Vislav the Wayfarer

Subscribe to RSS feed

PO 2500 LATACH SCYTOWIE DOTARLI...pod Bytów

PO 2500 LATACH SCYTOWIE DOTARLI...pod Bytów

Czyli ...

Niezależna Rota Ni z Gruchy Ni z Pietruchy


Mikorowo. Upał. Słońce bezlitośnie pali. Wczesne popołudnie.

Moje wierne auto z piskiem opon przysiadło na zadzie i zatrzymało się tuż obok niezwykłej grupy.

Cztery piękne arabskie konie, w bogatym rynsztunku, ozdobne napierśniki... Czterech jeźdźców krzątało się przy swych wierzchowcach w strojach nie z tego świata, nie z naszej epoki, ba nawet nie z naszego tysiąclecia!.. Sukmany, nakrycia głów, wyposażenie...na koniach ozdobne sakwy, przytroczone skóry...

Co jest? Czy ja śnię? Czy upał tak wpłynąć może na mózg, że człowiek widzi coś co miało miejsce tysiące lat temu?

Podeszłam do napełniającej bukłak wodą niewiasty.

-Witajcie dobrzy ludzie! Kim jesteście i dokąd zmierzacie?

Młoda, śliczna dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem

-Jesteśmy koczowniczym ludem scytyjskim1, pochodzimy z Górnego Ałtaju, jesteśmy zwiadem na obcym terenie, szukamy na stepach pomorskich nowych pastwisk dla naszych koni i nowych miejsc dla naszego ludu.

  • A jak was zwą?

  • To Jaśmin, tamten Jeszko, ten przy najwyższym koniu to Visław, a mnie nazywają Lady Altay.

Najwyraźniej zabierali się do odjazdu. Nie mogłam ich tak wypuścić!

  • Gdzie będziecie nocować?

  • Gdzie nas noc zastanie. Jesteśmy koczownikami, śpimy pod gołym niebem, byle trawa dla koni była..

  • A jak z posiłkami? Przecież też coś musicie jeść?

  • Mamy wszystko ze sobą.

Spojrzałam z niedowierzaniem na niewielkie sakwy wyglądające bardziej na kolejne zdobienia końskiego rzędu

  • Staramy się aby wszystko robić tak jak w V w pne, trochę nam szosy i samochody przeszkadzają, ale trudno. Ekwipunek zredukowaliśmy do minimum, zapasy też, trochę suszonego mięsa, sera, kasza, wystarczy. No cóż, musimy ruszać. Jeszko!! Teraz będzie pokaz dosiadania konia w stylu Vislava. Warto popatrzeć!


Młodzieniec zwany Jeszkiem, podbiegł, przykląkł, potem padł na czworaki przy koniu, a po jego plecach, jak po podnóżku, z gracją jak król jaki, dosiadł swego wierzchowca Visław... Pełna radości i entuzjazmu, roześmiana grupa ruszyła w dalszą drogę..


Spotkałam się z nimi wieczorem. Skorzystali z zaproszenia leśniczego i rozłożyli się w lesie w pobliżu leśniczówki Parchowo.

Siedziałam przy rozpalonym za pomocą hubki i krzesiwa (sic!) ognisku i słuchałam opowieści Dominiki- Lady Altay.






DOMINIKA:

To się nazywa ruch rekonstrukcyjny.

To jest nasz sposób na wolny czas.

Moglibyśmy oczywiście siedzieć w domu, pić piwo, gapić w telewizor, grać na komputerze, robić cokolwiek albo nic. A tak, mamy jest wspaniałą przygodę, ucieczkę od gonitwy dnia codziennego, od stresu.

Na co dzień jesteśmy normalnymi ludźmi ( tu pytanie co to jest „norma”), pracujemy, nawet niektórzy w garniturach.. a po pracy szyjemy stroje, dokładnie według historycznych wzorów2, wszystko, nawet buty, uprzęże. I wszystko z naturalnych materiałów: Skóry, filcu, lnu, jedwabiu, wełny. Próbowałam nawet na początku szyć kościaną igłą, ale tu już odpuściłam...

Daje mi ogromną satysfakcję to, że tyle potrafię własnymi rękoma zrobić! Kiedyś miałam dwie lewe ręce, z czego jedną krótszą, a teraz? Potrafię wszystko uszyć, nawet buty, o te, w których chodzę też sama uszyłam! Ale Visław to pobił wszystkich przygotowując strój dla konia! Tylko kobyła nie doceniła tego , beztrosko wytarzała się w bagnie i ponad połowa ozdób z uździenicy i czapraka utopiła się w błocie.Szkoda.

To jest nasza pierwsza wyprawa konna.

Dotąd wędrowaliśmy pieszo taszcząc wszystko na własnych plecach. Ostatnio zimą dostaliśmy nieźle w kość... Spotkaliśmy się na wyspie Wolin z huraganem Emma.. Jest co wspominać.

To naprawdę świetna zabawa, a przy okazji wiele się uczymy o historii i zwyczajach ludu, w który się wcielamy.

Przenosimy się w odległe stulecia, jednocześnie testując nasze wykonane własnoręcznie stroje

i ekwipunek. To jest taki historyczny surviwal- czyli szkoła przetrwania.


Nie skłamię, jeśli powiem, że jesteśmy rzadkością w ruchu rekonstrukcyjnym, gdyż nie udzielmy się na pokazach, jesteśmy dalecy od komercji, robimy to dla siebie ,własnej przyjemności i satysfakcji.

Co jakiś czas rozsyłamy wici- i n t e r n e t e m ( ponieważ mieszkamy daleko od siebie, nawet kilkaset kilometrów, tradycyjne wici posłańcem nie miałyby szans), spotykamy się i ruszamy na wyprawę.

Każdy może się do nas przyłączyć. Warunkiem są tylko dobre chęci i obszycie się według znalezisk z Pazyryk3 .To łatwe.


Dlaczego wybraliśmy ten okres? Czyste lenistwo. Z powodu łatwości znalezienia wzorów- wszystko znajduje się w zbiorach The State Hermitage Museum w St Petersburgu, a te można bez problemu obejrzeć w internecie. Proste.



Więcej informacji o poczynaniach Roty Ni z Gruchy Ni z Pietruchy można znaleźć na forum: www.freha.pl

1 SCYTOWIE-koczownicze ludy pochodzenia gł.irańskiego, zamieszkujące od VI w pne do pierwszych wieków ne stepy na pn od Morza Czarnego aż po góry Ałtaju.

2Wg encyklopedii PWN: Tzw PAZYRYK- grupa kurhanów scytyjskich V-II w.pne (..) w górach Ałtaju odkryto w nich zmumifikowane zwłoki ludzkie z tatuażem, szkielety koni z bogatą uprzężą, tkaniny, ubiory, instrumenty muz.,naczynia.

3 jw

Eklektyczni Koczownicy 2008 - stepy Pomorza, wyprawa konna 22-25 V 2008

Fotoalbum

Wyprawa odbyła się z olbrzymią ilością adrenaliny, dobrej zabawy i wspaniałego towarzystwa. Poniżej trochę cytatów opisujących nasze przeżycia.

Originally posted by Jaśmin:

Hejka!!!

Pierwszy, zatem:
Schlastane wydarzenie totalne. Jest 9:14 i jeszcze organizator zdjęć nie dał! Co to ma znaczyć?
Traktowanie koni na imprezie poniżej krytyki: żeby konie, po całym dniu łażenia żarły trawę z rowu czy pół lasu wykarczowały z głodu? Konie też takie byle jakie, z opcją jednego biegu tylko, wstecznego nie miały, kierunkowskazów nie miały, bujały się i jeszcze polskiej mowy nie kumały: do przodu do przodu a te nic.
Trasa stepowa do bani, ciągle las, las, las, krzaki, jeziora i wsie do spalenia od czas udo czasu jakieś ślady grodziska czy kąciny? A gdzie piramidy, gdzie Tadż Machal? To, że się trafiło po drodze parę drzew zrośniętych, jakieś dęby poprzerastane z 2 metrowymi pniami to chyba gipsowe odlewy były ala krasnale w przydomowym ogródku.
Organizator w ogóle nie wiedział, gdzie idzie: lewo, prawo, czy do przodu, to bez znaczenia dla niego było. A jak byśmy wyszli po czeskiej stronie granicy, zero mapy, jakiegoś planu punkt A9:30, punkt B10:15 itp ... no masakra, tragedia zupełna.
Żywienie: po pizze zadzwonić sie nie dało, po makaron także, jakieś coś z ogniska, jakieś twarde suszone ogólnie fuj i ble.
Do tego 4 dni w siodle, po 10-11 godzin dziennie, bez pryszniców, gorącej wody, materacyka, spanie po jakiś rowach, krzakach ...
I jeszcze w lipcu chcą to powtórzyć. Wariaci. Piwo by pić przestali (ale wodę, to zwierzęta piją :d), przed telewizor usiedli, sweter na drutach zrobili a nie sie szlajają i szlajają.

PS. Bonita ma w lipcu wolne? Bo jak tak, to ja chętnie z nią się ... spotkam:)

Dzięki!!!
Było super.


Originally posted by Vislav:

Ale żeśmy się Jaśmin nacięli. Warunki bytowe tragiczne: woda do picia z jakiś strumieni (zostało tylko własne piwo, oczywiście Organizator jak zwykle zachachmęcił talony), do jedzenia suszony ser i mięso (pozostałości z poprzedniej wyprawy), brak siana i drewna. Jak to wyglądało można zobaczyć już na pierwszych zdjęciach fotoalbumu.
Konia wbrew wstępnym obietnicom dostałem tak wysokiego, że musiałem wsiadać ze stołu - na szczęście Jeszko zgodził się służyć jako podnóżek. Koń chodził jak chciał, tarzał się ze mną w błocie (bez żadnego ostrzeżenia), ciągał po jakiś krzaczyskach i używał jako taranu do łamania gałęzi.
Zamiast przyzwoitej rajdowej trasy jakieś przepaście, busz, rzeki, bagna, gryzące komary, meszki, muchy. Oczywiście trasa zaplanowana doskonale - po 5 godzinach w siodle usłyszałem, że to już niedaleko - w efekcie po 10 godzinach dalej nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy.
Siodło dostałem bardzo dziwne - absolutnie niedopasowane do mnie, co szybko odczułem w różnych częściach ciała.
Wieczorem miały być prysznice i dyskoteka - niestety w zamian dziwne uroczyska, odwiedzane ostatnio chyba tysiąc lat temu.
Jak jakiś koniuch sam musiałem wszystko robić - czyścić i karmić konia, zakładać siodło i jakieś inne stosy dziwnych rzemieni. Oczywiście wszystko mi co chwilę spadało, a koń wysoki jak wieża kościelna.
Organizator bezczelnie podżerał nasze i tak skąpe zapasy prowiantu popijając to naszym piwem - zgroza.

Absolutnie nie polecam uczestnictwa w tego typu imprezach.

I mam w tym swój cel - była to jedna z najwspanialszych wypraw w moim życiu clap.gif i nie chciałbym żeby ktoś mnie wykolegował rant.gif . Dzika i nie do opisania przyroda plus zacna kompania - trudno znaleźć coś lepszego.

Dziękuję wszystkim.

pozdrowienia Vislav


Originally posted by Rosamar:

No to pare słów tego mitycznego organizatora icon_wink.gif
Jak zwykle mogę tylko skomentować że wszyscy uczestnicy festiwalu zaliczali się do tzw wiecznych malkontentów bigsmile2.gif
Cały czas tylko narzekali! A to za wysoko a to za nisko, tyłek boli, bąbelki z piwa uciekły, koń złośliwie zeżarł zapasy usmieszek_09.gif , piwo z bukłaka dziwnie smakuje, walonki się zamoczyły, zupa była za mało słona bum.gif , gleba twarda itepe
Po prostu ręce opadają moro.gif na takich marudnych uczestników

A tak na poważnie to
warrior.gif
Wyjechaliśmy, dojechaliśmy i wróciliśmy...
Cali i zdrowi choc nie obylo sie bez strat - jedna tykwa, bolące ass.gif , niepoliczalna ilość rzemieni i sznurków, cały zapas chleba, dwa pętka kiełbasy i inne drobiazgi
W wyprawie wzięło udział czworo Koczowników : Vislav, Jeszko, Jasmin i ja oraz cztery dzielne Rumaki
Po drodze mijaliśmy przepiękne Krajobrazy i spotykaliśmy przemiłych i bardzo gościnnych ludzi (podziękowania dla Mai, Borysa i Zbyszka za zaproszenie i użyczenie miejsca na obóz :-) )
Dla nas wszystkich był to sprawdzian naszych możliwości fizycznych i psychicznych, przydatności sprzętu i ubrań. Dla mnie samej był to tez swego rodzaju test który pokazał ze moje teorie i metody uczenia i wychowywania koni sie sprawdzają. Kobyłki pokazały klasę i dzielnie pokonały prawie 100km w 4dni. Dla tych którzy pomyśleli właśnie ze to niedużo dodam tylko ze każda oprócz jeźdźca niosła co najmniej 20kg wyposażenia (a przeważnie więcej) no i nie były wcześniej trenowane oprócz normalnego jeżdżenia.
Mam sporo do przemyślenia i po trochu będę zamieszczać swoje spostrzeżenia by wszyscy Ci którzy takie wyprawy będą organizować w przyszłości mogli skorzystać z naszych doświadczeń.
Ogólnie to muszę też pochwalić chłopaków bo postarali się i przygotowali linki, rzemienie, wiaderka, sakwy na paszę i inne bardzo przydatne rzeczy.
Z samej wędrówki to najciekawsze było błądzenie i przemieszczanie się na zasadzie "to chyba będzie ta droga" aaa.gif i dorabianie niezłej średniej do przebiegu na jakichś dzikich zakrętach i pętlach. Z wyliczeń (aż nam mózgi parowały crazy.gif ) i praktyki wyszło że poruszaliśmy się z prędkością 4-4,5 km/h czyli spokojnym stępem bez zbytniego wysiłku byliśmy w stanie zrobić około 32 km/10h (wliczając popasy, postoje z zastanawianiem się którędy teraz, wizyty u źródeł rzek, przeprawy brodami oraz przez bagna i poszukiwania różnych zagubionych maneli które gubiliśmy straszliwie głównie pierwszego dnia bum.gif ) Takim tempem można jechać właściwie w nieskończoność i przypuszczam że nawet miesięczna wyprawa nie sprawiłaby większej trudności. Zarówno konie jak i my "rozchodziliśmy" się w sobotę i od tego czasu mogliśmy od raz ruszyć w wyprawę dookoła świata
Do głowy ciśnie mi się jeszcze tysiąc spostrzeżeń ale nie potrafię ich na razie pozbierać do kupy więc będę je umieszczać systematycznie później.

Poza tym chciałabym podziękować wam chłopaki za wspólna wędrówkę, piwo i to coś na spirytusie z bukłaka, zasuwanie przy koniach, rozmowy przy ognisku, rozmowy w marszu, sielankową atmosferę, wspólne błąkanie się po wertepach oraz co dla mnie najważniejsze to że słuchaliście uważnie moich wskazówek i chcieliście się naprawdę nauczyć koni a nie tylko zostać niedzielnymi trendy-jeźdźcami. Za to zyskaliście mój szacunek i oficjalnie ogłaszam że została przełamana bariera "pieszego koczownika" a wy możecie od dziś uważać się za prawdziwych synów lasostepu.
Daliście z siebie wszystko i na kolejne wyprawy zawsze będziecie mieli pierwszeństwo uczestnictwa

Zapraszam też do galerii ogólnej Eklektyczni Koczownicy 2008

Do zobaczenia na szlaku!

Rosamar


Wspomnienia z Beltan 2008

IV Zimowa piesza wyprawa po wyspie Wolin - 20/21-24.02.2008r

Żyć jak tysiąc lat temu


Archeologia Eksperymentalna - projekt:
Żyć jak tysiąc lat temu 7-23.12.2007 - Skansen w Wolinie
Organizatorzy:Wojtek Celiński - Stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów "Wolin-Jomsborg-Wineta" i Wiesław "Vislav" Mileńko Historyczni podróżnicy "Wayfarers"
Poza odtwarzaniem codziennego bytowania, rozpoczęta została rekonstrukcja drewnianej chaty z wykorzystaniem wyłącznie prostych narzędzi ciesielskich. Eksperyment ten prowadził Wojtek Celiński z Wolina przy udziale całej grupy, w tym przyjaciół z Rosji - m.innymi uczestników zimowej wyprawy po wyspie Wolin w roku 2007.

Program warsztatowy obejmował doskonalenie umiejętności w zakresie: ciesielstwa, kowalstwa, powroźnictwa, bednarstwa, średniowiecznej kuchni, tkactwa, wykonywania filcu i wiele innych.

Ukoronowaniem projektu były wspólne obchody tradycyjnego święta JUL w dniach 21/22.12.2007r.

Lista uczestników:
Termin: 8-23.12.2007 - 15 dni
  1. Vislav - Wayfarers
  2. Levy - Słowiańska rodzina/T.K.M.
  3. Fiolnir - Eisen Ruoth
  4. Sahno Ol'ga z Kaliningradu
  5. Sahno Evgenij z Kaliningradu
  6. Kolesnikov Il'ja z Kaliningradu
  7. Tatarikov-Karpenko Ivan z Kaliningradu
przy udziale Wojtka z Wolina - Stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów

Termin: 21-23.12.2007 - 3 dni
  1. Sulik - Eisen Ruoth
  2. Luiza - Eisen Ruoth
  3. Aubrieta - Teatr Ognia
  4. Rosamar - Eklektyczni Koczownicy
  5. Karolina - Teatr Stenka
  6. Mojmir - Ulf Ragnarsson Hird



Opis projektu - Vislav:

Wiekszość  czasu poza pracą w godzinach 0900-1600, spędzaliśmy w chacie, gdzie jedynym oświetleniem było ognisko, kaganek lub świeczki. Ogień raz rozpalony nigdy nie gasł przez te dwa tygodnie. Oznaczało to stałe dokładanie drewna również w nocy - ciepła nie dawało to zbyt wiele, ale przynajmniej można było się poruszac. Ostatnie dwie noce i dnie wewnątrz chaty było kilka stopni poniżej zera, woda zamarzała w drewnianych cebrzykach.
Kolejnym elementem naszego wspólnego życia była kuchnia. Z pewnością największe zasługi na tym polu miała Ola - gotowała dla nas wspaniale, wyróżnili się również Lewy i Ivan. Dysponowaliśmy połówką świniaka do rozebrania i uwędzenia, ponadto świeże ryby do smażenia i wędzenia - sieje, śledzie i flądry. Do gotowania kasze, kapusta, cebula, marchew, czosnek. Z użyciem żaren produkowaliśmy mąkę do wypieku podpłomyków i jednorazowo chleba.
Do przegryzania pomiędzy posiłkami: orzechy, suszone mięso, trochę suszonego białego sera. Ukisiliśmy też wiaderko kapusty. Do picia były napary ziół, dzikiej róży i jabłek. Nad ogniem wędziła się świńska noga.
Nasze życie w wiosce, w trakcie projektu nie składało się wyłącznie z przygotowania posiłków, jedzenia i spania. Zgodnie z planem rozpoczęliśmy budowę chaty o konstrukcji sumikowo-łątkowej. Przy użyciu prostych narzędzi jak topory, ciosła, ośniki i dłuta przygotowaliśmy podwalinę pod przyszłą konstrukcję opanowując równocześnie podstawy umiejętności ciesielskich. Obciosaliśmy i opaliliśmy pale drewniane jako fundamenty chaty. Przy użyciu drewnianych łopat z metalowymi okuciami i rydla wykopaliśmy doły w rzeczywiście trudnym terenie.
Do transportu bali służyła nam drewniana dwukółka.
W pierwszym tygodniu pobytu zapoznaliśmy się z podstawami warsztatu kowala, powroźnika, bednarza, snycerza.
Ja wykonałem podstawowe prace przy rekonstrukcji nart drewnianych pokrywanych od spodniej części skórą/futrem do projektów koczowniczych. Opanowałem również metodę wykonywania lin metodami z wczesnego średniowiecza.
Fiolnir i Ivan pracowicie doskonalili techniki snycerskie. Lewy zajmował się szyciem tuniki z filcu.

Biorąc pod uwagę, że w wielu przypadkach był to pierwszy kontakt z narzędziami i technikami pracy m.in.średniowiecza - ten zakres projektu uznaję również za udany.
Jest jeszcze jeden aspekt dotychczas nie opisywany, czyli sam wygląd uczestników i utrzymanie czystości. Codzienne życie o tej porze roku, czyli niskie temperatury i ciemność przez przeważającą część doby nie sprzyjają utrzymaniu "estetycznego" wyglądu widywanego zazwyczaj w trakcie festiwalowego życia.
Do bardziej brudzących aspektów należy:
  • ciągłe utrzymywanie otwartego ognia na palenisku w chałupie,
  • przygotowanie produktów żywnościowych - obrabianie mięsa, patroszenie ryb,
  • gotowanie, wędzenie, pieczenie,
  • kociołki i inne naczynia szybko pokrywające się warstwą tłustej sadzy,
  • spożywanie posiłków w ciemnościach,
  • codzienna aktywność związana z projektem m.in. ciesielstwo
  • wszechobecne błoto
Powoduje to, że wszelkie białe, jasne i kolorowe ubiory szybko zaczynają upodobniać się do siebie, nabierając podobne wyglądu. Sadza, tłuszcz, żywice są trudne do pozbycia się, jeżeli generalnie dysponujemy zimną wodą, piaskiem, trawą i popiołem. Domycie rąk w zimnej wodzie graniczy z cudem.
Wypranie odzieży jest bardzo trudne. Ze względu na wygląd najbardziej praktyczne są szare, lub ciemnoszare ubiory (Fiolnir). Chociaż moja jasnoszara czapeczka z wełny, po dwóch tygodniach ciągłego przebywania w dymie miała całkiem inny odcień z zewnętrznej i wewnętrznej strony - nabierając powoli jasnobrązowego odcienia wędzonki z wierzchu.
Mimo tak trudnych warunków nie odnotowałem problemów skórnych w postaci otarć czy odparzeń. Jednak używam miękkiej, wełnianej bielizny - w przypadku lnu i mało historycznej bawełny, jak przypuszczam również w tym zakresie byłoby gorzej. Dwa tygodnie to zbyt mało aby mówić o jakiś prawidłowościach.
W przypadku odtwarzania osiadłego trybu życia bardzo ważnym elementem wydaje się być zbudowanie sauny/łaźni/bani, aby przynajmniej raz w tygodniu zafundować sobie porządniejsze mycie. Wtedy i tylko wtedy można wyciągnąć z kosza lub skrzyni "odświętny" ubiór.
W przypadku dłuższych wypraw o tej porze roku, nie ma nawet takich możliwości.

Fotogalerie - Vislav:



**************************************************************

Zimna Woda 2007

Spotkanie zostało zorganizowane przez

Relacja Damiana z Zimnej Wody 2007
Impreza trwała od środy(3.10.07) niestety zakończyła sie w niedziele(7.10.07), aż szkoda było wyracać do “rzeczywistości”…
Pierwszy dzień imprezy był czysto organizacyjny, gdyż nikt nie mógł pojawić sie już w środe, aczkolwiek najważniejsze rzeczy zostały zrobione. Trudno mi jest powiedzieć co w który dzień zbudowaliśmy/zrobiliśmy, gdyż pobyt w lesie wypaczył moje poczucie czasu. Impreza od początku nastawiona była na wyrobnictwo i leniuchowanie. Walk nie zorganizowaliśmy, bo byliśmy czym innym zajęci. Ciekawym doświadczeniem było dłubanie misek i korytek (pozdrawiamy tutaj Vislava). Zbudowana została też ławka, która niestety nie wytrzymała testów bezpieczeństwa i higieny pracy. Zbieranie grzybów i wyprawy do świątyni zachodzącego słońca(wychodka) były na porządku dziennym. Odbyła się także wyprawa w nieznane zorganizowana przez łaknących przygody jak zwykle Vislava i Hipopotama(Irka/Budzigniewa). Niektórzy mogli także nauczyć sie prząść wełne, lecz niewielu sprostało wyzwaniu. Mnich Julko okazał się przodować w tej umiejętności. W czasie nocnych rozmów przy ognisku przygrywała i śpiewała nam Asia. Codzienne uczty były wspaniałe, lecz na największą pochwałę zasługuje sobotnia uczta. Królik w sosie Efendiego to było coś! Impreza w nielicznym gronie okazała sie miła i bardziej integracyjna. Szkoda tylko że tak mało osób, które zadeklarowały się przyjechało. Niech żałują, bo mają czego, granie na rogu w środku nocy to coś co rzadko można usłyszeć, aczkolwiek nikt nie był wstanie się podnieść i uciszyć grającego… Zapraszamy za rok!
Z pozdrowieniami dla uczestników
wasz Antonio (Damianem zwany)



O samej organizacji imprezy i komentarze uczestników można przeczytać


Zdarzenie to opisała również Ewa z Raciborza-

W wiosce borostworów - Zimna Woda - październik 2007

  • Dawno temu, w tajemniczym lesie pod Zgierzem żyły sobie borostwory.
  • Mieszkały sobie w swoich małych chatkach.
  • Trudno było ich wioskę znaleźć, gdyż była ukryta wśród drzew.
  • Jej założycielem był niezłomny borostwór Jaśmin.
  • Borostwory były różne.
  • Jedne były obrośnięte...
  • ... a inne nie.
  • Ale i te łyse, i te obrośnięte żyły w zgodzie.
Ciąg dalszy



Swoje dołożyła Lady Altay
ZIMNA WODA 2007 by Rosamar

Nie pozostał dłużny Mścidróg
Zimna Woda

I jako ostatni podsumował Vislav
Zimna Woda 2007

Do zobaczenia za rok!

Skoszewo 2007

Belgia 2007

Koczowniczki 2007

Koczowniczki 2007
Nomads IX'07
Mapka dojazdu
Mapa Polski Targeo
Powered by Targeo® | AutoMapa®

Beltan 2007 - wspomnienia

June 2012
S M T W T F S
May 2012July 2012
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30