Długo nie pisałam. Najpierw dlatego, że nie miałam o czym pisać, bo w moim życiu nie działo się zupełnie nic i każdy dzień wyglądał tak samo, a potem dlatego, że nie miałam czasu na pisanie. Trochę się pozmieniało. Zaczęłam ostro studiować Po pierwszych zajęciach wyszłam przerażona zastanawiając się co ja tam w ogóle robię - ale to podobno całkiem normalne (przynajmniej tak twierdzą wszyscy znajomi angliści) ;p Potem na szczęście było coraz lepiej...z wykładu na wykład rozumiałam coraz więcej i coraz bardziej mi się to podobało. Nie będzie co prawda tak łatwo jak myślałam, ale to nawet lepiej...bo i moja motywacja jest większa. Właśnie tego szukałam. A że lubię wyzwania, to podoba mi się taka sytuacja Grupę mam fajna i bardzo szybko się zgraliśmy. Cieszę się, że trafiłam akurat na tych ludzi...zresztą pozostałe 2 grupy też całkiem sympatyczne Wykładowcy też całkiem w porządku, co prawda spodziewałam się troszkę starszych i bardziej doświadczonych ludzi, ale wcale nie jestem zawiedziona. Jak na razie jest OK, oby tak zostało Heh....nawet Łacina nie wygląda tak strasznie jak się zapowiadało Jedyne co mnie meczy to, to "życie na walizkach". Pół tygodnia spędzam w domu, pół u Leny i tak naprawdę ciągle gdzieś krążę, ale chyba się przyzwyczaję. Poza tym właściwie bez zmian. Teraz może być już tylko lepiej Początki zawsze bywają trudne, szczególnie kiedy idzie się na wykłady po nieprzespanej nocy (a jeszcze trudniejsze wtedy, gdy przez poprzednie 3 noce też się niewiele spało i funkcjonuje się z gorączką ) ale ten etap mam już za sobą Także, jak na razie bardzo pozytywnie. Martwi mnie tylko, że mam teraz tak mało czasu dla Agi i dzieciaczków. Co prawda jesteśmy w stałym kontakcie, ale to nie to samo Co więcej od stycznia Aga planuje się przeprowadzić na Śląsk, a wtedy w ogóle będzie nam trudno się spotykać. To jeszcze nie jest na 100% pewne, ale bardzo prawdopodobne
Szkoda...mam nadzieję, że jeszcze jakoś inaczej się to ułoży...nie chcę, żeby Aga sie wyprowadzała, ale z drugiej strony jeśli ma być jej tam lepiej....ehhhh....
Biorąc pod uwagę moje ostatnie poczynania (a raczej ich totalny brak) doszłam do wniosku, że zaczynam zachowywać się jak stara, znudzona życiem kobieta, która już nawet nie potrafi cieszyć się drobiazgami. Kontakt z ludźmi ograniczony do minimum i każdy nudny dzień wyglądający tak samo - pobudka (najczęściej koło południa), muzyka, książka i sen. Równie dobrze mogłabym w ogóle nie wstawać, tylko godzinami gapić się w sufit - wielkiej różnicy by nie było. Jedyne urozmaicenie to dni spędzane z Agą i dzieciakami. Dlatego też kiedy Lena napisała mi, że chce pojechać ze mną na koncercik TGD, pomyślałam, że będzie to miła odskocznia od codzienności, chociaż oczywiście nie wiedziałam nawet co to jest, to całe TGD. No w każdym razie, pojechałam do Leny w sobotę i spędziłyśmy ze sobą cały dzień. Pogoda była nieszczególna, więc nigdzie nie wychodziłyśmy, ale i tak było sympatycznie Wieczorkiem podłapałyśmy jakiegoś schiza i zaczęłyśmy się wygłupiać, śmiać bez powodu, robić sobie idiotyczne foty i wspominać stare, dobre czasy.
Niedziela też szybko zleciała. Pojechałyśmy ze znajomym Leny, powłóczyliśmy się trochę bez celu po Kielcach (zrobiliśmy chyba więcej km niż przez ostatnie 3 miesiące) a potem poszliśmy na ten koncercik. Zdążyłam się już wcześniej dowiedzieć, że to taki polski chór gospel. Niby nie słucham na co dzień, ale tematyka mi nie przeszkadzała - w końcu jestem wierząca, praktykująca i nie wstydzę się tego, a muzycznie muszę przyznać, że gospel nie jest mi tak zupełnie obce - w końcu nierozerwalnie łączy się z jazz'em, który kocham. Tak więc nie żałowałam, że pojechałam. Było OK, mimo drobnych problemów z powrotem No ale kiedy już wróciłyśmy, nie miałyśmy siły na nic.
Do domu wróciłam dopiero w poniedziałek wieczorem, dlatego miałyśmy jeszcze niemal cały dzień na to, żeby pogadać. No i znalazłyśmy sobie temat Czystość przedmałżeńska, miłość i religia. Gorszego połączenia nie mogłyśmy sobie wybrać, bo oczywiście mamy tak odmienne poglądy, że polemika rozgorzała na maxa Ona przekonywała mnie, że czystość przedmałżeńska jest niemal najważniejszą rzeczą, że to wyraz szacunku mężczyzny wobec kobiety. Mówiła o tym tak, jakby sex był najobrzydliwszą rzeczą pod słońcem przed ślubem, a po ślubie zmieniał się w coś niesamowicie pięknego. Ja nie potrafiłam zrozumieć czemu uważa, że papierek coś zmienia. Nigdy nie twierdziłam, że sex z przypadkowo napotkaną osobą jest dobry, ale jak to mówią "co kto lubi" - ja nie oceniam - każdy ma prawo wyboru swojej drogi i nie mi oceniać, czy to dobre czy złe. Nigdy nie próbowałam nikomu narzucać niczego, ani wyznaczać jakichś zakazów, czy udzielać pouczeń. Każdy ma wolną wolę i może robić co chce i co uważa dla siebie za dobre. Jeżeli tylko nie krzywdzi przy tym kogoś, to jeśli chodzi o mnie - nie ma problemu - granice mojej tolerancji i zrozumienia są naprawdę szerokie. Ale to zupełnie inna sytuacja. Nasza czysto hipotetyczna rozmowa dotyczyła sytuacji, kiedy pojawia się prawdziwe uczucie. A przecież tyle się słyszy o tym, że wtedy ludzie nie traktują intymnych zbliżeń jak sportu, czy źródła zwykłej przyjemności, wręcz przeciwnie - seks staje się dla nich jednym ze sposobów wyrażania swojej miłości - nie mówię, że najważniejszym, ale na pewno istotnym (podobno:p ) Toteż nie rozumiem, dlaczego Lena uważa, że przed ślubem nie można wyrażać w ten sposób swych uczuć, a po ślubie nie ma w tym nic złego. Przecież to tak naprawdę tylko formalność. Czasem jedno spojrzenie pełne uczucia, znaczy więcej niż te wszystkie przysięgi wypowiadane w obliczu wszystkich znajomych i członków rodziny. Wydaje mi się, że prawdziwe uczucie (o ile w ogóle istnieje) obroni się samo i nie potrzeba do tego żadnych deklaracji. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Gdybym miała wybór, wolałabym żyć w związku niesformalizowanym, ale pełnym miłości, wzajemnego szacunku i ciepła, niż żyć z kimś kto notorycznie łamie swoje przysięgi, albo dotrzymuje ich tylko dlatego, że kiedyś popełnił błąd i podjął niepotrzebne zobowiązanie. Nie chciałabym zmuszać nikogo, do bycia ze mną tylko dlatego, że zmusza do tego wypowiedziana w chwili zauroczenia przysięga, której nie można cofnąć i z której nie można zwolnić. Lena powiedziała mi wtedy, jak bardzo istotne jest dla niej, by Bóg pobłogosławił związek, w który ona kiedyś postanowi wstąpić. Wydaje mi się, że kiedy pojawia się prawdziwe uczucie to już samo w sobie jest ogromnym błogosławieństwem, a Bóg, który jest przecież wszechobecny pobłogosławi taki związek tak czy inaczej, jeśli tylko będzie on oparty na prawdziwej miłości, takiej która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą - nawet jeśli dwoje ludzi przysięgnie sobie miłość w domowym zaciszu, a nie przed ołtarzem z całą pompą i fajerwerkami. W trakcie tej rozmowy odniosłam wrażenie, że Lena momentami niweluje różnicę pomiędzy Bogiem, a kapłanem. Przecież nie o to chodzi, by związek został pobłogosławiony przez księdza, ale właśnie o to, by to Bóg udzielił swego błogosławieństwa. Podsumowując - ja wierzę w Boga i Jego słowo, a nie w księży i tradycję. Ciocia, która przyłączyła się do rozmowy, prezentując przy tym poglądy różniące się zarówno od moich, jak i od poglądów Leny, była nieco zdziwiona faktem, że nie interesują mnie te całe wielkie uroczystości związane z zaręczynami w wielkim stylu, z bukietem róż i ogromnym pierścionkiem w towarzystwie rodziny, śluby, białe suknie, obrączki i to sakramentalne "tak", które - bądźmy szczerzy - dla większości ludzi niemal nic nie znaczy. Ale dla mnie liczy się to co czuję i to co czują inni, a nie popisy przed znajomymi ślubem w wielkim stylu. To nie w moim stylu. Nie twierdze, że jestem przeciwna ślubom, ale nie sądzę, by ta cała przysięga miała większe znaczenie, niż samo uczucie. Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy usłyszałam, że nie decydując się na ślub, nie będę miała zapisu w aktach, pieczątek i podpisów świadków.Przypuszczam, że gdyby Bóg chciał mnie o coś zapytać na sądzie ostatecznym, to spytałby mnie, czy żyłam zgodnie ze swoim sumieniem, czy potrafiłam kochać miłością, która daje, nie żądając nic w zamian, wątpię by spytał mnie o pieczątki, akta i świadków
Nie wiem jak potoczy się moje życie, nie wiem, czy kiedyś spotkam taką miłość, nawet nie wiem, czy ona naprawdę istnieje, ale właśnie te wątpliwości dają mi podstawę, do wiary w to jak wiele zależy ode mnie. Wiem, że posiadam sumienie, które mówi mi co jest dobre, a co złe. Nikt nie przeżyje za mnie mojego życia, więc też nikt nie będzie mi dyktował jak mam żyć. Mogę popełniać błędy, mogę się mylić, bo jestem tylko zwykłym człowiekiem, ale wierzę w to, że postępuję słusznie i ta wiara daje mi siłę.
To trochę tak jak z krucjatą, która podpisała Lena. Dla niej to wielkie przeżycie, bo złożyła Bogu pisemną deklarację, zobowiązując się do rocznej abstynencji alkoholowej. Ja nie chciałabym podpisywać takiego zobowiązania nie dlatego, że czuje się słaba i nie wiem, czy bym wytrzymała, ale dlatego, że jeśli zdecydowałabym się na taki krok, to chciałabym dotrzymać takiej obietnicy wyłącznie pod wpływem mojej silnej woli, a nie z myślą, że robię to, bo podpisałam jakieś zobowiązanie.
W każdym razie ta rozmowa dużo mi dała. Zarysowała ogromne różnice w naszych poglądach, ale pozwoliła mi dokładniej poznać samą siebie.
Tak a propos tematu przypomniał mi się pewien utwór:
Nieważne są żadne słowa, nasza miłość jest piękna Zrozum to wreszcie Nie liczy się nic, liczą się przyspieszone tętna Zrozum to wreszcie
Rosół z siebie robię I podaję tobie Wprost do ust Mój niedzielny biust
Filety z twojej kobiety Rosół z domowej kury A na deser chmury...
Yyyy....no może zacznę od czegoś prostszego No właśnie - brak zajęcia i nadmiar wolnego czasu skutkuje w moim przypadku w bardzo zaskakujący sposób. Jako że nigdy nie miałam zapału do gotowania, toteż moje umiejętności kulinarne stoją na najniższym poziomie (o ile nie zeszły całkiem w podziemia ) Jak to mawia moja babcia - gdybym kiedyś miała męża, to umarłby z głodu No i pewnie ma rację. Przez całe moje życie tylko 3 razy miałam wenę do eksperymentów kulinarnych. Tak też było dziś, wzięłam się za gotowanie i poszło mi całkiem nieźle, tzn. wszyscy którzy kosztowali żyją i na razie mają się dobrze - nawet twierdzili, że im smakuje, więc może póki nie mam zajęcia, zacznę się realizować w kuchni Tylko co by tu jutro upichcić??? Hmmm...może "zupę z muchomorów" albo "zrazy z ekstazy"
Remont już niemal skończony. Jeszcze tylko drobne zabiegi kosmetyczne i masa sprzątania, ale generalnie jest już OK. A swoją drogą nie miałam pojęcia, że skręcenie głupiego segmentu to taki kaskaderski wyczyn Właściwie to jestem zadowolona. Oczywiście nienawidzę remontów - jak pewnie większość ludzi - ale tym razem nie było tak źle. Przypuszczam, że mówię to tylko dlatego, że w remoncie pomagał nam (a właściwie sam niemal wszystko zrobił) mój kumpel. Zwykle takie sytuacje to dla mnie nerwowy okres. Niczego nie mogę znaleźć, nic nie jest tak jak powinno, ciągle ktoś się kręci po domu i nawet chwili spokoju nie ma. Szlag mnie trafia na samą myśl. Ale z Pawłem było inaczej. Nie wiem skąd on bierze tyle energii, ale pracował za trzech i jeszcze miał siłę żeby pogadać, pożartować, powygłupiać się Naprawdę szybko mi minęło te kilka dni. Nawet wczoraj kiedy składał ten nieszczęsny segment nie mogłam narzekać, bo przywiózł mi Agę z dzieciaczkami i naprawdę miło spędziłam dzień. Zresztą nie tylko ja zauważyłam plusy takiego układu. Przeżyłam już kilka remontów i zawsze, ktokolwiek by się tego nie podejmował, kończyło się na tym, że trwało to znacznie dłużej niż zakładano, a efekt nie był zadowalający. Tym razem wszyscy domownicy zgodnie stwierdzili, że to była naprawdę fachowa robota - szybko, sprawnie i tak jak trzeba. Wydawałoby się, że skoro wszystko poszło tak sprawnie, to nie ma powodu do nerwów i kłótni. A jednak się znalazły. Zastanawiam się tylko jaki mama miała w tym cel. Ja rozumiem, że wychowywała nas (tzn. mnie i moją starszą siostrę) samotnie, i że pewnie z tego powodu jest nadopiekuńcza i chciałaby nas trzymać pod kloszem, ale tak się nie da! Ja mam 19 lat, Berni ma 23 i czy mamie to odpowiada czy nie musimy brać odpowiedzialność za swoje czyny i żyć na własny rachunek. Bernadka zawsze się ze wszystkim zgadzała. Ja - wręcz przeciwnie - zawsze byłam buntowniczką. Dlatego już jakiś czas temu różnymi sposobami egzekwowałam nam trochę więcej wolności. Najczęściej krzykiem, bo prośby i logiczne argumenty raczej nie docierały do świadomości mojej mamy, ale oczywiście kiedy dało się uniknąć kłótni, to robiłam wszystko, by osiągnąć kompromis. Pewnie nic w tym dziwnego, mnóstwo nastolatek powie mi, że miało ten sam problem, i że to z czasem samo przechodzi. Ja też miałam takie wrażenie. Wydawało mi się, że mama ma do nas większe zaufanie i zrozumiała, że potrafimy o siebie zadbać. Odniosłam wrażenie, że nasze stosunki uległy znacznej zmianie, bo kiedy potrzebowałam mamy - była dla mnie mamą, a kiedy potrzebowałam się komuś wyżalić albo spytać o radę - była przyjaciółką. Nawet wspominałam kiedyś na blogu, że zaskakujące jest dla mnie jak dobry kontakt ma z moimi znajomymi. Cieszyłam się że tak jest, bo zależało mi na tym, by zaakceptowała ludzi, którzy są mi bliscy. Teraz jednak odnoszę wrażenie, że się pomyliłam. Mama zrozumiała, że już nie może mi dyktować co mam robić. Może mi tylko doradzać, ale ja i tak zrobię co zechcę. Zdała sobie sprawę, że straciła nade mną kontrolę. Ciągle powtarzała jak lubi moich przyjaciół, ale kiedy tylko nadarzała się jakaś okazja najeżdżała na nich równo i wytykała im błędy. Irytowało mnie to strasznie, bo nawet ja nie wtrącam się tak w ich prywatne życie, mimo że jestem z nimi związana bliżej niż ona. Oczywiście kiedy sami poprosili mnie o opinię, to ja wyrażałam, kiedy trzeba wysłuchałam w milczeniu, ale nigdy nie właziłam z buciorami w cudze życie i jednego jestem pewna - jej też na to nie pozwolę! Znosiłam to, bo wydawało mi się, że z czasem jej to jakoś wyperswaduję, ale ostatnio przekonałam się, że to niemożliwe. Ona po prostu jest zadowolona kiedy wokół mnie jest mnóstwo zwykłych znajomych, ale kiedy tylko ktoś się do mnie trochę bardziej zbliży, robi wszystko żeby to zmienić. Zawsze słyszę ten sam tekst: "No widzę, że przyjaciele są dla Ciebie ważniejsi niż rodzina". Nie wiem, czy ona nie potrafi zrozumieć, że można żyć nie wybierając kto jest ważniejszy? Agnieszka jest dla mnie jak siostra i nie rozumiem, dlaczego miałabym ją traktować gorzej tylko dlatego, że nie jesteśmy spokrewnione? Dla mnie liczy się człowiek, a nie to jakie nosi nazwisko i czy należy do mojej rodziny, czy nie. A kiedy słyszę z jej ust stwierdzenia typu: "Zobaczysz jak wyjdziesz na tych przyjaźniach", to szlag mnie trafia. Ona zachowuje się jakby pozjadała wszystkie rozumy i wiedziała wszystko o życiu. Kierując się jej przekonaniem musiałabym się całkiem odizolować od ludzi, tylko dlatego, że ktoś kiedyś wykorzystał moją naiwność. Owszem, zawsze istnieje obawa, że ktoś nas zrani (zarówno jeśli chodzi o związki jak i o zawieranie przyjaźni), ale dopóki nie spróbujemy, to się nie przekonamy. Nasuwa mi się tu tylko jedno stwierdzenie:
Statek jest bezpieczniejszy, gdy kotwiczy w porcie, nie po to jednak buduje się statki.
Kiedyś jeden z myoperowiczów napisał mi, że nawet jeśli wokół jest mnóstwo hipokrytów, to pośród tej masy kiczu należy szukać tych prawdziwych "perełek". Ja chcę ich szukać, nawet jeśli wcześniej będę musiała się wiele razy naciąć. Nie chcę zamykać się sama w swoim prywatnym świecie. Chcę mieć świadomość, że próbowałam i mocno wierzę w to, że uda mi się znaleźć kogoś, kto mnie nie zawiedzie. Mogę się mylić, bo nigdy niczego nie można być pewnym, ale mam wrażenie, że już jedną taką perełkę znalazłam. Aga nigdy mnie nie zawiodła, zawsze potrafiła mnie zrozumieć. Kiedy trzeba było wsparcia - pocieszyła, kiedy trzeba było mnie opieprzyć - opieprzyła, ale zawsze była ze mną szczera, a to dla mnie najważniejsze. Kiedy Agnieszka poprosiła mnie, żebym została matką chrzestną jej synka, wielu ludzi, zarówno z mojego jak i z jej otoczenia, zastanawiało się, dlaczego właśnie ja. Większość uważa, że chrzestnych powinno się wybierać spośród członków rodziny, a ona mimo wszystko poprosiła mnie. Może to głupie, ale dla mnie to cholernie dużo znaczy i z tego co wiem...dla niej też. Dlatego tym bardzie irytuje mnie kiedy moja mama ingeruje w moje towarzystwo. Czepia się moich przyjaciół twierdząc, że nigdy nie będę mogła na nich liczyć tak jak na rodzinę, podczas gdy ja na każdym kroku udowadniam jej, że kiedy rodzina zawodzi - oni są ze mną. I to zarówno w rzeczach ważnych jak i w duperelkach, takich jak chociażby ten nieszczęsny sylwester, kiedy to Lena mnie wystawiła, a oni zmienili palny tylko ze względu na mnie. Czy nawet teraz, kiedy mama z nikim się nie mogła dogadać w sprawie tego remontu, wystarczył jeden telefon do Pawła, a on rzucił wszystko i 5 minut później był u nas. W przedostatni dzień remontu powiedziałam mamie, że skoro tak nie może znieść moich przyjaciół, to niech nie prosi Pawła więcej o pomoc, bo sama mu nie pozwolę na to, żeby jej pomagał. Długo nie musiałam czekać na okazję, żeby jej to przypomnieć. W poniedziałek, kiedy przywieźli ten nieszczęsny segment, pierwszą rzeczą, którą zrobiła, był.....telefon do Pawła z prośbą o pomoc. Nie powiedziałam już nic, bo nie chciałam się już kłócić, ale ona jak zwykle musiała coś skrytykować. Czasami to nawet mnie bawi jak ona potrafi wszystko ładnie połączyć w całość. W jednym zdaniu potrafi podkreślić jak bardzo lubi Pawła i Agę i jednocześnie wpleść w to jakąś krytyczną opinię. W gruncie rzeczy wiem, że mama nie jest zła i nie zachowuje się tak tylko ze względu na wrodzoną złośliwość. Zdaję sobie sprawę, że zawiodła się na kilku osobach i teraz nikogo nie jest w stanie obdarzyć zbyt dużym zaufaniem. Wiem też, że wszystko co robi, robi wyłącznie z troski, ale...nie może szukać winy tam, gdzie jej nie ma, i nie może wmawiać nam, że każdy chce nas skrzywdzić, bo w ten sposób na pewno nie znajdziemy prawdziwych przyjaciół, ani nikogo w kim miałybyśmy oparcie. Idąc tym tokiem rozumowania możemy co najwyżej popaść w manię prześladowczą Tylko jak jej to wytłumaczyć...???
Nie myślałam nawet, że tak długo będę musiała czekać na to poświadczenie bezpieczeństwa. Chciałam się czymś zająć w czasie wakacji, żeby nie zeschizować od siedzenia w domu, ale jak tak dalej pójdzie to wakacje się skończą, a ja dalej będę czekać. Fuck! Czy ja wyglądam na niebezpieczną ;p Czasem może gryzę i drapię...ale tak poza tym to można by powiedzieć, że taki aniołek ze mnie A ja naprawdę już nie potrafię wysiedzieć w domu!!! Chciałabym gdzieś pojechać...może do Izy...a może po prostu zająć się jakąś pracą - tylko jak, skoro nie znam ani dnia, ani godziny. Cały czas czekam na telefon i info od kiedy zaczynam. A swoja drogą ten brak zajęcia zaczyna naprawdę źle na mnie wpływać. Nie mam pojęcia jak to możliwe, ale zdarza mi się teraz wstać o 6 albo nawet 5 rano...i to z własnej, nieprzymuszonej woli. To niezbyt normalne jak na osobę, którą przed południem trzeba było wołami z łóżka wyciągnąć, żeby wstała. Nadmiar czasu i brak zajęcia sprawił, że nagle odkryłam w sobie wenę do sprzątania, prania, prasowania, etc. Ja! Pierwsza bałaganiara w powiecie ;p Heh....;p No i chyba coraz bardziej zaczynam pleść trzy po trzy. Ostatnio nawet Gombrowicza z Mrożkiem pomyliłam. Heh...kiedyś powiedziałabym, że to niewybaczalne i mimo, że zawsze wkładałam ich do tej samej szufladki, to jednak różnice są wyraźne....a teraz? Teraz to tylko samokrytykę mogę złożyć i walić głową w mur, bo to nie jedyna głupota jaką raczyłam ostatnio wymyślić ;p Naprawdę potrzebuję zajęcia i chyba muszę się w końcu zmotywować i wyjść gdzieś do ludzi, bo nie jest dobrze...;p