Przekonaj mnie
Wednesday, April 22, 2009 7:43:24 PM
O szlachetna sztuko retoryki! Któż pojmie twe arkana, godzien jest dzierżyć Mickiewiczowski rząd dusz. W dzisiejszym świecie liczy się czy umiesz słuchacza przekonać do swoich racji. Nie ważne, czy jest to „bryl” czy też uczona dysputa. Liczy się efekt. Efektywne mówienie przydaje się w różnych sytuacjach, jednak moim skromnym zdaniem najchętniej wybierają ten oręż ci, którzy bronią swojego światopoglądu w obliczu innej generacji. Przykładem mogą być romantycy, ich natchnione serce lepsze niż oświeceniowy rozum. Ale też pozytywiści – młodzi, spragnieni konkretów i działania.
Na początek coś ostrego – „My i wy” Świętochowskiego. Jeżeli miałabym analizować ten tekst w manierze pana Weresa, powiedziałabym, że artykuł został napisany przez archetypicznego zodiakalnego Barana. Jest to akt zaznaczenia istnienia danej grupy, ignorujący na razie konkrety kształt – liczy się dla niego to, że jest, są, mają jakiś ich własny kształt. Nie liczy się kierunek tegoż pędu, impetu, jakim się charakteryzują. Ważne staje się tylko odrębność jako istnienia.
Tekst można oskarżyć o demagogię. I owszem, są ku temu wszelkie dowody. Na chwilę jednak wstrzymajmy się jeszcze z wyrokiem.
Świętochowski tworzy wyraźnie dwie przeciwstawne do siebie kategorie – my i Wy, ta druga specjalnie pisana dużą literą. Oba określenia są w kontekście całej treści nacechowane emocjonalnie. Wy, czyli „starzy”, romantycy, przedstawieni są jako byty entropiczne , zramolali matuzalemowie, którym nie pozostaje nic innego jak bezsilnie jeszcze trzymać się pajęczych sieci, które utkali, by nie wypuścić ze swych rąk steru dziejów.
To zręczna manipulacja – mowa o ludziach po czterdziestce i starszych, którzy mają na swoim sumieniu następujące grzechy – są starzy i mają stare poglądy; nie kłaniają się nowemu i postępowi, który niosą młodzi, odmawiają młodym prawa do części swej chwały i uznania, dla siebie żądają zaś bezkrytycznej akceptacji.
O, czy to nie brzmi sprzecznie? Wszak najgorsze w tych złych, samolubnych tetrykach jest właśnie pragnienie bycia nieustannie poklepywanym po plecach i powtarzane w kółko afirmacje ich dokonań.
Czy młodzi chcą czegoś innego? Skądże. Dodają jedynie, że teraz jest teraz, przed narodem jest przyszłość i ci, którzy poprowadzą naród w przyszłość są równie godni czci co swoi poprzednicy, a nawet bardziej – wszakże ich epickie osiągnięcia dopiero nadejdą.
Do czego dążę – specjalnie odwracam retorykę tekstu. Łatwo jest dobrać takie słowa, by pełne emocji, budzące silne skojarzenia frazy wyryły w umyśle odbiorcy konkretny, trwały ślad i zmieniły jego poglądy w danej kwestii. Świętochowski bezlitośnie kreśli obraz śmierci i rozpadu wokół „starych”, skłania nas do postrzegania ich jako wsteczną siłę hamującą wszystkie dobre tendencje pojawiające się w narodzie. Autor napomina wszakże o osiągnięciach swoich poprzedników, po to jedynie, by zamknąć im usta: zrobiliście coś – ale to czas przeszły, skończony, niepowtarzalny w przyszłości. Neguje wszystko to, co z przeszłości można wynieść, lekceważąc słowa Tukidydesa, że wszystko już było i powtarza się w nieskończoność. Za to wykręca do swoich celów inną sentencję: Ludzie tak mało się wysilają, by znaleźć prawdę. Swoje towarzystwo kreują zaś na nielicznych mądrych, którzy prawdę dostrzegli i zaciekle walczą o zbawienie całego narodu mocą przemienienia ludzi przez ich intelektualny rozwój. Uważają się za zdolnych do pobudzenia ziomków i nakłonienia ich do wejścia na ścieżkę samorozwoju umysłowego.
Ach. Nasuwa mi się tylko piosenka Lao Che Bóg zapłać:
I wszystko będzie moje,
będzie słodkie, i kolorowe, i będzie takie, o,
tu będę miał takie te i tu będę miała takie
tu będę miała takie te
bo ja pomyślałem, że tu będzie inaczej
a tu jest tak, o, do dupy raczej.
Jeśli masz w tym frajdę
aby rzeczy gmatwać
to mi teraz za tę moją krzywdę zapłać
Bóg zapłać
Zapłać, Bóg zapłać…
O co konkretnie podmiot piosenki ma pretensje, to nigdy słuchacz się nie dowie. Ma jednak pewność (i to nie zachwianą), że za wszystko chce dostać coś gratis, stać się wyniesionym, ustawić się na resztę życia. Ma o to pretensje.
Chore ambicje i brak samokrytycyzmu. Ot i cała tajemnica, młodzi są przecież tylko młodymi ludźmi, skłonnymi do radykalnych osądów, zwłaszcza w kwestii samopostrzegania się jako osoby potrzebne, docenione. Najzwyczajniej w świecie mają o to pretensje. Widzą się (tu, w obrębie „Nas i Was”) jako rycerze logiczni w lśniącej zbroi, w światłe jutro kroczący, starego złego maga mający na przeszkodzie. Ale nie szkodzi – mogą go oszkalować, kalumniami obrzucić i udowodnić, że przeciwnik to kanalia, nawet nie w pełni władz umysłowych, lecz szkodząca otoczeniu przez to tym bardziej.
Logika – to ich główna broń. Pan Świętochowski odwołuje się do niej kilkakrotnie. Śmiać się chce – zwłaszcza, że chwilę temu, dzięki logice, dowiodłam, że młodzi chcą zagarnąć przywileje starych, w dodatku za bezcen, tylko dlatego, że roszczą sobie do tego pretensje. Kto czytał Przyjaciela Prawdy Jacka Dukaja, ten wie, że logiczne wywody często służą do wysnuwania wniosków, które nijak mają się do racjonalności. Tok rozumowania logicznego można nagiąć do własnych zamierzeń, niezbyt się przy tym przejmując rzeczywistym stanem rzeczy.
Na tym zostawiam Świętochowskiego – wszystko można ubrać w barwne słówka, a potem słowa te tak przekręcić, że odbiorca zrozumie tylko to, co chcieliśmy mu wmówić. Jednak gdy nabierze się dystansu, sprawa zmienia się diametralnie – rozgrywane na emocja wywody stają się tylko śmieszną demagogią, jakkolwiek by nie porywały w czasie lektury.
Nie lubię radykałów. To forma toporna, służąca do utorowania przejścia innym. Czas więc na coś spokojniejszego. Posłuchaliśmy, co młodzi mają do powiedzenia starym. Teraz pan Asnyk zwróci się do młodych.
Asnyk jest i nie jest częścią „kliki”. Za stary (ba! O dziesięć lat) na prawdziwego pozytywistę, jest nim jednocześnie w dużej mierze. Brak mu zapału i zacietrzewienia w tępieniu poprzedniej generacji. Mogłabym powiedzieć, że pan Asnyk stara się wyważyć przeszłość i przyszłość, świadomy, że każde pokolenie kiedyś przemija, lecz nie neguje to jego wartości.
W wierszu „Do młodych” (Poezje, tom 3, 1880) znajdujemy dość ciekawy odzew do pozytywistów. O ile Świętochowski godzi poza swoje środowisko, o tyle Asnyk delikatnie, z dyplomatycznym taktem zwraca się do swojego otoczenia, stronnictwa młodych. Dowodzi to istnienia pewnego samokrytycyzmu ze strony podmiotu w utworze. Precyzowane są też w pewnym sensie ideały pozytywistów. Wskazuje się potrzebę sięgania dalej (pozwolę sobie jednak przytoczyć tu Mickiewiczowskie: sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga), rozwoju idei i nauki (dziś sformułowalibyśmy to jako koncepcję dążenia do samorozwoju duchowego, który ma wnieść coś dobrego do dorobku ludzkości). To cel jakże światły i idealistyczny. I nie próbuję w tym miejscu być sarkastyczna. To sprawa poważna, ponieważ jako drogę do spełnienia tychże ideałów obrali pozytywiści ciężką pracę własnych ramion. To czyni ich rzeczywiście świetlistymi bohaterami. Tym razem jednak (w odróżnieniu do Świętochowskiego), bohaterowie owi nie idą zabić starego maga. Potrafią wysłuchać starca i iść dalej, bogatsi o jego wiedzę, by zbudować kolejny szaniec. Mają bowiem świadomość, że ani nie rozpoczęli tej międzypokoleniowej drogi, ani też jej nie skończą. Lekkim, zwiewnym językiem pisze Asnyk, że to wszystko to część odwiecznego cyklu. I to jest mądrość, o którą chodzi Asnykowi – jakkolwiek by nie patrzeć, jakichkolwiek znaczeń by się nie dopatrywać – nasi poprzednicy przygotowali drogę dla nas, a my mamy przygotować drogą dla naszych następców (utożsamiam się trochę z młodymi, może dlatego, że tekst trąca uniwersalizmem – wszakże obserwacja dotycząca cykliczności zjawiska przenosi to spostrzeżenie w zupełnie inną płaszczyznę interpretacji – raz jeszcze poezja okazuje się najniezwyklejszą formą komunikacji, dającą zarówno możliwość odniesienia się do rzeczy aktualnych jak i niezmiennych, tak że odbiorca może z utworu coś wynieść bez względu na rok, w którym czyta wiersz).
Podmiot zaznacza również inną niezwykle ważką kwestię – na starych ołtarzach wciąż tli się ogień. To znaczy, że stare wartości są ciągle żywe, nawet jeżeli nie dla nas, to dla naszych poprzedników. Nie powinniśmy ich niszczyć, tylko dlatego, że nie uważamy ich za wartościowe – wszakże wartość też jest jakością arbitralną. A któregoś dnia to my możemy znaleźć się jako czuwający przy starym ogniu, gdy nowe pokolenie będzie szło w blasku słońca...
Dwa zupełnie przeciwstawne stanowiska, nie sądzicie? I zupełnie inaczej przekazane. Jeden chce wojny z tym co było, drugi proponuje – budujmy swą siłę nie niszcząc korzeni.
Obu jednak łączy coś – podejmują próbę nadania kierunku pozytywistom, chcą mieć wpływ na ich stosunek do świata, a przy tym nakreślić nowe ramy dla budowanych przez ludzi hierarchii.
Zjawisko godne zauważenia – oto pokolenie, które wierzy, że można wypracować drogę w świetlaną przyszłość. Jakkolwiek się za to nie biorą, wierzą w to. Tą pewność, że istnieje słuszna ścieżka, moglibyśmy mieć w sercu jako ogień, zostawiony nam gdzieś w zapomnianej świątyni. My wszakże krzyczymy, żyjemy... Czy to połowa ich sukcesu? Czy może połowa naszej porażki?
[/ALIGN]









