506. Trzy słowa o feminizmie
Sunday, 27. September 2009, 16:46:24
Nasz RPO, niczym Zespół R, znowu błysnął, dając mi pretekst do kolejnego wpisu, głębokiego jak kałuża na naszym parkingu (a jest to najbardziej dziurawy parking po tej stronie Wyoming).
Kiedyś gawędziłam na temat feminizmu z moją gf, która wyznała mi, iż jest szowinistką, a feminizm ją brzydzi, choć nigdy się nim specjalnie nie interesowała.
Po dwóch minutach wyjaśnień okazało się, że jest feministką. A jej facet feministą. Dlaczego?
Dlatego, że - nie oni jedyni, niestety - PRAWO do równości mylili z OBOWIĄZKIEM równości. Feminizm, jak ja go pojmuję, nie jest zasadą absolutnej równości kobiety i mężczyzny. Dopuszcza nawet opcję kobiety w roli podnóżka mężczyzny (choć co to wtedy za mężczyzna;p), jeśli to jej pasuje. Ale walczy o to, by ta podnóżkowa kobieta, gdy zapragnie odmiany, mogła wstać z kolan i zacząć własne życie.
Zawsze czuję odrobinę goryczy, gdy widzę komentarze w typie 'ja mam swoją pracę, na karierze mi nie zależy, po co mi feminizm' - gdyby nie feministki, nie mogłybyśmy mieć nawet tej pracy, jaką mamy. Albo - 'że najważniejsze jest moje ukochane dzieciątko': gdyby nie feminizm, guzik miałaby do powiedzenia w sprawie swojego dziecka, które było własnością ojca i tyle. W antycznym Rzymie (gdzie kobiety cieszyły się wszak stosunkowo dużą swobodę), to ojciec uznawał dziecko za swoje - w przeciwnym razie mogł je zostawić na pustym placu, by zmarlo z głodu, gdyż nieuznanego niemowlaka nie można było nawet wziąć na niewolnika. No, ale mniejsza
Jestem feministką. Nawet jeżeli nie odczuwam dyskryminacji na co dzień, co jakiś czas rzeczywistość boleśnie i irytująco mi przypomina o tym, że jednak nie każdego taką samą miarką mierzą.
Szkoda, że to czyni mnie kobietonem, kobietą niespełnioną w normalnej roli i w dodatku durną jak snotling, bo nie wiem, czym normalna rola jest.
Kiedyś gawędziłam na temat feminizmu z moją gf, która wyznała mi, iż jest szowinistką, a feminizm ją brzydzi, choć nigdy się nim specjalnie nie interesowała.
Po dwóch minutach wyjaśnień okazało się, że jest feministką. A jej facet feministą. Dlaczego?
Dlatego, że - nie oni jedyni, niestety - PRAWO do równości mylili z OBOWIĄZKIEM równości. Feminizm, jak ja go pojmuję, nie jest zasadą absolutnej równości kobiety i mężczyzny. Dopuszcza nawet opcję kobiety w roli podnóżka mężczyzny (choć co to wtedy za mężczyzna;p), jeśli to jej pasuje. Ale walczy o to, by ta podnóżkowa kobieta, gdy zapragnie odmiany, mogła wstać z kolan i zacząć własne życie.
Zawsze czuję odrobinę goryczy, gdy widzę komentarze w typie 'ja mam swoją pracę, na karierze mi nie zależy, po co mi feminizm' - gdyby nie feministki, nie mogłybyśmy mieć nawet tej pracy, jaką mamy. Albo - 'że najważniejsze jest moje ukochane dzieciątko': gdyby nie feminizm, guzik miałaby do powiedzenia w sprawie swojego dziecka, które było własnością ojca i tyle. W antycznym Rzymie (gdzie kobiety cieszyły się wszak stosunkowo dużą swobodę), to ojciec uznawał dziecko za swoje - w przeciwnym razie mogł je zostawić na pustym placu, by zmarlo z głodu, gdyż nieuznanego niemowlaka nie można było nawet wziąć na niewolnika. No, ale mniejsza
Jestem feministką. Nawet jeżeli nie odczuwam dyskryminacji na co dzień, co jakiś czas rzeczywistość boleśnie i irytująco mi przypomina o tym, że jednak nie każdego taką samą miarką mierzą.
Szkoda, że to czyni mnie kobietonem, kobietą niespełnioną w normalnej roli i w dodatku durną jak snotling, bo nie wiem, czym normalna rola jest.








Mighn # 27. September 2009, 21:22
Mona # 28. September 2009, 10:11
Piszesz 'nie narzekajcie' - my, Mona, nie narzekamy przecież - gdzie znalazłeś w notce narzekanie?!, więcej, jestesmy zadowolone ze swojego życia. Zdajemy sobie bowiem sprawę (my, Mona, ale dziękuję za zwracanie się do mnie w plural regales), że nie musiałyśmy urodzić się damą, która leżałaby i pachniała, mogłyśmy urodzić się niewolnicą, chłopką, która musialaby rodzic dziecko co rok prorok (a one, wyobraź sobie, nie zwykły leżeć i pachnieć). My, Mona, w pełni doceniamy rolę zmarłych wojowniczek w spódnicach - posiadając prawo do własności, mogąc podejmować prawne decyzje dotyczące własnej osoby, wydając własne pieniądze zarobione własną pracą.
Piszesz 'Feministki zrobiły dodatkowo na złość własnym rodzinom, swoim facetom, swoim dzieciom' i to jest bzdurka, Mighn. W czasach, gdy feministki zaczęły działać, one nie mialy rodzin, facetów i dzieci. To ich rodziny miały opiekunki, faceci żony (tudzież kochanki), dzieci matki.
Kobiety po prostu nie miały nic.
Przybliż mi jednakowoż, proszę, kontrowersyjną tezę, że w tym aspekcie już nigdy nie będzie dobrze. Sprecyzuję - napisz merytoryczną wypowiedź na temat 'kiedy w tym aspekcie było dobrze'. Jeżeli ujmiesz jakiś socjologiczny lub historyczny fakt, pozwolę ci nawet ponarzekać używając pustej demagogii
Mighn # 28. September 2009, 11:53
Widzisz, jednym z największych "osiągnięć" feministek było jak wiadomo równouprawnienie Kobiet w każdym aspekcie życia (no - prawie każdym, do dziś nie udało się np. zmusić chłopów żeby dzieci rodzili
Odwołując się do zmian wywołanych przez równouprawnienie musimy oczywiście brać pod uwagę kulturę i społeczeństwo w którym ten fakt zaistniał, czyli tylko i wyłącznie krąg kultury Europejskiej po XVIII wieku, czyli nawiązania czy to do Cesarstwa rzymskiego, czy też dzisiejszej kultury Islamu jest bezsensowne. (tak - Krąg kultury europejskiej to także USA, Kanada itp)
No dobrze, pomijając wiele dobrego które niesie za sobą równouprawnienie przyglądnijmy się na aspekt eknomiczno- społeczny, czyli punkt tarcia. Pierwotnym układem rodziny był pracujący Mąż i Ojciec oraz trzymająca w garści dom Matka- Żona, układ dość oczywisty i prosty On utrzymuje rodzinę, Ona dba o rodzinę. Dodajmy do tego że zarówno dzieci jak i majątek był wspólny, a Kobieta miała całkiem dużo do powiedzenia w temacie domu, wychowania dzieci, planowania czasu. Teraz dochodzi do sytuacji obecnej: On i Ona pracują, do tego zajmują się domem i wychowaniem dzieci - co z tego wynika?
- Brak stałej opieki nad potomstwem, konieczność korzystania z wątpliwej jakości przytułków czasowych zwanych przedszkolami.
- Osłabienie więzi rodzinnych: On i Ona wracają zmęczeni po pracy, i generalnie oboje nie mają na nic ochoty, a tu jeszcze dziećmi się zająć, posprzątać dom, zrobić pranie - i już wszystkim ręce opadają.
Ale najważniejszy problem to fakt pojawienia się na rynku pracy dodatkowych około 40% ekstra pracowników! I tu mamy problem podstawowy, w momencie gdy większość Kobiet zajmuje się domem facet ma praktycznie zapewnione miejsce pracy za godziwą pensje, dzieje się tak, ponieważ mamy do czynienia z niedoborem pracowników, co bezpośrednio przekłada się na wysokość wypłaty. Wpompowanie 40% pracowników extra na rynek pracy powoduje że nawet przy 2 pracujących osobach w rodzinie dochody się zmniejszają! co za tym idzie standard życia maleje. O wzroście problemu bezrobocia, jako oczywistym następstwie takiego działania chyba wspominać nie muszę.
Więc jak widzisz ciężko mówić o równouprawnieniu w samych superlatywach, niestety to co feministki wywalczyły dla swojego dobra nie jest w stanie zrównoważyć faktu, że skazały dzisiejsze rodziny na dużo trudniejsze życie, częstszy rozpad struktur rodzinnych, obniżenie standardu życiowego, ograniczenie możliwości właściwego wychowania potomstwa.
Rozpisuje się tu o negatywach, oczywiście jest wiele pozytywnych aspektów równouprawnienia, ale w większości dotyczą Kobiet samotnych, a nie tych pozostających w związkach rodzinnych.
Mona # 28. September 2009, 19:52
Jeśli chodzi o 'dbanie o dom', to ja cię uprzejmie proszę, zaznajom się z trendami pedagogicznymi sprzed stu laty i ich zmianami. Podpowiem ci - przez wiekszość naszego rozwoju jako cywilizacji traktowano dzieci jako malych dorosłych, ergo: nie wychowywano ich, nie poświęcano im czasu, nie bawiono się z nimi. Pal licho pedagogikę zresztą, wystarczy kilka książek 'z okresu', polecam Frances Burnett, Jane Austen, Prusa itp.
I naprawdę, kobieta nie trzymała w garści domu, bo Panem i Władcą domu był mężczyzna, a gdy kobieta się sprzeciwiała to co - no powiedz, co mogla zrobić? No wytłumacz mi na przykładzie - mąż zarabia, ja siedzę na chacie i nagle dociera do mnie, że mój mąż to kurwiarz, bimbrant, hazardzista i kibic MU... no i co ja moge zrobić? Przeca kasy nie ma, bo to nie jest nasza wspólna kasa, tylko jego.
Tak jest dziś nawet z emeryturkami - biedne kobiety, które faktycznie widzą swoje powolanie w podtrzymywaniu ogniska domowego, a ktore owdowieją nagle a niespodziewanie bedąc w wieku słusznym i problematycznym do znaleziena pracy mają solidny problem - bo na emeryturę zarabiał mąż, a ona NIE PRACOWAŁA. I to nie jest 'wywalczone' przez feministki, przeciwnie, te próbują coś z tym zrobić, no, ale niestety, puste hasła sa prostsze w odbiorze.
I jeszcze jedno - za rozpad rodzin można częściowo obwiniać faministki, zgadzam się. I bardzo mnie to cieszy, bo wolę rodzinę niepełną niż patologiczną.
Mighn # 28. September 2009, 20:47
1. Tak, miałem pytanie czy nie planuje dzieci, i od odpowiedzi zależało zatrudnienie (mimo że jest to pytanie nielegalne) poprawne odpowiedzi brzmiały:
-Nie
-Tak, ale obowiązki wychowawcze przejmie w całości Żona/Partnerka
2. Home wife oraz Home husband to normalne zawody w UK, od których odprowadzasz ubezpieczenie i masz emeryturę (w PL też tak możesz! - nikt ci tego nie zabrania)
3. W większości kultur występował jakiś element prawny pozwalający kobiecie po rozwodzie "wynieść" pewną ilość ogólnie rozumianej gotówki z kończącego się związku
4. w praktycznie każdej kulturze kobieta miała możliwość uzyskania rozwodu
5. w każdej kulturze do określonego wieku dzieci były pod właśnie opieką matki, a dziewczynki aż do uzyskania wieku uznawanego za pełnoletniość lub do zamążpójścia,
6. w ogromnej większości przypadków po rozpadzie rodziny patologicznej uzyskujemy niepełną rodzinę patologiczną - więc nie wiem czym się tu zachwycać :/
7. Frances Burnett, Jane Austen, - są mi obcy (ja prosty tępy nieuk jestem
Jednak racją jest to, że równouprawnienie pozwala na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie kobiet samotnych pochodzących z niższych warstw społecznych.
A - rozwarstwienie społeczne w dzisiejszych czasach, to zdecydowanie temat na osobną dyskusję
Mona # 28. September 2009, 21:08
1. To pytanie zadał ci pracodawca?
2. Oczywiscie, że podatek i ubezpieczenie możesz odprowadzać ile chcesz
3. Nie w - omawianej w obecnym kontekście przecież - kulturze europejskiej
4. j.w.
5. Prawa do syna miał ojciec, dziewczynka, jak matka, nikogo nie obchodziła, no, najwyżej jeśli można było ją nieźle wydać za mąż
6. Szczęściem dziś rodzina może się rozpaść nim przerodzi się w twór patologiczny
7. Podałam przykłady, chcesz, to się z nimi zapoznaj, nie - to nie. I nie mówię w ogóle o pedagogice ksztalcenia - bo tu, istotnie, klasom wyższym szlo nieco lepiej, ale o pedagogice jako równomiernym wychowaniu jednostki, na co zwraca się uwagę teraz. Możemy w tym klimacie polemizować, ale lepiej sobie darujmy, bo zazwyczaj nie lubię dyskutować nt. metodyki i pedagogiki z powodów oczywistych.
I z warstwami społecznymi się nie zgadzam a priori, bo nie wiem o jakie społeczeństwo klasowe ci chodzi.
Mighn # 28. September 2009, 22:57
2. w UK składka emerytalna od Home wife/husband wynika z jego dochodów - jeżeli wynoszą zero, to płaci zero - a i tak ma prawo do emerytury... w PL niestety tak pięknie nie ma.
3,4- przegrzebie i dam ci linki do opisów historycznych
5. prawa - prawami, ale wychowywany był na początku przez matkę, a w wypadku wyższego statusu społecznego matki często nawet całość wychowania odbywała się pod jej nadzorem.
6. może - zawsze mogła... teraz tylko trudniej udusić męża/żonę i zwalić wszystko na czary lub uroki...
7. nie podejmuje dyskusji o pedagogice z nauczycielem - to bezcelowe walenie głową w mur (zazwyczaj
O dzisiejsze europejskie społeczeństwo klasowe oczywiście - jakie by inne - jak sobie wyobrażasz feudalizm parlamentarny bez rozwarstwienia społecznego??
Mona # 29. September 2009, 08:41
3-4. Tylko, żeby były historyczne, a nie spiskowe
5. Jak wychowywała kobieta? Dama, jak wiesz, leżała i pachniała, a dziećmi zajmowała się niania, guwernantka lub bona; klasa niższa po to co rok miała dzieci, by się same sobą zajmowały, klasa średnia albo równała w doł, albo w górę, zależy od kasy.
6. A mogę jakiś rzeczowy argument?
7. Nie wiem, jak zareagować na taką bezsensowną i niepotrzebną złosliwość. Chyba po prostu wzruszę ramionkiem.
Spoleczeństwo klasowe np. polskie, różni się od brytyjskiego (porownuję dlatego choćby, że brytyjskie wzorce są ci ostatnio niezwykle bliskie), rosyjskiego czy francuskiego - dlatego nie ma jednakowego rozwarstwienia społecznego.
Wiesz, Mighn, ta dyskusja donikąd nie prowadzi, więc może zakończmy ją i zmieńmy temat na przyjemniejszy, co?
Mighn # 29. September 2009, 14:50
http://wiadomosci.onet.pl/2051543,28350,wiadomosceu.html
Mona # 30. September 2009, 12:05
Mighn # 30. September 2009, 14:41
W powyższej dyskusji na temat feminizmu uważam że masz rację, tak samo jak uważam że ja mam rację, temat jest zbyt rozległy żeby go streścić w krótkich blogowych komentarzach, zbyt zróżnicowany żeby można było zdecydować jednoznacznie czy feminizm jest zły czy dobry.
Faktem jednak jest, że równouprawnienie kobiet to nie tylko same plusy, że kobieta wyzwolona to nie zawsze kobieta szczęśliwa - szczególnie, że równouprawnienie nie idzie w parze z równo-traktowaniem, chociaż i to powoli się zmienia.
A w kwestii pedagogiki - przepraszam, to na prawdę nie było personalne, ja po prostu, mimo że szkołę skończyłem sporo temu do dziś dnia absolutnie nie wierze w role wychowawczą szkoły oraz skuteczność metod pedagogiczno wychowawczych stosowanych w naszym szkolnictwie... a równomierne wychowanie jednostki to dla mnie kolejny pusty slogan jakich wiele. Choć oczywiście jestem pewien, że na tym świecie żyje jeszcze kilku (no - może kilkunastu
Mona # 30. September 2009, 15:26
Mighn # 1. October 2009, 09:18
Tak więc możemy między bajki odłożyć wychowanie dziecka przez szkołę, tak samo jak i wychowanie dziecka przez rodziców, bo jak widać dziecko wychować się może samo - i niestety tak jest coraz częściej.
A dla przeciętnego ucznia (takiego podbuntowanego nastolatka) nauczyciele dzielą się generalnie na 2 grupy, na tych ostrych i wymagających sukinkotów oraz tych przy których jest luzik i bumelka... a nauczyciel o którym się mówi "fajny gość, wymaga skurczybyk, ale na prawdę jest wporzo" to rzadkość na skale światową, i takich mistrzów edukacji podziwiam bezgranicznie... ja bym nie potrafił.
Anonymous # 27. October 2009, 21:46
'równouprawnienie kobiet to nie tylko same plusy, że kobieta wyzwolona to nie zawsze kobieta szczęśliwa'
Ha, a co ma piernik do wiatraka i wyzwolenie do szczęścia? Kobiety nie-wyzwolone bywały szczęśliwe zawsze? Ciekawa teoria ;)