Skip navigation.

Dear, dear diary I want to tell you my secrets...

...'cos you're the only one that I know who'll keep them

Posts tagged with "thoughts"

I am strong even on my own

Wiatr huczy za oknem
Deszcz dudni po szybach
wydając stłumione dźwięki
Krajobraz ponury, szary
Niebo zachmurzone
Wydaje się, że cały świat zamarł
w oczekiwaniu i strachu
Brak jakichkolwiek śladów życia
Tylko ten głuchy odgłos
to wycie wiatru,
który zdaje się wrzeszczeć z rozpaczy
[...]
a mi tak tu dobrze
spokojnie i zacisznie
Ciepło ognia ogrzewa moje policzki
jego światło błyszczy w moich oczach
płomienie igrają ze sobą
a radosne iskierki wyskakują w górę
rozjaśniają się i nikną
[...]
Kiedy na to patrzę mam wrażenie,
że cała reszta mnie nie dotyczy
Jestem ja, cisza...
i moje niepoukładane myśli
To co jest na zewnątrz to nie mój świat
A jednak z każdą chwilą coraz bardziej
wsłuchuję się w poezję wiatru i deszczu
Zanurzam się w niej
coś mnie w niej pociąga
ale kiedy już wypełnia mnie niemal w całości
słyszę dźwięk...
jeden, drugi...cały akord
Muzyka dociera do moich uszu
zagłusza wszystkie inne odgłosy
To co było przed chwilą już się nie liczy
Nagle jak nieproszony gość
do mojej duszy wdzierają się słowa
I już wiem:
"I am strong even on my own [...]"

Tak będzie lepiej...

, ,

No to można powiedzieć, że zmiany pełną gębą.
Codziennie widzę znajomych idących z plecaczkami do szkoły, a ja? A ja włóczę się bez celu i właściwie nie wiem co ze sobą zrobić. Tak jakoś dziwnie. Jak nie miałam na nic czasu marzyłam, żeby wreszcie odpocząć - jak wreszcie mam tą możliwość to szukam nie wiadomo czego i narzekam na nudę. Nikt mi chyba nie dogodzi...ciężki ze mną los. A ja się dziwię, że nikt nie jest w stanie ze mną wytrzymać p:

Już zaczynałam popadać w rutynę, ale...no właśnie - zawsze jest jakieś "ale". Minęło ponad pół roku odkąd nie mam kontaktu z Leną. Już się przyzwyczaiłam, wydawało mi się, że się z tym pogodziłam, kiedy to pięknego piątkowego popołudnia dostałam telefon.
"Przyjeżdżamy w sobotę" - oznajmił znajomy głos w słuchawce. Nie, nie, nie - to nie Lena, to ciocia, ale zaskoczenie też było duże. W końcu co sprawiło, że sobie przypomniały o nas po takim czasie?
No zresztą jakie to ma znaczenie? Pewnie jak zwykle nie przyjadą - pomyślałam - zawsze mówią, żeby czekać i na czekaniu się kończy.
A jednak...tym razem okazało się, że to nie była tylko pusta obietnica. Spotkanie (sztywne niesamowicie) potrwało jakieś 3 godziny, może trochę dłużej. Rozmowa o niczym ograniczała się do wymiany uprzejmości i krótkiej info o tym co i jak. Właściwie to nie wiedziałyśmy o czym w ogóle gadać. Jedno było dla nas obu jasne od początku - pod żadnym pozorem nie poruszać tematu X. Znowu skończy się kłótnią, w której ja powiem co mi leży na sercu, a Lena nie mając argumentów, będzie próbowała udowodnić mi, że wina leży po mojej stronie - chociaż doskonale wie, że tak nie jest.
Robienie z tego tematu tabu leżało bardziej w jej interesie. A ja? No cóż, może chciałam wykazać się większą wyrozumiałością, niż w rzeczywistości potrafię. A może po prostu miałam już dość kłócenia się o coś, co jest tak oczywiste. To jej wybór...
Wiem jedno, dzięki tej sytuacji stałam się mądrzejsza, potrafię zachować dystans (tzn. tak mi się wydaje) i dzięki temu jest mi łatwiej.
To spotkanie uświadomiło mi, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Do niedawna łudziłam się, że usłyszę "przepraszam" i wszystko wróci do normy. Jedno głupie słowo...czy to za dużo?
Dla niej najwidoczniej tak. Widziałam w jej oczach poczucie winy i cichą nadzieję, że nie powrócę do trudnego tematu. Wiedziałam, że jej też nie było łatwo - tyle że z innych przyczyn. Ona bała się trudnej rozmowy, a ja jej pragnęłam. Ale przystałam na jej warunki. Nie naciskałam. Chociaż miałam cholerną ochotę porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko. Żyłam nadzieją, że zwykła, spokojna rozmowa pozwoli nam naprawić to co się stało.
Brakuje mi tych szczerych rozmów. Czasem wydaje mi się, że utrata przyjaciela boli bardziej niż zakończony związek. Nagle znów w moim życiu zawitał chaos. I w pewnym momencie pojawił się cień szansy na rozmowę. Kiedy ją odprowadzałam powiedziała: "Wiesz, już nawet zapomniałam brzmienie Twojego głosu". Czułam, że teraz to ona chce porozmawiać, że wreszcie się odważyła. Ale nie było już czasu. Autobus miał przyjechać lada chwila. Poza tym nagle poczułam, że ta rozmowa już nic nie zmieni. Za późno - pomyślałam - uśmiechnęłam się tylko i bardzo szybko zmieniłam temat. Po raz kolejny wybrałam prostszą drogę. Tak będzie lepiej - dla nas obu - nie da się cofnąć czasu - tak będzie lepiej...

Wyścig szczurów!

,

Ostatnio wpisy pojawiają się częściej niż zwykle - chyba już się mecząca robię :D

Ale i na to jest uzasadnienie - tematów dostarcza samo życie. Piszę o wszystkim i o niczym - częściej o tym drugim, bo wszystko teraz dzieje się tak szybko, że brak czasu na głębsze przemyślenia.
Czasem jednak zdarza się, że jedno słowo wypowiedziane przez kogoś zupełnie nieumyślnie, staje się kroplą, która drąży skałę. Takie właśnie słowo sprawiło, że moje myśli jak potok podążyły w jednym kierunku i znów skierowały moją uwagę na ludzi. Bo to właśnie ludzie zawsze najbardziej mnie fascynowali. Odkąd pamiętam, obserwowałam i analizowałam ich zachowania z nadzieją, że wreszcie zacznę rozumieć...co kieruje ich decyzjami, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego niektórzy tak wszystko komplikują, chociaż mogliby wieść sobie spokojne i beztroskie życie.
Co prawda nadal tego nie wiem, ale cały czas szukam odpowiedzi.
Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy jest inny i nie można oceniać jednej osoby, przez pryzmat całej społeczności. Odnoszę jednak wrażenie, że obserwując jednostki, mogę uzyskać jako taki obraz społeczeństwa.
Ale najwyższa pora przejść do sedna. Dziś o 9:00 miałam pisemną chemię, ale nie chciało mi się jechać samej, więc postanowiłam, że zabiorę się wcześniej razem z siostrą. W związku z tym w szkole byłam już ok. 6:30. Czekając na egzamin natknęłam się na wiele osób i oczywiście wszyscy pytali jak maturki. Spotkałam też mojego anglistę. On oczywiście zainteresowany był tylko tym jak mi poszedł angielski, a kiedy odpowiedziałam zadowolona sprowadził mnie na ziemię pytaniem: "Tylko 19? A czemu nie 20?" p:
Ale nie o tym zamierzałam pisać, wiec wróćmy do tematu.
Porozmawiałam z nim chwilę, po czym zapytał mnie:
- A jak tam Twoja rywalka? Jak jej poszło?
- Rywalka? - odpowiedziałam - Nie, ja z nią nigdy nie konkurowałam. To, że ona próbowała wprowadzić między nas jakąś rywalizację, nie znaczy, że ja przyjęłam zasady tej gry. Nigdy nie chciałam się uczyć tylko dlatego, by być lepsza od kogoś. Zawsze uczyłam się po to, żebym jutro z całą odpowiedzialnością mogła powiedzieć: "Jestem mądrzejsza niż wczoraj".

Niby jedno głupie sformułowanie, a tak bardzo mnie poruszyło. Wtedy nasunęła mi się myśl, że żyjemy w świecie, gdzie już od najmłodszych lat ktoś narzuca nam reguły gry. Nawet szkoła, która ma przecież nie tylko uczyć, ale i wychowywać, zmusza nas do uczestnictwa w tym nieszczęsnym "wyścigu szczurów".
Nigdy nie potrafiłam tego zaakceptować, ani zrozumieć. Po co komu taka niezdrowa rywalizacja? To przecież do niczego nie prowadzi.
Wydawało mi się, że człowiek powinien podejmować działania z zupełnie innych pobudek. Ja zawsze jasno określałam swoje cele (czy tam marzenia - jak zwał, tak zwał) i dążyłam do ich realizacji, bo wiedziałam, że kiedy już osiągnę to co zamierzyłam będę miała powód do radości. Nigdy nie interesowało mnie, czy innym wiedzie się lepiej, czy gorzej, bo w ten sposób nigdy nie byłabym szczęśliwa. Zawsze znalazłby się ktoś, kto ma więcej, wygląda lepiej, jest w czymś ode mnie lepszy. To dawałoby mi motywację do działania, ale nie pozwoliłoby mi cieszyć się z tego co mam. Moje życie przepełnione byłoby zazdrością i zawiścią. Czy naprawdę o to chodzi w życiu?
Chcę cieszyć się każdym moim małym sukcesem, bez cienia przygnębienia wywołanego tym, że ktoś inny odniósł większe zwycięstwo. Czy to aż takie dziwne?

Nie wiem, czemu większość ludzi z takim zapałem napędza ten "wyścig szczurów", ale wiem jedno - nie chcę w nim uczestniczyć. Chcę iść powoli moją własną drogą i realizować swoje plany. Jeśli ktoś chce iść ze mną - nie widzę przeszkód, byle nie próbował mieszać w moim życiu.

Rachunek zysków i strat...

,

Doszłam do wniosku, że skoro piszę tego bloga już od ponad roku, to pora na podsumowanie tej mojej "wirtualnej działalności" :D
Nie tak dawno kumpel powiedział mi: "Po co Ty się w ogóle tak produkujesz? Co Ty z tego masz? To tylko strata czasu."
Te słowa zmotywowały mnie do przemyśleń w tym temacie i doszłam do wniosku, że ten blog daje mi więcej niż mogłoby mu się wydawać.
Czy można powiedzieć, że to jest marnowanie czasu? Nie sądzę. Nigdy nie rzucałam wszystkich obowiązków, tylko po to żeby coś tu naskrobać. Pisałam tylko wtedy, kiedy miałam wolną chwilkę, albo kiedy tłoczące się w mojej głowie myśli nie dawały mi spokojnie pracować. A wtedy to był jedyny sposób, żeby odzyskać spokój i oczyścić umysł.
Kolejnym zarzutem jaki wysunął Piotrek było to, że moje wpisy bywają dość osobiste, a ja pisząc to wszystko na blogu udostępniam to publicznie. W ten sposób - jego zdaniem - odrzucam moje prawo do prywatności, a "pamiętnik" w formie elektronicznej traci swój intymny charakter.
No cóż, jest przecież możliwość uczynienia wpisów prywatnymi, więc to chyba nie stanowi problemu. Zresztą mogę nie umieszczać zdjęć i żadnych danych wtedy blog staje się bardziej anonimowy, a wpisy są tylko czysto teoretycznymi rozważaniami. Tylko po co??? Nie wstydzę się moich przekonań i mogę to samo powiedzieć wszystkim prosto w oczy. Inaczej to całe blogowanie nie miałoby sensu. Po co mówić coś, do czego nie ma odwagi się przyznać?
Być może ujawniam tu jakieś moje słabe punkty, ale wychodzę z założenia, że największym przejawem siły jest przyznanie się do swoich słabości. Tak więc nie mam powodów, żeby wstydzić się moich wpisów, albo też, żeby cokolwiek ukrywać.

No i w ten sposób odparłam chyba wszystkie "przeciw" :D
A co przemawia "za"?
No cóż...po pierwsze ten blog stanowi rodzaj takiej mojej Myślodsiewnii. Jest moim sposobem na poukładanie sobie wszystkiego, na uporządkowanie tego chaosu, który czasem zaczyna się pojawiać gdzieś tam wewnątrz mnie.
Te wszystkie niepoukładane myśli, które kłębią się gdzieś w mojej głowie, potrafią naprawdę namieszać. Czasem mam wrażenie, że jeszcze chwila, a eksplodują i wprowadzą chaos w całym mim życiu. Wtedy właśnie przelewam je w słowa i dzielę się nimi z innymi. Porządkuję je i odzyskuję wewnętrzny spokój. To takie moje małe katharsis. Wyrzucam z siebie cały ból, cierpienie, niepewność i strach. I wszystko staje się prostsze. O wiele łatwiej to znieść, kiedy nie tłumię tego w sobie.
A kiedy jest pozytywnie - też mogę o tym napisać, bo radość jest największa wtedy, gdy możemy się nią podzielić z całym światem :wink:
Czy są jeszcze jakieś zalety? Z pewnością tak. Ludzie, którzy czasem odpowiadają na moje wpisy w wielu przypadkach pomagają mi rozwiać moje wątpliwości. Patrzą na wszystko z zupełnie innej perspektywy, a dzięki temu ich spojrzenie jest bardziej przejrzyste i obiektywne niż moje, czy kogokolwiek z moich znajomych. Te opinie są dla mnie bardzo istotne. Nie tylko te wyrażane w komentarzach, ale i te które umieszczają na swoich blogach. A ja czytam i wyciągam wnioski....:D
To chyba wszystko. Ale czy to mało? Nie wydaje mi się. Wręcz przeciwnie wynik jest jak najbardziej na plus, wiec czy się to komuś podoba, czy nie - zamierzam dalej pisać i dzielić się swoimi przemyśleniami. Czerpię z tego ogromną radość i nie sądzę bym chciała z tego zrezygnować.


A teraz z zupełnie innej beczki.
1) Mój pierwszy mały maturalny sukces! Jeden z kolegów, którym pomagałam się przygotowywać do matury z angielskiego zdobył 17/20 punktów :D Jutro kolej na drugiego...no i na mnie :wink:
2) Dla większości to porażka, dla mnie malutki sukces. Z wyników próbnego egzaminu zawodowego wynika, że nie zdałabym praktycznej części. Niby nie ma się z czego cieszyć, bo trochę lipa. Ale z drugiej strony teoretyczną część zdałam (przynajmniej na próbnym), a z praktycznej udało mi się zdobyć 57% - to też niezły wynik biorąc pod uwagę, że ze mnie taki informatyk, jak... p: Hahaha :D

Dlaczego facetom tak trudno zrozumieć, że "NIE" znaczy "NIE"???

,

Tytuł może i trochę zbyt uogólnia, bo oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie dotyczy wszystkich.
Są wyjątki od reguły, czyli kolesie, którzy najpierw myślą a potem robią - ale jak to mówi moja kumpela tacy są z reguły unavailable p:
A ja jak na razie dochodzę do wniosku, że wśród większości facetów (a przynajmniej ich dużej części) krążą jakieś dziwne stereotypy. Wśród wielu z nich dominuje przekonanie, że jak kobieta mówi "Nie" to znaczy "Tak". Głupie to niesamowicie! Zawsze mówię to co myślę i nie używam w tym celu żadnego dziwnego "szyfru". W moim słowniku "tak" znaczy "tak", a "nie" znaczy "nie". I to jest chyba całkiem normalne, a przynajmniej tak mi się wydaje. I niestety tłumaczenie tego każdemu z osobna jest nieco męczące.
Może i jestem wredna, ale wcale nie przychodzi mi łatwo powiedzenie "odwal się ode mnie" komuś, kto się bardzo stara, a niestety bywa, że żadne delikatniejsze słowa nie skutkują.

Zresztą, czego ja oczekuję? Chyba nigdy nie zrozumiem facetów...ehhh :right: