Urlop
Monday, September 14, 2009 7:13:45 PM
Ten od internetu dobiega do końca. Ale za to jestem w połowie urlopu w realnym życiu. Tym razem nie żadne obce kraje, góry i takie tam ale dom w którym przez ostatnie 30 lat mojego życia mieszkałem. Przyjechałem podjąć wraz z moimi rodzicami decyzję. Wyprowadzamy się na stare śmieci. Oczywiście jeszcze to trochę potrwa. Myślę że za rok będę już pisał na tym blogu z mojego rodzinnego miasta z mieszkania gdzie mój tato spędził dzieciństwo i młodość a i ja spędzałem tam prawie każde wakacje i ferie zimowe. Do czasu gdy góry zaczęły zabierać mi mój wolny czas.
Ale do rzeczy . Postanowiłem opisać moje odczucia do miejsca w którym się znajduję tj. małe podkarpackie powiatowe miasteczko w którym mieszka trochę ponad 40 tys. mieszkańców.
Pierwsze co wywołało w moim wnętrzu wesołość to Jelcz Beriet z Miejskiej Komunikacji Samochodowej. Potem zobaczyłem Poloneza i Fiata 125p. Te trzy samochody zainspirowały mnie do bacznego obserwowania rzeczywistości. Im bardziej się przyglądam znajomym kamienicom, dzielnicom, chodnikom i ulicom oraz ludziom to stwierdzam że to miasteczko od prawie trzech lat nic się nie zmieniło. Tylko dzieciaki dorastają i dorośli się starzeją. Co jest bardzo ważne drzewa są coraz bardziej zielone tzn. optycznie jest ich coraz więcej bo one podobnie jak i ludzie także rosną. Drobne remonty bloków i chodników, nowe ronda i sklepy które zmieniły branże . Chciałem znajomej kupić obiektyw do jej aparatu. poprosiła mnie o to.Wybrałem się do dwóch fotograficznych w centrum miasta. Zresztą są to jedyne sklepy gdzie mogły być obiektywy. Jakaż pomyłka! Owszem sklepy są niby fotograficzne ale ich zakres usług w tej branży ogranicza się do labu i drobnych gadżetów, reszta to odzież i jakieś ozdoby do domu tzn. pierdoły. Postanowiłem kupić sobie książkę do angielskiego. A co. Trzeba w siebie inwestować. Jak już mówić tym językiem to poprawnie a bez książki dalej już nie dam rady. I tak chyba nieźle mi poszło. czyli wchodzę do jednej z księgarni . Księgarnia od dawna sprzedawała podręczniki oraz szeroko pojęta literaturę naukową, lektury itd. Była to moja ulubiona księgarnia w tym miasteczku. Potrafiłem spędzać tam pomiędzy regałami nawet i po kilkadziesiąt minut. Uwielbiam książki historyczne a tam wybór był olbrzymi. Piszę był. Bo dzisiaj wchodząc do mojej ulubionej świątyni książek doznałem szoku. Następny sklep w likwidacji. Obrazek jaki zastałem był dla mnie przygnębiający. Otóż droga do regałów z książkami została zablokowana przez ławki a na ławkach napis "Towar podaje sprzedawca". Jak mogę poprosić o książkę sprzedawcę jeżeli nie wiem jakie książki na regale są. Zresztą szefostwo pogwałciło podstawowe zasady zapoznania się z książką. Książka to przyjaciel. Od pierwszego kontaktu decyduje czy ją kupię czy nie. Jej grzbiet, jej okładka, jej ciężar, jej zapach świeżości, to jest cała magia która składa się na decyzję zakupu. Zresztą wejście pomiędzy regały dawało mi poczucie spokoju. Tylko ja i książka. To właśnie w księgarni zaczyna się ten proces integracji z książką. Wybieram tytuł który bardzo mnie zaciekawił i oglądając egzemplarz pomiędzy regałami już sobie wyobrażam tą atmosferę relaksu. Popołudnie, po pracy. Wszelkie obowiązki domowe mają nakaz poczekać. Otwarte okno , cicha muzyka, owocowa herbata i moja nowa książka. Przecież ta nić przyjaźni zawiązuje się właśnie pomiędzy regałami w księgarni. Niestety, dzisiaj odmówione mi tej przyjemności.Najwyższa pora zacząć szukać kolejnej ulubionej księgarni. Ale to już nie będzie w tym małym miasteczku. Przypomniał mi się film "Desperado" w którym Salma Hayek tłumaczy się Antonio Banderasowi z pomysłu założenia ksiegarnio - kafejki. Chciała dobrze ale trafiła na prowincję. A tu jedyne książki jakie ludzie czytają to podręczniki w szkole i to tylko dlatego bo trzeba . Chociaż wiem iż ostatnie badania na temat czytelnictwa w Polsce mówią że z tym czytaniem nie jest tak źle.
Pewnego dnia siadłem sobie pod parasolami na piwo na centralnym placu miasteczka. Wypiłem połowę i już straciłem dodatkowe 10PLN. Lokalni żule bardzo szybko wyczuli że człowiek za granicom pracuje. Mimo wszystko miło było napić się piwka za ero i kilka centów. Zresztą smak podobny jak to za cztery euro ale tak jakoś inaczej się człowiek czuje. Naprawdę bacznie obserwuję tą moją prowincjonalną rzeczywistość i ciężko zauważyć zmiany. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Ktoś kiedyś powiedział że stanie w miejscu z rozwojem to tak jakbyś się cofał. Jedyne co ważne i zapisuje to na duży plus to ludzie. Dalej jestem zdziwiony ale i sprzedawczynie w sklepie i mijani ludzie na ulicy są weselsi. A może to ja jestem starszy i wszystko inaczej widzę a może to zasługa słońca bo pogodę na tym urlopie mam wyśmienitą.
nara
Ale do rzeczy . Postanowiłem opisać moje odczucia do miejsca w którym się znajduję tj. małe podkarpackie powiatowe miasteczko w którym mieszka trochę ponad 40 tys. mieszkańców.
Pierwsze co wywołało w moim wnętrzu wesołość to Jelcz Beriet z Miejskiej Komunikacji Samochodowej. Potem zobaczyłem Poloneza i Fiata 125p. Te trzy samochody zainspirowały mnie do bacznego obserwowania rzeczywistości. Im bardziej się przyglądam znajomym kamienicom, dzielnicom, chodnikom i ulicom oraz ludziom to stwierdzam że to miasteczko od prawie trzech lat nic się nie zmieniło. Tylko dzieciaki dorastają i dorośli się starzeją. Co jest bardzo ważne drzewa są coraz bardziej zielone tzn. optycznie jest ich coraz więcej bo one podobnie jak i ludzie także rosną. Drobne remonty bloków i chodników, nowe ronda i sklepy które zmieniły branże . Chciałem znajomej kupić obiektyw do jej aparatu. poprosiła mnie o to.Wybrałem się do dwóch fotograficznych w centrum miasta. Zresztą są to jedyne sklepy gdzie mogły być obiektywy. Jakaż pomyłka! Owszem sklepy są niby fotograficzne ale ich zakres usług w tej branży ogranicza się do labu i drobnych gadżetów, reszta to odzież i jakieś ozdoby do domu tzn. pierdoły. Postanowiłem kupić sobie książkę do angielskiego. A co. Trzeba w siebie inwestować. Jak już mówić tym językiem to poprawnie a bez książki dalej już nie dam rady. I tak chyba nieźle mi poszło. czyli wchodzę do jednej z księgarni . Księgarnia od dawna sprzedawała podręczniki oraz szeroko pojęta literaturę naukową, lektury itd. Była to moja ulubiona księgarnia w tym miasteczku. Potrafiłem spędzać tam pomiędzy regałami nawet i po kilkadziesiąt minut. Uwielbiam książki historyczne a tam wybór był olbrzymi. Piszę był. Bo dzisiaj wchodząc do mojej ulubionej świątyni książek doznałem szoku. Następny sklep w likwidacji. Obrazek jaki zastałem był dla mnie przygnębiający. Otóż droga do regałów z książkami została zablokowana przez ławki a na ławkach napis "Towar podaje sprzedawca". Jak mogę poprosić o książkę sprzedawcę jeżeli nie wiem jakie książki na regale są. Zresztą szefostwo pogwałciło podstawowe zasady zapoznania się z książką. Książka to przyjaciel. Od pierwszego kontaktu decyduje czy ją kupię czy nie. Jej grzbiet, jej okładka, jej ciężar, jej zapach świeżości, to jest cała magia która składa się na decyzję zakupu. Zresztą wejście pomiędzy regały dawało mi poczucie spokoju. Tylko ja i książka. To właśnie w księgarni zaczyna się ten proces integracji z książką. Wybieram tytuł który bardzo mnie zaciekawił i oglądając egzemplarz pomiędzy regałami już sobie wyobrażam tą atmosferę relaksu. Popołudnie, po pracy. Wszelkie obowiązki domowe mają nakaz poczekać. Otwarte okno , cicha muzyka, owocowa herbata i moja nowa książka. Przecież ta nić przyjaźni zawiązuje się właśnie pomiędzy regałami w księgarni. Niestety, dzisiaj odmówione mi tej przyjemności.Najwyższa pora zacząć szukać kolejnej ulubionej księgarni. Ale to już nie będzie w tym małym miasteczku. Przypomniał mi się film "Desperado" w którym Salma Hayek tłumaczy się Antonio Banderasowi z pomysłu założenia ksiegarnio - kafejki. Chciała dobrze ale trafiła na prowincję. A tu jedyne książki jakie ludzie czytają to podręczniki w szkole i to tylko dlatego bo trzeba . Chociaż wiem iż ostatnie badania na temat czytelnictwa w Polsce mówią że z tym czytaniem nie jest tak źle.
Pewnego dnia siadłem sobie pod parasolami na piwo na centralnym placu miasteczka. Wypiłem połowę i już straciłem dodatkowe 10PLN. Lokalni żule bardzo szybko wyczuli że człowiek za granicom pracuje. Mimo wszystko miło było napić się piwka za ero i kilka centów. Zresztą smak podobny jak to za cztery euro ale tak jakoś inaczej się człowiek czuje. Naprawdę bacznie obserwuję tą moją prowincjonalną rzeczywistość i ciężko zauważyć zmiany. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Ktoś kiedyś powiedział że stanie w miejscu z rozwojem to tak jakbyś się cofał. Jedyne co ważne i zapisuje to na duży plus to ludzie. Dalej jestem zdziwiony ale i sprzedawczynie w sklepie i mijani ludzie na ulicy są weselsi. A może to ja jestem starszy i wszystko inaczej widzę a może to zasługa słońca bo pogodę na tym urlopie mam wyśmienitą.
nara











