Dziennik Wiedźmy

Nie chodzi o to, by umieć wypiąć tyłek tak, by kop od życia bolał jak najmniej - trzeba podnieść czoło i zobaczyć, czy nie ma gdzieś miejsc, z których kop ów przestaje mieć znaczenie...

Subscribe to RSS feed

Przekonaj mnie

Tekst powstał jako praca na polski, a że wyszedł mi, jaki wyszedł, prezentuje go też tutaj: Proponuje zapoznać się z tekstami, na podstawie któych powstał: My i Wy i Do młodych

O szlachetna sztuko retoryki! Któż pojmie twe arkana, godzien jest dzierżyć Mickiewiczowski rząd dusz. W dzisiejszym świecie liczy się czy umiesz słuchacza przekonać do swoich racji. Nie ważne, czy jest to „bryl” czy też uczona dysputa. Liczy się efekt. Efektywne mówienie przydaje się w różnych sytuacjach, jednak moim skromnym zdaniem najchętniej wybierają ten oręż ci, którzy bronią swojego światopoglądu w obliczu innej generacji. Przykładem mogą być romantycy, ich natchnione serce lepsze niż oświeceniowy rozum. Ale też pozytywiści – młodzi, spragnieni konkretów i działania.
Na początek coś ostrego – „My i wy” Świętochowskiego. Jeżeli miałabym analizować ten tekst w manierze pana Weresa, powiedziałabym, że artykuł został napisany przez archetypicznego zodiakalnego Barana. Jest to akt zaznaczenia istnienia danej grupy, ignorujący na razie konkrety kształt – liczy się dla niego to, że jest, są, mają jakiś ich własny kształt. Nie liczy się kierunek tegoż pędu, impetu, jakim się charakteryzują. Ważne staje się tylko odrębność jako istnienia.
Tekst można oskarżyć o demagogię. I owszem, są ku temu wszelkie dowody. Na chwilę jednak wstrzymajmy się jeszcze z wyrokiem.
Świętochowski tworzy wyraźnie dwie przeciwstawne do siebie kategorie – my i Wy, ta druga specjalnie pisana dużą literą. Oba określenia są w kontekście całej treści nacechowane emocjonalnie. Wy, czyli „starzy”, romantycy, przedstawieni są jako byty entropiczne , zramolali matuzalemowie, którym nie pozostaje nic innego jak bezsilnie jeszcze trzymać się pajęczych sieci, które utkali, by nie wypuścić ze swych rąk steru dziejów.
To zręczna manipulacja – mowa o ludziach po czterdziestce i starszych, którzy mają na swoim sumieniu następujące grzechy – są starzy i mają stare poglądy; nie kłaniają się nowemu i postępowi, który niosą młodzi, odmawiają młodym prawa do części swej chwały i uznania, dla siebie żądają zaś bezkrytycznej akceptacji.
O, czy to nie brzmi sprzecznie? Wszak najgorsze w tych złych, samolubnych tetrykach jest właśnie pragnienie bycia nieustannie poklepywanym po plecach i powtarzane w kółko afirmacje ich dokonań.
Czy młodzi chcą czegoś innego? Skądże. Dodają jedynie, że teraz jest teraz, przed narodem jest przyszłość i ci, którzy poprowadzą naród w przyszłość są równie godni czci co swoi poprzednicy, a nawet bardziej – wszakże ich epickie osiągnięcia dopiero nadejdą.
Do czego dążę – specjalnie odwracam retorykę tekstu. Łatwo jest dobrać takie słowa, by pełne emocji, budzące silne skojarzenia frazy wyryły w umyśle odbiorcy konkretny, trwały ślad i zmieniły jego poglądy w danej kwestii. Świętochowski bezlitośnie kreśli obraz śmierci i rozpadu wokół „starych”, skłania nas do postrzegania ich jako wsteczną siłę hamującą wszystkie dobre tendencje pojawiające się w narodzie. Autor napomina wszakże o osiągnięciach swoich poprzedników, po to jedynie, by zamknąć im usta: zrobiliście coś – ale to czas przeszły, skończony, niepowtarzalny w przyszłości. Neguje wszystko to, co z przeszłości można wynieść, lekceważąc słowa Tukidydesa, że wszystko już było i powtarza się w nieskończoność. Za to wykręca do swoich celów inną sentencję: Ludzie tak mało się wysilają, by znaleźć prawdę. Swoje towarzystwo kreują zaś na nielicznych mądrych, którzy prawdę dostrzegli i zaciekle walczą o zbawienie całego narodu mocą przemienienia ludzi przez ich intelektualny rozwój. Uważają się za zdolnych do pobudzenia ziomków i nakłonienia ich do wejścia na ścieżkę samorozwoju umysłowego.
Ach. Nasuwa mi się tylko piosenka Lao Che Bóg zapłać:
I wszystko będzie moje,
będzie słodkie, i kolorowe, i będzie takie, o,
tu będę miał takie te i tu będę miała takie
tu będę miała takie te
bo ja pomyślałem, że tu będzie inaczej
a tu jest tak, o, do dupy raczej.
Jeśli masz w tym frajdę
aby rzeczy gmatwać
to mi teraz za tę moją krzywdę zapłać
Bóg zapłać
Zapłać, Bóg zapłać…

O co konkretnie podmiot piosenki ma pretensje, to nigdy słuchacz się nie dowie. Ma jednak pewność (i to nie zachwianą), że za wszystko chce dostać coś gratis, stać się wyniesionym, ustawić się na resztę życia. Ma o to pretensje.
Chore ambicje i brak samokrytycyzmu. Ot i cała tajemnica, młodzi są przecież tylko młodymi ludźmi, skłonnymi do radykalnych osądów, zwłaszcza w kwestii samopostrzegania się jako osoby potrzebne, docenione. Najzwyczajniej w świecie mają o to pretensje. Widzą się (tu, w obrębie „Nas i Was”) jako rycerze logiczni w lśniącej zbroi, w światłe jutro kroczący, starego złego maga mający na przeszkodzie. Ale nie szkodzi – mogą go oszkalować, kalumniami obrzucić i udowodnić, że przeciwnik to kanalia, nawet nie w pełni władz umysłowych, lecz szkodząca otoczeniu przez to tym bardziej.
Logika – to ich główna broń. Pan Świętochowski odwołuje się do niej kilkakrotnie. Śmiać się chce – zwłaszcza, że chwilę temu, dzięki logice, dowiodłam, że młodzi chcą zagarnąć przywileje starych, w dodatku za bezcen, tylko dlatego, że roszczą sobie do tego pretensje. Kto czytał Przyjaciela Prawdy Jacka Dukaja, ten wie, że logiczne wywody często służą do wysnuwania wniosków, które nijak mają się do racjonalności. Tok rozumowania logicznego można nagiąć do własnych zamierzeń, niezbyt się przy tym przejmując rzeczywistym stanem rzeczy.
Na tym zostawiam Świętochowskiego – wszystko można ubrać w barwne słówka, a potem słowa te tak przekręcić, że odbiorca zrozumie tylko to, co chcieliśmy mu wmówić. Jednak gdy nabierze się dystansu, sprawa zmienia się diametralnie – rozgrywane na emocja wywody stają się tylko śmieszną demagogią, jakkolwiek by nie porywały w czasie lektury.
Nie lubię radykałów. To forma toporna, służąca do utorowania przejścia innym. Czas więc na coś spokojniejszego. Posłuchaliśmy, co młodzi mają do powiedzenia starym. Teraz pan Asnyk zwróci się do młodych.
Asnyk jest i nie jest częścią „kliki”. Za stary (ba! O dziesięć lat) na prawdziwego pozytywistę, jest nim jednocześnie w dużej mierze. Brak mu zapału i zacietrzewienia w tępieniu poprzedniej generacji. Mogłabym powiedzieć, że pan Asnyk stara się wyważyć przeszłość i przyszłość, świadomy, że każde pokolenie kiedyś przemija, lecz nie neguje to jego wartości.
W wierszu „Do młodych” (Poezje, tom 3, 1880) znajdujemy dość ciekawy odzew do pozytywistów. O ile Świętochowski godzi poza swoje środowisko, o tyle Asnyk delikatnie, z dyplomatycznym taktem zwraca się do swojego otoczenia, stronnictwa młodych. Dowodzi to istnienia pewnego samokrytycyzmu ze strony podmiotu w utworze. Precyzowane są też w pewnym sensie ideały pozytywistów. Wskazuje się potrzebę sięgania dalej (pozwolę sobie jednak przytoczyć tu Mickiewiczowskie: sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga), rozwoju idei i nauki (dziś sformułowalibyśmy to jako koncepcję dążenia do samorozwoju duchowego, który ma wnieść coś dobrego do dorobku ludzkości). To cel jakże światły i idealistyczny. I nie próbuję w tym miejscu być sarkastyczna. To sprawa poważna, ponieważ jako drogę do spełnienia tychże ideałów obrali pozytywiści ciężką pracę własnych ramion. To czyni ich rzeczywiście świetlistymi bohaterami. Tym razem jednak (w odróżnieniu do Świętochowskiego), bohaterowie owi nie idą zabić starego maga. Potrafią wysłuchać starca i iść dalej, bogatsi o jego wiedzę, by zbudować kolejny szaniec. Mają bowiem świadomość, że ani nie rozpoczęli tej międzypokoleniowej drogi, ani też jej nie skończą. Lekkim, zwiewnym językiem pisze Asnyk, że to wszystko to część odwiecznego cyklu. I to jest mądrość, o którą chodzi Asnykowi – jakkolwiek by nie patrzeć, jakichkolwiek znaczeń by się nie dopatrywać – nasi poprzednicy przygotowali drogę dla nas, a my mamy przygotować drogą dla naszych następców (utożsamiam się trochę z młodymi, może dlatego, że tekst trąca uniwersalizmem – wszakże obserwacja dotycząca cykliczności zjawiska przenosi to spostrzeżenie w zupełnie inną płaszczyznę interpretacji – raz jeszcze poezja okazuje się najniezwyklejszą formą komunikacji, dającą zarówno możliwość odniesienia się do rzeczy aktualnych jak i niezmiennych, tak że odbiorca może z utworu coś wynieść bez względu na rok, w którym czyta wiersz).
Podmiot zaznacza również inną niezwykle ważką kwestię – na starych ołtarzach wciąż tli się ogień. To znaczy, że stare wartości są ciągle żywe, nawet jeżeli nie dla nas, to dla naszych poprzedników. Nie powinniśmy ich niszczyć, tylko dlatego, że nie uważamy ich za wartościowe – wszakże wartość też jest jakością arbitralną. A któregoś dnia to my możemy znaleźć się jako czuwający przy starym ogniu, gdy nowe pokolenie będzie szło w blasku słońca...
Dwa zupełnie przeciwstawne stanowiska, nie sądzicie? I zupełnie inaczej przekazane. Jeden chce wojny z tym co było, drugi proponuje – budujmy swą siłę nie niszcząc korzeni.
Obu jednak łączy coś – podejmują próbę nadania kierunku pozytywistom, chcą mieć wpływ na ich stosunek do świata, a przy tym nakreślić nowe ramy dla budowanych przez ludzi hierarchii.
Zjawisko godne zauważenia – oto pokolenie, które wierzy, że można wypracować drogę w świetlaną przyszłość. Jakkolwiek się za to nie biorą, wierzą w to. Tą pewność, że istnieje słuszna ścieżka, moglibyśmy mieć w sercu jako ogień, zostawiony nam gdzieś w zapomnianej świątyni. My wszakże krzyczymy, żyjemy... Czy to połowa ich sukcesu? Czy może połowa naszej porażki?
[/ALIGN]

Pomyśl ty czasem pomyśl

, ,

I tak oto cały nasz piękny świat wchodzi ponownie w fazę Barana, która to faza znaczy bądź i zaznacz, że jesteś - nie ważne jeszcze jaki, ani gdzie, ważne że jesteś i nie dasz się ustawić. Wspaniały czas na powroty - w tym także mój.
Jeżeli ktoś tęsknił - to niech podziękuje Jurgiemu - jego to bowiem napomknienie, że z chęcią by mnie poczytał jeszcze skłoniło mnie do reemisji w sieć. Czas ów niebyły spędziłam na intensywnym myśleniu i pracy, głównie nad własnym warsztatem literackim, formułując sobie zasadę - kompozycja otwarta nie jest moją formą ekspresji. Konkluzja! Oto jest najwyższa forma intelektualna.
Choć może stwierdzenie to wynika z moich własnych prób uporządkowania treści, jaki chcę wyemitować - konkluzja bowiem w mojej teorii jest oznaką zrozumienia własnego komunikatu.

Taraz jednak czas skończyć wstęp, króciutki, a mający Wam zastąpić 9 miesięcy mojego ukrycia.

Pomyśl ty czasem pomyśl - te właśnie stwierdzenie coraz częściej rzuca mi się w oczy. Tyle się dzieje wokół nas, zarówno w życiu jak i kulturze, a my, świadomie lub nie, nie podejmujemy wysiłku interpretacji rzeczywistości.
Pozwolę sobie zacytowac pewnego Greka, Tukidydesa (jak go nie znacie, to Wasza strata):

Ludzie tak mało się wysilają, by znaleźć prawdę. Tak łatwo przyjmują poglądy, na które się po prostu natknęli.



Ilość prawd na świecie można obliczyć jako sumę ciągu geometrycznego o ilorazie q=ilość sekund od czasu powstania człowieka i pierwszym wyrazie a1=liczba ludności świata do sześcianu, przy liczbie wyrazów n dążącej do nieskończoności (wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać - własnie skończyliśmy to na klingońskim - tzn. matemetyce). Gwoli ścisłości - ciąg geometryczny to ciąg, wktórym każdy kolejny wyraz to wyraz poprzedni razy iloraz. Policzcie sobie sami z granic. (Ja też nie umiem).

Ale tak na poważnie - to Tukidydes powiedział, że historia po to jest, abyśmy wiedzieli, co może się zdarzyć, skoro wszystko już było i jedynie się powtarza - dlatego też powinniśmy zwracac ueagę na to, co było. Chociaż, nie zrumcie mnie źle, nie dążmy do umiejętności recytowania ciągu dat - myślmy.
Skoro coś, co zaczęło się tak a nie inaczej potoczyło się w dany sposób, to co stoi na przeszkodzie, by przy sprzyjających okolicznosciach historia się powtórzyła?

I chodzi mi tu szczególnie o to, że mozemy pozwolić nałożyć na siebie kajdany - stać się dla państwa przedmiotem nie podmiotem działań. Mogą nas wtłoczyć w konformizm, który wypłyca duszę i skazuje nas na szare życie cwaniaczków, ustawiających się w kolejce po substytut szczęścia.

W rozmowie z Jurgim nazwałam tą postawę "umijętnością takiego nadstawienia tyłka, żeby kop od życia bolał jak najmniej", na co usłyszałam jakże trafną ripostę - "a może wystarczyłoby podnieść czoło i rozejrzeć się dookoła".

I z tą myślą zostawiam Was dzisiaj - nie bójmy się kwestionować. Bójmy się jedynie, że możemy żałować tego, na co się biernie zgodziliśmy.

Po przerwie

Trochę mnie nie było... Cóż, wakacje, rodzina i pisanie tylko na papierze.

W międzyczasie wyklarował mi się pewien koncept. Od dawna zastanawiałam się, jak się przysiąść do badania światów wymyślonych - wydaje mi się to sprawą dość trudną. Ale niech będzie - oto zarys podziału nauki znanej jako światoznawstwo:

  • światotwórstwo - tu chyba obejdzie się bez objaśnień
  • światoznawstwo opisowe - musi powstać w konsekwencji światotwórstwa - jako forma prezentacji. Może być czynne - gdy pisze twórca, lub bierne, gdy pisze tylko badacz.
  • światoznawstwo porównawcze - hipotetycznie też pewnie się pojawi. Wystarczy zajrzeć na forum Conlanger, do działu Conworlding (jestem jako Schayboos).
  • światoznawstwo weryfikujące - najbardziej wnerwiająca część twórców dziedzina. Moim zdaniem potrzebne dla kreacji, które w zamierzeniu mają być wewnętrznie spójne. Polega na szukaniu dziury w czałym.


I to na tyle dzisiaj, walczę z obróbką danych (chcę sobie przygotowań narzędzia do pracy nad monolingualnym słownikiem itereš)

Gawęda o Wojowniku Gwiaździstej Tarczy - część 3

Wojownik Gwiaździstej Tarczy zna historię swego ludu. Szanuje jego tradycję i zwyczaje. Nie czuje się jednak ich niewolnikiem. Zachowuje ich pamięć, by przekazać ją dalej, ponieważ rozumie, że dusze jego współplemieńców pragną czasem powrotu do czasu swoich przodków. Wtedy obyczaj, pamiętany przez Wojownika, może się odrodzić, zaś przpdkowie radują się, znów zaproszeni do świata żywych.

***
Kilka słów o Gawędzie - jest to twór powstający na tej samej zasadzie co Podręcznik Wojownika Światła, jak słusznie zauważył Jurgi. A że metoda (czyli krótkie wstawki na żywo) jest ta sama, to, by nie popełniać plagiatu, podejmuję dialog z Coehlo. Dużo dobrego wyniosłam z lektury jego książki, jednak chciałabym wnieść własne refleksje. Podręcznik uczy, jak można iść przez życie ku Własnej Legendzie, Gawęda zaś pokazuje moje własne świata postrzeganie, pod tym niebem, co nam strzyja, i na tej Ziemi, co nas nosi. Będzie tu więcej konkretnych odniesień do kultury i życia - bo tak ja postrzegam pracę ze samym sobą.
Co do samych Wojowników Gwiaździstych Tarcz - jest to książka Leszka Michalika o duchowym dziedzictwie Ameryki Północnej, w któej wstępie wymieniono Wojowników jako strażników owego dziedzictwa.
Pozwoliłam sobie wybrać tak powiązanego bohatera, bo o ile Wojownik Światła jest skierowany w przyszłość, o tyle Wojownik Gwiaździstej Tarczy stoi przed problemem - ile przeszłości można porzucić dla przyszłości.

Gawęda o Wojowniku Gwiaździstej Tarczy - część 2

Wojownik Gwiaździstej Tarczy nie przeczy Wojownikowi Światła. Szanuje jego Własną Legendę i Znaki, które daje mu Bóg.
Jednak wojownik Gwiaździstej Tarczy wie, że prócz swoich marzeń niesie też marzenia innych ludzi i nigdy nie zapomina, że czasem trzeba odłożyć swoją Drogę, gdyż taka jest Ścieżka.
Wojownik Tarczy więcej szuka i wędruje niż walczy, albowiem jest wezwany do niesienia skarbu jakim jest tożsamość jego ludu.

Gawęda o Wojowniku Gwiaździstej Tarczy - część 1

Człowiek człowiekowi wilkiem

- napisał Edward Stachura. Pisze też jednak:

lecz ty się nie daj zwilczyć.



Wojownik Gwiaździstej Tarczy wie, że poeta ma rację. Bo choć najprostsza jest droga zwierzęcej agresji, to nie można kąsać niczym wilk, pozostając dalej człowiekiem. Wojownik nie zbacza na tą drogę, bowiem nie będzie mógł z niej zejść po raz drugi, jak wtedy gdy chciał zostać Wojownikiem.

Wielka Teoria Spiskowa i to, o czym Wiedżma późną porą rozmyśla

, ,

Miejscem akcji poniższego posta jest Turek w woj. wielkopolskim.

Co może zrobić siedemnastolatka w naszym mieście, żeby znaleźć fajnego chłopaka? Nic. Nie da rady.
Fajni chłopcy w Turku:
  • są zajęci
  • jeszcze nie interesują się dziewczynami
  • nawet jeżeli interesuja się dziewczynami, to przynajmniej w takim samym stopniu chłopcami (naukowo potwierdzony jeden przypadek)
  • marzy im się kariera kościelna


Powiecie byc może, ze popadam w paranoję? Nie, moi kochani. Po odjęciu powyższych zostaje jakieś 3-4 znane mi osoby. Są: a) na wakacjach; b)od nowego roku na studia i do woja.

Zapewne istnieje jakaś siła, która sprawia, że Turek nie jest miejscem na szukanie tego jedynego.

Swoją drogą zapytać możecie po co wywlekam takie paranoidalne sprawy:
a)wypełniam miesięczny grafik narzekania
b)to kolejny (po emigracji z rejonów Turku krasnoludków) argument, że w Turku krzyżują się jakieś bioprądy, które powodują anihilację ładu i spokoju w rejonie.

Swoją drogą pisząc ten post zdałam sobie sprawę, jak głupio rozwija się człowiek na płaszczyźnie miłości. Powyższa teoria powstała jakieś trzy lata temu, gdy w wesołym (jak trzydniowy nieboszczyk) gimnazjum będąc, czułam się zagubiona i niekochana. Później przyjaciele (ale głównie Błażej) ustawili mnie do pionu - żeby być niekochanym, trzeba się mocno postarać.

Owocem przemysleń z tego okresu jest teoria następująca (a oparta na doświadczeniu moim i kilku jeszcze osób):
Najpierw jest WSZM(wielka szalona miłość) - ta miłość kończy się zawsze źle - on/ona nie kocha - tragedia; kocha - gdy rozstaniecie się, też tragedia. Ten etap to zazwyczaj gimnazjum, może wczesne liceum (choc coponiektórzy tylko na tym poprzestają).
Następnie jest się "zrytym po kasku" (piękny slang młodzieżowy z okolic Konina) - popada się w czarną rozpacz po utracie miłości.
Zazwyczaj typowa nastolatka zapętla się w tych dwóch punktach.
Trzecim etapem osiągnięcia szczęścia w miłości jest akceptajca samego siebie oraz zrozumienie, ze nie jest się cudem wcielonym, tylko małym skarbem, który podoba się tylko coponiektórym koneserom.
Kiedy wyleczymy się z syndromu nikt mnie nie kocha-nikt mnie nie lubi, zaczyna się ta miła część randkowania - nie idziesz zdobyć miłości życia, tylko się zabawić. Jeżeli wam wyjdzie, wasze szczęście.

Ostatni etap, to jak na spokojnie znajdzie się partnera, z którym łączy nas przyjaźń i miłość.


Wiem, że powyższe opracowanie jest niezbyt realistyczne, a tak naprawdę to wszystko to jeden wielki misz-masz. Ale tak to wygląda u mnie (choć na razie daleko mi do ostatniego etapu, zresztą - nie spieszę się, są jeszcze studia) i kilku bliskich mi osób.

Może to egzaltacja, może po prostu chęć, żeby porozmawiać z kimś o miłości na spokojnie, takiej co to jest w oglądaniu razem filmu, piciu herbaty, robieniu zakupów - tej miłości, która daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.

I po Kupale

Myślę (tak, co do tego nie ma wątpliwości), że to już ostatni post pod znakiem Kupały.

Otóż dziś tylko moje osobiste przeżycia.

Mając nogę w gipsie, postanowiłam nie pchać się nigdzie w dniu święta i zwyczajnie posiedzieć do późna ze świetną lekturą. (Co prawda zamiast tego do pierwszej oglądałam anime na AXN Sci-Fi) Jak grzeczna dziewczynka poszłam spać i tak mętnie i nijako skończyła by się tegoroczna Kupała, gdyby nie pogoda.

Około godz. 3.21 głośny trzask obudził mnie gwałtownie. Mało nie spadłam z łóżka, święcie przekonana, że to jakiś wybuch (skutki ostatnich w tym roku lekcji z PO). Po chwili jednak lunął deszcz.

I tak oto stał się największy kupalny cud - pierwsza w tym roku burza (w rejonie Turku, woj. Wielkopolskie) uświetniła połączenie nieba i ziemi. I jak tu nie wierzyć?

Solstycjum letnie 2008 - o Śmierci Życiodajnej i przemianach Boga.

, ,

Pierwsza, najważniejsza sprawa:

Dużo radości i błogosławieństw w dniu Kupały, drodzy Czytelnicy!



W poprzednim poście "odkopałam" ducha łączącego Kupałę z końcem roku szkolnego. Dziś zajmę się jednak samym zagadnieniem kultu.
Motto dzisiejszego tekstu (za Wojciechem Jóźwiakiem) (Drużbowie Rakowie):

Woda jest w słowiańskiej kosmologii upostaciowaniem śmierci. W cyklu obrzędów kupalnych woda jako śmierć i bez-dech okazuje się też źródłem życia, więc Śmiercią Życiodajną. Imię tej bogini brzmiało Mara lub Mora, także w wersjach Marena, Marzanna i podobne. Dziwnym trafem po nadejściu chrześcijaństwa Matka Boża okazała się nosić imię Maria, które Słowianie wymawiali ze swoją trącą palatalizacją jako Marza.



Poznając pewien lud i widząc tylko dzieła jego rąk (kulturę materialną), nie znając języka ni obyczajów, można jednak wnioskować o religii. Co prawda są to tylko teoretyczne rozważania, ale częściowo mogą pokrywać się z prawdą.

Słowianie to lud rolniczy, o organizacji plemiennej, więc nic dziwnego, że w panteonie bóstw pojawiają się zarówno bogowie-wojownicy (Perun) jak i bogowie i boginie urodzaju (tu wyżej wspomniana Mora i Jaryło).
Możecie powiedzieć, że na podstawie jednej religii nie da się od razu stawiać tezy, że rolnik będzie się modlił do bóstw natury (a czy teraz polscy rolnicy to robią? - odpowiem za chwilę), a żołnierz do boga wojowników.
Odpowiedzi mam dwie:

  1. To nie tylko jedna religia. A nordycki Thor i Frey? A greccy Mars, Demeter i Kora-Persefona (odpowiedniczka Mory, żyjąca zarówno z matką - boginią urodzaju, jak i Hadesem w zaświatach)?
  2. Nawet chrześcijanie dalej modlą się do sił dbających o urodzaj lub zwycięstwo.


Tu, jeżeli pozwolicie, zapisane będzie zależność:

To, w co wierzy większość społeczeństwa, jest tym, co najbardziej dotyczy ich życia



Spójrzmy na to od początku:

Ludy zbieracko-łowieckie - mają mały wpływ na otoczenie - w większości czczą bogów natury (Gaja), silny kult słońca i burzy (Ra, Perun, Helios)
Ludy koczownicze - te hodują zwierzęta - wzrasta znaczenie bogów płodności
Ludy rolnicze - kult bogów płodności osiąga zenit (jest ich tylu, że szkoda wymieniać)
Ludy plemienne, prowadzące działalność wojenną - bogowie wojen (Celtowie mieli ich wielu)

I tu przestanę - bo na arenie pojawiają się hebrajczycy - z wizją Jednego Boga, Wszechmogącego Pana Zastępów. Interpretacja Biblii jasno pokazuje, że Jahwe ma wiele cech boga burzy i ognia. Lokalne bóstwo plemienne, które stało się Bogiem. Jak to się stało, że ludy, które przyjęły chrześcijaństwo, tak łatwo zrezygnowały z wielu bogów?

Nastąpiła adaptacja (jak z Kupałą) - bogowie ognia zlali się z Bogiem, boginie z Matką Boską (Matka Boska Zielna - bogini urodzaju), wiele bóstw ze świętymi (św. Jerzy - wojownicy, św. Hubert - polowania). Nic nie zginęło, zgodnie z Pierwszy Prawem Cywilizacji (patrz poprzedni post).

Ciekawym przypadkiem jest św. Jan Chrzciciel - patron solstycjum letniego.

Większość z czytelników zapewne żyje w mieście i nie odczuwa takiej aż znowu potrzeby, żeby lecieć do kościoła i modlić się do św. Barbary czy też św.Piotra. Po co? - mówią. Bóg jest jeden i tylko On winien być adresatem modlitw.

I tu pojawia się kolejna zależność:

Im bardziej człowiek panuje nad swoim środowiskiem, tym mniej Bóg musi mu pomagać


Już nie modlimy się gorliwie o uzdrowienie, płodność krów czy też inne rzeczy, które zapewniamy sobie sami - teraz Bóg słucha próśb o nawrócenie, ozdrowienie ze śmiertelnych chorób, pokój na świecie - problemy materialne stają się marginalne.

Sformułujmy więc II Prawo Cywilizacji:

  1. To, w co wierzy większość społeczeństwa, jest tym, co najbardziej dotyczy ich życia.
  2. Domeną bogów jest to, co niezbadane.
  3. Im bardziej człowiek panuje nad swoim środowiskiem, tym mniej Bóg musi mu pomagać

Koniec roku szkolnego a inicjacje

, ,

Zapytany o to, kiedy kończy sie rok szkolny, wicedyrektor mojej szkoły, pan Z., powiedział:

rok szkolny ustawowo kończy się w pierwszy piątek po 18 czerwca



I co z tego? zapytacie - otóż co następuje: dnia 23 czerwca (a w tym roku, jako przestępnym - 22 czerwca) następuje przesilenie letnie. Solstycjum owo (uczmy się słówek - jak ktoś cię nie słucha, to niech przynajmniej ma poczucie, że jest burok i durok) ma duże znaczenie dla dawnych Słowian.

Pozwólcie, że zacytuję za Panem Wojciechem Jóźwiakiem (www.taraka.pl:

Noc Kupały, czyli noc świętojańska, do dziś wywołuje spore emocje. Po dawnym święcie pozostało palenie ognisk i puszczanie na wodę wianków z zapalonymi świeczkami, ale także niejasne przekonanie, że nasi pogańscy przodkowie czcili to święto... dużo śmielej. Artur Kowalik, autor książki "Kosmologia dawnych Słowian", tak streszcza dawny sens Kupalnej Nocy:


"[Noc ta] służyła inicjacji seksualnej młodego pokolenia: nagie, a przynajmniej bose dziewczęta, śpiewając, wirowały w koło wokół świętojańskiego ognia w kierunku przeciwnym do ruchu słońca, symbolicznie pogrążając się w podziemnym świecie. Oszołomione tańcem unosili wyłaniający się z ciemności chłopcy, przenosząc w ramionach przez ogień i znikając z nimi na powrót w ciemności, by, na wzór kosmicznego zarodka żar namiętności przezwyciężył przeciwieństwa wynikające z różnicy płci."

Było to więc święto inicjacyjne i orgiastyczne. Średniowieczni kościelni pisarze wciąż gorszą się, iż niewiasty "w nocy ognie paliły, tańcowały, śpiewały, diabłu cześć a modłę czyniąc" (Marcin z Urzędowa). Jan Długosz ubolewa, iż mimo, że już 500 lat upłynęło do chrztu Polski, to wciąż "odprawiano [te igrzyska] przez bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się, oraz inne miłosne pienia..."


Zobacz całość

Co zaś łączy te dwa oderwane motywy? Zastanówmy się:
Koniec roku szkolnego to czas, kiedy dostajemy świadectwo (czasem też dojrzałości i rozbieżność daty zakończenia roku szkolnego przez maturzystów nie ma tu nic do rzeczy) - dyplom, dokument, papier są w naszej obecnej kulturze o wiele bardziej świadectwem niż czyny. Więc świadectwo - więc wtajemniczenie - więc inicjacja - i już widać, o co biega.

Największa inicjacja świata Słowian - Kupała - zbiega się datą z końcem roku szkolnego.
Przypadek?

Biorąc pod uwagę (odsyłam do artykułu), że Kupała to też czas łączenia się przeciwieństw, cudów...
Kiedy to się dzieje? Albo lepiej - kiedy to się stało? Kiedy ogień i woda mogły być jedno? Czy nie w czasie powstania świata?
Kupała to czas, gdy wszystko jest możliwe, to czas magiczny - w sam raz, żeby pozwolić ludziom zgłębić niepojętą wiedzę.

W czasie Słowian powszechnie za "wiedzę tajemną" można było uznać świat płci przeciwnej - tak odgrodzony w tym okresie. Czas jednak płynie i rytuały dosłowne stają się symboliczne - od bezpośredniego doświadczenia do symbolicznej kartki papieru potwierdzającej pewną biegłość w materiale, od płci przeciwnej do arbitralnie ustalonych partii wiedzy.

Więc oto formułuję Pierwsze Prawo Cywilizacji:

Nic w świecie nie ginie, tylko zmienia wpierw formę, a następnie treść