Lato już prawie się skończyło. Na koncie po wakacjach miał kilka nagród i wyróżnień, dużo myśli przeleciało przez głowę zarówno jego jak i moją. Ostatecznie postanowił powrócić do domu, prawie do swojego, prawie na Szmulki. Od tej chwili większość wspólnego czasu mijało nam na łażeniu po okolicy i piciu Ciechana. Często lądowaliśmy na ulicy z której dawnego blasku i sławy mało zostało. „Trójkąt Bermudzki” na Brzeskiej to dzisiaj już tylko legenda. Tego dnia czekałam na niego w Barze pod Pawim Piórkiem – miejscu, gdzie każdy gość traktowany jest jak obcy. W powietrzu pełno dymu, na kanapach i krzesłach pełno fatalnych ludzi. Siedziałam przy barze kiedy podeszła ona zamawiając Pawie Tango – spytała czy też mam ochotę. Miała długie blond włosy i delikatną, naturalną twarz. Usiadła obok i się uśmiechnęła. -Nie pamiętasz mnie, - zapytała? Wertowałam w pamięci wszystkie karty pijackich nocy, gdy urywał mi się film, ale nie mogłam jej odnaleźć. -Niestety nie, - odpowiedziałam z uśmiechem. -Ja to prawie Ty, a Ty to prawie ja, - powiedziała i poszła do toalety. Czekałam na nią, ale już nie wróciła. Nie przyszedł także on. Tego wieczoru zostało mi tylko Pawie Tango.
W La Playa leniwie nadchodzi zmierzch. Część ludzi gra w siatkówkę, część odgania się od komarów, a koło niego siedzi wianuszek dziewcząt i słodko się śmieje. Podchodzę do nich i nie zaskakuje mnie to, że właśnie rysują sobie po….zębach. A tym razem co to? – pytam. Dziewczyny testują prototyp mojego patentu na konkurs – wiesz ten rok Chopina się zbliża, rysujemy sobie klawiaturę na zębach – odpowiada podekscytowany. A czy jesteś pewien, że to się zmyje? A to się właśnie okaże – no tak w przeciwnym razie zero szans na randki tonight dziewczyny!
Za chwile jesteśmy już w Parku Praskim szukając obrazów na drzewach, które według niego powinny tu gdzieś być. Pewne jest, że są komary i staram się przed nimi uciekać. On jak szalony robi zdjęcia coraz to nowym odkrytym dziełom.
A jak twoja przyjaciółka?- pyta nagle. Nie wiem, pomyliło jej się życie z grą scenariuszową i myśli, ze wszystko co może stracić jest na niby. I tylko powtarza, że zobaczy co z tego wyjdzie jak mantrę – a nie wychodzi nic dobrego. A może ma świńską grypę? – pyta nagle. Co najwyżej rumuńską – odpowiadam z uśmiechem.
Masz ochotę wybrać się na Masę? Sparaliżujemy trochę miasto!- wystukuje na komórce. Spoko Punk Bike Fest tam się zaczyna – można wyskoczyć – odpisuje.
Przejeżdza tak ubrany, że zastanawiam się czy to żart. Dresy z paskiem, obcisła niebieska koszulka z pod której wystają tatuaże – to się nazywa mieć dystans do siebie. Śmieje się z niego na całego i cykam mu fotki na tle Kolumny Zygmunta, a on się śmieje ze mnie, jak się ubrałam….równowaga musi być.
Jedziemy z punkowcami, oddzielamy się od Masy i jedziemy swoją własną, nielegalną po ulicach miasta. Próbuje zatrzymac nas policjant, ale szybko okrąża go tłum skandujący „Policujna Prowokacja”. Przestraszony ucieka.
Wieczorem oglądamy film ze skłotersami, a potem szybka medytacja w Łysym Pingwinie – nad piwkiem oczywiście.
Mam na jutro zaproszenie na premięrę do Polonii – idziesz? Znowu chcesz mi zafundowac życie jak z filmu- jednego dnia na skłocie, a drugiego na przyjęciu w Teatrze z kieliszkiem wina, wsród uznanych aktorów – powiedział.
„Co robisz?” – wysyłam smsa znudzona lewobrzeżną częścią miasta. Wszystko takie sztuczne- postarzane ściany w klubie, ludzie udających latynosów, ludzie udających interesujących. Rozwodnione piwo za 20zł, pseudo latino music z jeszcze bardziej pseudo dj-ejem. Nie mogę uwierzyć, że dałam się tu wyciągnąć. „Siedze w Basenie Artystycznym, ale zaraz wracam nad Wisłę – wpadasz?” Odpisał, a ja nie zastanawiałam się nawet chwili.
Po 30 minutach siedzieliśmy już na promie płynąc na drugą stronę miasta. Położyłam mu głowę na ramieniu, a on mnie przytulił. Co kiepski dzień- spytał? Chyba kiepski jak chcesz coś zrobić, a nie masz z kim – westchnęłam. A Twoja przyjaciółka? Moja przyjaciółka umawia się z latynoskim kochankiem, jeżdzą po mieście sportową furą. Nosi czerwoną mini i szpilki, więc chyba nie muszę Ci tłumaczyć więcej co z moją przyjaciółką, - wtuliłam się jeszcze bardziej. Ludzie się zmieniają, odchodzą, a potem człowiek sam się dziwi, ze się zadawał z kimś takim, – odparł. No tak, a potem zamieszkują w kszaczorach nad Wisłą, wyszeptałam nie mogąc się powstrzymać.
Co wczoraj robiłaś? Oprowadzałam urugwajczyka po Pradze. I co podobało mu się? – spytał. Chyba tak. Mówił, że nie pije, a potem obalił całego Ciechana pod Matką Boską Po Drugiej Stronie Lustra. Mówił, że fajna wystawa. No i się skończyło oprowadzanie, bo co ja będę pijanemu pokazywać. Potem poszliśmy na zapiekankę, gdzie siedziała jedna różowa lala, a przed nią na stole leżał pies. Z jakimiś bambrami siedziała.
Wiesz co, jak ty tak tych ludzi oprowadzasz to oni jakieś pamiątki z Warszawy mają?- spytał zamyślony. Nie wiem. Czasami kupują kubki czy magnesy, - powiedziałam.
A jakby tak mieli Syrenkę- Aldonkę? Mógłbym Ci zrobić coś takiego. Chciałabyś? No pewnie że bym chciała. I żebyś mnie powiesił nad wejściem do namiotu to będę cię strzegła.
Wysiadam z windy, mijam prezesa największej firmy telekomunikacyjnej w Polsce, a zaraz znajduje się pod mostem. On siedzi nad Wisłą malując Stare Miasto i popijając Królewskie. To się nazywa prawdziwy warszawiak –być tak blisko z miastem, pozwolić mu się unosić, obejmować, kołysać do snu. Nie zauważył jak do niego podeszłam, z za ramienia lukam, co rysuje i szczena mi opadła, aż się podknęłam. Śledzisz mnie – wymamrotał pod nosem. W ustach miał papierosa, a popiół opadał na rysunek łodzi podwodnej. Widzę, że teoria spisku nadal aktualna? Powiedz jeszcze, że Ty widzisz tę łódź! No co ty ich nie można tak po prostu zobaczyć, a poza tym widziałabyś rybę, a nie łódź –uśmiechnął się przy tym. Wiedziałam przynajmniej, że żartuje, bo ostatnio to już się bałam o stan jego głowy. Dostałem wyróżnienie w konkursie- pociągną łyk browara. Na najlepszy szałas nad Wisłą? Bardzo zabawne Aldona, po prostu uwielbiam Twoją ironię. Za projekt pamiątki z Warszawy. Zrobiłem taki mały Pałac Kultury i go wystrzeliłem w powietrze! No proszę – widzę, że mieszkanie nad Wisłą działa na Ciebie bardzo konstruktywnie. No widzisz, może w kosmos się nie wzbił, ale teraz już chyba wierzysz, że Pałac Kultury może być Rakietą – wstał szybko, zebrał rzeczy i rzucił –chodźmy do rzeźni!
„Jutro o 10 na dworcu, musimy omówić możliwość wystrzelenia się w kosmos Pałacem Kultury”
Spotykamy się w Wietkongu, jemy na śniadanie zupę z wieprzowiną i kolendrą. Nikt nie mówi po polsku, to moja namiastka Azji. Dopóki nie uzbieram na wyprawę zostaje mi włóczenie się między Stadionem, a Wietnamską Świątynią. – Tłumaczę. Ale jaki masz plan z tym Pałacem, - pytam? Rozmawiałem wczoraj z jednym radzieckim szpiegiem, co mi opowiadał, że to Ruska Rakieta Kosmiczna,a nie tam żaden Pałac Kultury. Rozumiesz to tylko taka ściema, bo tam na samej górze to łączność z kosmosem mają. I mówił, że się można wystrzelić. A gdzie ty go spotkałeś? No siedział nad Wisłą. Bo on ma jeszcze tutaj misję i siedzi wypatrując łodzie podwodne. Tzn. ryby łowi – pytam? Jakie ta m ryby, Ty naprawdę myślisz, że tu są jeszcze ryby? Ci wszyscy pseudo wędkarze to agenci. Wiesz, co, chyba Ci szkodzi to mieszkanie na moczarach, niedługo to się zacznę zastanawiać czy ty jeszcze jesteś człowiekiem czy już kosmitą.
Po tygodniu zadzwonił i się pyta czy mam rower, to mnie gdzieś zabierze. Znowu jakieś romantyczne pierdu, pierdu – pomyślałam. Spytałam czy długo mu się zejdzie z tym pokazywaniem, bo nie mam czasu.
I telepiemy się z tymi rowerami pod Most, a tam bród, smród, śmietnik i para młodych ludzi śpiąca wśród całego tego syfu w jakimś barłogu. Obok klapki, adidasy i tylko głowy wystają, młode, normalne, nie jakiś meneli czy lumpów. Że też znowu dałam się namówić na takie wycieczki – to pewnie najbardziej romantyczne miejsce, jakie zna – pomyślałam. Ale nie ma co wymagać od chłopaka z Pragi. Raczej kszaczory, kiełbasa i wódka niż sushi i koronki.
Prowadzi mnie dojakiegoś namiotu między pokrzywami po pas, a mokradłami. Rzuca swojego Rometa i oznajmia, że na lato przeprowadza się tutaj by przemyśleć swoje życie. Nie wątpię, że wśród komarów, bei i lumpów można kontemplować.
Siedzimy na plaży z widokiem na starówkę, on zajada pomidora popijając Królewskim. Na rzece pływa jakiś weselny statek z którego dochodzi nas przebój „Jesteś szalona” –wiesz zawsze chciałem tak żyć – wzdycha.
Jest na świecie takie wydarzenie dla którego warto jest żyć. Warto spotkać ludzi, którzy kochają życie i z niczego wyczarują wspaniałą zabawę. Muzyka na byle czym, warsztaty taneczne, chodzenie po linie, żąglerka itp. Bawiłam się wspaniale! Poznałam tylu fenomenlnych ludzi, spotkałam starych znajomych z drugiego końca Europy i Mirkę - moje słowackie słoneczko.
Z Dingo, który przyjechał na Camp specjalnie z Australii - robi fire show zawsze.
Warsztaty Regeton z Ciasteczkiem
Na koniec było nas już całkiem sporo
W czasie burzy schowaliśmy sie w szatni, gdzie zaczeliśmy grać na szafach jak na bębnach i tańczyć.
Graliśmy w bule
Gotowaliśmy
A ja szukałam księcia..... ale znalazłam tylko żabę
Śmieszne są takie rozmowy – jakby był w nich jakiś sens. „A Ty co o tym myślisz?” Zupełnie jakby to miało jakieś znaczenie. Poznawanie się i takie tam pierdoły, żeby rozum mógł sobie wszystko poukładać. Aaaaa chodzisz codziennie do kościoła i słuchasz Rubika- no to chyba się już więcej nie umówimy. Wszystko trzeba sobie wytłumaczyć. A mnie to nie interesuje. Po co w ogóle gadać. Czujesz coś albo nie. Wóz albo przewóz i nic mnie nie obchodzi jakie filmy lubisz. Rozumiesz o co mi chodzi –spytałam?
Po drugiej stronie lustra pod rozpadającą się kamienicą, za plecami Matki Boskiej pociągając piwko pomyślałam, że mnie strasznie kręci. Nic nie mówi tylko pije i pali. Taki depresyjny typ.
Na makiecie blok postawiony w lesie obok zagubionej autostrady. Ostatnie piętro, otwarte okno, wschód słońca. No i tak się całujemy i myślę czy coś czuję. Ale teraz nie pamiętam już czy coś poczułam. Chyba nie bo wyszliśmy i pojechaliśmy do domu. Każdy do swojego.
Całe życie czekałam na taką grę! Nie dość że na Pradze, nie dość że w nocy to jeszcze podczas Nocy Muzeów! Dojechaliśmy na pragę zabytkowym tramwajem...... I dostaliśmy katalog niedocenionej artystki Poli Kin. Musieliśmy rozwiązać 20 zagadek przemieszczając się po ulicah Pragi. Jak smakują pierogi z Bazaru Różyckiego, czym pachnie stara Praga (dowiedzieliśmy sie w szfie czasu), co lubią robić dzieciaki ze świetlicy na Brzeskiej , gdzie jest niebiesta rękawiczka i jaką piosenkę Elwisa przy niej słychać , odnaleźć ludzi ze zdjęć, zdobywać autografy, odnajdywać obrazy , oglądać filmy i wysłuchiwać historii. Prawie 7 h spędziliśmy na Pradze... popijając drinki z Żubrówką... Rozwiązaliśmy prawie wszystkie zagadki a następnego dnia szukałam na mieście prac GORO:
1 maja wyruszyłam z grupą 8 pierwszy raz widzianych osób na wschód. Łatwo nie było...ale dzięki świetnej organizacji udało nam się zapakowac wszystkie rowery do pociągu. Ruszyliśmy z Hajnówki przez Puszczę Białowieską... Zatrzymaliśmy się w samej Białowieży na popas i drzemkę.... Częste były postoje na rozmowy - pewnie dlatego tak kiepsko szła nam jazda. Na nocleg zatrzymaliśmy się nad Zalewem Siemianówka (w nocy straż graniczna z noktowizorami prześwietlała między innymi nasze namioty) Z rana przemieżyliżmy Zalew... Oj miły był to wyjazd ze wspaniałymi ludzmi.
Jako, że trwa proces zakochiwania się w Warszawie udaliśmy się na Masę Krytyczną. Było super. Dwa dni później jeździliśmy na rowerach pod miastem. Wszystko ze wspaniałymi ludzmi z CS.
A po Masie Krytycznej razem z Marysią udałyśmy się do "Przekąsek Zakąsek" na sledzika i piwko.
Dzień póżniej łaziliśmy z Iwanem po mieście. Powiedział, że nawet mogłaby mu się spodobać ta moja Warszawa.
Taka piękna pogoda i taki piękny obiekt sportowy przy domu. Kupno piłki i już gramy w siatkówkę (zdjęcia mi gdzieś przepadły). Było też comiesięczne spotkanie CS w Klinice w Fortach Mokotów- kolejne super miejsce na Warszawskiej mapie. Był też na święta gość z Niemiec - grilowaliśmy razem w lany poniedziałek. Upiekłam tartę ze szpinakiem i cisto tak czekoladowe, że wszyscy byli brudaskami, a cisto szybko przeszło do historii.
W jakiej innej stolicy windsurfingowcy szaleją na rzece?!
Rozpoczęłam do zakupienie przewodnika "Do it in Warsaw" - dużo z tych rzeczy opisywanych tam znam - ale nie wszystko. Ten przewodnik przekonał mnie, że Warszawa to trudne miasto - nie serwuje nic na talerzu tylko samemu trzeba odkrywać wszystkie smaki. W sobotę jeździłam na rowerze- żałuję, ze nie maiałm aparatu, bo ślicznie się do życia na wiosne budzi Warszawa - ale nadrobie- obiecuję!
Słodkie lenistwo na nadwiślańskiej plaży.
Z Warszawą będzie prościej niż z miłością do Śląska, czego nikt nie umie zrozumieć
Dzięki mojemu wspaniałemu koledze Pablowi- miałam okazję uczestniczyć wczoraj w Queimadzie. Działo się to u pewnego dj w towarzystwie kilkunastu osób z CS. Pablo wlał do garnka - wódkę, wsypał cukier, dodał ziarna kawy i skórkę z cytryny. Wszystko podgrzał i podpalił. Długo się paliło, a on wypowiadał magiczne słowa:) A potem się popijało - ale z nóg strasznie zwalało.
Mój nowy blog o tematyce nie podróżniczej (ta zarezerwowana jest dla tego) znajdziecie tu: www.my.opera.com/missaki/blog Pozostaje wierna Operze za jej prostotę obsługi. A na nowym blogu relacje ze świątyni pracoholików i to co dzieje się u mnie.... zapraszam was gorąco!
Małżeństwa nie powinny być zawierane w tym stanie chorobowym, jakim jest tak zwane zakochanie. To powinno być prawnie zakazane. Jeśli nie przez cały rok, to przynajmniej od marca do maja, kiedy ten stan staje się z powodu zakłócenia mechanizmu wydzielania hormonów powszechny i objawy szczególnie nasilone. Powinno się najpierw iść na odwyk, porządnie się odtruć i potem dopiero powrócić do myśli o małżeństwie.
W stanie, w jakim są zakochani ludzie, dopamina przelewa się im przez kanały rozsądnego myślenia i zatapia mózg. Szczególnie lewą półkulę. To udowodniono najpierw na szczurach, potem n szympansach, a ostatnio na ludziach. Gdyby zakochanie trWało zbyt długo, ludzie umieraliby z wyczerpania, arytmii lub tachykardii serca, głodu albo syndromu odstawienia snu. Ci, co by jednak nie umarli, w najlepszym wypadku skończyliby w szpitalu wariatów.
Nie wiem czy uczestniczyliście kiedyś w Grze Scenariuszowej (Role Play Game), ale ja miałam ostatnio okazję! Wszystko polega na tym, że każdy z uczestników przed spotkaniem otrzymuje opis swojej osoby (i samego wieczoru) i zadania (czyli to czego podczas wieczoru powinien się dowiedzieć). U nas impreza toczyła się w kasynie, byłam krupierką (a tak naprawdę dziennikarką piszącą o korupcji) i miałam zbierać informacje na temat kilku osób. Podczas wieczoru była kradzież i morderstwo -było trzeba rozwikłać wszystkie zagadki. A biorąc pod uwagę, że prawie wszystkich uczestników widziałam pierwszy raz (międzynarodowe towarzystwo z Couch Surfing) łatwo było mi widzieć w kimś lorda czy kierowce rajdów. Polecam takie spotkania- to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu.
Antonio i Mariano napisali do nas w sobote w nocy, że jadą do jaskini do znajomego następnego wieczora i mogą nas ze sobą zabrać. Spotkaliśmy się na dworcu autobusowym w Murci zrobilismy zakupy i ruszylismy. W jaskiniowym domu byliśmy już po zmroku.
Oprócz nas był właściciel z córką i ich kolega z jaskini obok.
Zrobiliśmy kolacje a potem była noc pełna śpiewów flamenco.
A jak żyje się w takiej jaskini? Jeżeli ktoś mieszka tam od wielu lat to dobudował sobie pokoje (tak jak nasi gospodarze dobudowali salon, dwa pokoje , kuchnie i łazienke - dlaczego? Bo nie miło żyje się bez światła. Tak więc u nich jaskinia pełni funkcje nadazynu i pokoju gościnnego.
Doprowadzona jest woda i prąd. Jeśli natomiast ktoś mieszka czasowo to w prawdziwej jaskini, bez wody, prądu.
Dużo jaskiń jest też wolnych jakby ktoś miał ochotę pomieszkać...
Utknelysmy...... Hiszpania nie raj dla oka, Murcia nie raj dla autostopowiczow... Jedziemy dzis na flamenco fieste, a jutro do Polski...przynajmniej przejedziemy sie przez Alpy. Jak to napisal nasz kolega Gery jestesmy zmeczone podrozowaniem i potrzebujemy wakacji. Sa nowe plany...
Stop szedl calkiem, calkiem do czasu gdy nagle zorientowalam sie, ze w ostatnim samochodzie zostawilam torebke z aparatem, pieniedzmi, kartami i dokumantami. Nie wiem jaki to musial byc cud, ze ten samochod przejezdzal znowu niedaleko i udalo mi sie do nich zamachac i odzyskac torebke- oni nawet nie zauwazyli ze ja zostawilam. W alicante okazalo sie nasz host zapomnial nam powiedziec ze sie przeprowadzil, a drugi zapasowy podal nam zly adres. Gdy probowalysmy sie do niego dobijac julia zaczepila jakiegos kolesia z balkonu bo myslala, ze to nasz host. A ten koles myslal ze ona to listonosz. Zszedl na dol i cos tam probowal nam pomoc. W koncu powiedzial ze ma internet i zebysmy do niego poszly. On wygladal jak blokers jakis. Okazalo sie ze internet nie dziala bo zalozyl go wczoraj. A do tego byl z Kuby i po angielsku nie czail raczej. Zadzwonilysmy do naszego hosta z Castello, zeby wytlumaczyl co nam sie przytrafilo i czy mozemy u tego kolesia zostac na noc. Zgodzil sie. Okazalo sie ze ma 3 kliniki stomatologiczne i specjalizacje w robieniu implantow. Nakarmil nas salata, a na popice najlepszy kubanski rum.
Rano ruszylysmy w strone Cartageny i przejechanie 100km zajelo nam 8,5h! Az musialysmy wziac autobus na ostatnie 25 km. Masakra.....
Szybko poszedl nam stop i o 10 rano bylysmy juz u naszego hosta. Wysoki, szczuply , usmiechniety chlopak z domem do cna wypelnionym obrazami i rzezbami. Napilismy sie herbaty i pojechalismy na palze. Kolejny dzien byl deszczowy wiec wiekszosc czasu przesiedzielismy w domu gadajac i ogladajac filmy. Bylismy na targu i barze na kieliszku czerwonego winka z tapas obowiazkowo. Wspanialy facet no i artysta (jego krzesla chodza za 1000 euro....).
Jakie to wspaniale miasto!!!!!!! Pelne mlodych ludzi, tetniace zyciem. Szkoda, ze hosci meksykancy beznadziejni i wolalysmy pojechac popoludniu stopem dalej niz z nimi zostawac. Pod sklepem nagle zaczął rozmawiać ze mną chłopak. Pytał się co robię. Powiedziałam, że jeżdzę autostopem po Europie. On jest z Australi i własnie kończy 2 letnią podóż po świecie. Szkoda, że byłyśmy z tymi beznadziejnymi meksykańczykami bo zaprosił nas na kawę i nie poszłyśmy! Na stacji bezynowej spotkalysmy polakow z koscierzyny, ktorzy podczas podrozy (podwozili nas 150km) zaprosili nas do siebie na noc. Pojechalysy i bardzo przyjemnie bylo w polskim towarzystwie.
Dlugo nasm sie zeszlo bo sie rozchorowalam. Na rece wielkie bable i bardzo zle samopoczucie. W przeciagu 2 dni bylam dwa razy u lekarzy. Stanelo na tym ze mam ostre zakarzenie wirusowo- bakteryjne skory. Musze brac 10 tabletek dziennie ale juz przechodzi. Dwie hostki poszly ze mna do lekaza na swoje ubezpieczenie zdrowotne i na szczescie lekarstwa tez mialy za darmo bo kosztowaly w sumie 140 euro!!!!
Na koniec pojechalysmy do chlopaka nad morze i tam sie kurowalam. Byl wlascicielem agencji nieruchomosci i poszlismy razem na ostrygi, slimaki, mule i inne mieczaki Milo bylo. Do tego sam super gotowal i byl niezlym przystojniakiem.
Hostka Tamara zajmuje sie projektowaniem i robieniem bizuterii. Mieszka w malutkim mieszkanku z myszka. Ugotowala dla nas kolacje , na ktora przyszedl jej chlopak z kolega. Jak zwykle mily czas. A jutro idziemy do znajomego lekarza bo aldonka chora. Kocham CS, nigdy byscie nie pomysleli ze tylu mozecie miec przyjacil na swiecie. www.couchsurfing.com
Miasto w którym mieszkał Nostradamus. W Salon zatrzymalysmy sie z nauczycielka angielskiego i teatru oraz z jej mezem w przepieknym, starym domu. W ogrodzie warzywa, kaki, figi. Spedzilysmy wspaniale czas. Gotowalismy, rozmawialismy i pilismy wspaniale prowansalskie wina. Bylam na mim pierwszym CS meeting. Ludzie sa tacy wspaniali to naprawde nie do pomyslenia. Danielle pokazała nam też okolice, górę którą namiętnie malował Cezane i jaskinie kiedyś zamieszkane przez ludzi.
Grasse znajduje sie w regionie Prowansja-Alpy-Wybrzeże Lazurowe. Od XVIII wieku Grasse słynie na cały świat ze swego przemysłu perfumeryjnego. Jest francuskim i światowym centrum produkcji naturalnych aromatów. Dochód z tej produkcji wynosi ponad 600 mln € na rok. W Grasse działają po dziś dzień najsłynniejsze i najstarsze wytwórnie perfum: utworzona w 1747 roku Galimard Parfumeur, powstała w 1849 Molinard Parfumeur oraz Fragonard Parfumeur. Ta ostatnia, której tradycje sięgają XVIII wieku prowadzi produkcję nieprzerwanie od roku 1926, a swoją nazwę przybrała od nazwiska sławnego francuskiego malarza Jeana-Honoré'a Fragonarda. W każdej z tych wytwórni znajduje się muzeum oraz salon sprzedaży, gdzie można kupić produkowane tradycyjnymi metodami wyroby perfumeryjne.
Działa tu ok. 700 nowoczesnych laboratoriów i fabryk produkujących najbardziej luksusowe perfumy.Aby wyprodukować 1 litr esencji lawendowej zużywa się tu ok. 300 kg lawendy.A w przypadku róży potrzeba aż pół tony płatków różanych,na esencję jaśminową już tonę.Wszystkie kwiaty zbierane są ręcznie.W Grasse działa 80 "nosów" czyli kreatorów perfum.Najbardziej wyrafnowane perfumy to kompozycja 250 składników zapachowych.Właśnie tu toczy się akcja filmu "Pachnidło".
Grasse mnie nie zawiodlo!!! Uocze miasteczko. Zatrzymalysmy sie z naszym hostem, Richem krory jest amerykaninem na campingu gdzie mieszka 8 km pod miastem.
Wspinalysmy sie po gorach, kapalysmy sie w gorskiej rzece. Spedzilysmy wspaniale czas na lonie natury.
Dzisiaj dojechalysmy bardzo szybko do Cannes. Autostop tu to przyjemnosc. wiozl nas policjant i hostessa ze statku. A tu mieszkamy u kucharza i jego mamy ale jutro uciekamu juz dalej.
Zatrzymalysmy sie u chlopaka pracujacego w szpitalu w laboratorium. W mieszkaniu mial totalny syf i nie bylo milo tam siedziec a i sam wlasciciel byl dziwny. Pokazal nam jednak monaco ktore jest najdziwniejszym miejscem jakie widzialam. Czulam sie jak w filmie- wszystko takie idealne jak w disneylandzie- takie wrazenie jakby nikt tam nie mieszkal i zamykali go na noc. Jezdzilismy troche po okolicy, nurkowalysmy z maska podziwiajac rybki.
W Mediolanie byłyśmy koło 16, spotkałyśmy się z Mirką i jej Gonvito. Wieczorem pojechałyśmy do Marii Victori przyjaciółki Enrico z Triestu, która zaoferowała nam nocleg. Uśmiechnięta, przesympatyczna dziewczyna z super mieszkankiem i balkonikiem pełnym kwiatów.
Znajomy Mirki z CS - Giacomo powitał nas gorąco we Florencji. Architekt zajmujący się robieniem filmów animowanych z pięknym mieszkaniem w centrum i jeszcze pięknijszymi widokami z balkonów. We Florencji tłumy turystów jakich nie widziałam nigdy! Wieczorem przyszli koledzy Giaco i mieliśmy świetną kolacje w miłym towarzystwie. Następnego dnia poszlismy na lunch do lokalnej knajpki z samymi tubylcami. Na szczęście i dla wegetarian się coś znalazło w codziennym menu (bo codziennie szefowa gotuje co innego). Jadłyśmy pyszne gnochi w czerwonym sosie, paste z groszkiem i warzywa...mniam! To dało nam energię na chodzenie po mieście. Takie śliczne te Włochy! Wieczorem po kolacji poszliśmy do baru i poznaliśmy więcej jego znajomych.
Ciezko bylo sie wydostac z miasta i dostanie sie do Bologna zajelo nam 5 godzin. Nasi hosci to studenci szkoly filmowej- pieciu przystojniakow ze hej!!
Chodzilismy troche ogladac miasto, wieczorem zrobili wegetarianska kolacje i siedzielismy troche. Rano jeden z nich zrobil nam sniadanie o rany ale milo!! Teraz przyjechal kolejny gosc tak jak my- pisarz, nowelista z londynu. Ale kocham takie zycie!!
"Wenecja to centrum wszechświata. Miejsce połączone ze wszystkimi innymi na Ziemi. Drogą morską dotrzeć możesz wszędzie. Miasto bez sensu zbudowane na morzu nagle nabiera znaczenia, gdy łączyć ma różne czasoprzestrzenie. Ulice tętniące wodą, wodą oddychające mury. Wśród fal turystów umyka cała historia i sens jaki przypisuje temu miastu" z mojego pamiętnika
Ciezko sie bylo dostac w koncu wzieli nas rastafarianie z psem. Miasto powalajace, staralysmy sie wczuc sie w miasto. Troche chodzilysmy, troche siedzialysmy pozdrawiajac ludzi przeplywajacych na lodziach. Venecia moze byc centrum of the univers...naprawde... Mialysmy tam hosta ale duzo kosztowal bilet- 7 euro za jednorazowy bilet i zdecydowalysmy sie spac na miescie w namiocie. Znalazlysmy puste podworko zostawilysmy plecaki i poszlysmy na miasto. Kupilysmy wino i poznalysmy jednego chlopaka z bangladeszu ktory sie potem nie chcial odczepic. Potem dwie koreanki i znimi spedzilysmy reszte wieczoru.
W koncu we Wloszech! W miescie naszego przyjaciela Franco niestety bez niego.
Misto przyjaznych ludzi i wspanialego hosta, ktory zabieral nas na kolacje i kazał próbować lokalne drinki. Enrice z wielkim sercem i wspanialymi historiami. Jest naukowcem na uniwersytecie wymyśla projekty edukacujne dla dzieci - łżzy naukę i środki przekazu. Z dziećmi na wyspach Galapagos odkrywał ewolucje tak jak zrobił to kiedyś Darwin (bo z dziećmi był problem jak z prof. Giertychem wierzącym zatwardziale że kobieta powstała z żebra adama itd). Teraz będzie wielka wyprawa do Chin dawnym szlakiem handlowym i zbieranie DNA - wszystko z dzieciakami jak zwykle.
Wieczorem poszliśmy do restauracji, gdzie spotkaliśmy jego przyjaciółkę Annę - fascynatkę Indii, a zawodowo wokalistkę jazzową. Posłuchajcie sami jej występu...
Az smutno bylo jechac. Probowalysmy lokalnych napojow, pizzy cztery sery i tiramisu- ale musze przyznac ze to robione przez moja mame jest lepsze!!!
Powitanie jak na filmie zgotowal nam Andrej, duzy samochod z napisem Julia CS. Robilismy razem kolacje popijajac lokalne trunki a wieczorem wyskoczylismy na miasto. Oj pieknie tu jest!!!! Teraz ruszamy ogladac za dnia!!!!! Wieczorem poszłyśmy z Andrejem do Celica Hostel - najlepszego na świecie hostelu wg Lonely Planet. Piliśmy piwko i słuchaliśmy muzy na żywo. Opowiadał śmieszne historie o gosciach z CS.
Wydostanie się z Prgi było nie lada wyczynem. Gdy przyszłyśmy łapać stopa stał już jeden autostopowicz. Przywitałyśmy się i spytaliśmy gdzie jedzie. Spytałam też czy możemy łapać z nim, a on na to, że to nie najlepszy pomysł. Dziwne bo moim zdaniem był w błędzie. Łatwiej się łapie nawet 3 osobom, gdy dwie to dziewczyny! Poszłyśmy więc za niego i dalej łapałyśmy. Przyszła jeszcze jedna laska mijając wszystkich bez słowa poszła za nas. Postała chwilkę i chyba zrezygnowała. Gdzie tu duch autostopu!? Uśmiech i chęć poznania nowych ludzi? Potem przyszedł jakiś chłopak, ale widząc nas poszedł na autostradę. Tam zobaczyła go policja i musiał się zmyć. Potem przyszedł z jakimś kolegą i poszli za nas. A na końcu jeszcze jeden koleś przyszedł! O rany tylu autostopowiczów nigdy nie widziałam. W końcu zatrzymał się jakiś facet i nas zabrał a pan mądraliński stał dalej i sobie łapał skoro uważał że samemu lepiej mu pójdzie.
Nasz wiedenski host byl wspaniala osoba, zyjaca glownie strawa duchowa. Mieszkal na poddaszu, prad mial z akumulatora, a czesto nie mial go wcale dlatego nazwalysmy go "one candle men". Fascynat Indii, Jogi, zyjacy z pomocy spolecznej, czlowiek, ktory w zyciu chce "byc" a nie "miec". Dnie upływają mu na nauce gry na indyjskich instrumentach, ćwiczeniu jogi. Cwiczyl z Julką i pokazal nam miasto.
Wczorzaj po cichych stopach dotarlysmy do Gliwic. Po wspanialym jak zwzkle wieczorze z Robertem, Justyna i ich mama ruszylzsmy z rana do Pragi. N autostradzie Katowice - Wrocław zatrzymał się wielbiciel jogi i Osho, a zawodowo przedstawiciel handlowy. Powiedział mądrą rzecz- jeśli czegoś nie możesz znaleźć tu to nie znajdziesz tego nigdzie. Padal deszcz, ale samochody zatrzymywaly sie. Szczególnie miły był stop z chłopakami z Wrocławia, którzy jechali na imprezę w Pradze. Ale mieliśmy ubaw!
Teraz siedzimy u Mirki po pysznej zupce pomidorowej z goździkami.
Dzisiaj, zaraz ruszamy w kolejną podróż. Plecaki spakowane, cel obrany - wyjazd. Powrót dopiero 9 grudnia z Włoch. Będę pisała moje przygody!! Żegnajcie...na razie.
"Kochanie gdzie jesteś i kiedy będziesz w Czechach lub Słowacji" - pytam w smsie naszą przyjaciółkę Mirkę. "Wracam właśnie z Hiszpani, mijam Strasburg"- odpowiada. "A gdzie będziesz w przyszłym tygodniu koło czwartku to do Ciebie przyjedziemy?" - pytam. "O tak przyjeżdzajcie konicznie do mnie do Pragi". Jak to wspaniale mieć takie życie, że pojechanie do innego kraju nie stanowi problemu. Obywatelka przestrzeni...
For many century Warsaw vibrated with Jewish life. Jews created here on independent, original culture, simultaneously being a part of the creation of the Polish culture. After the holocaust Warsaw (as many other cities and townships in) became the symbol of Jewish absence. It is but a new phenomenon, that life is now returning here. Jewish culture is making a comeback. More pictures => PHOTOS
Podróż do Grecji autostopem zajmuje 3-4 dni. Miałyśmy dużo szczęścia, wielu wspaniałych ludzi spotkałyśmy. Miałyśmy też niemiłe przygody, a było to tak.... Podróż z Polski zajęła nam cały dzień, nocleg w lesie na bagnach na Słowacji był stresujący - ale jak pisał mój znajomy Andrzej w lesie najbezpieczniej. Następny nocleg w Budapeszcie pod supermarketem. Trzeci dzień to autostop od granicy węgierskiej przez Serbię, Macedonię pod granicę albańsko- grecką. Tam zostałyśmy nad jeziorem Ohrid. Potem była już tylko Grecja. Czasami nie miałyśmy co jeść- bo nie miałyśmy nigdzie sklepu. Autostop szedł łatwo. W górach przy granicy z Albanią pomogła nam border police- a jedna z policjantek powiedziała, że chętnie by z nami jechała! Nad morzem było gorąco, ale było można jeść suflaki, figi i pomarańcze prosto z drzewa. Jeden grek zaprowadził nas na rajską plaże na wyspie Lefkada. Następnie był pechowy stop z dwoma albańczykami, którzy mieli podejrzane intencje i nie chciei nas wypuścić z auta. Podstępem uciekłyśmy. Objechałyśmy całą Grecję kończąc w Atenach, gdzie przygarnął nas koleś z autostopu. Było strasznie gorąco!! W powrotnej drodze miły był nocleg na granicy macedońsko-serbskiej, w polu kukurydzy nad rzeczką. A przed granicą węgierską felerny turecki tir, którego kierowca chciał nas zmolestować, a jak uciekłyśmy to nas gonił. Skończyło się policją i tym, że na sygnale zawieżli nas do granicy. Wczorajzy poranek był w Budapeszcie, a teraz siedzę już w domku. Nie ma słońca i ciesze się, że mamy pory roku i że mieszkam w tak cywilizowanym kraju