Friday, 23. February 2007, 00:16:39
Mimo wszelkich przesunięć terminów nie doczekaliśmy śniegu nawet w lutym, tak więc wyruszyliśmy zgodnie z ostatnimi ustaleniami w piątek 16.02.07 ze skansenu w Wolinie, gdzie wróciliśmy 18.02.2007 po 2,5 dniach wędrówki.
Pokonaliśmy pieszo około 40 km, spędziliśmy
dwie noce pod gołym niebem w lasach w pobliżu Narodowego Parku Wolińskiego.
Średnią temperaturę mieliśmy od +3 do –5C. Inicjatorem i organizatorem tej, jak i dwóch poprzenich wypraw jest
Vislav ze Świnoujścia

za co pragnę podziękować jemu oraz całej ekipie
Oto pełny skład:
1. Vislav ze Świnoujścia
2. Boran z Krakowa
3. Karma z Warszawy
4. Lewy z Elbląga
5. Walia z Moskwy
6. Wojtek z Wrocławia
7. Żenia z Kaliningradu
8. Biełyj i Ulmo z Warszawy
Cel podróży z pewnością każdy miał swój, ale w jej trakcie niewątpliwie zostały sprawdzone walory praktyczne materiałów, z jakich wykonano repliki strojów, jak i możliwości przemieszczania się w terenie nieoswojonym, oraz sposoby radzenia sobie za pomocą dosyć skromnych, jak na dzisiejsze czasy narzędzi łącznie z tymi do rozpalania ognia.
Elementy wyposażenia jakie miałem przy/na sobie:
Strój zimowy:
Jest próbą odwzorowania przeciętnego mieszkańca Skandynawii nadbałtyckiej X-XIww. Wzorowałem się na elementach stroju osobnika głównie z terenów Szwecji.
Niektóre wzory historyczne wykorzystane prze doborze fasonu:
Tunika z Birki:
Kaptur z Bocksten:

Wykoju
spodni nie posiadam, jeśli chodzi o
koszulę, to jest standardowa dla danego okresu i regionu, czyli prostokąty, kwadraty i trójkąty, właściwie to tej samej koszuli z powodzeniem używam na imprezach XIII w.
Buty wzorowane na bazie znanego powszechnie "katalogu"

.
Wykorzystane materiały:
len na koszulę i spodnie,
wełna na płaszcz, kaptur, tunikę, onuce, owijki i spodnie (drugie) oraz rękawiczki i para skarpet.
filc i futro lisie na czapkę
buty skórzane (z filcowymi wkładkami)
Ten zestaw sprawdził się prawie idealnie, aczkolwiek zakladam, że przy -10 i niżej koniecznie musiałbym spać przy samym ognisku i to większym, niż mieliśmy, no i przykrywać się czymś więcej, niż samym plaszczem.
O plaszczu:
w podróży jak ta jest raczej nie przydatny, bo na plecach jest bagaż, natomiast jako przykrycie w nocy jest niezbyt (lub też: zbyt nie-) wygodny. Spanie na zimnie wymaga szczelności ochrony, czego nie moglo mi wpełni zapewnić moje „półkoło”, zaś odslonięta część ciała natychmiastowo i odczuwalnie zaczyna oddawać ciepło. Następnym razem zabiorę koc.
O czapce:
filcową podstawę obszyłem futrem z lisa. Nie obcinalem wystających fragmentów zachodzących na uszy, ani zwisającego z tyłu ogona i powiem tak: względem zachowanych przedstawień, miałem niezły dylemat, czy tak być powinno, ale się z tym wstrzymalem, zakładając, że obciąć „ogonki” mogę w każdej chwili.
W trakcie podróży doszedłem jednak do wniosku, że poczucie estetyki zdecydowanie ustępuje przed potrzebą ciepła, które właśnie owe fragmenty znakomicie zapewniają, a bez których na pewno marzły by mi uszy. Ośmielę się też zakładać, że podobne odczucia i wnioski mogli mieć nasi XI-wieczni poprzednicy nie koniecznie odwzorowani na słynnych tkaninach i in.
O owijkach na nogi:
Sprawdziły się znakomicie (miałem około 4m na każdą nogę). W zestawie z wełnianą skarpetą onucą zapewnił mi ciepło od stopy do kolana na całą podróż.
ButyNajważniejsze by były wystarczająco luźne tak, by wraz z ww. zestawem wełnianym nie uciskały. Pod tym względem mu mnie było ok.
Do spania pod gołym niebem miałem też:
„Iglaste” gałęzie, kawał grubszego filcu, futro barana, płachtę 2x1m grubego plótna lnianego.
Futro uważam za warunek konieczny do spania, warto też zastosować dodatkowe „owijki” na nogi oraz dodatkowe skarpety, czy onuce, byle nie przesadzać i nie uciskać dopływu krwi do kończyn.
Rękawiczki – wracamy do kwestii odslonięcia i „przecieków” ciepła – koniecznie.
Poza tym Walok, Żenia i ja spaliśmy hurtem, co uważam za przednią metodę do oszczędnego rozchodu ciepła jakie wytwarzamy na mrozie.
Wspomniane wyżej
płótno lniane również jest warte szczególnej uwagi.
Pierwszej nocy obozowaliśmy nieopodal zatoki. Porywisty północny wiatr, który się zerwał nagle i na całą noc zostal skutecznie „przystrofowany” właśnie tym kawałkiem materialu oraz drugim takim, posiadanym przez Leifa. Rozciągnęliśmy je do ziemi na „poziomych” konarach drzew. Do samego rana było słychać uderzenia wiatru w „żagle”.
Do dźwigania bagaży miałem kosz wiklinowy, torbę podręczną lnianą, bukłak skórzany 2L.
Narzędzia: scramasax, dwa krótsze nożyki, maczetka do gałęzi, krzesiwkio z krzemieniem, poza tym miałem igly do szycia i nici, około 10m grubej i z 6m cienkiej i cieńszej liny konopnej, co było bardzo przydatne np. przy ustawianiu ww. „wiatrochronu” w nocy.
Prowiant: ser, kasza jaglana, kawał boczku, suszone owoce, suszone warzywa, orzechy laskowe kawałek chleba (a la "litewski"); do picia: woda i „grzaniec”. Do owijania i przechowywania wszystkich zapasów stosowałem kawalki lnu.
Wady w moim ekwipunku:
Muszę mieć szersze szelki na koszu podróżnym, co najmniej 3-4cm i najlepiej podbite czymś miękkim w okolicach szyi i obojczyków.
Przed zawiązaniem buta upewniać się, że wełniana skarpeta, czy onuca dobrze się ukladają na nodze, czy np. nie są "zsunięte". Po pierwszych 10 km poczułem otarcie na stopie, które nie wpłynęło co prawda na tempo i sposób chodzenia, ale co jakiś czas dawalo o sobie znać.
Za duża ilość jedzenia dla mnie i dla psa. Uważam (i nie tylko ja zapewne), że do
następnej wyprawy powinniśmy wspólnie planować prowiant, tak by nikt nie musiał wlec zbędnych kg., czyli zabierać tylko optymalny dla calej grupy zestaw. Dotyczy to również zestawu narzędzi i „wspólnych kotłów” do gotowania strawy.
Cieszę się po:
- z całego towarzystwa, a szczególnie, że Walok i Żenia zdążyli dojechać na czas
- że mimo utrudnień doczesnych udalo mi się dotrzeć na wyprawę
- z ilości kilometrów oraz pięknych lasów i równin Wolina, które nas otaczały
- brak „współczesnych” tubylców na szlaku (z wyjątkiem paru rowerzystów)
- z całkowitego braku "niehistorycznych" naczyń i narzędzi do survivalu
- z ciepłego Ulma
leżącego w/na nogach nad ranem, kiedy robi się najzimniej
- z ognisk rozpalonych krzesiwem
- z wieczornych "integracji" po trudach, przy tych że ogniskach
- ze żródeł wody pitnej, które dzięki Vislavowi i Ulmo dane nam było odnaleźć przed zmierzchem.
Pozdrawiam
i do zobaczenia na kolejnym szlaku zimowym
Więcej zdjęć:
w galerii Vislava (1)w galerii Vislava (2)w galerii Vislava (3)w galerii Vislava (4)w galerii Błażeja Stanisławskiegow mojej GaleriiMiłego oglądania
p.s. Krótka historia podróży Walok'a z Moskwy na Wolin:
Miał z Moskwy dolecieć do Kaliningradu, by tam z Żenią wsiąść w autokar do Elbląga. Na odprawie dowiedzial się, że lot odwołano. Stanął więc po bilet do Warszawy i tuż przed kasą dowiedzial się, że tamten lot jednak jest aktualny. Opóźniony samolot wylądował w Kaliningradzie w momencie, kiedy autokar z Żenią już wyruszył w stronę granicy. Wskoczył więc do taxi i przywitał się z kompanem na przejściu granicznym tuż przed odprawą celną.
W podróży powrotnej skradziono mu portfel w pociągu do Elbląga, na szczęście stracił tylko pieniądze..