Skip navigation.

moja myślodsiewnia

Czyli to czego nie powiem głośno i inne takie tam...

Takie sobie nic....

Czas katastrof chyba chwilowo minął. Dogadujemy się <ja i moi rodzice>, jest ok...jest mi dobrze więc wpisów mało a raczej nic...Żyje w biegu pomimo niewielu zajęć...wciąż się przemieszczam, mało jem jestem leniwa jak zawsze, może trochę bardziej...
W zasadzie nie chce nic pisać bo jeśli zacznę rozdrapywać to co mogłoby mi przeszkadzać mogłoby to zmącić mój chwilowy spokój...więc teraz nic...może później:)

niespodziewane....

Czy to ja się zmieniłam? Czy to świat się zmienił? Czy oni? Pierwszy raz nie jestem w stanie porozumieć się z moimi rodzicami...ahh...

Jak jest zbyt dobrze to zawsze przychodzi katastrofa.

Było zbyt dobrze. Zawsze mówię, że w takim wypadku musi coś nie pójść. No i mamy fail! Ogólnie katastrofa przyszła z grubej rury, jest kompletne dno i nie wiadomo jak to będzie.
W czerwcu akademika nie dostałam, bo miałam za wysokie dochody. Maciej do mnie przyszedł i powiedział że mi pomoże i że mam wysłać papiery do jego znajomej która jest w komisji kwaterunkowej i że to załatwi i nie ma problemu. Minął sierpień, papiery dawno wysłane, ja zasadniczo dosyć spokojna, teraz zaczęłam pytać jak to tam jest z tym akademcem, czy go dostałam itd. FAIL papiery nie doszły. Poczta je wcięła. Dziewczyna żadnego aviso nie dostała ogólnie ślad przepadł. Świetnie super. Dowiedziałam sie dziś. Jestem mega wkurwiona bo nie jestem w tej sytuacji w stanie zrobić praktycznie nic. Nie mogę co gorsza znaleźć potwierdzenia wysłania poleconym, gdybym znalazła poszłabym zrobić awanturę na poczcie. Matka wkurwiona, bo tam są przecież jej dokumenty o dochodach. Ja teoretycznie rozwiązanie znalazłam bo mogę się przecież wpisać na listę rezerwową do 6 <tam zawsze są miejsca wolne> i przespać sie parę dni u Mateusza i Dominika...z resztą i tak już z nimi o tym gadałam i nie widzą w tym problemu. FAIL moja mama twierdzi że problem jest. Bo przecież nie mogę facetowi siedzieć na głowie i być uzależniona od tego co on robi. Mam nie być kobietą bluszczem. Mam być samodzielna. Jak do kurwy nędzy mam być samodzielna jeśli ona już mi szuka rozwiązania?????!?!?!!!!!! Dlaczego nie mogę sama spróbować sobie poradzić? Poszukać rozwiązania? To jest kuriozalne. Ona już wymyśliła za mnie co mam zrobić, już podzwoniła po znajomych pytając czy nie mają znajomych którzy coś wynajmują. To jest uciążliwe bardziej niż meritum problemu. Bo przecież mam mózg. Potrafię nim myśleć. Mogę szukać rozwiązania po swojemu. Pozwólcie mi się sparzyć! Jeśli nie nauczę się sobie radzić w takich sytuacjach to te wszystkie rodzicielskie rady są o dupę potłuc. Ja chcę nauczyć się radzić sobie sama. Przez swoje własne znajomości, swoje własne dojścia i działania. Całe życie moja mama robiła różne rzeczy za mnie. Łatwo jest się do tego przyzwyczaić. Potem mi wiecznie wypominała, że jestem niesamodzielna. Ciągle słyszę od niej że nie umiem nic sama zrobić, że jestem leniwa, że się nią wysługuję, że jestem mało aktywna i w ogóle tysiąc podobnych rzeczy. Ok jestem powolna. Może czasem wolniej myślę, może myślę inaczej, może wolniej dochodzę do pewnych <być może dla niektórych>oczywistych rozwiązań, ale do cholery mam do tego prawo! Nikt nie rodzi się wszystko wiedzący.
Bolesne odcinanie pępowiny to się nazywa...Szlag by ją trafił.

Od dziś jestem metalowcem!!!!!!!yeahhhhh!!!!!!!!!!!!!

Chciałam powiedzieć, że tak to jest jak się człowiek zadaje z ludźmi co ciężkiej muzy słuchają i się śpi w koszulce napalm death...zakochałam się wprost w poniższej piosence i przyznaje że inne pomysły panów z Dagoby (zespół z Francji żeby nie było) podobają mi się takoż chociaż muszę mieć klimat na taką muzęP: ale ten kawałek wymiata!!!!!

no nieee

chciałam zrobić poprawkę w poście i mi się na sam początek wrzucił....ale sierota ze mnie...

Juwenalia, juwenalia - kto nie pije ten kanalia!!!

Dobra
Domagają się to coś napiszę...
A tak poważnie to zaczęły się Juwenalia. Wczoraj oficjalnie prezydent miasta Torunia przekazał nam klucze do miasta.
W tym roku motyw przewodni to gwiezdne Juwenalia

W zasadzie zaczęły się we wtorek koncertem organizowanym przez Red Bull Tour Bus, grało między innymi Pogodno. W środę był finał Boju Akademików, który podobno wygraliśmy (no cóż legenda zobowiązuje). Ostatnią konkurencją był juwenaliowy wystrój akademika. Przyznam, że byłam naprawdę pod wrażeniem jak to zobaczyłam. Jak wracałam z koncertu (to było chyba coś po 1:00a.m.)to jeszcze byli w trakcie roboty (oczywiście poprzedniego dnia). Robi wrażenie. W zasadzie zrobiłam zdjęcia ale nie oddają one w pełni jak to wygląda więc sobie daruję zamieszczanie ich. Ogólnie mieszkam w statku kosmicznym. Na moim piętrze (oczywiście 4) jest sterownia i wszystkie urządzenia naprowadzające, na drzwiach od korytarzy są napisy DANGER itd. a w kiblu są kapsuły ratunkowe. Świetnie jest też na 2 piętrze bo tam jest klimat jak ze star wars całe piętro jest obłożone czarnymi workami więc jest totalnie ciemno pod sufitem latają statki imperium a na ścianach są postacie z filmu:) Postarali się:smile: Z kolei na zewnątrz na oknach jest napis KOSMOS JEST W NAS:) super:) jestem dumna że tu mieszkam:D

Wczoraj był pochód. Ogólnie zdenerwowałam się gdyż albowiem w chwili gdy wyszłam na dwór żeby pójść w nim i porobić zdjęcia baterie w aparacie mi padły. Kolega Maciej robił zdjęcia więc jak je wyciągnę od niego to zamieszczę:smile:
W zasadzie nie wyobrażam sobie Juwenaliów bez pochodu. Jest to dla mnie taki prawdziwy początek. Kiedy idziemy przez miasto ludzie robią nam zdjęcia, stoją w oknach, przed nami jedzie bus Prezesa z Czeskiego Snu (taki nasz ukochany pub) na nim są głośniki i leci głośna muza,

przez mikrofon mówi Kinga (pod koniec na Bielanach już traci powoli głos)na przodzie jadą motocykliści, jedzie Gwiazda Śmierci(czarny maluch:P). Samochody stoją żeby nas przepuścić:smile: to my od dziś mamy pierwszeństwo!!!
I kiedy wkraczamy do kampusu wszyscy na nas patrzą:smile: Witają nas ze sceny, wybierają najlepiej przebranych ludzi w kategorii grupowej i indywidualnej. W tym roku wygrał DzidziaTeam:P Ludzie ode mnie z piętra : Dziewczyny przebrane za ciężarne laski w szlafrokach i papilotach na głowach a chłopaki z pieluchami i smoczkami:) Fenomenalne:D Szkoda że nie udało mi się zdjęć zrobić(Już biegnę do Maćka:P).W kategorii indywidualnej wygrał Lord Vader:P
Potem były świetne koncerty. Enej(tak to się pisze?)z Olsztyna, Paprica Corps i Hey. W trakcie Heya coś się stało z telebimami i zgasły. Chyba nikt poza mną tego nie zauważył. Przynajmniej takie wrażenie odniosłam. Teren Juwenaliowy jest dużo mniejszy niż w zeszłym roku. Scena stoi w innym miejscu (to akurat zmiana na plus moim zdaniem), ogólnie jestem pod wrażeniem. To były naprawdę dobre koncerty. Świetni muzycy i zespoły dobre nagłośnienie, telebimy, ogólnie naprawdę super. Dziś w zasadzie średnie te koncerty się szykują np ma grać K.A.S.A. więc ja tak średnio...ale jutro ma być indios bravos i akurat więc znowu będzie można się wyszaleć.
Teraz elementy mniej chlubne...Wczoraj był mój trzeci dzień picia. Bardzo chciałam się upić. Naprawdę. Znowu mi nie wyszło. Ja się zaczynam zastanawiać co ja muszę zrobić żeby mi w końcu wyszło. Ale z drugiej strony czuję się raczej komfortowo kiedy jestem trzeźwa...P: Natomiast towarzystwo wokół mnie nie miało z tym większych problemów.
Warte odnotowania jest, że miałam po raz kolejny okazję pogadać sobie z kolegą Dominikiem, który ostatnio mocno mnie zmusza do myślenia:) Nie ma jak trening umysłu...Bardzo przyjemnie jest mieć z kim pogadać w ten sposób. A był już taki moment, że okropnie mi tego brakowało. Potrzebuję od czasu do czasu spotkać się z ludźmi którzy się nie zgadzają. Którzy nie kupują, nie biorą za pewnik wszystkiego co powiem. Którzy karzą mi się wysławiać w sposób jasny bez pieprzenia od rzeczy. I chociaż czuję się odrobinę obnażona i czasem opowiadam o rzeczach o których nie chcę to i tak jestem wdzięczna. Jak małe dziecko które dziękuje za każdy przejaw zainteresowania.
Jedynym elementem który był kompletnie bez sensu to końcówka. Na sam koniec zostałam zaatakowana przez rzeczy których kompletnie nie chciałam i w zasadzie się nie spodziewałam. Miałam jakąś bezsensowną nadzieję że do tego nie dojdzie. Że uda mi się tego uniknąć. Niestety. Chyba chcę uciec. Alkohol wyciąga z ludzi rzeczy, które powinny zostać tam gdzie były.

Z cyklu: Opowieści wakacyjne...Opowieść Trzecia: Czyli jak to w tej Pradze było i dlaczego terrorysta?

Pozwólcie, że nie będę się rozwodzić nad pięknem Pragi, wiadomo jak to jest...
Myślę, że bardziej interesujące będą nasze perypetie...
Nawiasem mówiąc mam taki zamęt w głowie, że jeśli ta notka będzie jakaś składna to odtańczę jakiś taniec radości....
Wiadomo, że jak ja się gdzieś wybieram to zawsze coś się musi zdarzyć:smile:
Zaczęło się od totalnego raise fieber (czy jak tam się to pisze)...żołądek gdzieś w gardle, zimny pot itd.
Miałam wsiąść do pociągu o 6:26 i dojechać do Poznania gdzie zaplanowałam przesiadkę do Wrocławia (w tym pociągu ekipa już miała na mnie czekać) pomimo wczesnej pory jakoś dałam radę, powodem mogło być to, że kompletnie w nocy nie spałam...Do pociągu wsiadłam bez przygód nawet koleżankę z liceum spotkałam, było raźniej. Trochę mi mina zrzedła jak dowiedziałam się, iż mój rzeczony poznański pociąg ma kierunek wrocław... Tak więc przesiadałam się z pociągu do Wrocławia na pociąg do Wrocławia...Oczywiście w Poznaniu stres mnie prawie zabił, ale jakoś kupiłam bilet do Międzylesia (ostatnia stacja przed granicą).
W tak zwanym międzyczasie kiedy to pociąg się zbliżał moja wesoła kompania zaczęła mnie błagać żeby im piwo kupić. Z wrodzoną sobie przekorą naściemniałam że nie mogę nic znaleźć...(ale o tym ciiiii...)
Już w pociągu kiedy konduktor sprawdzał bilety coś mnie tknęło, że chyba jest coś niekoniecznie w porządku. Niby nic się nie czepiał ale ekipa z Iławy miała inne bilety...
Kiedy zbliżaliśmy się do Wrocławia wszystkim już trochę odbijało a na dodatek doszedł stres przesiadkowy, gdyż mieliśmy aż 5 minut żeby znaleźć pociąg do Pragi a nasz był już jakieś 10 spóźniony. Na szczęście na miejscu mieliśmy wtyczkę w postaci Marceliny która używając swojego wdzięku zdołała wyprosić konduktora, żeby poczekał na nasz pociąg...
(Nawiasem mówiąc Mela kupiła ludkom to piwo...)
Na dworcu we Wrocławiu wyglądaliśmy zapewne dosyć zabawnie kiedy biegliśmy jak szaleni na peron. Zdążyliśmy:)
Przyszedł pan konduktor no i moje obawy okazały się uzasadnione. Wredna Poznańska kasjerka sprzedała mi zły bilet!!!!!
Na szczęście Koleś był na tyle "miły", że musiałam "tylko" kupić nowy bilet.
Potem podróż aż do granicy przebiegała spokojnie, w Międzylesiu Ala postanowiła poszukać swojego dowodu. No i tu Zonk! Nie ma! No to ładnie mówimy...zawrócą dziewczynę, jak nic ją zawrócą....Znowu mieliśmy szczęście bo nikt nie chciał od nas dokumentów:)
Potem były już Czechy. Wspólnie stwierdziliśmy, że tu nawet trawa jest zieleńsza, jest pięknie, ładna pogoda i w ogóle.
Dworzec w Pradze nas rozwalił. To trzeba zobaczyć. Nie zachwyca może architekturą ale jest świetny. Poza tym czysto, wszystkie informacje po Czesku i po Angielsku...no bajka. Problem pojawił sie jak przyszło do kwestii trafienia do hostelu...Trochę pobłądziliśmy ale ostatecznie udało się bez większych przeszkód.
Kiedy następnego dnia poszliśmy na zwiedzanko po wejściu na Stare Mesto czuliśmy się jak dzieci w sklepie z cukierkami:) Blizzer biegał z aparatem mi się chciało skakać z radości, no okrzykom zachwytu nie było końca. Przy moście Karola oczywiście sie pogubiliśmy. Józio z Melą poszli do przodu a my jak te kołki czekaliśmy na nich robiąc różne głupawe zdjęcia Blizzera aparatem. Kiedy w końcu przeszliśmy na drugą stronę i spotkaliśmy się z resztą, kolega Józio po kilku krokach skręcił sobie kostkę...na szczęście lekko...no ale doszliśmy na Hradczany, było fajnie (no bo co ja mogę więcej powiedziećP:)wracając już po naszej stronie Wełtawy rozwaliliśmy się na trawce:) to jest w ogóle jedna z fajniejszych rzeczy w Pradze, że można się na trawie położyć i to jest normalne, nikt ci mandatu nie wlepi...
Czeski język nas powalił, sklep spożywczy to Potrawiny, lody - Zmarzliny, Suszone owoce - Suche plody, a kontener na śmieci ma napis Smesny odpad:)

Kończąc tą jakże wakacyjną opowieść chciałam powiedzieć, że podryw na zimny balkon może się okazać wbrew pozorom bardzo skuteczny:D
A ja jestem popaprana...gdyby nie cierpliwość...ahh:* ty już wiesz:D

Nosi...

Nosi mnie...nie wiem co mam robić, nie mogę się na niczym skupić....yyyy....masakra. Gdzieś w żołądku czuję okropny niepokój adrenalina mnie zalewa...
ahhh

Z cyklu: Opowieści wakacyjne...Opowieść Druga: Jaka jest Praga? - zajebista!!!!

byłam w Pradze i bynajmniej nie w Warszawie:P
To jest spełnienie jednego z moich marzeń...było cudownie, widoki zapierają tam dech...i zgodnie z zasadą że jak jest mi dobrze nie chce mi sie pisac nie wiem co dodać...przywiozłam sobie terrorystę i złodzieja:P
hahahhhaha
pozdr:*

Z cyklu: Opowieści wakacyjne...Opowieść Pierwsza: Do trzech razy sztuka..?

Ostatnio miałam niesamowitą przyjemność poznać przyjaciół moich rodziców, ludzi którzy paręnaście lat temu wyjechali z Polski do Australii...
(Okej Michał pewnie jak to przeczytasz to się uśmiejesz, ale no cóż...)
To było tak tytułem wstępu...a rzecz dotyczy moich i Kaji wojaży...Otóż zdarzyło się nam pójść parę razy na piwo, a jak dwie sieroty się wybierają to zawsze musi pójść coś nie tak...Zapowiadało się ładnie, miałyśmy niewiele czasu więc chciałyśmy go wykorzystać...
Po pierwsze miałam sprzeczkę z bankomatem. Tak to jest jak się zbyt często zmienia karty, można się pogubić, i ja oczywiście wpisałam jakiś stary pin. Bankomat odpowiedział mi, że mam pójść do banku i to wyjaśnić. Super.
Potem poszłyśmy do pubu. Kiedyś już wcześniej byliśmy tam z Michałem we trójkę (Ja,Kaja,Michał), więc jak zobaczyłyśmy tego samego barmana to sie obydwie uśmiechnęłyśmy, fajnie, fajnie. Ja podchodzę, mówię że chce dwa piwa i się uśmiecham, a koleś do mnie - a mogę dowód zobaczyć?...no ręce opadają. Tata mój się śmieje, że chciał zobaczyć moje nazwisko albo adres. Ale wiocha jest i tak.
Siedzimy sobie, gadamy Kaja się śmieje, że trzeba poczekać jeszcze na trzecią tego typu głupią rzecz a potem już będzie w porządku...Podchodzi koleś i pyta czy mamy bilety...Jakie bilety do jasnej cholery??? Jak nie mamy biletów to albo kupujemy (10zł) albo musimy iść. No to dopiłyśmy i idziemy. Oczywiście już obydwie lekko pijane no bo picie w tym tempie zawsze się tak kończy.
Idziemy, gadamy jest fajnie, trzymam moje okulary w ręce. Chcę je włożyć do torebki, ja tu patrzę a tam się oprawki znowu zepsuły, całe szczęście śrubka została mi w dłoni więc da radę je naprawić.
Kaja już nie może, widocznie każda z nas po trzy...
Oczywiście jak to po pijaku ja zaczynam nawijać po angielsku Kaja po polsku...zabawne co najmniej...
Nie może być zbyt pięknie...na sam koniec jak wychodziłyśmy z drugiego pubu okazało się że leje jak z cebra. Oczywiście żadna z nas nie posiadała parasolki...ehh tak to jest...
December 2009
M T W T F S S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31