Anemicznie apetyczny

Jak mnie ugryźć by się nie przejeść

Subscribe to RSS feed

Ferie, głupcze!

,

Od tygodnia mam ferię. Mogę odpocząć. Teoretycznie.

Prawda jest taka, że przez cały pierwszy tydzień chodziłem na dodatkowy kurs z fizyki. Chciałem mieć czyste sumienie i wolne popołudnia od zrzędzenia rodziców na temat moich przygotowań do matury. Zajęcia całkiem fajne, coś się działo. Może to tylko mój fetysz, ale naprawdę lubię wstać wcześnie rano z domu i pójść do zimnej szkoły. Zawsze to jakiś bodziec, żeby ruszyć swoje cztery litery i zrobić "plan porankowy" przed konkretną godziną. Tym bardziej, że na zajęciach spotkam osoby, z którymi lubię przebywać i robię to, co muszę, a niekoniecznie chcę.

Co do przygotowań do matury to mam już wszystkiego dosyć. Nie chodzi mi o samą naukę, bo z tym jakoś sobie radzę, ale najgorsza jest ta nawijka całego mojego otoczenia. W szkole każdy musi rzucić tekst o maturze, ile kto już się nauczył. Niektórzy ludzie promują się liczbą przeliczonych zbiorów, wykonanych testów z danego przedmiotu. Nie wiem tylko, czy mam im współczuć trudu (który sam codziennie wkładam i nie płaczę), czy gratulować gorliwości (niewiele większej od innych, ale na pewno głośniejszej), czy też podziwiać idiotyzm danej osoby, która próbuje wypromować własną osobę i błysnąć przed nauczycielem.

Mój sposób nauki jest bardzo prosty. Dajcie mi spokój, a sam się za to wezmę. Może nie jest on oryginalny, szałowy albo wycięty i oprawiony z "mądrego pisma młodzieżowego", ale przynajmniej jego efektywność jest zadowalająca. Podciągnąłem się trochę z matematyki, teraz zabieram się za fizykę. Mam tylko nadzieję, że po raz kolejny słowa nie wezmą góry nad czynami.

Zdaję sobie sprawę z tego, że mało osób czyta tego bloga, ale chciałbym nieśmiało zaapelować - nie tylko Ty masz w tym roku maturę, więc zamiast chwalić się takim "pryszczem", weź się wreszcie do roboty.

Wczoraj odbyłem spotkanie klasowe z przyjaciółmi z podstawówki. Frekwencja nie należała do najwyższych, bo przyszło tylko kilka osób, ale akurat byli to ludzie, z którymi dobrze dogadywałem się, więc czas w dobrym towarzystwie szybko minął. Postaram się następnym razem ściągnąć więcej osób z mojego liceum i tej samej podstawówkowej klasy, żeby zabawa trwała do białego rana smile

PS. Jeśli ktoś coś chce ode mnie "na jutro", to lepiej prosić tydzień prędzej. Tak, to taki żarcik-sucharek dotyczący ostatniej notki. Wiem, jestem świetny w te klocki.

Walentynki

, , , ...

-Puk, puk. -Kto tam?
-To ja, hipopotam.
Nie wiem jak to się stało,
Że nas dwoje tak się dobrało.
Ty piękna, ze sfer wyższych żyrafa,
A ja oblech, karzeł i lokalny rastafa.

Uśmiech Twój wspaniały z takiej wysokości,
Przypomina gwieździste niebo pełne boskości.
Ja sam podobnym atutem się nie pochwalę,
Bo w błocie stale leżę i sawanną walę.
Zęby moje też nie najpiękniejsze, kolor ich nieciekawy,
Chyba, że Twój ulubiony odcień to ten kubańskiej kawy.

Dziękuję losowi za szansę mi daną.
I Tobie, Miłości, że ślepą jesteś panią.



Udanych Walentynek wink
Jutro spróbuję wrzucić jakąś notkę na bloga.

Religia - matrymonialnie

, , , ...

Polecenie
Napisz ogłoszenie matrymonialne podając swoje cechy charakteru oraz te, które chciałbyś u kogoś zobaczyć.

Mój wiżyn
Dziki kocur, lat 18, szuka swojej ciepłej kici, z którą będzie mógł pójść na tłuste szczury. Jestem nieustępliwy w łapaniu za ogon, lubię lizać futerko oraz uwielbiam dobrą zabawę przez cały wieczór. Liczę na to, że jesteś typem imprezowego kociaka, który wie, czego chce od życia.

Potem musiałem tłumaczyć, co rozumiem przez niektóre sformułowania, które wydawały się mi nadwyraz oczywiste: nieustępliwy w łapaniu za ogon - pracowity, sumienny; lubię lizać futerko - dbam o najdroższe mi osoby, chcę by czuli się kochani; imprezowy kociak - normalna, "niesmucąca", pewna siebie dziewczyna. Cóż, siostra była pod wrażeniem moich tłumaczeń wink

Jak się chce, to wszystko można zrobić po swojemu. Nawet na religii p

Jesienne klimaty

, , , ...

Każda pora roku kojarzy się z czymś innym: zima ze śniegiem, wiosna z miłością, lato z wakacjami, a jesień - jak przystało na najbardziej kolorowy okres w roku - z chandrą i przemijaniem.

Zły nastrój dopadł także i mnie. Głupawy, zdekoncentrowany, rozleniwiony. Denerwowało mnie też to, że nie mogłem znaleźć dla siebie odrobiny czasu by odpocząć od codziennej rutyny. Po kilku mniejszych porażkach i małych problemach, powoli wracam do starego rytmu. Stawiam małe kroki w właściwym kierunku i jestem skupiony na osiągnięciu celu. To najważniejsze.

We wrześniu obchodziłem swoje osiemnaste urodziny. Biba, prezenty itd. Ważne jest jednak to, że dostałem własny aparat cyfrowy, dzięki któremu będę mógł trochę ożywić notki na blogu. Multimedia, kto ich nie kocha?p

Wycieczka szkolna do wrocławskiego teatru pozostawiła po sobie u mnie mały niedosyt. Przed spektaklem pozwiedzaliśmy miasto, porobiłem kilka zdjęć, ogólnie przyjemnie spędzony czas. Czar prysł po wejściu do teatru. Byłem nastawiony na lekką sztukę/komedię, tymczasem wchodziłem do jamy nowoczesnych adaptacji sztuk Shakespeare'a. Ofiarą miał paść "Cezar". Zastosowanie miejsc widowni jako miejsca posiedzeń oraz kamery w celu ukazania niezależnych płaszczyzn fabularnych było ciekawe, jednak gra aktorów mnie zawiodła. Widoczna była różnica między talentem aktorskim starej i młodej gwardii aktorów. Pierniki mówiły głośno albo chociaż były słyszalne, podczas gdy świeżaki bardziej wczuwały się w aktorzenie niż komunikatywność z widzem. Trudna sztuka, trudne dialogi i problem ze zrozumieniem dialogów aktorów. Połączenie ryzykowne. Szkoda tylko, że zamiast przesłania "Cezara" większość zapamiętała ulicznego żula, który w trakcie sztuki poprosił o fajkę aktorów grających wtedy poza salą teatralną. Mimo wszystko - podobało mi się.

Kolejnym dużym miastem, które odwiedziłem był Poznań. Powód? Koncert zespołu j-rockowego Plastic Tree. Supportowani byli przez Gothikę, która chyba po raz pierwszy miała tak liczną publikę na polskim evencie. Plastiki zagrali świetnie, wyszalałem się. Jedynym mankamentem koncertu były stanowiące zdecydowaną większość rozwrzeszczałe gimnazjalistki, które nierzadko przychodziły do klubu ze swoimi rodzicami, tylko po to by dotknąć członków zespołu. Kilka z tych dzieweczek poprosiło nawet Krisa o kupienie im piw. Jak przystało na praworządnego pełnoletniego człowieka, odmówił im. Jednak z całego poznańskiego wydarzenia najbardziej cieszyłem się z tego, że miałem okazję poznać znajomych Tulaka. Kontakt z tak niesamowitymi ludźmi był niezapomniany.

Póki co jestem wypalony twórczo, więc nie liczcie na jakiekolwiek wierszyki p

PS. Skoro jestem już pełnoletni... bye bye nieletnie maszkarony!

Chiny

, , , ...

08.08.08, godzina 08:08 PM
Wielkie otwarcie igrzysk olimpijskich w Pekinie. Przepiękne widowisko, które każdy powinien był zobaczyć. Idealna synchronizacja, świetne wykorzystanie światła, przestrzeni, najnowszych technologii itp. Chiny otrzymały szansę pokazania swojej historii, kultury oraz potęgi. Jak można było się spodziewać, wykorzystały ją w stu procentach.

Co na to polscy komentatorzy?

Starszy pan, weteran komentatorów sportowych, wspominał olimpiadę w Meksyku. Opowiadał jak to udało mu się zachować krawat i kapelusz lubelski, który nosili wtedy w dniu otwarcia polscy reprezentanci. Chiński show mu się nie podobał. Dlaczego? Bo tak.

Następny był reżyser tragicznego abonamentożernego show telewizji publicznej, który mógł pochwalić się tym, że dzięki programowi poznał swoją żonę i przy okazji załatwił jej kontrakt Gwiazdy w TVP (czyli zarabia tyle co np. Tomasz Lis). Jak widzimy, człowiek wielce doświadczony i posiadający niezliczoną liczbę sukcesów w swoim CV, będzie za chwilę wypowiadał się o organizacji tak ważnego przedsięwzięcia transmitowanego na cały świat. Co może powiedzieć "reżyserska gwiazda polskiej telewizji publicznej"? Oczywiście, że on by to zrobił lepiej. Pan Reżyser lepiej by wykorzystał światło, przestrzeń, układ i co tylko jeszcze.

Po dwóch negatywnych głosach przyszła kolej na Ewę Minge. Zdziwiłem się, że mamy podobną opinię co do piękna chińskiej ceremonii otwarcia igrzysk. Zwróciła także uwagę na to, na czym zna się najlepiej - pochwaliła krój i jakość strojów.

Tybet
Denerwuje mnie to, że media ciągle mieszają igrzyska olimpijskie z sytuacją w Tybecie. Skoro łamanie praw człowieka jest takie złe to dlaczego nie reagują, kiedy w Polsce, w aresztach tymczasowych przetrzymuje się ludzi, którzy często nie mają nawet postawionych zarzutów?

Według mnie najgorsze jest to, że media próbowały wywrzeć presję na naszą kadrę olimpijską. Dlaczego jednak Polscy sportowcy mieliby rezygnować z udziału na Olimpiadzie, skoro przygotowywali się do niej przez ponad cztery lata? Tak wielkie wydarzenie jest marzeniem każdego sportowca, a politycy chcą zepsuć atmosferę tego święta mieszając ich w swoje gry. Po co w ogóle przyznano organizację tej imprezy Chinom, jeżeli nie respektują one praw człowieka? Odpowiedź jest prosta i tragiczna - dla pieniędzy. Dla śmierdzących dolarów, wymiętolonych euro i obrzydliwych CeHaeFów.

Nikt nie liczy się z prawami człowieka. Nieprawda? Popatrzcie tylko na głowy państw, które krzyczały ze swoich mównic do wszystkich na świecie: "Nie wspierajcie Olimpiady! Chiny mordują i prześladują ludzi!" Najlepszy w tego typu widowiskach był George W. Bush. Warto jednak dodać, że on jako jeden z pierwszych potwierdził swój udział w ceremonii otwarcia.

Na Zachodzie kreuje się obraz "Chiny są złe, bo Tybet..." Jednak dlaczego nikt nie wspomni o tym, że Chińczycy uwolnili niewolników od systemu feudalnego, w którym władzę mieli tylko najwyżsi mnisi? Dlaczego nikt nie powie prawdy o elektryfikacji tych terenów przez "chińskich komuchów"?

Niemożliwe? W takim razie, gdzie znajduje się najwyżej położona kolej górska?

Transhimalajska kolej przez Płaskowyż Tybetański połączy Golmud, u wrót Tybetu, ze stolicą Lhasą. Do budowy kolei na "Dach Świata" ściągnięto 20 tys. robotników z całych Chin. Wykuwali tunele na wysokości powyżej 4 tys. m, pracując w maskach tlenowych w temperaturze poniżej 30 st. Położyli 1142 km torów, 80 proc. na wysokości powyżej 4 tys. m, 30 wiaduktów i 20 km tuneli. Doprowadzili tory na wysokość 5072 m, czyli o 200 m wyżej niż najwyżej położona dotąd kolej świata - w Andach.
Cytat z gazeta.pl



Ustrój
W Chinach istnieją nadal obozy masowej zagłady, nie ma wolności słowa, nie dba się o szarego człowieka. Tak wygląda Kraj Środka w oczach Zachodu. Jednak czy ma to tak wielkie znaczenie dla zwykłego Chińczyka? Wychowany w kulturze Dalekiego Wschodu, nasiąknięty ideami konfucjanizmu, które głoszą "zbudowanie idealnego społeczeństwa i osiągnięcie pokoju na świecie jest możliwe pod warunkiem przestrzegania obowiązków wynikających z hierarchii społecznej oraz zachowywania tradycji, czystości, ładu i porządku" (Wikipedia).

Chińczyk wie, że oddaje część swoich praw obywatelskich dla dobra całego kraju. Zresztą, czy "zachodni człowiek" ma cokolwiek z wolności słowa? Może mówić, że nie lubi prezydenta, ale nie może obrażać głowy państwa wobec jego wyborców, bo poczują się obrażeni i zgłoszą sprawę do sądu. "Zachodniak" może pisać na blogu, dla gazet, dla portali, które i tak mogą nie dopuścić artykułu do publikacji. Bądźmy szczerzy, w dzisiejszych czasach prasa jest jak tania prostytutka. Za złoty pięćdziesiąt kupujesz gazetę, która pasuje do Twoich poglądów, a innych nie czytasz, bo są "zbyt stronnicze" i piszą na ten sam temat.

Obozy, w których nie obowiązują prawa człowieka? "Tylko w Chinach!". Na pewno? A przecież nie tak dawno cały świat poznał prawdę odnośnie amerykańskiego więzienia Guantanamo.

Przedstawiając portret typowego Chińczyka warto wrócić do czasów PRLu. Negatywne wspomnienia z tamtego okresu dotyczą w głównej mierze biedy. Nie chodzi mi o działaczy opozycyjnych, bo każdy słyszał o ich heroicznych czynach i ciężkim losie. Interesuje mnie po prostu typowy dzień "peerelowskiego szaraczka". W sklepach pusto, a wszystko co najlepsze - w Peweksie za dolary. Nic dziwnego, że ludzie burzą się przeciwko władzy, która nie jest w stanie zapewnić im środków i warunków do życia.

W Chinach jest odrobinę inaczej. Każdy ma dostęp do wszelkich artykułów potrzebnych do życia. Wyjątkami są rzeczy, przy pomocy których można uzyskać treści antypropagandowe, np. aby uzyskać pozwolenie na telewizję satelitarną trzeba posiadać zezwolenie (przynajmniej tak jeszcze było do niedawna). Internet? Chińczycy mają do niego dostęp. Mogą przeglądać zaaprobowane przez rząd strony i te, które wyszuka im Google. Wydawać by się mogło, że mają tak dobrze jak my, ale... Google sprzedało się chińskiemu rządowi i nie wyświetla "złych stron". Wielu z Was powie: "Ha! My mamy full deluxe wersje internetu". Nie do końca. Materiały dostępne dla Chińczyków, nie są dostępne dla nas. Dlaczego? Nie wiem. Pewnie są niestosowne. Albo ktoś mądrzejszy czuwa nad naszymi opiniami. Ale nie popadajmy z kolei w teorię spiskową, gdyż może być po prostu tak, że Chiny nie chcą pokazywać swojej obłudy udostępniając materiały propagandowe.

Podsumowanie
Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam systemu obecnego w Chinach za coś wspaniałego, ale po prostu chcę spojrzeć na to wszystko z trochę innej perspektywy. Prawda jest zawsze pośrodku. Sztuką jest jednak znaleźć tę idealną proporcję.

Wakacje czas zacząć

, ,

Tydzień z najlepszymi przyjaciółmi nad morzem. Brzmi wspaniale. Bałem się tylko tego, że tyle różnych charakterów zetrze się ze sobą prędzej czy później i zrobi się ferment. Nie było z tym aż tak źle jak myślałem. Oczywiście były małe spory i kłótnie, ale nie dotyczyły osób, z którymi "szefowałem na mieście", więc nie było między nami żadnych zgrzytów.

Pogoda dopisała, humory też. To drugie może nawet zanadto. Mieliśmy małego pecha, bo blisko nas pokój mieli: przewrażliwiona staruszka i faszysta z flagą Polski w oknie, przebywający w pokoju 24h/dobę przy swoim biurku. Tacy sąsiedzi skutecznie utrudniają słuchanie muzyki. Następnego dnia było gorąco, ale podłataliśmy naszą reputację "grzecznych dzieci" i jakoś ogarnęliśmy sytuację.

Najbardziej cieszyło mnie to, że mamy w swoim otoczeniu ludzi, z którymi nie sposób się nudzić - dowcipy wymyślane co chwilę, zabawne gry słowne itd. Pewnie wydaje się to być sucharskie, kiedy czyta się o tym na czyimś blogu, ale niektóre żarty na podrzucony temat naprawdę potrafiły powalić.

Nie było dnia bez czegoś do zrobienia/zobaczenia. Co wieczór wyjście na miasto na dyskotekę lub mecz Euro2008 połączony z grillem. Szkoda tylko, że najlepszą dyskotekę otworzono w przeddzień naszego wyjazdu. DJ z poprzedniego baru puszczał beznadziejne piosenki, nie potrafił tworzyć klimatu, a dodatkowo próbował zebrać od odwiedzających pieniądze na przedłużenie miernej zabawy. Za to na tej dyskotece można było spotkać mistrza winyli z prawdziwego zdarzenia: świetna muzyka, ciężkie beaty, wyczucie oświetlenia do aktualnego utworu. Bardzo dobre światła oraz dym pozwalały wczuć się w imprezę na tyle, że nawet ja odważyłem się pójść na parkiet. Mimo, że królem baletów nie jestem z racji bycia sztywnym jak badyl oraz wybrednym co do muzyki jak Leszczyński, to jakoś dałem radę. Kto był ten widział. Naprawdę dobrze tańczyło mi się do mieszanki hip-hopu/techno i to w tak dobrym towarzystwie wink

Wydarzyło się naprawdę kilka zabawnych i dziwnych sytuacji jak podrywanie T. przez barmana, podniecenie kolegi moją grą aktorską z wykorzystaniem rekwizytu (tu: różowego kapelusza) oraz kapeluszowa schiza w oczekiwaniu na spóźniony pociąg. Cieszę się, że w dobrym dniu potrafię do jednej rzeczy wymyśleć na poczekaniu kilkanaście scenek, które nie mogą być aż tak żałosne, skoro kilku osobom się podobają p

Mówiło się coś o jeszcze jednym wyjeździe w tym samym gronie, ale pewnie rozejdzie się to w niepamięć, bo większość będzie ciężko uchwycić i razem ustalić wspólny termin. Nie kraczmy jednak, zobaczymy jak to wyjdzie wink

Pozdrowienia dla całej ekipy p

Webb?

, , , ...

Polskie marzenia na awans do dalszej fazy rozgrywek Euro2008 przeminęły z wiatrem. Po przegranych z Niemcami i Austrią nie mamy już racjonalnych szans na wyjście z grupy. Jedyne co nam zostało to zwycięstwo z rewelacyjnie spisującą się Chorwacją, a potem liczenie na wygraną Austrii z Niemcami mniejszą ilością bramek niż my z Chorwatami. Mówiąc wprost - Polska jedzie do domu.

Nie będę się rozwodził nad werdyktami sędziego Howarda Webba. Popełnił dwie pomyłki, które zaowocowały bramkami. Po jednej dla każdej z drużyn. Ot tak, żeby było sprawiedliwie.

Smutne w tym wszystkim jest to, że Polacy nie potrafią grać na najwyższym poziomie. Nie grają z głową, nie grają z polotem. W grze, gdzie liczą się bramki zdobyte dzięki dobrze skonstruowanym akcjom, Polacy nie potrafią się odnaleźć. Gubią się, nie uderzają z odległości, nie umieją celnie podać do kolegi, nie wypracowują przewagi, nie szanują piłki.

Śmieszy mnie to, że polskie media sugerowały, iż Polska miałaby wygrać z Niemcami, dzięki "finezji". Prawda jest jednak niefinezyjna. Ona po prostu liczy trafienia do siatki.

Kolejna przegrana impreza i znowu szuka się przyczyn przegranej. Wszędzie, byle nie w zespole, przegotowaniu do imprezy, selekcjonerze. Szkoda, bo fundamentem porażki są stare konie, które albo grzeją ławę w zachodnich drugo- czy trzecioligowych drużynach, albo są "gwiazdeczkami" polskiej ekstraklasy (ekstra tylko z nazwy).

Mam nadzieję, że dożyję kiedyś młodej polskiej ekipy, która będzie grała równie wspaniale co Holendrzy.

Dla poprawienia humoru zamieszczam wątek z klanowego forum:

Call me "Godfather"

, ,

Dzisiejszego dnia stałem się ojcem chrzestnym Bruna. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby chłopak był największym "gangsterem" jakiego Polska widziała p

Co do uroczystości. Muszę przyznać, że bałem się trochę całej doniosłości tego zdarzenia, ale jakoś podołałem ceremoniałowi. Lubię widzieć rodzinę w szerszym gronie niż tym, które widuję na co dzień. Weselej się robi na duszy, kiedy widzę, że rodzina trzyma się w kupie ;P

Ledwo przyszła, a już odchodzi - Wiosna

, , , ...

Zieleń, kwiaty, ciepło. Wiosna w pełni. O tej porze roku ludziom szczególnie odbija. Jak nie na punkcie ładnej pogody to uniesień miłosnych.

Na początku muszę przyznać, że lubię wiosnę. Na dworze jest wesoło. Nie jest zbyt gorąco. Nie pyli zbyt mocno. Nie ma tyle denerwującego robactwa co latem.

Nie chce mi się za bardzo siedzieć ani w szkole, ani w domu. Jednak przywykłem już do rytuału dnia roboczego, który polega na dwóch etapach: szkoła - praca, dom - cokolwiek innego. Czuję się jak stary człowiek, który sam za bardzo nie wie, gdzie jest i co robi. Szukam motywacji, punktów odniesienia. Wszystko powoli się układa. W szkole męczy mnie atmosfera. Niektórzy podobierali się w pary i robi się wokół nich zadymę, jakby to było coś wielkiego. Co mnie obchodzi kto jest z kim i jak im się układa? To ich prywatna sprawa i inni nie powinni ani szydzić ze związku, ani wtykać nosa w nieswoje sprawy.

Bawią mnie związki licealistów. Tworzone są one po to, by istniały, a nie po to by były prawdziwe. Dziwi mnie to, że ktoś, kto ledwo ma czas poza szkołą i obowiązkami, szuka sobie dziewczyny, której nie będzie w stanie poświęcić odpowiedniej ilości czasu. Niektórzy rozwiązują tę sytuację w ten sposób, że szukają sobie partnerek wewnątrz takich grup jak klasa, szkoła - jednak ten sposób myślenia jest zbyt naiwny. Jeśli wszystko będzie dobrze to problemem okaże się okazywanie uczuć bez robienia szumu wokół siebie. Nie każdy chce oglądać w trakcie przerw jak jakaś para się ściska i całuje. Bynajmniej nie z powodu zazdrości, raczej z obrzydzenia. Trzeba też pomyśleć o tym, że jeśli związek się rozpadnie to w grupie atmosfera robi się gęsta i przypomina bieg w lakierkach z zawiązanymi oczami przez pole pełne krowich placków. Gdzie nie nadepniesz, tam wdepniesz.

Jak miłość może obrzydzać? W bardzo prosty sposób. Dla przykładu przytoczę sytuację z meczu siatkówki w naszej szkole. Usiadłem sobie na trybunie w dogodnym miejscu i nastawiłem się na oglądanie pojedynku między uczniami i nauczycielami. Jednak po rozpoczęciu meczu tuż przede mną pojawiła się para, która zaczęła się karmić. Fajnie, że odezwał się w nich "Zakochany Kundel", ale czemu zamiast restauracji i spaghetti musi to być trybuna sali gimnastycznej i bułka? Rozumiem, iż zakochani chcą przebywać ze sobą jak najczęściej, ale nie muszę tolerować tego, że ktoś afiszuje się ze swoimi uczuciami, kiedy nie mam ochoty na takie sceny. Niektórzy pewnie powiedzą, że jestem zazdrośnikiem. Odpowiem w ten sposób - nie widzę powodu, dla którego miałbym tworzyć coś, czemu nie mogę się całkowicie poświęcić.

Trochę matematyki. W ciągu szkoły można poświęcić tyle czasu, ile mają przerwy. Łącznie około jednej godziny. Spróbujmy doliczyć do tego drogę do i ze szkoły, zakładając oczywiście, że mamy podobny kierunek - około godziny. Super, mamy już dwie godziny czasu dla siebie każdego dnia! Problem w tym, że ciężko znaleźć miejsce, gdzie byłoby wystarczająco miło podczas przerw i trudno o porę, kiedy wracałoby się we dwójkę. Pozostają więc tylko weekendy, lecz marginalizuje to związek do cotygodniowego "styknięcia się" na mieście.

Podziwiam tym samym osoby, które tworzą "prawdziwe związki", gdyż potrafią zorganizować swój czas w taki sposób, by móc poświęcać jak najwięcej czasu swojej partnerce/swojemu partnerowi.

Wielkanoc

,

Zajączek Rambo dziś na misję wyrusza,
Baranka odbić musi z rąk George W. Busha!
Klata odsłonięta, bandana na czole,
Przystojniacha z niego, że o ja... dziękuję.
Karabin maszynowy, amunicja na szyi,
Z prezenciarza w zabójcę i to w ciągu chwili!
Rusza do boju, Wielkanocny Anioł Śmierci,
Jednak reszta tej historii nie jest już dla dzieci...
Wesołych Świąt!



Brak weny. To widać p
February 2012
M T W T F S S
January 2012March 2012
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29