie nie zrozumie, bo nikt nie próbuje tego zrozumieć. Ustalili sobie pewne zasady, żeby nie musieli dostrzegać tego co w nich złe. Jest im z tym wygodnie, a ja im przeszkadzam. Próbują na siłę wcisnąć mnie w jakieś głupie konwenanse, żebym zaczęła się dusić, żebym nie mogła krzyczeć, żebym nie zniszczyła ich wyidealizowanego świata, w którym nie muszą przyznawać się do własnych słabości ani niegodziwości."

Tak naprawdę wykorzystywałam tych wszystkich ludzi, żeby przez ich pryzmat patrzeć na siebie. Widząc ich wady i słabości, moje wydały mi się takie znikome i nic nieznaczące, ze w końcu zaczęły znikać i przestałam je w ogóle dostrzegać. Ich rażące braki odciągały uwagę od moich tak, że w pewnym momencie mogłam poczuć się od nich lepsza. Ale to nie był koniec. Nie tylko ignorowałam własne niedociągnięcia, ale też zaczęłam dostrzegać w innych swoje zło. Tak. Właśnie to robiłam. Chociaż nie - czas teraźniejszy jest tu jednak bardziej na miejscu.
Wszystko to o czym pisałam, czego tak bardzo nienawidziłam w innych ludziach, było we mnie. Było mną! Jest mną.
Tak. Domyślasz się teraz, kto jest najbardziej znienawidzoną osobą w moim życiu?

Mam Ci tak wiele do powiedzenia. Ale nie teraz. Wrócimy do tej rozmowy. Na takie rzeczy potrzeba czasu. Nie jest mi łatwo, ale niedługo opowiem Ci więcej. Wtedy mnie zrozumiesz.

Tak, jest to miłość! - Czyżby?

Jak mówić, gdy słów miliony cisną się na usta, lecz te zwarte strachem, skrzywione grymasem, ni trochę drgnąć nie chcą - tkwią nieustannie w tej samej pozycji, blokując potok uczuć niewypowiedzianych...

Dławię się nimi!
Nie mogę tak dalej! Już nie!

Sięgam po długopis.
Chcę się ich pozbyć, przelać na papier, ale znów coś nie tak - niekształtne znaki nieprzypominające liter gnieżdżą się w kratkach zgrabnie wyrysowanych na białej powierzchni kartki.
Głupie znaki wiją się w miejscu bez sensu nie niosąc ukojenia!

Kolejna próba.
Klawiatura - nie tak już delikatna w dotyku jak papier, nie szeleści, nie pachnie...
głuchy odgłos uderzanych opuszkami palców klawiszy dudni w mojej głowie

Piszę.
Nie wiem o czym
Nie wiem po co
Szukam spokoju
Szukam siebie
Nie znajduję!!!

Gdzie znaleźć siebie???
Jak tego dokonać???

Czas już jakiś spędziłam szukając odpowiedzi.
Pogubiłam się tylko bardziej. Nie wiem już nawet do czego dążę, czego oczekuję.

Rozmawiałam niedawno z pewnym bardzo mądrym człowiekiem. Powiedział mi, że to normalne, że to kolejny etap życia, że wraz z upływem czasu zmieniamy się my i nasze dążenia.

"Ale czy można traktować poważnie decyzje podjęte w wieku lat 4?" - zapytałam
Odpowiedział, że może moje dążenia się zmieniły, że może mam teraz inne marzenia, ale tylko ja potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Tylko jak - kiedy odpowiedź zaszyfrowana, bądź też nieczytelna nie chce dać się poznać oczom mojej duszy?
Szukam wiec po omacku, ale nie znajduję.

Przerażona tym, co przyniesie jutro zaczynam wątpić, czy to co robię, co przez całe życie było moim jedynym celem i marzeniem jest tym, czego tak naprawdę pragnę.

Przeglądam stare graty. Szukam w nich inspiracji. Może jest tam coś, co przypomni mi jak cudownie było czuć ten kojący optymizm, nadzieję, że wszystko się uda, że tyle zależy ode mnie.

W starych śmieciach próbuję odnaleźć mój dawny dziecięcy entuzjazm i zapał.
Zapach starych kartek pamiętnika porusza zmysły. Przechodzi przez nozdrza, dociera do mego wnętrza. Odpływam.
Jestem małą dziewczynką.
Tyle we mnie pasji. Nie potrafię jej opanować.
W oczach błyszczą dwie iskierki. Tak cudownie błyszczą oczy dziecka. Kocham to spojrzenie. To ja!
Z nadzieją i optymizmem mówię o tym kim zostanę, co osiągnę. Tyle we mnie pewności siebie. Aż mnie to przeraża. Mówię o tym co KOCHAM najbardziej. Ta MIŁOŚĆ pozwala mi wierzyć. Ta MIŁOŚĆ daje mi siłę, by dążyć do celu. Energia, która rozpiera całe moje ciało, która kipi z wnętrza tej małej istotki i rozlewa się naokoło, znów na moment wprawia mnie w ekstazę.

Przekładam strony pamiętnika.
Pierwsze porażki.
Trudne chwile. Opisy zdarzeń, które - choć dawno przeminęły - wciąż wywołują ból. Mała Agatka rozpływa się we mgle. Pryska jak bańka mydlana.

W jej miejsce pojawia się starsza, jakby nieco zmieniona.

Uśmiech na jej twarzy, niegdyś szczery, dający nadzieję innym, teraz delikatnie wykrzywiony grymasem smutku, trochę jakby udawany, ukrywający nutkę goryczy.

Jej oczy wciąż błyszczą, ale już jakby trochę mniej.
Jest w nich coś, co sprawia, że ta nowa Agata nie przypomina już tak bardzo tej małej, radosnej dziewczynki, patrzącej z nadzieję w przyszłość.

Nie... w tych oczach nadzieja miesza się ze strachem, radość ze smutkiem, marzenia z poczuciem porażki...

Ale mimo wszystko jej oczy nadal błyszczą. Jest w nich coś czego nie potrafię wyrazić słowami. A jednak jest to coś ujmującego. Ta nowa Agata, pełna wątpliwości, nadal KOCHA! Ta MIŁOŚĆ i pasja przyćmiewa jeszcze wszystkie wątpliwości.

Zamykam pamiętnik. Ciskam nim w kąt. Nie chcę już więcej. Wystarczy!!!

Znów wracam do pudła z gratami.
Znajduję stare lusterko. Przykurzone. Zarysowane.
Spoglądam w nie i nie mogę uwierzyć temu co w nim widzę.

Automatycznie przypominam sobie rozmowę z owym wspomnianym wcześniej "mądrym człowiekiem".
Powiedział mi: "Pani Agatko, zmieniła się Pani, dojrzała - zauważyłem to, bo inaczej błyszczą Pani oczy"

Spoglądam jeszcze raz w lusterko i z przerażeniem stwierdzam, że płomień w mych oczach zapłonął zbyt wcześnie, zbyt intensywnie rozpalał moje wnętrze, aż wreszcie....
...wypalił się! Ja się wypaliłam!
Nie dostrzegam już tych iskierek, tak wyraźnych u małej Agatki, lekko przyćmionych u tej starszej, pod wpływem porażek. Zgasły zupełnie.

Nie wierzę. To nie jest moje spojrzenie, to nie ja! Ten pusty wzrok, pełny goryczy. Czy to możliwe? Nie to nie ja, na pewno nie!

A jednak, spoglądam jeszcze raz. Nie potrafię zaprzeczyć. Nie potrafię jednak też poznać własnego spojrzenia!
Co teraz?
Co robić dalej?

Czy pasja, która przepełniała mała Agatkę, była tylko wynikiem kaprysu???
Czyż nie była to miłość w czystej swej postaci???


Tak, jest to miłość! - jeżeli myśl tkliwa,
Stateczna w próbach, w każdej chwili żywa,
Której samotność, świat, szyderstwo ludzi
Ani co większa, sam czas nie ostudzi,
Której ni zmienne fortuny igrzysko
Nie zaćmi smutkiem - póki Ona blisko;

Biernie czekając

Wiele się ostatnio działo. W całym tym zamęcie zaczęłam gdzieś po drodze gubić siebie.
To źle, bardzo źle. Tego właśnie zawsze się bałam.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że było mi z tym dobrze. Jak to możliwe, by w jednej istocie było tyle sprzeczności? Jak to możliwe, że coś co uważamy za złe może nam dawać radość, poczucie komfortu?
Nie jestem zamknięta kulą. Ciągle szukam swojego miejsca...ciągle szukam siebie.
Zawsze myślałam, że znam swoje życie, znam siebie, stawiam sobie cele i robię wszystko, by je osiągnąć.

Zmęczona przeciętnością tego świata, innych ludzi próbowałam wpasować się w ich nudną codzienność, zachowując się tak jak oni od momentu gdy pierwszy promień słońca tak bezczelnie wciskał się do pokoju, by ogrzać mój policzek, aż do chwili gdy powieki nie mogły już zdzierżyć tego na co przez cały dzień zmuszone były patrzeć moje oczy i decydowały się dać im chwilę wytchnienia. Wtedy, jak to zwykłam mawiać, zdejmowałam z ust ten przyklejony do twarzy uśmiech numer 5, zmywałam make-up kryjący moje rozczarowanie światem, ukrywający przed nim moje zdegustowanie i...powoli zaczynałam pogrążać się w myślach. Myślałam o wszystkim:
- dlaczego ludzie są tacy, a nie inni?
- dlaczego świat jest zbudowany w ten sposób, że równość jest tylko pojęciem teoretycznym?
- dlaczego nie dostaliśmy wszyscy takiej samej szansy na realizację swoich marzeń?
- dlaczego wciąż zmuszeni jesteśmy udawać, grać narzucone nam przez społeczeństwo role?
- i wreszcie dlaczego jesteśmy jak ten zdesperowany aktor, który z jakichś przyczyn nie potrafi albo nie może odrzucić propozycji i decyduje się na wszystko nawet na najmniejszą rólkę, by tylko utrzymać się w tym zawirowanym światku?
Patrząc na to z tej perspektywy, postrzegałam się jako swego rodzaju dziwoląga - dziwoląga, który mimo wszystko stoi gdzieś ponad tym. Czy czułam się lepsza? Nie wiem, może. Wiedziałam, że jestem kompletnie wyalienowana. Miałam jednak wrażenie, że to dobrze, że dzięki temu dostrzegam ten cały syf, który mnie otacza. Byłam na jakby innym poziomie wtajemniczenia, przekonana, że inni tego nie dostrzegają, że prowadzą to swoje mniej lub bardziej ułożone życie według zasad narzuconych im przez chore systemy polityczno-społeczne. Wierzyłam, że czują się częścią tej głupiej gry, nie zdając sobie sprawy, że są tylko pionkami, które robią dokładnie to co mają narzucone z góry. Nie przyszło mi na myśl, że może mają tego życia dość tak samo jak ja, że też dostrzegają to wszystko i marzą, by nie musieli już więcej tego oglądać. Nawet przez moment nie pomyślałam, że nienawidzą tego co ich otacza i może są nawet w gorszej sytuacji niż ja - może napatrzyli się już na tyle hipokryzji i żyli zbyt długo w tym burdelu zwanym "cywilizowanym światem", że może są już zbyt zmęczeni. Może nie maja siły, by walczyć, może są zbyt zniechęceni, by krzyczeć, że świat jest zły, że trzeba to zmienić, może po prostu wiedzą, że to nie ma sensu...
Nie - ja byłam zbyt dumna, by dopuścić do siebie taką myśl. Żyłam w przekonaniu, że zostałam dopuszczona, do jakiejś wyjątkowej grupy "wtajemniczonych". Przekonana, że wiem coś, z czego inni ludzie kompletnie nie zdają sobie sprawy. Zaczęłam krzyczeć, że smród tego świata zaczyna mnie zabijać, że wchodzi przez nozdrza i powoli wypełnia płuca utrudniając oddychanie - trując mnie od wewnątrz. Nie rozumieli - mówili, że przesadzam, że jestem negatywnie nastawiona do świata, nazywali pesymistką, chcieli bym dostrzegała piękno, a nie brzydotę. Nie potrafiłam. Nienawidziłam ich za to jeszcze bardziej.
Teraz kiedy tak o tym myślę, mam wrażenie, że może czuli to samo co ja, że może to co mówili miało mnie uchronić od wiedzy, która odbiera radość życia. Być może nie mówili tego wszystkiego, bo mnie nie rozumieli. Może po prostu chcieli mi zaoszczędzić goryczy życia, uchronić mnie od niej najdłużej jak to możliwe. Kto wie?
Wtedy jednak byłam pewna, że te bezmyślne robociki, funkcjonujące w swoich betonowych pudełeczkach, nie mają pojęcia o czym mówię. Wkurwiało mnie to, a jednocześnie im zazdrościłam. Tak, zazdrościłam im bardzo! Może właśnie dlatego ich tak nienawidziłam. Żałowałam czasem, nawet bardzo często, że nie mogę tak jak oni zamknąć się w swoim pudełeczku i żyć w błogiej nieświadomości. "Wiedza boli" - usłyszałam kiedyś. Nigdy nie byłam o tym bardziej przekonana niż wtedy. A ja tak bardzo chciałam, żeby nie bolało. Ale wiedziałam, że rana tak głęboka nigdy nie zagoi się w 100%, dlatego jak największa egoistka, chciałam by inni też to poczuli, nie chciałam być w tym sama. Pragnęłam dzielić ból egzystencji z innymi, ale oni pieprzyli ciągle coś o optymizmie i radości życia. Mówili jak trzeba postępować, by osiągnąć szczęście. Czym w ogóle jest to cholerne szczęście???
Nie mogąc podzielić się z nimi moją "wiedzą" i "bólem", zaczęłam szukać w sobie wyjątkowości, właśnie dlatego czułam się "wybrana". Znalazłam grupkę ludzi, którzy tak jak ja nie potrafili milczeć. Oni mnie rozumieli. Czułam, że jesteśmy lepsi niż te wszystkie robaczki niczego nieświadome. Przestałam krzyczeć! Był ktoś z kim mogłam dzielić się tym co rozdzierało mnie od środka, a co najważniejsze, ten ktoś czuł to samo. Przyjęłam nowa taktykę. Co rano zakładałam nowe przebranie optymistki pełnej entuzjazmu, potrafiącej cieszyć się życiem, a tylko w gronie "wtajemniczonych" ujawniałam swoje prawdziwe myśli i uczucia. Nauczyłam się tego. Opanowałam do perfekcji sztukę grania kogoś kim nie jestem i nigdy nie byłam. Pasowało mi to. Momentami nawet zaczęłam zapominać o tym burdelu w jakim przyszło mi żyć. Wtapiałam się w tło coraz bardziej. Do tego stopnia, że momentami nawet sama wierzyłam, że jestem elementem tego zgrabnie narysowanego obrazka zwanego społeczeństwem. Tak, obrazek był śliczny - szkoda tylko, że była to podróbka. Byłoby tak pewnie nadal, gdybym nie zaczęła dostrzegać, że wcale nie ma we mnie nic wyjątkowego. No może poza wyjątkową głupotą! Krążyłam między dwoma światami. W jednym świadoma brzydoty cyniczka, w drugim przykładna optymistka, która zawsze musi wszystkim pomagać, dla wszystkich być miła i wierzy w to, że ma powody do szczęścia.
Idealistka, świadoma że ugrzęzła w gównie i pragnąca się z niego wydostać vs. entuzjastka życia, wiarygodna tak samo jak blondynka przefarbowana na czarno, tudzież odwrotnie.
Lol! Dwie skrajnie różne postacie - i to niby wszystko JA!
Teraz zaczęłam jednak dostrzegać, że ja i moje życie to jeden wielki kicz! Jeszcze większy niż ten, na który tak narzekam, który wypełnia cały świat. Miotając się między dwoma światami nie należałam do żadnego. W gruncie rzeczy nienawidziłam ich obu równie mocno i nie chciałam do żadnego należeć. Tyle, że nagle obudziłam się z ręką w nocniku, dostrzegając, że nie ma dla mnie miejsca. Bo która niby JA jest bardziej realna, która wersja mnie jest bardziej moja???
Ostatnio w rozmowie z przyjaciółką (nie będę tu ujawniać czego dotyczyła rozmowa i kim owa przyjaciółka jest, bo to nie o tym chcę pisać) powiedziałam coś o sobie, tak zupełnie automatycznie, nie przemyślałam tego. Odniosłam jednak wrażenie, że ona przeniosła to na siebie, i że zniechęciło ją to do działania. Czułam się winna, bo nie było to moim zamierzeniem. Zwyczajnie odpowiedziałam co ja bym zrobiła, a czego nie. Nie kierowałam się jednak tym co właściwe, a co nie, tylko tym na co ja sobie mogę pozwolić, na co mogłabym się zdecydować pozostając w zgodzie z sobą. Chcąc to sprostować i nie kierować jej w żadną ze stron, tak by to była tylko i wyłącznie jej decyzja napisałam jej kilka słów, takich płynących prosto ze mnie, nie przemyślanych, czy ułożonych, tylko takich które siedziały gdzieś w mojej podświadomości. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero kiedy je przeczytałam po raz kolejny po wysłaniu uświadomiłam sobie, że takie właśnie jest moje "życie".
Tak brzmiała część mojej wiadomości:


Nie chodziło mi o to, że ja bym tego nie zrobiła, bo to złe, czy niewłaściwe, tylko o to, że ja bym stchórzyła. Zawsze lepiej wychodziło mi życie cudzym życiem i marzenie, że może kiedyś moje też wkroczy na właściwe tory, niż aktywne zajęcie się swoim życiem, tym co jest tu i teraz. "Wziąć sprawy w swoje ręce" nigdy nie było moją domeną. Może właśnie dlatego, że boję się trochę życia i tego co może się z tym wiązać, boję się ryzyka. Może właśnie dlatego w teatrze życia zawsze czułam się bardziej widzem niż aktorem. Ale to nie znaczy, że bycie aktorem jest złe. Być może wręcz przeciwnie - może to właśnie bycie widzem nie jest dobre, ale to nie o to chodzi.



Wybrałam ten fragment, bo w żaden sposób nie sugeruje, czego i kogo dotyczyła rozmowa. Pokazuje tylko mnie w tym wszystkim. To co mnie przeraziło, kiedy spojrzałam wstecz i zobaczyłam, że to najtrafniejszy opis mojego życia. Bojąc się porażki nie potrafię podjąć inicjatywy. Żyję marzeniami, o których wiem, że nigdy się nie spełnią, bo nie zrobię nic, by się spełniły. Obserwuję innych, doradzam im, wspieram jak potrafię. Jedyne czego nie potrafię, to podjęcie decyzji dotyczących mojego własnego życia. A dlaczego? Bo ja nie mam własnego życia, bo boję się żyć...

A najgorsze jest to, że już chyba nie potrafię tego zmienić. Ciągle biernie czekam, aż coś się zmieni...
February 2012
M T W T F S S
January 2012March 2012
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29