Skip navigation.

Log in | Sign up

aga maga notuje

może mam zbyt wiele zmysłów? czasem tak mocno odbieram świat.

co teraz

Wiecie, czasem jestem straszliwie zmęczona.

Mam drugą pracę - w dziale promocji pewnej szkoły wyższej - na szczęście, w Klubie zaczęła się "przerwa sezonowa", więc nie tak trudno wywiązywać się ze wszystkich obowiązków.
A od września czeka mnie jeszcze dorywcze zaangażowanie w "rozruszowanie" pewnego centrum kultury.

No, cóż, ale kiedy chce się jakoś w miarę zarabiać, stale rozwijać, kiedy się nadal szuka dla siebie miejsca - to czasem właśnie tak to musi wyglądać.

W międzyczasie, chwała Panu, pojawiła się okazja wyjazdu. Krótkiego, ale niesamowicie regeneracyjnego. Spróbuję Wam kiedyś o nim opowiedzieć.

Wstaję przed pięć dni w tygodniu po piątej rano, wracałam przez pierwszy tydzień totalnie wykończona, teraz już powoli, powoli się do tego nowego rytmu przyzwyczajam. Popołudnia to ślęczenie przy komputerze lub załatwianie zaległych spraw, czasem - jak teraz, mimo niedzieli - nadal praca, choć przecież tak bardzo nie chcę jej przynosić do domu.

Przegapiam, jak już kiedyś, dwa lata temu, rozwijanie się lata, ale wierzę, że tak ma być. Chcę tak, na razie naprawdę tak właśnie chcę.

Najadłam się czereśni, niedawno, pierwszy raz od bardzo dawna, tak, że aż bolał mnie brzuch. Szparagi udało mi się kupić i, pierwszy raz w życiu, w ogóle pierwszy raz!, jako tako przyrządzić.

A teraz kończę cappuccino, słucham Cafe del Mar, po kolei, wszystkie części; kończę w tej chwili piątą. Częściej przychodzi, niż kiedyś, ochota na eFIeSZetA. Jakoś żyję, modlę się gorąco o zdrowe stopy i dom, ból zabiegu na stopie lewej powoli odchodzi w zapomnienie, idę wklejać napisy do kroniki uczelnianej.

herbata z mlekiem, ale nie bawarka, bo o smaku karmelu

Hm. Chyba nie do końca rozumiem, dlaczego w miejsce zdjęć znajomych wyświetlają się jakieś czarno-białe portrety typu "wanted"...

Mój ojciec: To jest o piątej, tak?
Mama: Tak, o piątej.
Ja: Co jest o piątej? [Mój durny jęzor wścibski!]
Tata: Droga Krzyżowa. Po chwili - Kiedyś to było nie do pomyślenia, żeby nie pójść.
Ja: Jak dobrze, że zmieniły się czasy, prawda?

Bo widzicie, to, że mam 26 lat, niekoniecznie w pewnych kwestiach cokolwiek zmienia.
Dowodem mogą być pytania mamy, gdzie byłam - kiedy wracam ze szmateksu i apteki. No, tak, przecież w piątkowe przedpołudnie na naszej wsi jest wyjątkowo niebezpiecznie... albo nie wiem, szczerze nie wiem, z jakiego innego powodu zawsze powinnam jej powiedzieć, gdzie wychodzę.

26 lat [prawie] i tego typu sceny.
Nie przeżywam ich jakoś szczególnie boleśnie, ale zdarzają się chwile tuż przed zaśnięciem, kiedy zupełnie serio myślę o trzaśnięciu tym wszystkim w pierony, olaniem działki, o drugim etacie w jakimś barze albo przynajmniej o podróży.
Coś na kształt Elizabeth w 'My Blueberry Nights' [czyli w 'Jagodowej miłości', bo ktoś Polakom pozwala ciągle na takie właśnie masakry tłumaczeniowe].
Coś na kształt Elizabeth, chyba nawet wzrost by się zgadzał, tyle, że jaguara nikt mi jakoś zaproponować nie chce, a do dyspozycji mam matiza z wyciekającym płynem chłodniczym, amen.

aga maga notuje, aga maga gotuje - a nawet piecze

dramat egzystencjalny, dlatego staram się spełniać w kuchni

Zaraz pójdę zmajstrować kolejny bread pudding, tym razem ze starych rogalików. Byle na słodko, byle chrupiąco, byle gorące. I zawsze się uda.

Nastawiłam się już na niższe zarobki w pracy, za to z większym komfortem psychicznym. Dlatego perspektywa zachowania tego drugiego przy korzystnej zmianie tego pierwszego, naprawdę przyniosła radość.
Czyli prawdą jest, że trzeba po prostu starać się żyć w zgodzie z sobą, nie bać się podejmowania decyzji - a będzie szczęśliwie.

I nawet dostałam 50zł, więc mogę sobie kupić drewniany alfabet i trochę kwiatków, szok. [To nie kosztuje w sumie 50zł, ale musiało starczyć na trochę jedzenia i trochę bielizny. Życie.]

Skąd więc ten dramat?
Chciałabym dostać kredyt, zacząć budować dom, móc zajść w ciążę i zacząć się rozglądać za małym labradorem. Banalne i cholernie nieosiągalne.

nadal pozytywnie

Muszę trochę sprostować: otrzymując umowę-zlecenie, nie mogę się rejestrować w Urzędzie Pracy. Płakać nie będę, bo najważniejsze dla mnie w tym momencie jest ubezpieczenie zdrowotne, które, a owszem, będzie mi w tej sytuacji przysługiwać.

Ergo: do doktora mogę sobie normalnie chodzić. Pieniądze jakieś będą płynąć [nie ogromne, ale - od imprezy - całkiem sympatyczne; nie wystarczyłyby na normalne życie, ale kiedy się mieszka z rodzicami i ma pracującego jakośtam męża, jest to kwota do wytrzymania].

Co ponadto, a co jest dla mnie ważniejsze: MAM CZAS. Czas na pisanie pracy magisterskiej [melduję posłusznie, iż kolejny rozdział jest już skończony, acz przyznaję, że wymaga jeszcze uzupełnienia o kilka artykułów]. Czas na scrapbooking, którym się ostatnio zaczęłam fascynować [to znaczy, to trochę tak, że odkryłam, iż to moje dłubanie, do którego co jakiś czas wracam, posiada właśnie taką - profesjonalną - nazwę, więc teraz z upodobaniem i trochę żartobliwie jej nadużywam]. Czas na narty, na które mogłam dzisiaj, pierwszy raz od roku, pojechać. Czas na eksperymenty kuchenne [bo tydzień jedzenia resztek z lodówki, połączonych w kombinacje, budzące zachwyt męża - to naprawdę eksperymentowanie]. Czas dla siebie, dla nas.
CZUJĘ SIĘ WOLNA. Ubędzie mi trochę obowiązków - tzn. tylko w związku z ograniczeniem liczby koncertów; ubędzie mi sporo stresów i chorych zależności. Mogę spokojnie szukać pracy, która da mi pełnię samorealizacji, spełnienia i godziwe zarobki, a z tej czerpać tylko satysfakcję, przyjemność. Podjęłam decyzję - nie tylko SAMODZIELNIE, ale i taką, z którą się w pełni identyfikuję, której nie żałuję, która jest jak wypuszczenie powietrza; długo, ze świstem i przerwanego wybuchem śmiechu.

Tak, wiem, że to wygląda bajkowo, a przecież życie jest jednak trochę bardziej brutalne, na potoczności sobie pozwalając.
Ale czuję się niewiarygodnie dobrze z tym, co jest; i cieszę się, że ostatnie pół roku nie zabiło we mnie optymizmu.

Z takowym więc w przyszłość patrzę i nie zapowiada się, żeby ktokolwiek mógł mi to odebrać.

Wkrótce kolejne raporty.

panu Arden dedykuję

Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie - tak brzmi tytuł książki, którą Mąż dostał ode mnie na gwiazdkę.
Książeczka jest do połknięcia w jeden wieczór, najważniejsze, że zostaje w głowie. Malutką żaróweczką, która zapala się... hm. We właściwym, czy niewłaściwym momencie?..

Jest kryzys. Wiem; dla jednych to mało odkrywcze, drudzy jeszcze w to nie wierzą. Ale jest i mnóstwo znajomych traci pracę lub jeszcze czeka na decyzje swoich szefów.

W Klubie, w którym pracuję, zmienił się zarząd. Władzę przejęli współwłaściciele, dotychczas przyglądający się raczej z boku poczynaniom S., który mnie zatrudnił. Teraz jednak zabrali się ostro do działania, a S. zdecydował się tylko przyglądać.
Najważniejsza ich decyzja, to zatrudnienie menadżerki, która od kilku dni stara się ogarnąć panujący w Klubie bajzel - głównie administracyjny. Do niej należą decyzje w większości spraw, a pozostałe konsultuje z szefami. Wszystkie - z nimi rozlicza.
Ja mam tam umowę na pół etatu, za połowę minimum krajowego. Wiem, że spokojnie udałoby mi się z nią dogadać zmianę umowy na pełny etat lub przynajmniej wpisanie faktycznej kasy, którą zarabiam.

A zatem, zdroworozsądkowe spojrzenie na sprawę.:
1. Jest kryzys. Wiem; dla jednych to mało odkrywcze, drudzy jeszcze w to nie wierzą. Ale jest i mnóstwo znajomych traci pracę lub jeszcze czeka na decyzje swoich szefów. Ergo: kiedy się pracę ma i nikt nie chce nas zwalniać, powinniśmy robić wszystko, żeby tę pracę utrzymać.
2. Umowa na czas nieokreślony jest przecież najlepszą z możliwych, przynajmniej w dobie kryzysu.
3. Praca w zawodzie + zmniejszenie liczby obowiązków + utrzymanie stawki = sytuacja idealna, stwarzająca możliwości rozwoju [patrz: obrona pracy magisterskiej, no i, oczywiście, szukanie drugiego etatu].
4. Jeśli nawet się nie dogadujemy z szefostwem albo po prostu nie mamy do nich zaufania [bo np. raz nas już wykiwali...] i jeżeli chcielibyśmy zmienić pracę na lepszą, to, skoro nikt nas nie chce zwolnić, powinniśmy pracować, zarabiać, spokojnie nabijać lata pracy, odkładać na emerytuję, zdobywać doświadczenie itd. - a jednocześnie, szukać tej nowej lepszej pracy. Nie narażając się na ponowne spotkanie z arcysympatycznymi paniami z UP.

Prawda?

Tylko, że tak myśli każdy.

A ja zaproponowałam rozwiązanie umowy o pracę, zatrudnianie mnie przy konkretnym koncercie, na który zdecydują się przeznaczyć wcześniej określone środki. Stawka od imprezy + umowa - zlecenie.
Plus, oczywiście, pełnoprawne bezrobocie.

Co mi to daje? O tym następnym razem. Na razie napawam się tą moją drobną ekstrawagancją.

Prawdopodobnie, zdaniem moich rodziców, żaróweczka zapaliła się w momencie bardzo dla mnie niewłaściwym. Tyle, że ja myślę zupełnie odwrotnie.
December 2009
M T W T F S S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31