Biernie czekając
Wednesday, April 13, 2011 9:40:42 AM
To źle, bardzo źle. Tego właśnie zawsze się bałam.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że było mi z tym dobrze. Jak to możliwe, by w jednej istocie było tyle sprzeczności? Jak to możliwe, że coś co uważamy za złe może nam dawać radość, poczucie komfortu?
Nie jestem zamknięta kulą. Ciągle szukam swojego miejsca...ciągle szukam siebie.
Zawsze myślałam, że znam swoje życie, znam siebie, stawiam sobie cele i robię wszystko, by je osiągnąć.
Zmęczona przeciętnością tego świata, innych ludzi próbowałam wpasować się w ich nudną codzienność, zachowując się tak jak oni od momentu gdy pierwszy promień słońca tak bezczelnie wciskał się do pokoju, by ogrzać mój policzek, aż do chwili gdy powieki nie mogły już zdzierżyć tego na co przez cały dzień zmuszone były patrzeć moje oczy i decydowały się dać im chwilę wytchnienia. Wtedy, jak to zwykłam mawiać, zdejmowałam z ust ten przyklejony do twarzy uśmiech numer 5, zmywałam make-up kryjący moje rozczarowanie światem, ukrywający przed nim moje zdegustowanie i...powoli zaczynałam pogrążać się w myślach. Myślałam o wszystkim:
- dlaczego ludzie są tacy, a nie inni?
- dlaczego świat jest zbudowany w ten sposób, że równość jest tylko pojęciem teoretycznym?
- dlaczego nie dostaliśmy wszyscy takiej samej szansy na realizację swoich marzeń?
- dlaczego wciąż zmuszeni jesteśmy udawać, grać narzucone nam przez społeczeństwo role?
- i wreszcie dlaczego jesteśmy jak ten zdesperowany aktor, który z jakichś przyczyn nie potrafi albo nie może odrzucić propozycji i decyduje się na wszystko nawet na najmniejszą rólkę, by tylko utrzymać się w tym zawirowanym światku?
Patrząc na to z tej perspektywy, postrzegałam się jako swego rodzaju dziwoląga - dziwoląga, który mimo wszystko stoi gdzieś ponad tym. Czy czułam się lepsza? Nie wiem, może. Wiedziałam, że jestem kompletnie wyalienowana. Miałam jednak wrażenie, że to dobrze, że dzięki temu dostrzegam ten cały syf, który mnie otacza. Byłam na jakby innym poziomie wtajemniczenia, przekonana, że inni tego nie dostrzegają, że prowadzą to swoje mniej lub bardziej ułożone życie według zasad narzuconych im przez chore systemy polityczno-społeczne. Wierzyłam, że czują się częścią tej głupiej gry, nie zdając sobie sprawy, że są tylko pionkami, które robią dokładnie to co mają narzucone z góry. Nie przyszło mi na myśl, że może mają tego życia dość tak samo jak ja, że też dostrzegają to wszystko i marzą, by nie musieli już więcej tego oglądać. Nawet przez moment nie pomyślałam, że nienawidzą tego co ich otacza i może są nawet w gorszej sytuacji niż ja - może napatrzyli się już na tyle hipokryzji i żyli zbyt długo w tym burdelu zwanym "cywilizowanym światem", że może są już zbyt zmęczeni. Może nie maja siły, by walczyć, może są zbyt zniechęceni, by krzyczeć, że świat jest zły, że trzeba to zmienić, może po prostu wiedzą, że to nie ma sensu...
Nie - ja byłam zbyt dumna, by dopuścić do siebie taką myśl. Żyłam w przekonaniu, że zostałam dopuszczona, do jakiejś wyjątkowej grupy "wtajemniczonych". Przekonana, że wiem coś, z czego inni ludzie kompletnie nie zdają sobie sprawy. Zaczęłam krzyczeć, że smród tego świata zaczyna mnie zabijać, że wchodzi przez nozdrza i powoli wypełnia płuca utrudniając oddychanie - trując mnie od wewnątrz. Nie rozumieli - mówili, że przesadzam, że jestem negatywnie nastawiona do świata, nazywali pesymistką, chcieli bym dostrzegała piękno, a nie brzydotę. Nie potrafiłam. Nienawidziłam ich za to jeszcze bardziej.
Teraz kiedy tak o tym myślę, mam wrażenie, że może czuli to samo co ja, że może to co mówili miało mnie uchronić od wiedzy, która odbiera radość życia. Być może nie mówili tego wszystkiego, bo mnie nie rozumieli. Może po prostu chcieli mi zaoszczędzić goryczy życia, uchronić mnie od niej najdłużej jak to możliwe. Kto wie?
Wtedy jednak byłam pewna, że te bezmyślne robociki, funkcjonujące w swoich betonowych pudełeczkach, nie mają pojęcia o czym mówię. Wkurwiało mnie to, a jednocześnie im zazdrościłam. Tak, zazdrościłam im bardzo! Może właśnie dlatego ich tak nienawidziłam. Żałowałam czasem, nawet bardzo często, że nie mogę tak jak oni zamknąć się w swoim pudełeczku i żyć w błogiej nieświadomości. "Wiedza boli" - usłyszałam kiedyś. Nigdy nie byłam o tym bardziej przekonana niż wtedy. A ja tak bardzo chciałam, żeby nie bolało. Ale wiedziałam, że rana tak głęboka nigdy nie zagoi się w 100%, dlatego jak największa egoistka, chciałam by inni też to poczuli, nie chciałam być w tym sama. Pragnęłam dzielić ból egzystencji z innymi, ale oni pieprzyli ciągle coś o optymizmie i radości życia. Mówili jak trzeba postępować, by osiągnąć szczęście. Czym w ogóle jest to cholerne szczęście???
Nie mogąc podzielić się z nimi moją "wiedzą" i "bólem", zaczęłam szukać w sobie wyjątkowości, właśnie dlatego czułam się "wybrana". Znalazłam grupkę ludzi, którzy tak jak ja nie potrafili milczeć. Oni mnie rozumieli. Czułam, że jesteśmy lepsi niż te wszystkie robaczki niczego nieświadome. Przestałam krzyczeć! Był ktoś z kim mogłam dzielić się tym co rozdzierało mnie od środka, a co najważniejsze, ten ktoś czuł to samo. Przyjęłam nowa taktykę. Co rano zakładałam nowe przebranie optymistki pełnej entuzjazmu, potrafiącej cieszyć się życiem, a tylko w gronie "wtajemniczonych" ujawniałam swoje prawdziwe myśli i uczucia. Nauczyłam się tego. Opanowałam do perfekcji sztukę grania kogoś kim nie jestem i nigdy nie byłam. Pasowało mi to. Momentami nawet zaczęłam zapominać o tym burdelu w jakim przyszło mi żyć. Wtapiałam się w tło coraz bardziej. Do tego stopnia, że momentami nawet sama wierzyłam, że jestem elementem tego zgrabnie narysowanego obrazka zwanego społeczeństwem. Tak, obrazek był śliczny - szkoda tylko, że była to podróbka. Byłoby tak pewnie nadal, gdybym nie zaczęła dostrzegać, że wcale nie ma we mnie nic wyjątkowego. No może poza wyjątkową głupotą! Krążyłam między dwoma światami. W jednym świadoma brzydoty cyniczka, w drugim przykładna optymistka, która zawsze musi wszystkim pomagać, dla wszystkich być miła i wierzy w to, że ma powody do szczęścia.
Idealistka, świadoma że ugrzęzła w gównie i pragnąca się z niego wydostać vs. entuzjastka życia, wiarygodna tak samo jak blondynka przefarbowana na czarno, tudzież odwrotnie.
Lol! Dwie skrajnie różne postacie - i to niby wszystko JA!
Teraz zaczęłam jednak dostrzegać, że ja i moje życie to jeden wielki kicz! Jeszcze większy niż ten, na który tak narzekam, który wypełnia cały świat. Miotając się między dwoma światami nie należałam do żadnego. W gruncie rzeczy nienawidziłam ich obu równie mocno i nie chciałam do żadnego należeć. Tyle, że nagle obudziłam się z ręką w nocniku, dostrzegając, że nie ma dla mnie miejsca. Bo która niby JA jest bardziej realna, która wersja mnie jest bardziej moja???
Ostatnio w rozmowie z przyjaciółką (nie będę tu ujawniać czego dotyczyła rozmowa i kim owa przyjaciółka jest, bo to nie o tym chcę pisać) powiedziałam coś o sobie, tak zupełnie automatycznie, nie przemyślałam tego. Odniosłam jednak wrażenie, że ona przeniosła to na siebie, i że zniechęciło ją to do działania. Czułam się winna, bo nie było to moim zamierzeniem. Zwyczajnie odpowiedziałam co ja bym zrobiła, a czego nie. Nie kierowałam się jednak tym co właściwe, a co nie, tylko tym na co ja sobie mogę pozwolić, na co mogłabym się zdecydować pozostając w zgodzie z sobą. Chcąc to sprostować i nie kierować jej w żadną ze stron, tak by to była tylko i wyłącznie jej decyzja napisałam jej kilka słów, takich płynących prosto ze mnie, nie przemyślanych, czy ułożonych, tylko takich które siedziały gdzieś w mojej podświadomości. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero kiedy je przeczytałam po raz kolejny po wysłaniu uświadomiłam sobie, że takie właśnie jest moje "życie".
Tak brzmiała część mojej wiadomości:
Nie chodziło mi o to, że ja bym tego nie zrobiła, bo to złe, czy niewłaściwe, tylko o to, że ja bym stchórzyła. Zawsze lepiej wychodziło mi życie cudzym życiem i marzenie, że może kiedyś moje też wkroczy na właściwe tory, niż aktywne zajęcie się swoim życiem, tym co jest tu i teraz. "Wziąć sprawy w swoje ręce" nigdy nie było moją domeną. Może właśnie dlatego, że boję się trochę życia i tego co może się z tym wiązać, boję się ryzyka. Może właśnie dlatego w teatrze życia zawsze czułam się bardziej widzem niż aktorem. Ale to nie znaczy, że bycie aktorem jest złe. Być może wręcz przeciwnie - może to właśnie bycie widzem nie jest dobre, ale to nie o to chodzi.
Wybrałam ten fragment, bo w żaden sposób nie sugeruje, czego i kogo dotyczyła rozmowa. Pokazuje tylko mnie w tym wszystkim. To co mnie przeraziło, kiedy spojrzałam wstecz i zobaczyłam, że to najtrafniejszy opis mojego życia. Bojąc się porażki nie potrafię podjąć inicjatywy. Żyję marzeniami, o których wiem, że nigdy się nie spełnią, bo nie zrobię nic, by się spełniły. Obserwuję innych, doradzam im, wspieram jak potrafię. Jedyne czego nie potrafię, to podjęcie decyzji dotyczących mojego własnego życia. A dlaczego? Bo ja nie mam własnego życia, bo boję się żyć...
A najgorsze jest to, że już chyba nie potrafię tego zmienić. Ciągle biernie czekam, aż coś się zmieni...








Wcisekwcisek # Wednesday, April 13, 2011 7:52:39 PM
"Co rano zakładałam nowe przebranie optymistki pełnej entuzjazmu, potrafiącej cieszyć się życiem," - popieram taką postawę! Wiesz dlaczego? Na początku traktujesz to jako taktykę, coś co przyniesie wymierne korzyści. Uśmiechasz się, tryskasz pozytywną energią, zarażasz optymizmem, aż w końcu efekty tej strategii przenikają w głąb Ciebie i zmieniają Twoją osobowość, powodują, że radość nie jest aktorstwem, ale czymś naturalnym.
O tym temacie mógłbym napisać wiele (proces zaobserwowany na własnym życiu przez wiele lat), może kiedyś skuszę się na małe grafomaństwo w tę stronę.
NastkaTheFallenAngel # Wednesday, April 13, 2011 9:58:21 PM
Ja przy okazji dostrzegłam swoją.
Tak czy inaczej czekam na Twoją wypowiedź w temacie, może uda mi się dzięki temu dostrzec coś istotnego co przeoczyłam....
Beznadziejnabeznadziejna # Sunday, August 28, 2011 11:19:23 PM
...moje zycie z nienawiscia do siebie, ludzi i swiata zaczelo sie dwa lata temu, kiedy to stracilam swoj dom, wszystko co w nim mialam...na krotko po tym stracilam ukochanego psa, po czym zmuszona bylam emigrowac i zostawic wszystkie wspomnienia mojego zycia w miejscu, ktoro kocham, a do ktorego teraz mi tak daleko. Dodatkowo moja i mojego dziecka choroba szczegolnie tu na emigracji daje sie we znaki, czego juz zniesc szczerze nie moge!
Blakam sie, krzatam, gubie...nie wiem co robic, by sie odnalezc...
...chetnie wiec poczytam jakie rady ma ktos pomocny do zaproponowania (Wcisek)
Pozdrawiam serdecznie raz jeszcze...
NastkaTheFallenAngel # Monday, August 29, 2011 12:43:01 PM
Nawet przez myśl mi nie przeszło by Ciebie zwymyślać, nawet podświadomie. Powiem więcej - pomimo, że nie znam szczegółów to te kilka zdań, które tu o sobie napisałaś, pozwala mi stwierdzić, że przeszłaś znacznie więcej ode mnie. Prawdę mówiąc, każdy kto patrzyłby na nasze życie z zewnątrz z całą pewnością stwierdziłby, że przy tym jakie Ty masz problemy, ja nie tylko nie powinnam, ale nawet nie mam prawa mówić o tym jak bardzo życie jest niesprawiedliwe. Moje życie oczywiście dalekie jest od ideału, ale jest w nim wiele rzeczy, które dają (a przynajmniej powinny dawać) mi szczęście. Mój "bunt" (o ile mogę go tak nazwać) nie jest buntem przeciwko temu co mnie spotkało, ale raczej przeciwko ludziom - a konkretniej obłudzie i hipokryzji, którą coraz zdarza mi się w nich dostrzegać. Mój bunt jest buntem przeciwko zależności ludzi od losu, opatrzności (nazwij to jak chcesz), a także zależności od innych ludzi. Na końcu zaś muszę dodać, że bunt mój jest buntem przeciwko mnie samej, przeciwko moim słabościom i temu jak bardzo pozwalam by uczucie strachu sparaliżowało wszystkie moje działania. Winię los i ludzi za wiele rzeczy - i piszę o tym, bo o takich rzeczach pisze się łatwiej. Ale najbardziej obwiniam siebie - i o tym pisze rzadziej, bo niezmiernie trudno jest się przyznać, nawet przed samą sobą, a co dopiero przed innymi, że jest się odpowiedzialnym za swoje życie, w tym także za wszystkie swoje mniejsze, czy większe porażki.
Tak. Wygląda na to, że masz o wiele większe prawo buntować się. Wnioskuję, że na wiele rzeczy, wiele przykrych rzeczy, które przytrafiły Ci się w życiu nie miałaś wpływu. A bezradność bywa nie do zniesienia. Masz prawo krzyczeć, płakać, szukać pomocy. Doświadczyłaś w życiu wielu krzywd i teraz masz prawo domagać się pomocy od tego świata, który pozwolił Ci cierpieć.
Mam dziwne wrażenie, że pomimo, iż nasze doświadczenia życiowe są zupełnie różne potrafię zrozumieć co czujesz, albo przynajmniej po części potrafię. Mam też wrażenie, że Ty rozumiesz mnie. Masz rację - o wiele łatwiej jest żyć ze świadomością, że nie jest się osamotnionym w swoim poszukiwaniu siebie i odpowiedzi na pytania, które nas dręczą. Pytania, które często zaczynają się od "Dlaczego...?". Bo staramy się zrozumieć życie, staramy się zrozumieć świat i innych ludzi. Próbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego przytrafiają nam się pewne rzeczy. Czy w ogóle mamy na to jakiś wpływ.
Wreszcie dużo łatwiej jest nam żyć, kiedy wiemy, że nie tylko my zmuszeni jesteśmy do tego by iść przez życie, okazując całemu światu nasza udawaną radość, tylko po to by nasze smutki i przede wszystkim nasz słabości ukryć przed światem.
Mam nadzieję, że kiedyś nie będzie trzeba udawać - bo jestem pewna, że takich jak my jest więcej. Mam też nadzieję, że kiedyś idąc wzorem Michała, nauczymy się iść przez życie tak, by "radość nie była aktorstwem, ale czymś naturalnym".
Ty masz jednak coś czego ja nie mam - masz dziecko dla którego musisz walczyć. Jestem pewna, że to da Ci siłę.
Życzę Ci tego z całego serca i pozdrawiam serdecznie.