Pajak
Thursday, November 1, 2007 2:31:48 PM
Dookoła mnie ruiny, szkielety budynków straszą oczodołami okien.
Dookoła mnie ruiny, szkielety budynków straszą oczodołami okien. Stoję pośrodku pustego placu i patrzę w niebo, pożeram wzrokiem kołujące ptaki, czarne jak smoła. Jeśli dobrze oceniam odległość, to muszą być wielkości samochodu. Majestatycznie zataczają kręgi na tle żółtego nieba o czerwonawym odcieniu. Przenoszę wzrok na kolejną rzecz. Zwisająca z nieba lina. Na jej końcu jest jakaś ciemna plamka, lecz nie widzę dokładnie co to takiego. Podchodzę bliżej. Wtedy orientuję się, że to wcale nie sznur: to nitka pajęczyny. Na jej końcu widzę wielkiego pająka. Huśtając się zatacza kręgi w powietrzu, w sam raz na wysokości mojej głowy. Trochę dalej widzę dwie ludzkie postaci. Nie mam pojęcia skąd to wiem, ale to matka z dzieckiem. Stoją plecami do całej sceny, najwyraźniej nieświadomi, że dziwaczny czarny stawonóg kołując niemal zahacza o włosy kobiety. Nie jestem w stanie nawet poprawnie ocenić rozmiarów stworzenia, wydają się ciągle zmieniać - raz wydaje się być wielkości przedramienia, ale gdy po chwili przelatuje metr od mojej twarzy widzę, że jest nieco mniejszy od kciuka. Patrzę na stojącą w ciszy parę i nagla nabieram głębokiego przeświadczenia, że jeśli pająk dotknie głowy któregokolwiek z nich, to stanie się coś strasznego. Nabieram powietrza by wykrzyczeć ostrzeżenie i wtedy pająk wpada mi do ust.
Machając w panice rękoma i niemal plując na poduszkę budzę się, w półśnie zdając sobie sprawę, że nie czuję nic na języku. Nie wiem tylko, czy przyśniło mi się, że zniknął w momencie gdy dotknął mojego podniebienia, czy po prostu świadomość odpowiednio szybko poinformowała mnie, że to był tylko sen, i że w istocie żadnego pająka nie było. Boli mnie głowa i ręce mi się trzęsą.













