Friday, 21. August 2009, 13:32:09
Pozwólcie, że nie będę się rozwodzić nad pięknem Pragi, wiadomo jak to jest...
Myślę, że bardziej interesujące będą nasze perypetie...
Nawiasem mówiąc mam taki zamęt w głowie, że jeśli ta notka będzie jakaś składna to odtańczę jakiś taniec radości....
Wiadomo, że jak ja się gdzieś wybieram to zawsze coś się musi zdarzyć

Zaczęło się od totalnego raise fieber (czy jak tam się to pisze)...żołądek gdzieś w gardle, zimny pot itd.
Miałam wsiąść do pociągu o 6:26 i dojechać do Poznania gdzie zaplanowałam przesiadkę do Wrocławia (w tym pociągu ekipa już miała na mnie czekać) pomimo wczesnej pory jakoś dałam radę, powodem mogło być to, że kompletnie w nocy nie spałam...Do pociągu wsiadłam bez przygód nawet koleżankę z liceum spotkałam, było raźniej. Trochę mi mina zrzedła jak dowiedziałam się, iż mój rzeczony poznański pociąg ma kierunek wrocław... Tak więc przesiadałam się z pociągu do Wrocławia na pociąg do Wrocławia...Oczywiście w Poznaniu stres mnie prawie zabił, ale jakoś kupiłam bilet do Międzylesia (ostatnia stacja przed granicą).
W tak zwanym międzyczasie kiedy to pociąg się zbliżał moja wesoła kompania zaczęła mnie błagać żeby im piwo kupić. Z wrodzoną sobie przekorą naściemniałam że nie mogę nic znaleźć...(ale o tym ciiiii...)
Już w pociągu kiedy konduktor sprawdzał bilety coś mnie tknęło, że chyba jest coś niekoniecznie w porządku. Niby nic się nie czepiał ale ekipa z Iławy miała inne bilety...
Kiedy zbliżaliśmy się do Wrocławia wszystkim już trochę odbijało a na dodatek doszedł stres przesiadkowy, gdyż mieliśmy aż 5 minut żeby znaleźć pociąg do Pragi a nasz był już jakieś 10 spóźniony. Na szczęście na miejscu mieliśmy wtyczkę w postaci Marceliny która używając swojego wdzięku zdołała wyprosić konduktora, żeby poczekał na nasz pociąg...
(Nawiasem mówiąc Mela kupiła ludkom to piwo...)
Na dworcu we Wrocławiu wyglądaliśmy zapewne dosyć zabawnie kiedy biegliśmy jak szaleni na peron. Zdążyliśmy:)
Przyszedł pan konduktor no i moje obawy okazały się uzasadnione. Wredna Poznańska kasjerka sprzedała mi zły bilet!!!!!
Na szczęście Koleś był na tyle "miły", że musiałam "tylko" kupić nowy bilet.
Potem podróż aż do granicy przebiegała spokojnie, w Międzylesiu Ala postanowiła poszukać swojego dowodu. No i tu Zonk! Nie ma! No to ładnie mówimy...zawrócą dziewczynę, jak nic ją zawrócą....Znowu mieliśmy szczęście bo nikt nie chciał od nas dokumentów:)
Potem były już Czechy. Wspólnie stwierdziliśmy, że tu nawet trawa jest zieleńsza, jest pięknie, ładna pogoda i w ogóle.
Dworzec w Pradze nas rozwalił. To trzeba zobaczyć. Nie zachwyca może architekturą ale jest świetny. Poza tym czysto, wszystkie informacje po Czesku i po Angielsku...no bajka. Problem pojawił sie jak przyszło do kwestii trafienia do hostelu...Trochę pobłądziliśmy ale ostatecznie udało się bez większych przeszkód.
Kiedy następnego dnia poszliśmy na zwiedzanko po wejściu na Stare Mesto czuliśmy się jak dzieci w sklepie z cukierkami:) Blizzer biegał z aparatem mi się chciało skakać z radości, no okrzykom zachwytu nie było końca. Przy moście Karola oczywiście sie pogubiliśmy. Józio z Melą poszli do przodu a my jak te kołki czekaliśmy na nich robiąc różne głupawe zdjęcia Blizzera aparatem. Kiedy w końcu przeszliśmy na drugą stronę i spotkaliśmy się z resztą, kolega Józio po kilku krokach skręcił sobie kostkę...na szczęście lekko...no ale doszliśmy na Hradczany, było fajnie (no bo co ja mogę więcej powiedzieć

)wracając już po naszej stronie Wełtawy rozwaliliśmy się na trawce:) to jest w ogóle jedna z fajniejszych rzeczy w Pradze, że można się na trawie położyć i to jest normalne, nikt ci mandatu nie wlepi...
Czeski język nas powalił, sklep spożywczy to Potrawiny, lody - Zmarzliny, Suszone owoce - Suche plody, a kontener na śmieci ma napis Smesny odpad:)
Kończąc tą jakże wakacyjną opowieść chciałam powiedzieć, że podryw na zimny balkon może się okazać wbrew pozorom bardzo skuteczny:D
A ja jestem popaprana...gdyby nie cierpliwość...ahh:* ty już wiesz:D