Skip navigation.

Dear, dear diary I want to tell you my secrets...

...'cos you're the only one that I know who'll keep them

Czystość przedmałżeńska, wiara, religia i miłość, czyli luźne spojrzenie na to co ludzkie i nie tylko....

Biorąc pod uwagę moje ostatnie poczynania (a raczej ich totalny brak) doszłam do wniosku, że zaczynam zachowywać się jak stara, znudzona życiem kobieta, która już nawet nie potrafi cieszyć się drobiazgami. Kontakt z ludźmi ograniczony do minimum i każdy nudny dzień wyglądający tak samo - pobudka (najczęściej koło południa), muzyka, książka i sen. Równie dobrze mogłabym w ogóle nie wstawać, tylko godzinami gapić się w sufit - wielkiej różnicy by nie było. Jedyne urozmaicenie to dni spędzane z Agą i dzieciakami. Dlatego też kiedy Lena napisała mi, że chce pojechać ze mną na koncercik TGD, pomyślałam, że będzie to miła odskocznia od codzienności, chociaż oczywiście nie wiedziałam nawet co to jest, to całe TGD.
No w każdym razie, pojechałam do Leny w sobotę i spędziłyśmy ze sobą cały dzień. Pogoda była nieszczególna, więc nigdzie nie wychodziłyśmy, ale i tak było sympatycznie :D Wieczorkiem podłapałyśmy jakiegoś schiza i zaczęłyśmy się wygłupiać, śmiać bez powodu, robić sobie idiotyczne foty i wspominać stare, dobre czasy.

Niedziela też szybko zleciała. Pojechałyśmy ze znajomym Leny, powłóczyliśmy się trochę bez celu po Kielcach (zrobiliśmy chyba więcej km niż przez ostatnie 3 miesiące) a potem poszliśmy na ten koncercik. Zdążyłam się już wcześniej dowiedzieć, że to taki polski chór gospel. Niby nie słucham na co dzień, ale tematyka mi nie przeszkadzała - w końcu jestem wierząca, praktykująca i nie wstydzę się tego, a muzycznie muszę przyznać, że gospel nie jest mi tak zupełnie obce - w końcu nierozerwalnie łączy się z jazz'em, który kocham. Tak więc nie żałowałam, że pojechałam. Było OK, mimo drobnych problemów z powrotem p: No ale kiedy już wróciłyśmy, nie miałyśmy siły na nic.

Do domu wróciłam dopiero w poniedziałek wieczorem, dlatego miałyśmy jeszcze niemal cały dzień na to, żeby pogadać. No i znalazłyśmy sobie temat p: Czystość przedmałżeńska, miłość i religia. Gorszego połączenia nie mogłyśmy sobie wybrać, bo oczywiście mamy tak odmienne poglądy, że polemika rozgorzała na maxa p:
Ona przekonywała mnie, że czystość przedmałżeńska jest niemal najważniejszą rzeczą, że to wyraz szacunku mężczyzny wobec kobiety. Mówiła o tym tak, jakby sex był najobrzydliwszą rzeczą pod słońcem przed ślubem, a po ślubie zmieniał się w coś niesamowicie pięknego. Ja nie potrafiłam zrozumieć czemu uważa, że papierek coś zmienia. Nigdy nie twierdziłam, że sex z przypadkowo napotkaną osobą jest dobry, ale jak to mówią "co kto lubi" - ja nie oceniam - każdy ma prawo wyboru swojej drogi i nie mi oceniać, czy to dobre czy złe. Nigdy nie próbowałam nikomu narzucać niczego, ani wyznaczać jakichś zakazów, czy udzielać pouczeń. Każdy ma wolną wolę i może robić co chce i co uważa dla siebie za dobre. Jeżeli tylko nie krzywdzi przy tym kogoś, to jeśli chodzi o mnie - nie ma problemu - granice mojej tolerancji i zrozumienia są naprawdę szerokie. Ale to zupełnie inna sytuacja. Nasza czysto hipotetyczna rozmowa dotyczyła sytuacji, kiedy pojawia się prawdziwe uczucie. A przecież tyle się słyszy o tym, że wtedy ludzie nie traktują intymnych zbliżeń jak sportu, czy źródła zwykłej przyjemności, wręcz przeciwnie - seks staje się dla nich jednym ze sposobów wyrażania swojej miłości - nie mówię, że najważniejszym, ale na pewno istotnym (podobno:p ) Toteż nie rozumiem, dlaczego Lena uważa, że przed ślubem nie można wyrażać w ten sposób swych uczuć, a po ślubie nie ma w tym nic złego. Przecież to tak naprawdę tylko formalność. Czasem jedno spojrzenie pełne uczucia, znaczy więcej niż te wszystkie przysięgi wypowiadane w obliczu wszystkich znajomych i członków rodziny. Wydaje mi się, że prawdziwe uczucie (o ile w ogóle istnieje) obroni się samo i nie potrzeba do tego żadnych deklaracji. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Gdybym miała wybór, wolałabym żyć w związku niesformalizowanym, ale pełnym miłości, wzajemnego szacunku i ciepła, niż żyć z kimś kto notorycznie łamie swoje przysięgi, albo dotrzymuje ich tylko dlatego, że kiedyś popełnił błąd i podjął niepotrzebne zobowiązanie. Nie chciałabym zmuszać nikogo, do bycia ze mną tylko dlatego, że zmusza do tego wypowiedziana w chwili zauroczenia przysięga, której nie można cofnąć i z której nie można zwolnić.
Lena powiedziała mi wtedy, jak bardzo istotne jest dla niej, by Bóg pobłogosławił związek, w który ona kiedyś postanowi wstąpić. Wydaje mi się, że kiedy pojawia się prawdziwe uczucie to już samo w sobie jest ogromnym błogosławieństwem, a Bóg, który jest przecież wszechobecny pobłogosławi taki związek tak czy inaczej, jeśli tylko będzie on oparty na prawdziwej miłości, takiej która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą - nawet jeśli dwoje ludzi przysięgnie sobie miłość w domowym zaciszu, a nie przed ołtarzem z całą pompą i fajerwerkami.
W trakcie tej rozmowy odniosłam wrażenie, że Lena momentami niweluje różnicę pomiędzy Bogiem, a kapłanem. Przecież nie o to chodzi, by związek został pobłogosławiony przez księdza, ale właśnie o to, by to Bóg udzielił swego błogosławieństwa. Podsumowując - ja wierzę w Boga i Jego słowo, a nie w księży i tradycję. Ciocia, która przyłączyła się do rozmowy, prezentując przy tym poglądy różniące się zarówno od moich, jak i od poglądów Leny, była nieco zdziwiona faktem, że nie interesują mnie te całe wielkie uroczystości związane z zaręczynami w wielkim stylu, z bukietem róż i ogromnym pierścionkiem w towarzystwie rodziny, śluby, białe suknie, obrączki i to sakramentalne "tak", które - bądźmy szczerzy - dla większości ludzi niemal nic nie znaczy. Ale dla mnie liczy się to co czuję i to co czują inni, a nie popisy przed znajomymi ślubem w wielkim stylu. To nie w moim stylu. Nie twierdze, że jestem przeciwna ślubom, ale nie sądzę, by ta cała przysięga miała większe znaczenie, niż samo uczucie.
Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy usłyszałam, że nie decydując się na ślub, nie będę miała zapisu w aktach, pieczątek i podpisów świadków.Przypuszczam, że gdyby Bóg chciał mnie o coś zapytać na sądzie ostatecznym, to spytałby mnie, czy żyłam zgodnie ze swoim sumieniem, czy potrafiłam kochać miłością, która daje, nie żądając nic w zamian, wątpię by spytał mnie o pieczątki, akta i świadków p:

Nie wiem jak potoczy się moje życie, nie wiem, czy kiedyś spotkam taką miłość, nawet nie wiem, czy ona naprawdę istnieje, ale właśnie te wątpliwości dają mi podstawę, do wiary w to jak wiele zależy ode mnie. Wiem, że posiadam sumienie, które mówi mi co jest dobre, a co złe. Nikt nie przeżyje za mnie mojego życia, więc też nikt nie będzie mi dyktował jak mam żyć. Mogę popełniać błędy, mogę się mylić, bo jestem tylko zwykłym człowiekiem, ale wierzę w to, że postępuję słusznie i ta wiara daje mi siłę.

To trochę tak jak z krucjatą, która podpisała Lena. Dla niej to wielkie przeżycie, bo złożyła Bogu pisemną deklarację, zobowiązując się do rocznej abstynencji alkoholowej. Ja nie chciałabym podpisywać takiego zobowiązania nie dlatego, że czuje się słaba i nie wiem, czy bym wytrzymała, ale dlatego, że jeśli zdecydowałabym się na taki krok, to chciałabym dotrzymać takiej obietnicy wyłącznie pod wpływem mojej silnej woli, a nie z myślą, że robię to, bo podpisałam jakieś zobowiązanie.



W każdym razie ta rozmowa dużo mi dała. Zarysowała ogromne różnice w naszych poglądach, ale pozwoliła mi dokładniej poznać samą siebie.



Tak a propos tematu przypomniał mi się pewien utwór:



Nieważne są żadne słowa, nasza miłość jest piękna
Zrozum to wreszcie
Nie liczy się nic, liczą się przyspieszone tętna
Zrozum to wreszcie




Zrazy z ekstazy...Studia, studia i jeszcze raz życie...

Comments

Artur "Jurgi" Jurgawka 1. September 2009, 10:17

każdy ma prawo wyboru swojej drogi


…a tak wielu tego nie rozumie…

Michał Szlaski 8. September 2009, 07:28

Hmm.. ciekawy temacik:) Każdy ma prawo do swojego wyboru ale Miłość jaka by nie była to bez Boga nie przetrwa długo, prędzej czy później związek małżeński rozpadnie się albo będzie nieszczęśliwy. Więc chyba warto przestrzegać przykazań Bożych (choć nie każdym to się udaje jak to jest w moim przypadku)
hmm... z mojego punktu myślenia człowiek który stoi przed ołtarzem wypowiadając słowo TAK ,musi w tym momencie być świadomy i głęboko w sercu wierzyć w Boga w Miłość w Rodzinie. I to właśnie wtedy w tym momencie Bóg pobłogosławi.

Nastka 9. September 2009, 08:10

Pewnie w dużym stopniu masz rację, ale naoglądałam się już przykładów małżeństw zawartych w Kościele - "tak jak należy" - w których nie było miłości... i wszystkie się rozpadły. Dlatego też wydaje mi się, że ten cały ceremoniał nie jest niezbędny. W końcu sam napisałeś, że Bóg błogosławi w tym momencie, kiedy ktoś szczerze wierzy w miłość, a nie wtedy, gdy ksiądz wypowiada tą słynną regułkę: "Małżeństwo przez was zawarte, ja powagą Kościoła potwierdzam i błogosławię [...]"
Co więcej słowa te brzmią jakby to kapłan błogosławił związek a nie Bóg ("JA powagą Kościoła" [...])

Przestrzeganie Bożych przykazań to też w dużej mierze kwestia interpretacji - w końcu duża część zakazów została ustanowiona nie przez Boga, ale przez zwykłych ludzi (biskupów, kardynałów itp.) A skoro w oczach Boga wszyscy jesteśmy równi, to dlaczego jakiś ksiądz ma mi dyktować jak żyć? W końcu kto powiedział, że jego interpretacja Pisma Świętego jest lepsza od mojej? Przecież oboje jesteśmy takimi samymi ludźmi.
Dlatego też nie chcę stosować się do zakazów wymyślonych przez ludzi, do których oni sami często się nie stosują.
Może przysięga i ceremonia zaślubin są istotne, ale czy to znaczy, że jeśli pokocham ateistę, powinnam go zmusić do zmiany przekonań, czy w ogóle nie wolno mi go kochać, bo nie jest wierzący???

Jurgi ma 100%-ową rację - niewielu rozumie, że każdy ma prawo wyboru swojej drogi, ale ja zdając sobie z tego sprawę, nie potrafiłabym zmusić nikogo do zmiany jego przekonań...

Wcisek 8. October 2009, 09:44

Sporo ciekawych kwestii poruszyłaś. Na pewno nie odniosę się do wszystkich. :smile:
Czystość przedmałżeńska to w obecnych czasach, gdzie statystycznie rozwody są już dwucyfrowe, zupełny absurd. Kobieta i mężczyzna, aby tworzyć ze sobą szczęśliwy związek, muszą pasować do siebie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ta druga sfera to głównie seksualna. Partnerzy muszą do siebie pasować, czuć się dobrze podczas seksu, aby nie przychodziły do głowy myśli o seksie poza związkiem, który może mieć katastrofalne skutki. Abstynencja przed ślubem może spowodować, że po nocy poślubnej człowiek pomyśli: "kurwa, w co ja się wpakowałem/am...", a wtedy już ciężko o odwrót. Mam świadomość, że istnieją związki oparte na miłości platonicznej, ale to jest tylko niewielki margines. Ślub to tylko narzucony przez ludzi moment, który, tak jak piszesz, nie zmienia wiele w uczuciach.
Odniosę się jeszcze do jednej abstynencji, tym razem alkoholowej. Piszesz, że Twoja koleżanka podpisała roczne zobowiązanie, że nie będzie pić. Akurat w tej kwestii nie jest ważna forma, środki, tylko cel - i osiągnięcie tego celu. Nie wiem, czy była ona alkoholiczką, czy to tylko taki kaprys, jednak w przypadku osób dotkniętych tą chorobą każdy sposób, który może przynieść pozytywne zakończenie jest wart podjęcia. Nie ważne, czy obietnica jest składana sobie, Bogu, kaktusowi, spisana na kartce czy papierze toaletowym, ważne jest, aby w tym trwać i nie dać się złamać.

Nastka 11. October 2009, 10:24

W pewnym stopniu masz rację, ale ta sytuacja jest akurat troszkę inna. Nie dotyczy bowiem osoby, która miała problemy z alkoholem, wręcz przeciwnie to młoda osoba, której co prawda zdarzało się czasem napić, ale wszystko z umiarem i wierz mi - nieraz bywało tak, że nawet na imprezach alkohol był nam zupełnie zbędny, wystarczyła muzyka i dobre towarzystwo :wink: Dlatego ta sytuacja jest nieco inna...zresztą jak to mówią "zakazany owoc najlepiej smakuje", a takie pisemne deklaracje sprawiają, że alkohol staje się takim właśnie zakazanym owocem. Również z tego powodu nie jestem zwolenniczką takich rozwiązań. Lena nie jest jedyną osobą, którą znam i która podpisała krucjatę...i właśnie z opinii tych którzy się na to zdecydowali wnioskuję, że w takiej sytuacji pokusa jest o wiele większa i o wiele trudniej wytrwać w takim postanowieniu. Wiem też, że często dochodzi do popadania w skrajności - rok totalnej abstynencji, a kiedy zobowiązanie się kończy pojawia się próba "nadrobienia zaległości". To też nie przemawia szczególnie "za" takim rozwiązaniem. Nie wiem do mnie to nie przemawia...może gdy ktoś ma problem z alkoholem to jest jakieś rozwiązanie, ale kiedy składa się taką obietnicę pod wpływem kaprysu, czy presji grupy to chyba jest bez sensu.
Oczywiście samą abstynencję popieram jak najbardziej, ale są też inne punkty w tego typu deklaracji, np. jesteś na imprezie alkoholowej, sam nie pijesz, ale ktoś ze znajomych prosi Cię, żebyś podał mu piwo. Jeśli to zrobisz krucjata zostaje uznana za złamaną. Podobnie kiedy pożyczysz komuś pieniądze na alkohol, itd.
Nie wiem...może moje myślenie jest w tej kwestii nieco ograniczone, ale ja jakoś nie potrafię odnaleźć w tym sensu...chociaż każdy ma prawo podejmować takie decyzje jakie mu się podoba.

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies