"Panta rei" - tak mówią... no i chyba mają rację. Doszłam do wniosku, że z każdym dniem życie przelatuje mi przez palce, a ja choć staram się wyciągnąć z niego jak najwięcej, odczuwam ciągle swego rodzaju niedosyt. Czas szybko ucieka, a mnie przepełnia świadomość, że tyle jest jeszcze do zrobienia. Czasami obawiam się, że życie jest zbyt krótkie, żeby to wszystko osiągnąć. A może to ja mam zbyt wiele planów? Może postawiłam sobie zbyt wysokie cele? Mam nadzieję, że nie, ale przeraża mnie czasem fakt, że tak wiele pracy jeszcze przede mną.
A może nie tylko przeraża??? Hmmm...przypominają mi się zajęcia z literaturoznawstwa. Kiedy omawialiśmy sacrum, nasz wykładowca (swoją drogą niesamowicie inteligentny, interesujący i oczytany człowiek) powiedział, że sacrum to coś co nas przeraża i jednocześnie fascynuje. Pozwoliłam sobie wtedy zupełnie odpłynąć i zamiast - w oparciu o jego słowa - interpretować wiersz, ja próbowałam zinterpretować, swoje życie, myśli, odczucia... Odniosłam wrażenie, że strasznie się boję tego co jeszcze przede mną, ale z drugiej strony niesamowicie mnie to fascynuje - do tego stopnia, że nie potrafię się zatrzymać. Zmiany, które ostatnio zaszły w moim życiu, wywołały szereg kolejnych zmian i przewróciły mój świat do góry nogami. Ale - o dziwo - podoba mi się to mimo niepewności, która mi towarzyszy. Co więcej, wydaje mi się, że to jeszcze nie koniec. Ale to nawet lepiej. Ciągle szukam siebie, a każda zmiana pozwala mi odnaleźć siebie na nowo, poznać jakąś inną, ukrytą dotąd część mojej tożsamości. I mimo, że dla kogoś z zewnątrz moje życie może wydawać się stateczne, a nawet nudne, to ja zaczynam je lubić, bo widzę jak wiele się w nim dzieje. Nie są to zmiany widoczne na pierwszy rzut oka, wręcz przeciwnie - największe zmiany zachodzą w moim wnętrzu. I właśnie to mi się tak bardzo podoba Dzięki tym zmianom czuję jakąś niesamowitą energię w sobie, i mimo tych wszystkich wątpliwości i niepewności, chcę spróbować osiągnąć cele, które sobie wyznaczyłam.
Yyyyy...no właśnie co by tu napisać??? Tak dawno się nie udzielałam, że już nawet nie wiem od czego zacząć. Heh...pewnie nawet teraz bym się za to nie wzięła, gdyby nie opieprzyła mnie kumpela. Stwierdziła, że skoro dla niej mam tak mało czasu, to chociaż na blogu mogłabym coś naskrobać - miałaby przynajmniej ogólny obraz tego co się u mnie dzieje. A dzieje się sporo, chociaż to nic specjalnego - taka rutyna, która wypełnia mi każdą chwilę. Okazało się, że z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn znalazły się pieniądze i zostałam skierowana na staż, ale nie tam gdzie chciałam tylko w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Dziś zaczął się trzeci tydzień, który tam spędzam, no i muszę przyznać, że nie żałuję. Mam zajęcie, a atmosfera niesamowicie miła. Wszyscy są życzliwi i chętnie odpowiadają na moje męczące pytania Generalnie fajna sprawa Trochę mało mam przez to czasu na naukę i w ogóle na odpoczynek, no ale cóż nie można mieć wszystkiego Jak na razie wstaję codziennie o 5 rano (co w moim przypadku nigdy nie było normą ), wracam do domu po 16, uczę się i śpię (to ostatnio moje ulubione zajęcie - oczywiście mowa o spaniu ). Zjazdy mam w każdy weekend łącznie z piątkami, więc urywam się z pracy troszkę wcześniej i cały weekend spędzam na uczelni, a od poniedziałku znów praca i tak w kółko W sumie to nie narzekam, bo i w Agencji i na uczelni mi się podoba, ale chciałabym się chociaż raz porządnie wyspać, nie tak urywkami, pomiędzy literaturoznawstwem, a fonologią Ale dam radę, w końcu jak nie ja to kto??? ;D Tak więc pełna optymizmu czekam na to co przyniesie jutro
Długo nie pisałam. Najpierw dlatego, że nie miałam o czym pisać, bo w moim życiu nie działo się zupełnie nic i każdy dzień wyglądał tak samo, a potem dlatego, że nie miałam czasu na pisanie. Trochę się pozmieniało. Zaczęłam ostro studiować Po pierwszych zajęciach wyszłam przerażona zastanawiając się co ja tam w ogóle robię - ale to podobno całkiem normalne (przynajmniej tak twierdzą wszyscy znajomi angliści) ;p Potem na szczęście było coraz lepiej...z wykładu na wykład rozumiałam coraz więcej i coraz bardziej mi się to podobało. Nie będzie co prawda tak łatwo jak myślałam, ale to nawet lepiej...bo i moja motywacja jest większa. Właśnie tego szukałam. A że lubię wyzwania, to podoba mi się taka sytuacja Grupę mam fajna i bardzo szybko się zgraliśmy. Cieszę się, że trafiłam akurat na tych ludzi...zresztą pozostałe 2 grupy też całkiem sympatyczne Wykładowcy też całkiem w porządku, co prawda spodziewałam się troszkę starszych i bardziej doświadczonych ludzi, ale wcale nie jestem zawiedziona. Jak na razie jest OK, oby tak zostało Heh....nawet Łacina nie wygląda tak strasznie jak się zapowiadało Jedyne co mnie meczy to, to "życie na walizkach". Pół tygodnia spędzam w domu, pół u Leny i tak naprawdę ciągle gdzieś krążę, ale chyba się przyzwyczaję. Poza tym właściwie bez zmian. Teraz może być już tylko lepiej Początki zawsze bywają trudne, szczególnie kiedy idzie się na wykłady po nieprzespanej nocy (a jeszcze trudniejsze wtedy, gdy przez poprzednie 3 noce też się niewiele spało i funkcjonuje się z gorączką ) ale ten etap mam już za sobą Także, jak na razie bardzo pozytywnie. Martwi mnie tylko, że mam teraz tak mało czasu dla Agi i dzieciaczków. Co prawda jesteśmy w stałym kontakcie, ale to nie to samo Co więcej od stycznia Aga planuje się przeprowadzić na Śląsk, a wtedy w ogóle będzie nam trudno się spotykać. To jeszcze nie jest na 100% pewne, ale bardzo prawdopodobne
Szkoda...mam nadzieję, że jeszcze jakoś inaczej się to ułoży...nie chcę, żeby Aga sie wyprowadzała, ale z drugiej strony jeśli ma być jej tam lepiej....ehhhh....
Biorąc pod uwagę moje ostatnie poczynania (a raczej ich totalny brak) doszłam do wniosku, że zaczynam zachowywać się jak stara, znudzona życiem kobieta, która już nawet nie potrafi cieszyć się drobiazgami. Kontakt z ludźmi ograniczony do minimum i każdy nudny dzień wyglądający tak samo - pobudka (najczęściej koło południa), muzyka, książka i sen. Równie dobrze mogłabym w ogóle nie wstawać, tylko godzinami gapić się w sufit - wielkiej różnicy by nie było. Jedyne urozmaicenie to dni spędzane z Agą i dzieciakami. Dlatego też kiedy Lena napisała mi, że chce pojechać ze mną na koncercik TGD, pomyślałam, że będzie to miła odskocznia od codzienności, chociaż oczywiście nie wiedziałam nawet co to jest, to całe TGD. No w każdym razie, pojechałam do Leny w sobotę i spędziłyśmy ze sobą cały dzień. Pogoda była nieszczególna, więc nigdzie nie wychodziłyśmy, ale i tak było sympatycznie Wieczorkiem podłapałyśmy jakiegoś schiza i zaczęłyśmy się wygłupiać, śmiać bez powodu, robić sobie idiotyczne foty i wspominać stare, dobre czasy.
Niedziela też szybko zleciała. Pojechałyśmy ze znajomym Leny, powłóczyliśmy się trochę bez celu po Kielcach (zrobiliśmy chyba więcej km niż przez ostatnie 3 miesiące) a potem poszliśmy na ten koncercik. Zdążyłam się już wcześniej dowiedzieć, że to taki polski chór gospel. Niby nie słucham na co dzień, ale tematyka mi nie przeszkadzała - w końcu jestem wierząca, praktykująca i nie wstydzę się tego, a muzycznie muszę przyznać, że gospel nie jest mi tak zupełnie obce - w końcu nierozerwalnie łączy się z jazz'em, który kocham. Tak więc nie żałowałam, że pojechałam. Było OK, mimo drobnych problemów z powrotem No ale kiedy już wróciłyśmy, nie miałyśmy siły na nic.
Do domu wróciłam dopiero w poniedziałek wieczorem, dlatego miałyśmy jeszcze niemal cały dzień na to, żeby pogadać. No i znalazłyśmy sobie temat Czystość przedmałżeńska, miłość i religia. Gorszego połączenia nie mogłyśmy sobie wybrać, bo oczywiście mamy tak odmienne poglądy, że polemika rozgorzała na maxa Ona przekonywała mnie, że czystość przedmałżeńska jest niemal najważniejszą rzeczą, że to wyraz szacunku mężczyzny wobec kobiety. Mówiła o tym tak, jakby sex był najobrzydliwszą rzeczą pod słońcem przed ślubem, a po ślubie zmieniał się w coś niesamowicie pięknego. Ja nie potrafiłam zrozumieć czemu uważa, że papierek coś zmienia. Nigdy nie twierdziłam, że sex z przypadkowo napotkaną osobą jest dobry, ale jak to mówią "co kto lubi" - ja nie oceniam - każdy ma prawo wyboru swojej drogi i nie mi oceniać, czy to dobre czy złe. Nigdy nie próbowałam nikomu narzucać niczego, ani wyznaczać jakichś zakazów, czy udzielać pouczeń. Każdy ma wolną wolę i może robić co chce i co uważa dla siebie za dobre. Jeżeli tylko nie krzywdzi przy tym kogoś, to jeśli chodzi o mnie - nie ma problemu - granice mojej tolerancji i zrozumienia są naprawdę szerokie. Ale to zupełnie inna sytuacja. Nasza czysto hipotetyczna rozmowa dotyczyła sytuacji, kiedy pojawia się prawdziwe uczucie. A przecież tyle się słyszy o tym, że wtedy ludzie nie traktują intymnych zbliżeń jak sportu, czy źródła zwykłej przyjemności, wręcz przeciwnie - seks staje się dla nich jednym ze sposobów wyrażania swojej miłości - nie mówię, że najważniejszym, ale na pewno istotnym (podobno:p ) Toteż nie rozumiem, dlaczego Lena uważa, że przed ślubem nie można wyrażać w ten sposób swych uczuć, a po ślubie nie ma w tym nic złego. Przecież to tak naprawdę tylko formalność. Czasem jedno spojrzenie pełne uczucia, znaczy więcej niż te wszystkie przysięgi wypowiadane w obliczu wszystkich znajomych i członków rodziny. Wydaje mi się, że prawdziwe uczucie (o ile w ogóle istnieje) obroni się samo i nie potrzeba do tego żadnych deklaracji. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Gdybym miała wybór, wolałabym żyć w związku niesformalizowanym, ale pełnym miłości, wzajemnego szacunku i ciepła, niż żyć z kimś kto notorycznie łamie swoje przysięgi, albo dotrzymuje ich tylko dlatego, że kiedyś popełnił błąd i podjął niepotrzebne zobowiązanie. Nie chciałabym zmuszać nikogo, do bycia ze mną tylko dlatego, że zmusza do tego wypowiedziana w chwili zauroczenia przysięga, której nie można cofnąć i z której nie można zwolnić. Lena powiedziała mi wtedy, jak bardzo istotne jest dla niej, by Bóg pobłogosławił związek, w który ona kiedyś postanowi wstąpić. Wydaje mi się, że kiedy pojawia się prawdziwe uczucie to już samo w sobie jest ogromnym błogosławieństwem, a Bóg, który jest przecież wszechobecny pobłogosławi taki związek tak czy inaczej, jeśli tylko będzie on oparty na prawdziwej miłości, takiej która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą - nawet jeśli dwoje ludzi przysięgnie sobie miłość w domowym zaciszu, a nie przed ołtarzem z całą pompą i fajerwerkami. W trakcie tej rozmowy odniosłam wrażenie, że Lena momentami niweluje różnicę pomiędzy Bogiem, a kapłanem. Przecież nie o to chodzi, by związek został pobłogosławiony przez księdza, ale właśnie o to, by to Bóg udzielił swego błogosławieństwa. Podsumowując - ja wierzę w Boga i Jego słowo, a nie w księży i tradycję. Ciocia, która przyłączyła się do rozmowy, prezentując przy tym poglądy różniące się zarówno od moich, jak i od poglądów Leny, była nieco zdziwiona faktem, że nie interesują mnie te całe wielkie uroczystości związane z zaręczynami w wielkim stylu, z bukietem róż i ogromnym pierścionkiem w towarzystwie rodziny, śluby, białe suknie, obrączki i to sakramentalne "tak", które - bądźmy szczerzy - dla większości ludzi niemal nic nie znaczy. Ale dla mnie liczy się to co czuję i to co czują inni, a nie popisy przed znajomymi ślubem w wielkim stylu. To nie w moim stylu. Nie twierdze, że jestem przeciwna ślubom, ale nie sądzę, by ta cała przysięga miała większe znaczenie, niż samo uczucie. Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy usłyszałam, że nie decydując się na ślub, nie będę miała zapisu w aktach, pieczątek i podpisów świadków.Przypuszczam, że gdyby Bóg chciał mnie o coś zapytać na sądzie ostatecznym, to spytałby mnie, czy żyłam zgodnie ze swoim sumieniem, czy potrafiłam kochać miłością, która daje, nie żądając nic w zamian, wątpię by spytał mnie o pieczątki, akta i świadków
Nie wiem jak potoczy się moje życie, nie wiem, czy kiedyś spotkam taką miłość, nawet nie wiem, czy ona naprawdę istnieje, ale właśnie te wątpliwości dają mi podstawę, do wiary w to jak wiele zależy ode mnie. Wiem, że posiadam sumienie, które mówi mi co jest dobre, a co złe. Nikt nie przeżyje za mnie mojego życia, więc też nikt nie będzie mi dyktował jak mam żyć. Mogę popełniać błędy, mogę się mylić, bo jestem tylko zwykłym człowiekiem, ale wierzę w to, że postępuję słusznie i ta wiara daje mi siłę.
To trochę tak jak z krucjatą, która podpisała Lena. Dla niej to wielkie przeżycie, bo złożyła Bogu pisemną deklarację, zobowiązując się do rocznej abstynencji alkoholowej. Ja nie chciałabym podpisywać takiego zobowiązania nie dlatego, że czuje się słaba i nie wiem, czy bym wytrzymała, ale dlatego, że jeśli zdecydowałabym się na taki krok, to chciałabym dotrzymać takiej obietnicy wyłącznie pod wpływem mojej silnej woli, a nie z myślą, że robię to, bo podpisałam jakieś zobowiązanie.
W każdym razie ta rozmowa dużo mi dała. Zarysowała ogromne różnice w naszych poglądach, ale pozwoliła mi dokładniej poznać samą siebie.
Tak a propos tematu przypomniał mi się pewien utwór:
Nieważne są żadne słowa, nasza miłość jest piękna Zrozum to wreszcie Nie liczy się nic, liczą się przyspieszone tętna Zrozum to wreszcie
Rosół z siebie robię I podaję tobie Wprost do ust Mój niedzielny biust
Filety z twojej kobiety Rosół z domowej kury A na deser chmury...
Yyyy....no może zacznę od czegoś prostszego No właśnie - brak zajęcia i nadmiar wolnego czasu skutkuje w moim przypadku w bardzo zaskakujący sposób. Jako że nigdy nie miałam zapału do gotowania, toteż moje umiejętności kulinarne stoją na najniższym poziomie (o ile nie zeszły całkiem w podziemia ) Jak to mawia moja babcia - gdybym kiedyś miała męża, to umarłby z głodu No i pewnie ma rację. Przez całe moje życie tylko 3 razy miałam wenę do eksperymentów kulinarnych. Tak też było dziś, wzięłam się za gotowanie i poszło mi całkiem nieźle, tzn. wszyscy którzy kosztowali żyją i na razie mają się dobrze - nawet twierdzili, że im smakuje, więc może póki nie mam zajęcia, zacznę się realizować w kuchni Tylko co by tu jutro upichcić??? Hmmm...może "zupę z muchomorów" albo "zrazy z ekstazy"