nadal pozytywnie
Monday, 19. January 2009, 18:55:29
Muszę trochę sprostować: otrzymując umowę-zlecenie, nie mogę się rejestrować w Urzędzie Pracy. Płakać nie będę, bo najważniejsze dla mnie w tym momencie jest ubezpieczenie zdrowotne, które, a owszem, będzie mi w tej sytuacji przysługiwać.
Ergo: do doktora mogę sobie normalnie chodzić. Pieniądze jakieś będą płynąć [nie ogromne, ale - od imprezy - całkiem sympatyczne; nie wystarczyłyby na normalne życie, ale kiedy się mieszka z rodzicami i ma pracującego jakośtam męża, jest to kwota do wytrzymania].
Co ponadto, a co jest dla mnie ważniejsze: MAM CZAS. Czas na pisanie pracy magisterskiej [melduję posłusznie, iż kolejny rozdział jest już skończony, acz przyznaję, że wymaga jeszcze uzupełnienia o kilka artykułów]. Czas na scrapbooking, którym się ostatnio zaczęłam fascynować [to znaczy, to trochę tak, że odkryłam, iż to moje dłubanie, do którego co jakiś czas wracam, posiada właśnie taką - profesjonalną - nazwę, więc teraz z upodobaniem i trochę żartobliwie jej nadużywam]. Czas na narty, na które mogłam dzisiaj, pierwszy raz od roku, pojechać. Czas na eksperymenty kuchenne [bo tydzień jedzenia resztek z lodówki, połączonych w kombinacje, budzące zachwyt męża - to naprawdę eksperymentowanie]. Czas dla siebie, dla nas.
CZUJĘ SIĘ WOLNA. Ubędzie mi trochę obowiązków - tzn. tylko w związku z ograniczeniem liczby koncertów; ubędzie mi sporo stresów i chorych zależności. Mogę spokojnie szukać pracy, która da mi pełnię samorealizacji, spełnienia i godziwe zarobki, a z tej czerpać tylko satysfakcję, przyjemność. Podjęłam decyzję - nie tylko SAMODZIELNIE, ale i taką, z którą się w pełni identyfikuję, której nie żałuję, która jest jak wypuszczenie powietrza; długo, ze świstem i przerwanego wybuchem śmiechu.
Tak, wiem, że to wygląda bajkowo, a przecież życie jest jednak trochę bardziej brutalne, na potoczności sobie pozwalając.
Ale czuję się niewiarygodnie dobrze z tym, co jest; i cieszę się, że ostatnie pół roku nie zabiło we mnie optymizmu.
Z takowym więc w przyszłość patrzę i nie zapowiada się, żeby ktokolwiek mógł mi to odebrać.
Wkrótce kolejne raporty.
Ergo: do doktora mogę sobie normalnie chodzić. Pieniądze jakieś będą płynąć [nie ogromne, ale - od imprezy - całkiem sympatyczne; nie wystarczyłyby na normalne życie, ale kiedy się mieszka z rodzicami i ma pracującego jakośtam męża, jest to kwota do wytrzymania].
Co ponadto, a co jest dla mnie ważniejsze: MAM CZAS. Czas na pisanie pracy magisterskiej [melduję posłusznie, iż kolejny rozdział jest już skończony, acz przyznaję, że wymaga jeszcze uzupełnienia o kilka artykułów]. Czas na scrapbooking, którym się ostatnio zaczęłam fascynować [to znaczy, to trochę tak, że odkryłam, iż to moje dłubanie, do którego co jakiś czas wracam, posiada właśnie taką - profesjonalną - nazwę, więc teraz z upodobaniem i trochę żartobliwie jej nadużywam]. Czas na narty, na które mogłam dzisiaj, pierwszy raz od roku, pojechać. Czas na eksperymenty kuchenne [bo tydzień jedzenia resztek z lodówki, połączonych w kombinacje, budzące zachwyt męża - to naprawdę eksperymentowanie]. Czas dla siebie, dla nas.
CZUJĘ SIĘ WOLNA. Ubędzie mi trochę obowiązków - tzn. tylko w związku z ograniczeniem liczby koncertów; ubędzie mi sporo stresów i chorych zależności. Mogę spokojnie szukać pracy, która da mi pełnię samorealizacji, spełnienia i godziwe zarobki, a z tej czerpać tylko satysfakcję, przyjemność. Podjęłam decyzję - nie tylko SAMODZIELNIE, ale i taką, z którą się w pełni identyfikuję, której nie żałuję, która jest jak wypuszczenie powietrza; długo, ze świstem i przerwanego wybuchem śmiechu.
Tak, wiem, że to wygląda bajkowo, a przecież życie jest jednak trochę bardziej brutalne, na potoczności sobie pozwalając.
Ale czuję się niewiarygodnie dobrze z tym, co jest; i cieszę się, że ostatnie pół roku nie zabiło we mnie optymizmu.
Z takowym więc w przyszłość patrzę i nie zapowiada się, żeby ktokolwiek mógł mi to odebrać.
Wkrótce kolejne raporty.














Pandaju # 20. January 2009, 23:30