Coś się wydarzyło na przestrzeni ostatnich godzin - i nawet ciskane coraz większą czcionką nagłówki "wałęsa wyniósł 2,5 tysiąca stron" oraz "Sikorski zginął na polecenie brytyjczyków" nic tu nie zmienią. Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu pisałem o safari na stronach Gazety.pl...
Szkoda, że Agora staje się jednym z kluczowych graczy na rynku wydawniczym - przeraża mnie fakt, iż osoby zdolne do takiego skurwysyństwa mogą w przyszłości wpływać na moje życie mocniej, niźli tylko przez witrynę informacyjną. Przykre jest to, że ponad tysiąc osób zwolnionych na przestrzeni ostatnich lat z firm holdingu było uważanych za mniej przydatne, niż usłużny ex-agent służby bezpieczeństwa PRL.
Napis pod zdjęciem: Flying Sharks. That`s it, we`re fucked.
Będzie krótko i nie na temat - dzisiejszy odłam Wyborczej - Gazeta.pl, opublikowała krótka notkę dot. najnowszego raportu Parlamentu Europejskiego dot. koncentracji i pluralizmu w mediach. Przyznam, iż pomimo przeszło półgodzinnych poszukiwań rzeczonego raportu nie odnalazłem, za to nieuzbrojonym okiem widać już wysyp komentarzy w prywatnych miejscach Sieci.
Przyczyna? PE zachęca (być może siła perswazji ulegnie zwiększeniu) do oznaczania blogów w celu zapewnienia przejrzystości źródeł i intencji podmiotów stojących za publikacją. W dobie zwiększonej aktywności blogosfery (zwłaszcza publicystów i dziennikarzy) rzeczywiście miałoby to sens - niestety nie obędzie się bez spiskowych teorii.
Wieść o raporcie zbiega się z ostatnimi wydarzeniami dot. pacyfikacji zamieszek w Tybecie (w sprawie to której decydenci UE nie zrobili niemal nic), zwiększonej odpowiedzialności i aktywności społeczności internetowej w kwestiach suwerenności (kampania medialna przed i podczas referendum w Irlandii - zakończonej wiadomym skutkiem) czy też dosyć dobrze wymierzonym punktowym uderzeniom w kolejne porażki Unii na arenie kontaktów z Rosją/Gazpromem (i zagadkowych relacji byłych dyplomatów unijnych z oligarchami).
Nieco dziwnym wydaje się również tak szerokie zakreślenie adresatów raportu - całości społeczności działającej w Sieci. Czyżby dzień, gdy bez określenia przynależności i doklejenia łatki na swoim blogu nie będzie dało się zarejestrować na największych serwisach/domenach jest już bliski? Czy muszę się zakolczykować niczym krowa z fotki obok?
Zacznę od szokujacego wyznania - codziennie czytam Gazetę.pl, pomimo najszczeszych chęci nie byłem w stanie wyrwac się ze szponów nałogu. Przykre.
Jak zwykle jednak jest światełko w tunelu - internetowy odłam Wyborczej stanowi najlepsze narzędzie poprawiania humoru, jakie dane mi było spotkać od czasów rozstania z Family Guyem i Robot Chickenem. Co prawda sytuacja, w której człowiek zalewa się łzami czytając propagandowe wypociny najbardziej poczytnej tuby liberałów dotyczące prawdziwych problemów (czasami też i tych nieco bardziej zmyślonych), przyprawiać powinna o dreszcze, jednak... Każdego dnia dziesiątki żurnalistów sięga po klawiaturę, podczas gdy tysiące czytelników uruchamia przegladarki i wyrusza na elektroniczne safari wśród nowych artykułów, felietonów, polemik i prognoz.
Tysiące uzależnionych ludzi, każdego dnia, w tym samym momencie, w całym kraju.
Jesteście ciekawi, co takiego napędza nasze szare komórki i serca, że codziennie ogarnia nas ten sam zapał? Odpowiedź jest prosta...
Głupota do potęgi n-tej osób, które kreślą dziesiątki tekstów sfocusowanych tylko na jednej stronie medalu, bez jakiejkolwiek korekty merytorycznej a często i stylistycznej. Cztery tezy jednego dnia ("Giełda w górę, czekają naz wzrosty!", "Krach, czeka nas spowolnienie!"), wszystkie wzajemnie sprzeczne wobec siebie, brukowe nagłówki ("Boruc opuścił kadrę!" - aby udać się do żony, która powiła dziecko-przyp. mój) a przede wszystkim ta niewyobrażalna sprzedajność poglądów (wszak to tylko praca, czyż nie?). pamiętacie przygasłą już nieco akcję medialną "Polacy wracają!!!1!1!1!"? Niestety nawet Agora nie zdołała zakrzywić czasoprzestrzeni - lecz znalazł się nowy konik - RYNEK PRACY!
Tak więc od kilku tygodni dzięki żurnalistom Gazety.pl możemy dowiedzieć się o zbyt wysokich wymaganiach poszukujących pracy wobec pracodawców, o tym, iż wzrosły nasze pensje (pomijając już fakt zaistnienia takiego wydazrenia - główna teza lansowana w Gazecie.pl zakłada, iż każdy kolejny grosz powyżej 1200 zł brutto to naruszenie równowagi efektywności pracy i jej kosztów) oraz o wyższości stażu/bezpłatnej praktyki nad wszelkimi innymi "ideowo niebezpiecznymi i inwestycyjno nieprzychylnymi" formami zatrudnienia. O takich niuansach, jak "dyskretnie" prowadzona via pstrokate bannery i publikacje w odpowiednim dziale serwisu akcja "Twoją najlepszą pracą jest akwizycja i telemarketing" warto jedynie napomknąć.
Poniżej przeklejam przykład arcygenialnej retoryki autora, którego tekst został zatwierdzony do publikacji na stronie głównej serwisu. Ponieważ jednak wpis poświęcony jest safari a zatem zamieszczę również "pocztówkę" jednego z uzależnionych... Jedno jest pewne - te nowe celowniki w czołgach mają naprawdę dobre zbliżenie!
"Zdaniem ekspertów z KPP, pracodawca, od którego zatrudniony odszedł bez usprawiedliwienia, musi podjąć czasochłonne działania, aby ustał wiążący ich stosunek pracy. (...) Tak więc za czas takiej nieobecności (jeżeli nie przekroczy 30 dni) należy mu się ekwiwalent za urlop, a jeśli w tym czasie umrze,jego rodzinie odprawa pośmiertna. (...) Dlatego też Konfederacja Pracodawców Polskich postuluje zmiany prawa w tym zakresie, domagając się kar za porzucenie pracy."
Słusznie, trzeba skończyć z plagą nieprzychodzenia do pracy tylko dlatego, że się umarło. Proponuję wysoką karę każdemu, kto umarł, a do pracy nie przychodzi.
Pamiętajcie - Safari trwa każdego dnia, be prepared!
Dlaczego D&D 3.5 jest lepsze od 4.0? Odpowiedź jest banalnie prosta - jest REALISTYCZNIEJSZE! - to tylko jeden z głosów polskich fanów D&D, nie wahaj się - liczy się każdy głos!*
* - niniejsza petycja być może zostanie przekazana Wizards of the Coast z prośbą o pominięcie naszego kraju w planach ekspansji nowej edycji D&D poza US - Polacy jak zwykle stawiają na realizm, nawet jeżeli przykładowy "realistyczny" tytuł nigdy nie stawiał sobie takich założeń.
Nie ukrywam, że osiem klas w podstawce to trochę mało, ale pocieszam się np. tym że mogę wziąć klasę fightera, pozmieniać jedną czy dwie moce i nazwać go Swordmage. Jestem pewien że tak się da.
To tylko jedna z wypowiedzi gracza z naszego kraju, nie wahaj się - liczy się każdy głos!*
* - niniejsza petycja być może zostanie przekazana Wizards of the Coast z prośbą o pominięcie naszego kraju w planach ekspansji nowej edycji D&D poza US - Polacy jak zwykle sami wywalą albo zmienią zasady, aby móc grać w nową edycję na innej grze.
Prolog (disclaimer: poniższy fragment pochodzi z dyskusji na forum jednego z popularnych serwisów informacyjnych):
Miejsce rozmowy o pracę: Wrocław Stanowisko: Przedstawiciel handlowy w branży tytoniowej
Standardowe pytanie osoby prowadzącej rekrutację: Ile chciałby pan zarabiać? Moja odpowiedź: 1200zł netto Odpowiedź osoby prowadzącej rekrutację (patrząc z pogardą): Nie może Pan mieć za dużych wymagań finansowych.
Sytuacja na naszym rynku pracy boli, nie da się temu zaprzeczyć. Gdy rok temu rozpoczynałem poszukiwanie pracy z prawdziwego zdarzenia nie wiedziałem, jak często będę zmieniał zdanie o mojej przyszłości.
Nasi sąsiedzi z południa potrafią czasem zaskoczyć nas lepiej, niż ktokolwiek przypuszczałby. Niebawem minie rok od wydarzeń, które wstrząsnęły tamtejszą opinią publiczną – a zwłaszcza widzami telewizji śniadaniowej spod znaku „kawy i herbaty”.
Był piękny poranek 17 czerwca 2007 roku...
Dla uspokojenia nerwów relacja z programu informacyjnego – choć nie wyobrażam sobie konsekwencji takich wydarzeń w Rosji bądź na 38 równoleżniku w Korei...
Poniższy tekst został przeklejony z tablicy komentarzy jednego z czołowych polskich internetowych serwisów informacyjnych.
Nie przegapię.
Na początek kilka godzin stania w korku żeby wyjechać z miasta (bo obwodnica nie istnieje). Jak już dojadę na miejsce, to zamiast pójść spać będę zmuszony do słuchania łacińskiej młodzieży po kilku głębszych. Na spacer wieczorem nie pójdę, bo owi wieczorni sportowcy zechcą podzielić się moją kasą.
Następnego dnia rano wyjdę w góry, żeby w tabunie turystów podziwiać przyrodę (jak już zechce wychynąć zza tłumu). Wieczorem będzie fajny wieczór w knajpie, w której cudem zdobędę miejsce i oczywiście przepłacę za wodniste piwo i starą jagnięcinę przy wtórze góralskiej muzyki.
Kolejny dzień : wąskie górskie dróżki za wolnojadem, czyli dwie godzinki i jesteśmy na Słowacji. Hurra! Z radością będę podziwiał słownictwo i zachowanie rodaków za granicą, może nawet koszulkę z orłem założę?
Potem znów pójdę w góry, może spotkam jakiegoś małego słabego niedźwiadka, którego bestialsko utopię w strumieniu żeby popisać się przed blacharami?
Przed wyjazdem zanabędę oscypka, bo jakże to panocku bez oscypka?
Powrót będzie jak zwykle banalny : korek na Zakopiance, koreczek przed bramkami autostradowymi, koreczek w Częstochowie, małe co nieco z objazdowym kinem w Mondeo za 500 PLN (bo tu będzie przedszkole w przyszłości panie kierowco), godzinka przed miastem docelowym i już po 23.00 jesteśmy w domu.
W domu z radością stwierdzamy iż przydadzą nam się nowe sprzęty AGD i nowe szyby w oknach, albowiem bliźni potrzebujący bardziej niż my naszej plazmy i DVD postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Około 1 nad ranem żegnamy czule panów policjantów i kładziemy się spać, tak aby o 7:00 rano być rześkim, wypoczętym i gotowym do walki o jeszcze lepsze jutro.
Na pewno pojadę, już jestem spakowany. A teraz poważnie : polskie góry są piękne, ludzie gościnni i bardzo lubię tam bywać. Ale nie w czasie długiego weekendu, na miłość boską...
Wróciłem... i ponownie jestem chory, psia mać. Jak zwykle na przełomie kwietnia i maja dopadła mnie zaraza o korzeniach tkwiących w zmianie pogody, pyłkach i wysuszeniu moich zatok. Moje rozdrażnienie zwiększa dodatkowo fakt, iż to już trzecia choroba na przestrzeni ostatniego półrocza – ewidentnie mój system odpornościowy wymaga wsparcia, stąd też tym razem postanoiwłem zabić draństwo bez antybiotyku. Topię w syropie, dławię ziołowymi inhalacjami, bombarduję pastylkami gripexu, polopiryny i ibupromu, dodatkowo wprowadziłem również broń termiczną, czyli popołudniowe wygrzewanie zatok w promieniach naszej najbliższej gwiazdy. Po 48h informuję z niejaką satysfakcją, iż kuracja przynosi efekty... Byle do środy zamknąć ten rozdział, gdyż właśnie wówczas wyjeżdżamy w góry – czas na kolejny odpoczynek po roku przerwy – Krynicę Zdrój.
Zakładając niniejszy blog podjąłem się kilku postanowień – m.in. dot. absencji tematów związanych z moim hobby, czyli grami fabularnymi. Cierpliwie i bez oporów odsuwałem ten temat w kąt zapomnienia, aż do dnia wczorajszego. Oto bowiem w przepastnym, mrocznym i trochę strasznym internecie odnalazłem coś, co zmusiło mnie do złamania mojego postanowienia.
Aby nie zwlekać zbytnio słowo wyjaśnienia – game design przechodził różnorakie etapy w świadomości fanów rpg. Wpierw była to wiedza należąca tylko i wyłącznie do twórców, później na fali różnorakich periodyków wydzierano tajemną wiedzę na światło dzienne, choć bez kontekstu była to tylko zbieranina słów i terminów ciśnięta w próżnię. Wraz ze zmianami w środowisku (termin ewolucja może być tutaj zbyt mocny) design stał się czymś powszechniejszym, choć nadal jego reguły chwytali tylko nieliczni (reszta zaś kopiowała). W ostatnich dwóch latach dzięki wszelakim podcastom, debatom a nawet video-audycjom umieszczanym w Sieci dystans zwykłego człowieka wyrwanego od swojego stołu z grą do elementów składających się na profesjonalną pracę w branży rpg zmalał dość mocno. Często przerzucania mostów podejmowali się bardziej obrotni fani, częściej – docierali oni do pewnego skrawka odbiorców.
Gdy jednak do tego peletonu przyłącza się jeden z popularniejszych twórców gier w branży, wypada ten fakt odnotować. Poniżej fragmenty „wywiadu” self-made dokonanego z udziałem Johna Wicka. Have fun!
Ten film przeminął już z poprzednim rokiem, lecz kolejne pączkujące zwiastuny nadal zapuszczają swoje macki w naszą Sieć. Zupełnym przypadkiem wyłowiłem dwie przeróbki - w obu wypadkach czuję się zmiażdżony tym, co kryje się tuż obok nas. Scena starcia dwóch bojówek albo kot skrzeczący w klatce niczym opętany potwór - to nie efekty specjalne ani wyspecjalizowana choreografia... Tak po głębszym zastanowieniu - po co w ogóle kręcić takie filmy, skoro rzeczywistość kopie mocniej?