Sticky post
Tuesday, January 19, 2010 4:02:37 PM
Za Johnem Eldredge. Trzy największe pragnienia trapią serce każdego mężczyzny.
1. Przeżyć przygodę.
2. Stoczyć bitwę.
3. Uratować Piękną.
Wednesday, February 1, 2012 10:35:40 PM
Niektórzy ludzie boją się otwartych przestrzeni, lasu, wysokości, rwących rzek, wiszenia na linie, zwierząt, o tych dzikich już nie wspomniając, nawet odrobinę wyczynowych sportów, podróżowania w nieznane czy nawet zbyt porywistego wiatru.
Ja nie boję się ani przestrzeni, ani lasu, wysokości, rzek, skał, powierzania życia kawałkowi liny, dzikich zwierząt, sportów z krwią i potem, wolności podróży czy pięknie pachnącego wiatru. Ja to kocham.
Ale boję się ludzi.
Pomijając fakt, że nie mam już od dawna (jeśli kiedykolwiek miałem) najmniejszych wątpliwości, że moje życie i to, kiedy ono się zakończy, nie zależy ode mnie. Nie mam na to wpływu. Mogę tylko ufać, że potrwa tyle, ile ma potrwać i że zdążę w tym czasie zrobić to, co do mnie należy. Pomijając ten fakt, nie jestem w stanie oprzeć się tej cudownej myśli, że tak dobrze mi z tym, że jednego wieczoru swobodnie atakuję sobie trudne przewieszenie na wysokości kilku czy kilkunastu metrów, wisząc sobie na tej dziesięciomilimetrowej linie. Ta myśl wraca do mnie, gdy następnego dnia rano o mały włos unikam czołowego zderzenia. Tylko dlatego, że zdławiłem w sobie odruchową chęć ominięcia chłopaczka, który nie mając ani prawa jazdy, ani osiemnastu lat, postanowił zabrać auto rodziców na przejażdżkę i wpadł nim na skrzyżowanie.
Chwila, bum, i mnie nie ma.
Dlatego warto wierzyć, ufać i być wolnym.
O nic się już zbytnio nie troskajcie (...)
Flp 4,6.
Sunday, January 15, 2012 7:28:31 PM
"Pewnego mężczyznę dręczył sen, codziennie śniło mu się że goni go lew a gdy tylko go dogonił, człowiek się budził zalany zimnym potem. Wreszcie poszedł do jakiegoś psychologa i mówi mu jaka jest sytuacja. Lekarz odpowiedział mu że powinien zatrzymać się i spytać się lwa dlaczego go goni. Mężczyźnie znowu przyśnił się lew, uciekał przed nim dopóki nie przypomniał sobie słów psychologa, stanął, odwrócił się i zapytał " Kim jesteś? dlaczego mnie gonisz?" a lew: " jestem Twoją odwagą i siłą. Dlaczego uciekasz?"
Thursday, December 29, 2011 10:30:40 PM
Mama ciągle mi powtarza, że w górach i skałach można się zakochać do tego stopnia, że miłość do rodziny schodzi na dalszy plan. Może w taką skrajność nie popadnę, ale coś w tym jest.
Pierwszy wypad w prawdziwe skały był kursem po drogach ubezpieczonych, organizowanym przez instruktorów Polskiego Związku Alpinistycznego. Jak dotąd był to jeden z najlepszych weekendów w moim życiu. Trzy dni, w których od samego rana do późnych godzin mieliśmy praktykę w skałach, a wieczorem słuchaliśmy teorii. W sumie dziesięć, dwanaście godzin dziennie nauki wspinaczki.
Miałem ogromne szczęście trafić na kapitalnego instruktora. Człowiek, który był całkowicie skromny i nie narzucający się, a przy trzydziestu trzech (!) latach doświadczenia we wspinaczce to ogromna sztuka. Budził wielki szacunek samą swoją osobą. Ja go nie słuchałem, ja spijałem każde słowo, które do nas kierował. On po prostu miał rację. Każda jego rada była na wagę złota. Albo i życia, co przy wspinaczce nie jest dużą przesadą.
Pierwszego dnia stałem przez prawie dwie godziny nieruchomo w słońcu i słuchałem wykładu o linie. Czułem, że opala mi się tylko pół twarzy i kątem oka obserwowałem, jak słońce wędruje po niebie. Teoria liny była kapitalna. Gdy się za coś zabieram, uwielbiam poznać działanie każdego najmniejszego elementu, zrozumieć zasady działania, całą fizykę, by potem z pewnością poruszać się po świecie praktyki.
Po całym dniu wspinania, które dla początkującego jest bardzo wyczerpującym przeżyciem, głównie ze względu na duże obciążenie psychiczne, była przerwa na obiad i prysznic. Potem znowu wykłady - czegokolwiek nie dotyczyły, pochłaniałem je jak gąbka, każdą komórką mojego ciała. Na dworze było już ciemno, a my poznawaliśmy kostki, friendy, heksy, spity, lonże, węzły, sposoby zakładania stanowisk, oznaczenia dróg wspinaczkowych, skale trudności... ja tak mogłem bez końca. Czułem się w swoim żywiole.
Miałem cudowny pokój na poddaszu. Z wielkim oknem na niebo, na którym idealnie bylo widać Drogę Mleczną. Żadnych miejskich świateł, idealna czerń i cisza nocy. Dla mnie to raj na Ziemi. Wpuszczałem przez uchylone okno rześkie powietrze, owijałem się śpiworem, otwierałem jedno zimne piwo (większa ilość nie wchodziła w grę - raz, że nawet nie miałem na nią ochoty, a dwa, że momentalnie zwaliłaby mnie z nóg) i zaczytywałem się w książce o wspinaczce, którą pożyczył mi mój instruktor.
Jak to ktoś kiedyś powiedział - życie biegnie bardzo szybko. Jeżeli od czasu do czasu nie zatrzymasz się i nie rozejrzysz wokoło, możesz je przegapić.
Na wiosnę robię drugą część kursu. Już to wiem.
Monday, December 26, 2011 10:57:12 PM
Co jest fajnego we wspinaczce?
Chyba już łatwiej powiedzieć, co nie jest.
Wspinanie to przede wszystkim walka z samym sobą i swoimi słabościami. Nieustanne rozwijanie się, stawianie sobie wyzwań i wypełnianie ich. Testowanie granic swojej wytrzymałości.
Każdy odczuwa lęk przed utratą życia. To jest normalne. Upadek z piętnastu metrów na betonową posadzkę lub skalną półkę oznacza śmierć. Ta wiedza jednak nie może paraliżować. Zginąć można w powszedni dzień, jadąc samochodem do pracy lub przechodząc przez przejście dla pieszych.
Walka z własnym strachem to coś kapitalnego. Wspinacze często używają słów-kluczy, które w najważniejszych momentach pomagają im wyjść z opresji. Każdy wybiera sobie coś innego. Ja mam "działaj, działaj, działaj!" dla sytuacji, w których zaczynam niepotrzebnie tracić cenną energię, oraz "myśl, myśl, myśl!" gdy zaczyna ogarniać mnie lęk i przestaję dostrzegać cokolwiek. Bardzo ważne jest też przypominanie sobie o oddychaniu. Może to się wydać śmieszne, ale człowiek w skrajnych sytuacjach po prostu zapomina o oddechu. A bez tlenu nasze komórki nie wyprodukują nam energii.
Uwielbiam ten uroczy moment, gdy ktoś kompletnie po raz pierwszy wchodzi na wysokość kilku metrów, spogląda na dół i ulega kompletnemu paraliżowi, strachowi i panice. To się zdarza tylko za pierwszym razem. Potem człowiek się przyzwyczaja i poruszanie się na dowolnej wysokości przestaje być tak paraliżujące.
Najpopularniejszą metodą wspinania się, stosowaną przez początkujących i używaną powszechnie na sztucznych ścianach wspinaczkowych, jest wchodzenie na tak zwaną wędkę. Lina jest zaczepiona u góry, do jednego końca przywiązuje się wspinacz, do drugiego osoba asekurująca. W ten sposób wspinający się cały czas w pewnym sensie 'wisi' na linie - jeżeli odpadnie, pozostaje w tym samym miejscu. Jak ryba na wędce. Takie wspinanie daje wiele frajdy i każdy od niego zaczyna.
Jednak moim zdaniem prawdziwą wolność daje wspinanie się z dolną asekuracją. Wtedy wspinający się prowadzi linę ze sobą, co pewien czas wpinając ją w określone punkty trasy. Nic go odgórnie nie trzyma. Jeżeli odpadnie, przeleci odległość dzielącą go od ostatniego punktu asekuracyjnego. Uważam, że od tego miejsca dopiero zaczyna się prawdziwa wspinaczka. Pamiętam, jak ogromna różnica leży pomiędzy pokonaniu określonej trasy na wędkę, a przebyciu jej zupełnie o własnych siłach, konstruując po drodze punkty asekuracyjne. Dochodzi stres, pot, adrenalina i nerwy. I ogromna satysfakcja.
Wspinaczka w mojej głowie przypomina bardzo wyrafinowany balet. Liczy się technika, świadomość własnego ciała, jego środka ciężkości, równowagi, symetrii, budowy. Ale wszystkie techniczne sprawy ustępują innym rzeczom.
Wspinaczka buduje ogromne zaufanie i więź z drugim człowiekiem. Jeżeli on popełni błąd, nie będzie drugiej szansy, tylko szybki lot w dół. Mierząc się z własnym strachem, uczę się zachowywać jasność umysłu w najbardziej stresujących momentach. Bo nie chodzi o to, by gdzieś wpełznąć, pomagając sobie zębami i paznokciami, ale by to zrobić mając pełną kontrolę nad sytuacją. Wspinanie się harmonizuje ducha, ciało i umysł. Tylko w przypadku, gdy wszystkie te trzy rzeczy zadziałają razem, można myśleć o sukcesie.
Czasem adrenalina jest tak duża, że dopiero następnego dnia rano odkrywam na swoim ciele krwiaki, siniaki bądź innego rodzaju skórne braki. To też ma swój urok. Jest nawet na swój sposób zabawne.
W tym sporcie nie ma momentu, w którym można przestać się rozwijać. Zawsze będzie jeszcze trudniejsza trasa do zrobienia. I to też jest jego piękno. Jeżeli kiedyś spotka mnie radość z żony i dzieci, cudownie byłoby ich zabrać w skały lub nawet na ściankę wspinaczkową. Tak też można budować rodzinne więzi.
Sunday, December 25, 2011 11:10:10 PM
Na egzamin na żeglarza jachtowego trzeba było wstać o szóstej. Popłynęliśmy dwiema łódkami do portu macierzystego Ryn, gdzie czekał nas sprawdzian składający się z części teoretycznej i praktycznej. Najpierw jednak było wielogodzinne oczekiwanie na egzaminatorów. Dwutygodniowy rejs pozbawił mnie znakomitej części moich pieniędzy, więc starczyło mi tylko na trzy gumowe placki ziemniaczane w pobliskiej budce z jedzeniem. Dobre i to.
Stłoczyliśmy się w dobre trzydzieści osób w ciasnej świetlicy. Pan egzaminator był starszym facetem, który przy względnej ciszy nie kwapił się do zabawy w oficera gestapo. Pytania dotyczyły locji, bezpieczeństwa, konstrukcji jachtu, teorii żeglowania i meteorologii. Do dziś nie zapomnę: most, pod którym żegluga odbywa się w obydwu kierunkach, oznaczamy jednym rombem. A most jednokierunkowy - dwoma. Żadnej w tym logiki. Mój sąsiad z lewej, któremu na migi sprzedałem odpowiedź na te pytanie, zrobił taką minę, jakbym celowo chciał go wprowadzić w błąd.
Części teoretycznej nie zdała tylko jedna osoba. W sumie ciężko było jej nie zdać, ale jednemu z kolegów się to udało. Nie wyglądał zresztą na takiego, który choćby raz zajrzał do podręcznika.
Test pisemny był pestką w porównaniu z praktyką na łódce. Podczas rejsu mieliśmy tak sztormową pogodę, że mój manewr podejścia do tonącego, zwany ósemką ratowniczą, po raz pierwszy wykonałem właśnie na egzaminie. Idealnie udało mi się dopiero za trzecim razem, ale nasz egzaminator był człowiekiem. Wszyscy zdaliśmy na dostateczne. Patent był.
Powoli zbliżał się wieczór, a ja stałem na kei i patrzyłem na maszty kołyszących się łódek. Wiał mocny wiatr, trójka lub czwórka, co dla Jeziora Ryńskiego jest niezłym wynikiem. Chmury gnały po niebie, przybierając groźne, a zarazem fantastyczne kształty. Przebijały się przez nie promienie ostrego słońca, ostrego dlatego, że po deszczu i przy takim wietrze powietrze było krystalicznie czyste. Pogoda była dzika, w każdej chwili mógł zerwać się deszcz, ale z drugiej strony świeciło słońce, dając fantastyczne barwy na niebie. Wtedy, mając patent w kieszeni i płuca pełne tego wiatru, po raz pierwszy poczułem, że nic mnie nie powstrzyma i że nie ma rzeczy niemożliwych. Tego wieczoru całowałem się z bardzo ładną dziewczyną. Z kategorii takich, które palą papierosy. Dla niepalącego siedemnastolatka, którym wtedy byłem, było to trochę jak owoc zakazany. Co więcej, ta sama dziewczyna podczas naszego rejsu zerwała z chłopakiem, który cierpiał na przerost jakiegoś gruczołu, powodujący nadmierny rozwój fizyczny. Krótko mówiąc, gość był wielki jak drzwi i już miał prawdziwy zarost, co w naszych oczach czyniło go nadczłowiekiem. Następnego dnia spytał mnie, czy dobrze się bawiłem. Odpowiedziałem mu, że wybornie. Dopiero potem zdałem sobie sprawę z tego, że mógł mnie wypatroszyć jak małą rybkę.
Uczucie wolności, które poczułem wtedy po egzaminie, i które zawsze dawało mi żeglarstwo, nie ma sobie równych. A zapach tamtego wiatru to jeden z piękniejszych zapachów, jakie w życiu poczułem.
Sunday, December 25, 2011 10:47:07 PM
Na pierwszy żeglarski obóz wędrowny, który zaliczyłem, namówił mnie przyjaciel z tamtych lat. To były jedne z moich najwspanialszych wakacji. Każdy chłopiec chce przeżyć taką przygodę. Niebezpieczeństwo, żywioł, natura, spanie pod gwiazdami, jedzenie wszystkiego, co się nadaje, robienie najbardziej idiotycznych rzeczy po to, by zyskać uznanie w oczach dziewczyn. Wiele z tych rzeczy zostaje nam na dłużej. Nawet na bardzo długo.
Nowicjusze kończyli swój pierwszy rejs po Mazurach chrztem. Inicjacja w życiu każdego przyszłego mężczyzny to od tysięcy lat moment absolutnie przełomowy. Uznawanie za godnego przyłączenia się do określonego grona wywołuje wielki dreszcz emocji. Nic tak nie buduje serca chłopca, jak wyraz uznania ze strony mężczyzny, który w dodatku jest autorytetem. Tak samo chrzest żeglarski. I zdany rok później patent.
Chrzest był piekłem, który urządzali weterani (członkowie rejsu, którzy byli na nim więcej niż raz). Tak, piekłem. A w rzeczywistości stylizacją na piekło, bo przecież oprócz paru powierzchownych urazów nikomu nic złego się nie stało. Odbywał się w zatoczce zwanej Wierzbą.
Na początek zapędzono nas do zagrody, gdzie musieliśmy klęczeć na szyszkach i tarzać się w pokrzywach, zlewani raz po raz kubłami lodowatej wody i chłostani najpiękniejszym okazami pokrzyw, jakie udało się znaleźć naszym opiekunom w pobliskim lesie. Kolana spuchły mi tak dokładnie, że jeszcze przez kilkanaście następnych dni się po nich drapałem. Po wypuszczeniu z zagrody czołgaliśmy się po polanie po kolejnych etapach, które nie należały do przyjemnych. Na końcu musieliśmy oddać cześć Neptunowi i jego uroczej małżonce - w te role wcieliło się dwóch naszych sterników. Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było spróbować magicznej zupki. Łyżkę do buzi, albo chochlę do gaci. Niestety przypadkiem zobaczyłem, jakie składniki do niej trafiły i kto ile dodał do niej od siebie, więc nie kwapiłem się z przyjęciem tej łyżki. Byłem przekonany, że z tą chochlą do gaci to był żart. Niestety. Porcja tego świństwa została mi siłą wpakowana za pasek moich spodenek. Wyglądało to żałośnie, bowiem przykleiła się do nich skórka od chleba, z którą przez pewien czas nieświadomie biegałem. Neptun, który czekał chwilę później, sprawdzał naszą żeglarską wiedzę - trzeba było na jego oczach bezbłędnie zawiązać jeden z węzłów żeglarskich. Potem otrzymałem rozkaz pocałowania w stópkę jego uroczej małżonki. Dodajmy, że stópka ta była bardzo owłosiona i znowu wydawało mi się, że wystarczy zamarkować buziaka i wszystko będzie fajnie. Gdy zrobiłem usta w ciup, ktoś życzliwy docisnął mi je do największego palca tej nogi. Nigdy nie zapomnę tego widoku.
Moje żeglarskie brzmi: "Tupot Białej Mewy". A dyplom z tego chrztu niezmiennie wisi nad moim łóżkiem.
Wielu chłopców, pragnąć zostać mężczyzną, szuka tej nominacji u płci przeciwnej.
Tylko mężczyzna może ogłosić chłopca mężczyzną. Inne rozwiązania kończą się dramatem.
Thursday, December 1, 2011 1:37:54 PM
Z urodzinowych życzeń od mojej przekochanej i wszechwiedzącej siostry.
Będę
Będę prawdziwy,
bo są tacy, którzy mi ufają.
Będę czysty,
bo są tacy, którzy troszczą się o mnie.
Będę silny,
bo wiele trzeba wycierpieć.
Będę odważny,
bo trzeba odważyć się na wiele.
Będę przyjacielem wszystkich:
wrogów i tych, którzy nie mają przyjaciół.
Będę dawać
i zapominać o darze.
Będę pokorny,
bo znam swoją słabość.
Będę patrzeć w górę
i śmiać się, i kochać, i dźwigać.
Howard Arnold Wolter
Wednesday, August 3, 2011 8:53:04 PM
Ja podszedłem od frontu, mnąc w palcach dziesięciozłotowy banknot i myśląc sobie, że to będą najlepiej wydane pieniądze w tym miesiącu. Jednocześnie z lewej nadciągnęła jakaś starsza kobiecina, dzierżąca w garści pomidora. Z prawej, ze szczytu schodów nadpłynął facet, ostrożnie niosąc posiłek ukryty pomiędzy dwoma papierowymi tackami. Wszyscy w trójkę chyba identycznie nabraliśmy powietrza w płuca, przełamując się do zrobienia czegoś bezinteresownego dla nieznajomej osoby. Tak, tu trzeba się przełamać. Uczucie zawsze trochę jak nurkowanie w opór wody. Szczerze powiedziawszy, ja ładnych parę dni oswajałem się z myślą wykonania tego gestu. Nie, żebym codziennie ją mijał i dopiero za którymś razem z kolei zdecydował się podejść, ale i tak trzeba było opanować pewne rozedrganie.
No i tak nadeszliśmy do niej ze wszystkich stron, zupełnie przypadkiem w jednym i tym samym momencie. Ona, zawsze siedząca w połowie schodów prowadzących do podziemnego przejścia na dworzec kolejowy. Zawsze bez słowa, na małym krzesełku, bez nagabywania, wodzenia wzrokiem za przechodniami. Wpatrzona przed siebie, z miseczką na pieniądze trzymaną w dłoniach złożonych na kolanach. W tym samym kremowym sweterku. Na twarzy i głowie nie miała ani jednego włosa - czyli tak, jak po chemioterapii. A przecież czymże dla kobiety są jej włosy??
Z lewej pomidor, z prawej ciepły posiłek, a z przodu mój banknot. Wszystko chcieliśmy włożyć jej w ręce. Była tak zdezorientowana, że nie wiedziała, na kogo spojrzeć najpierw.
Odwróciłem się i zobaczyłem pełną przejęcia twarz młodego chłopaka, który obserwował tę scenę ze szczytu schodów. Dało się z niej wyczytać, że i jemu nie jest obojętny los tej dziewczyny. Jeszcze nie wie, co z tym zrobić, ale ktoś przez przypadkowy splot wydarzeń dał mu do myślenia.
I to jest super. A nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten pomidor był wtedy wart co najmniej tyle samo, ile moje dziesięć złotych.
Saturday, July 10, 2010 10:12:28 PM
Błękit taki, że bez przeciwsłonecznych okularów trudno patrzeć. Późne słonko opiera się na ździebełkach z okolicznych łączek. Biegnę na 4 km, bo po takiej przebieżce się lepiej zasypia. Oddech równiutki. Syndrom husky'ego funkcjonuje znakomicie - szczęśliwy tylko wtedy, gdy naprawdę zmęczony. Tydzień rozpisany tak, że albo odpoczynek, albo regeneracja. Inaczej się nie da, bo nadmiar energii to chodzenie po suficie albo inne negatywne objawy. Aczkolwiek piłowanie siebie i formy na wiele różnych sposobów to wielka frajda. Zdrowe ciało, zdrowy duch.
1 2 Next »