Vladimir - wariacje na temat "Amelii" Jean-Pierre Jeunet
Tuesday, September 18, 2007 7:45:54 PM
Jest 19 października 2001 roku, dokładnie godzina 23.59.
Vladimir Pavlov myje zęby w łazience swojego mieszkania. Lubi, gdy pasta pieni mu się w ustach, dlatego zawsze nakłada jej dużo. Lubi też dłubać naostrzonym ołówkiem w uchu i zostawiać kropkę z bitej śmietany na ciastku na ostatni kęs. Nie lubi zimy, zapachu mięty, swojego sąsiada spod ósemki i pracy, którą wykonuje.
Jest rosyjskim emigrantem, do Francji przyjechał w 1995 roku. W Paryżu pracował kolejno jako sprzedawca pop cornu, pomywacz w maleńkim barze na peryferiach miasta, bileter w amatorskim teatrze. Teraz naprawia automaty do zdjęć Polaroidu.
Jest godzina 24.02. Vladimir Pavlov skończył myć zęby, teraz położy się spać, aby obudzić się o 6.00 rano. W międzyczasie będzie śnił, którą kiedyś zobaczył w automacie Polaroidu, a potem spotkał ją w małym barze na Montmartre. Podawała kawę i ciastka. Miała ciemne zabawnie ostrzyżone włosy, ładne spojrzenie spod długich rzęs i śmieszne niekobiece buty, jakby podprowadziła je koledze klownowi. We śnie Vladimir widział ją, jak biega wokół fontanny głaszcząc powierzchnię wody i śmieje się głośno. Jej śmiech brzmiał wysoko, prawie że piskliwie. Mógłby się znaleźć w kolekcji śmiechów na kasecie, którą znalazł kiedyś w jednym z naprawianych automatów. Były na niej nagrane śmiechy grube i cienkie, niskie i wysokie, charczące, z bezdechem, kończące się atakiem czkawki, śpiewne i przerywane długo by wymieniać, cóż każdy był inny, jak ludzie, którzy się tam śmiali. Potem śniło mu się, że goni go młody mężczyzna przez tunel metra, po schodach, po jezdni i zatłoczonym chodniku i koło fontanny, gdzie po dziewczynie pozostał tylko odgłos śmiechu. Biegł, aż brakowało mu tchu, podtrzymywał się drzew, potykał, przewracał i szybko podnosił z suchych liści, a młody mężczyzna był coraz bliżej. Nareszcie dobiegł do swego samochodu. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce. W tym momencie Vladimir obudził się, a właściwie obudził go budzik. Wstał więc i leniwym krokiem poszedł znów myć zęby – dużą ilością pasty. Szczotkował, aż w ustach przestała się mieścić piana i wtedy mógł z lubością oglądać w lustrze swe obicie oblepione białą substancją...Wystarczy.
Wypił swą poranną kawę, zapalił papierosa, także porannego i z petem między kciukiem a palcem środkowym zbiegł po schodach. W drzwiach z ulicy buchnąło na niego zimne jesienne powietrze, kropił drobny deszcz, ale Vladimir nawet lubił deszcz. Szedł pieszo bez parasola pogwizdując, jakby wiedział, że za trzy godziny i 37 minut coś zmieni zupełnie jego życie.
W tym czasie Artur Bernard jedzie metrem do biblioteki miejskiej, gdzie pracuje w każdy wtorek i piątek. Lubi to miejsce, bo panuje w nim pewna nabożna cisza i atmosfera skupienia. Skrzypienie drzwi czytelni jest jedynym burzącym tę ciszę dźwiękiem i orzeźwiającym znieruchomiałe
w tej sali powietrze. Ciche szepty czytelników są jak chór książkowych duchów pląsających pomiędzy regałami.
Artur Bernard lubi też charakterystyczny zapach starych woluminów i świeżego druku nowowydanych książek. Nie lubi za to zapachu mięs i wędlin w garmażu, do którego w każdy poniedziałek i czwartek przewozi towar z podmiejskiej hurtowni. Ale teraz jedzie metrem i patrzy, jak za oknem drobny deszcz delikatnie stuka o szyby i powoli spływa wijącymi się strużkami. Lubi ten widok i atmosferę zamkniętych pomieszczeń, gdy na zewnątrz pada jesienny deszcz. O 7.45 Artur wchodzi do gmachu biblioteki, a właściwie wjeżdża po śliskiej od deszczu posadzce. Na zapleczu czytelni robi sobie kawę i siada nad wczoraj rozpoczętą książką. Strona 47 – zawsze zapamiętuje strony.
Powoli zaczynają się schodzić inni pracownicy: ruda Mirelle, Claude w nieświeżym i jak zwykle zmiętym podkoszulku. Dryfuje pomiędzy krzesłami, niczym na okręcie, a oczy ma tak nieobecne, jakby przybywał z zaświatów. A oto szczebiocząca Nathalie i skrzecząca Catherine. Nathalie podreptała swym drobnym kroczkiem na niemożliwie wysokich obcasach, by otworzyć drzwi czytelni i jak co dzień przychylając się do zamka zaprezentowała kolor majteczek na dzień dzisiejszy. a wtedy jak zawsze oko Claude`a pofrunęło na chwilę pod przykrótką ( choć nie dla niego) spódniczkę, a Catherine swoim zwyczajem westchnęła i wzruszyła ramionami. Natomiast Mirelle patrzyła właśnie tęsknym wzrokiem na zatopionego w lekturze Artura.
Przez otwarte już drzwi dostojnym krokiem weszło paru studentów. Pierwszy z nich powrócił Artura do świata rzeczywistego posunięciem mu pod nos wypisanego rewersu, ten przejrzał go i podał automatycznie Mirelle, która w tej chwili udawała, że w ogóle nie się na niego nie patrzy. Przez biurko przepływały kolejne rewersy: Alain Robbe-Grillet, Żaluzja; Sigmunt Freud, Wstęp do psychoanalizy – cóż z aintrygująca okularnica, co tez jej się śni i jak wytłumaczyłby to Freud – Andre Gide, Locy Watykanu, Chcesz zarobić, Niemało – facet nijakiego wyglądu, Andre odpisuje – Co to za robota?
- Nie wpisał pan numeru katalogowego.
- Już uzupełniam – zabiera rewers, siada przy stoliku i pisze.
Jonathan Carroll, Kości księżyca; Umberto Eco, Zapiski na pudełku zapałek. W. Goethe, Cierpienia młodego Wertera – któż to jeszcze czyta takie rzeczy... a chyba, ze tak, no to niech cierpią pospołu; autor zbiorowy, Gramatyka opisowa języka francuskiego; Cafe Riviera. Brunetka. Granatowy kostium. Okulary i mężczyzna. Skórzana kurtka. Ciemne włosy w kitkę. Okulary. Zostawiam aparat. Przyjdę jutro o tej samej porze.
W wyreżyserowanym roztargnieniu zostawia aparat. Artur prosi Mirelle, by go zastąpiła i schodzi do kawiarni na wprost. Robi zdjęcie pary trzymającej się za ręce. W tym momencie mężczyzna w skórze zrywa się i chwyta go za ramię.
- Stój, kim jesteś?
- Nikim – odpowiada, wyrywa ramię z potężnej dłoni i biegnie przed siebie. Mężczyzna za nim. Zbiega do stacji metra, chce wmieszać się w tłum, ale widzi wciąż goniącego go przystojniaczka.
- Czego się kurwa pchasz?
- O boże, przewróciłby mnie pan!
- Cham!!!
Artur Bernard przeciska się i wpada do automatu Polaroidu. Nerwowo upycha aparat w plastikowej skrzynce znajdującej się w kabinie, a gdy ją zamyka, błyska flesz. Odczekuje chwilę i postanawia wyjść z ukrycia. Wpada jednak na drobną dziewczynę w śmiesznej, dziewczęcej fryzurce i ogromnych ciemnych oczach. W pośpiechu depcze ją po zaskakująco męskich butach kontrastujących do kwiecistej spódnicy.
Jest 10.42. Amelia dzwoni ze stacji metra do serwisu Polaroida:
- Dzwonię ze stacji metra. Automat nr 135 nie działa. Wrzuciłam monetę, ale nie wypadły zdjęcia. Nie chciałabym, aby ktoś je przechwycił.
- Zaraz kogoś przyślemy.
Amelia siada na wprost uszkodzonego automatu. Na jej twarzy pojawia się uśmiech, gdy widzi nadchodzącego mężczyznę w czerwonych trampkach. Podchodzi.
- To ja dzwoniłam.
„Dziewczyna ze snu”
- Zaraz oddam pani zdjęcia
Vladimir wyjął narzędzia, otworzył plastikową skrzynkę...Widok jej zawartości sprawił, że oczy otworzyły mu się szerzej, a usta rozchyliły w gapowatej zadumie.
- Czy coś się stało? – zapytała Amelia mrużąc oczy.
- Aparat... - wymruczał zdradzającym ciągłe zdziwienie głosem
Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo, zakręciła na pięcie i zaczęła odchodzić.
- Nie chce pani zdjęć?
- Nie – pokręciła zalotnie głową i odeszła.
Jest 11.07. Vladimir Pavlov chowa aparat do torby z narzędziami i opuszcza stację metra. Idzie powoli przez miasto zastanawiając się nad historią znalezionego aparatu. Przecież nikt nie wkłada takiego sprzętu od tak sobie do skrzynki maskującej przewody. Aparat musi mieć swoją historię. W tym momencie minął znajomy bar. Zawrócił – może wejść na małą kawę. Ślicznej dziewczyny dziś nie ma. Jest kulawa i hipochondryczka. Podchodzi do drugiej.
- Poda mi pani kawę?
- Z przyjemnością – szczerzy zęby i unosi się w pląsie, który miał być zalotny.
Vladimir słyszy za plecami pstryknięcie dyktafonu i męski głos:
- Proszę, nowy adorator, a ta już się mizdrzy. Czy czerwone trampki są aż tak seksowne?
Dostaje kawę wraz z przymilnym, szczerzącym uśmiechem kończącym się rzutem oka w stronę mężczyzny z dyktafonem.
- Bardzo proszę. Polecam się na przyszłość - przed oczami zatrzepotało mu krągłe biodro i zniknęło.
Łyk kawy... Niezła i nawet mocna. Przymknął oczy, by delektować się jej smakiem. Gdy je otworzył, zobaczył przed sobą twarz kobiety opychającej się wielkim tortowym ciastkiem.
- Smacznego - wycedził, gdyż wydawało mu się to w zaistniałej sytuacji absolutnie konieczne. W tym momencie przypomniał sobie o istnieniu aparatu fotograficznego i poczuł nieodpartą chęć uwiecznienia tej twarzy. Nie zastanawiając się długo na skutkami tego przedsięwzięcia sięgnął po aparat i w tej właśnie chwili kobieta z pełnymi ustami kichnęła opryskując go ciastkową miazgą. Pełen przerażenia a przede wszystkim obrzydzenia Vladimir zerwał się z krzesła i pomknął w stronę łazienki nie odrywając aparatu od oka. Otworzył drzwi i w obiektywie ujrzał nową twarz z wybałuszonymi oczami i ustami rozwartymi w okrzyku...strzeliła migawka, błysnął flesz, a z umysłu Vladimira wytrysnął niezwykły, fascynujący projekt. Nowonarodzony pomysł ogarniał jego mózg do tego stopnia, że na chwilę przestały działać jego zmysły. Nie słyszał więc okrzyków kobiety, która z wciąż pełnymi ustami tłumaczyła:
- Tak pana przepraszam. To mnie tak zaskoczyło, było po prostu nie do opanowania. zaraz to panu zmyję – zaczęła pocierać jego bluzę zmoczoną chustką, ale Vladimir nie był świadom jej dotyku, nie czuł tez zapachu niedrogich perfum, którymi grubaska zbyt obficie skropiła się tuż przed wyjściem do baru.
Ale Vladimir snuł już swe niezwykłe plany, gdy jego zmysł wzroku obudził widok „dziewczyny ze snów”. Mignęła mu przed oczami swoim uroczym uśmiechem i spojrzeniem spod długich rzęs. Po chwili wróciła reszta zmysłów:
- Bardzo pana przepraszam. O proszę, już prawie zeszło.
- No tak, rzeczywiście. Naprawdę nie szkodzi. Bardzo pani dziękuję.
- Ależ nie ma, za co. To był mój obowiązek.
- Opluć mnie?
- Ależ skąd, myślałam o starciu plam.
- Ach tak. No tak, ale ja dziękowałem za oplucie.
Zdziwienie nalanej, tępawej twarzy... strzeliła migawka, błysnął flesz...
Od dziś Vladimir spędzał swój wolny czas wyczekując pod automatami Polaroidu na amatorów fast foto. Zakradał się przy wyjściu z kabiny i nie robił broń boże nic złego. Robił dodatkową fotkę z niewyreżyserowaną miną, ale spontaniczną, nieoczekiwaną, nienapuszoną.
To był prawdziwy obłęd. Mężczyzna w czerwonych trampkach z ducha człowieka, który nie chciał odejść, stał się postrachem Paryża. Co bardziej strachliwi unikali stacji metra, a ci z dużą potrzebą ryzyka czaili się w kabinach w nadziei, że szalony fotograf zaczai się na nich. Trwało to miesiąc.
Jest 18 listopada godzina 16.23. Vladimir układa w swojej torbie na narzędzia wszystkie kasetki z filmami spotkanie i idzie na umówione ze swym znajomym fotografem.
- To jest niezła rzecz. Dobrze by było zrobić z tego wystawę.
- Wystawę? Ale ja jestem mechanikiem, naprawiam automaty.. Wie Pan te takie do zdjęć.
- Takie do zdjęć...?
- Tak, właśnie takie...
Mimo to zaczęli poszukiwania możliwości udostępnienia szerokiej publiczności sztuki młodego, szalonego mechanika.
Trochę czasu upłynęło zanim dotarli do małego sex shopu na obrzeżach Paryża. Tam zdjęciami zainteresował się młody chłopak imieniem Nino.
- Pogadam z kim trzeba, może się coś zorganizuje. Zdjęcia są do pokazania.
Okazało się, że wystawę zasponsoruje pewna agencja towarzyska. Wynajmą też dwie sale, pod warunkiem, że jedną z nich zapełnią zdjęcia pracownic agencji.
- Może być. Na jednej sali twarze, na drugiej dupy. Mnie się podoba.
Cały następny miesiąc Vladimir i Nino dopracowywali fotografie. Gdy wieszali twarze według Vladimira, agencyjne dupy już wisiały – gotowe, jak na porządna agencję przystało.
29 stycznia, godzina 18.00. Otwarcie wystawy. Wstążka, strzał korka od szampana, kieliszki podają panienki ze zdjęć.
- Szanowni Państwo, pragnę powitać Was na otwarciu niezwykłej wystawy fotografii młodego, prostego. Jest amatorem, to jego debiut. Ale to debiut niezwykły, bo oto w umyśle prostego paryskiego robotnika zrodziły się arcydzieła. zobaczycie i ocenicie Państwo sami. Wystawa nosi znamienny tytuł: „Zdziwienia, zaskoczenia”.
A teraz poproszę o zabranie głosu Madame Kwiatkowski.
- Witam szanownych Państwa i zapraszam również do sali obok. Tamta wystawa nie ma tytułu, bo i po co. zachęcam nie tyle do oglądania zdjęć, co do korzystania z rekwizytów zamieszczonych na tych arcydziełach.
W tym momencie zza pleców Madame na chwilę wyłoniła się na pozór niepozorna kobieta w okularach. Vladimira uderzył kontrast tandetnej kokieterii Madame i szlachetności, nieoczywistości powabu „Okularnicy”. Porażenie trwało jednak krótko, gdyż został otoczony tłumem znajomych, z których większości w ogóle sobie nie przypomina. Do końca uroczystości jego wzrok nie złowił już „Niezwykłej”. widział natomiast Nino krążącego z „Dziewczyną ze snu”. Wreszcie zatrzymali się przy nim.
- No i jak, młody obiecujący artysto klasy robotniczej? To jest Amelia. – podała mu drobną dłoń.
- Pani jest Aniołem? – z całym przekonaniem i powagą zapytał Vladimir, a ona swoim zwyczajem zmrużyła oczy i pokiwała potakująco głową, po czym nagle spojrzała mu za plecy.
- Spójrz Vladimirze, cóż za niezwykła okularnica – obejrzał się, ale widocznie pochłonął ją już tłum.
Wystawa cieszyła się bardzo dużym powodzeniem . Niewiadomo, która sala była sprawcą tego sukcesu. Należy jednak przyznać, ze twarze wzbudziły większe zainteresowanie publiczności. Świadczy o tym wcale niedrobny incydent. Z galerii dzień po dniu ginęły kolejne fotografie. Po skradzionych zdjęciach pozostawały na ścianach białe plamy, jakby wraz ze zniknięciem uczucia zdziwienia znikała osoba.. To pewnie zawstydzeni bohaterowie wystawy usuwali swe podobizny. Mijały dni, a w galerii pozostało zaledwie parę twarzy.
W „Le Figaro” ukazał się nawet artykuł obiecującego młodego psychologa
( niestety nie klasy robotniczej) zainspirowany owym niezwykłym zdarzeniem. Tytuł jego brzmi: „Kultura XXI wieku. Przerost dupy nad twarzą”.
Jest 23 lutego godzina 21.19. Vladimir otwiera drzwi galerii. Bez zdziwienia ani żalu spostrzega, że zniknęły już wszystkie jego dzieła. Nic go już nie zaskoczy. A jednak...Odwraca się i dostrzega na przeciwległej ścianie twarz, ale nie zdziwioną, nie zaskoczoną i na pewno nie uchwyconą przez siebie. Ze zdjęcia patrzyła na niego „Niezwykła okularnica”. Gdy podszedł bliżej, dostrzegł wpisany markerem numer telefonu i pytanie:
„ Czy jesteś zdziwiony?”
Łódź, 25 październik 2001
Vladimir Pavlov myje zęby w łazience swojego mieszkania. Lubi, gdy pasta pieni mu się w ustach, dlatego zawsze nakłada jej dużo. Lubi też dłubać naostrzonym ołówkiem w uchu i zostawiać kropkę z bitej śmietany na ciastku na ostatni kęs. Nie lubi zimy, zapachu mięty, swojego sąsiada spod ósemki i pracy, którą wykonuje.
Jest rosyjskim emigrantem, do Francji przyjechał w 1995 roku. W Paryżu pracował kolejno jako sprzedawca pop cornu, pomywacz w maleńkim barze na peryferiach miasta, bileter w amatorskim teatrze. Teraz naprawia automaty do zdjęć Polaroidu.
Jest godzina 24.02. Vladimir Pavlov skończył myć zęby, teraz położy się spać, aby obudzić się o 6.00 rano. W międzyczasie będzie śnił, którą kiedyś zobaczył w automacie Polaroidu, a potem spotkał ją w małym barze na Montmartre. Podawała kawę i ciastka. Miała ciemne zabawnie ostrzyżone włosy, ładne spojrzenie spod długich rzęs i śmieszne niekobiece buty, jakby podprowadziła je koledze klownowi. We śnie Vladimir widział ją, jak biega wokół fontanny głaszcząc powierzchnię wody i śmieje się głośno. Jej śmiech brzmiał wysoko, prawie że piskliwie. Mógłby się znaleźć w kolekcji śmiechów na kasecie, którą znalazł kiedyś w jednym z naprawianych automatów. Były na niej nagrane śmiechy grube i cienkie, niskie i wysokie, charczące, z bezdechem, kończące się atakiem czkawki, śpiewne i przerywane długo by wymieniać, cóż każdy był inny, jak ludzie, którzy się tam śmiali. Potem śniło mu się, że goni go młody mężczyzna przez tunel metra, po schodach, po jezdni i zatłoczonym chodniku i koło fontanny, gdzie po dziewczynie pozostał tylko odgłos śmiechu. Biegł, aż brakowało mu tchu, podtrzymywał się drzew, potykał, przewracał i szybko podnosił z suchych liści, a młody mężczyzna był coraz bliżej. Nareszcie dobiegł do swego samochodu. Wsiadł, przekręcił kluczyk w stacyjce. W tym momencie Vladimir obudził się, a właściwie obudził go budzik. Wstał więc i leniwym krokiem poszedł znów myć zęby – dużą ilością pasty. Szczotkował, aż w ustach przestała się mieścić piana i wtedy mógł z lubością oglądać w lustrze swe obicie oblepione białą substancją...Wystarczy.
Wypił swą poranną kawę, zapalił papierosa, także porannego i z petem między kciukiem a palcem środkowym zbiegł po schodach. W drzwiach z ulicy buchnąło na niego zimne jesienne powietrze, kropił drobny deszcz, ale Vladimir nawet lubił deszcz. Szedł pieszo bez parasola pogwizdując, jakby wiedział, że za trzy godziny i 37 minut coś zmieni zupełnie jego życie.
W tym czasie Artur Bernard jedzie metrem do biblioteki miejskiej, gdzie pracuje w każdy wtorek i piątek. Lubi to miejsce, bo panuje w nim pewna nabożna cisza i atmosfera skupienia. Skrzypienie drzwi czytelni jest jedynym burzącym tę ciszę dźwiękiem i orzeźwiającym znieruchomiałe
w tej sali powietrze. Ciche szepty czytelników są jak chór książkowych duchów pląsających pomiędzy regałami.
Artur Bernard lubi też charakterystyczny zapach starych woluminów i świeżego druku nowowydanych książek. Nie lubi za to zapachu mięs i wędlin w garmażu, do którego w każdy poniedziałek i czwartek przewozi towar z podmiejskiej hurtowni. Ale teraz jedzie metrem i patrzy, jak za oknem drobny deszcz delikatnie stuka o szyby i powoli spływa wijącymi się strużkami. Lubi ten widok i atmosferę zamkniętych pomieszczeń, gdy na zewnątrz pada jesienny deszcz. O 7.45 Artur wchodzi do gmachu biblioteki, a właściwie wjeżdża po śliskiej od deszczu posadzce. Na zapleczu czytelni robi sobie kawę i siada nad wczoraj rozpoczętą książką. Strona 47 – zawsze zapamiętuje strony.
Powoli zaczynają się schodzić inni pracownicy: ruda Mirelle, Claude w nieświeżym i jak zwykle zmiętym podkoszulku. Dryfuje pomiędzy krzesłami, niczym na okręcie, a oczy ma tak nieobecne, jakby przybywał z zaświatów. A oto szczebiocząca Nathalie i skrzecząca Catherine. Nathalie podreptała swym drobnym kroczkiem na niemożliwie wysokich obcasach, by otworzyć drzwi czytelni i jak co dzień przychylając się do zamka zaprezentowała kolor majteczek na dzień dzisiejszy. a wtedy jak zawsze oko Claude`a pofrunęło na chwilę pod przykrótką ( choć nie dla niego) spódniczkę, a Catherine swoim zwyczajem westchnęła i wzruszyła ramionami. Natomiast Mirelle patrzyła właśnie tęsknym wzrokiem na zatopionego w lekturze Artura.
Przez otwarte już drzwi dostojnym krokiem weszło paru studentów. Pierwszy z nich powrócił Artura do świata rzeczywistego posunięciem mu pod nos wypisanego rewersu, ten przejrzał go i podał automatycznie Mirelle, która w tej chwili udawała, że w ogóle nie się na niego nie patrzy. Przez biurko przepływały kolejne rewersy: Alain Robbe-Grillet, Żaluzja; Sigmunt Freud, Wstęp do psychoanalizy – cóż z aintrygująca okularnica, co tez jej się śni i jak wytłumaczyłby to Freud – Andre Gide, Locy Watykanu, Chcesz zarobić, Niemało – facet nijakiego wyglądu, Andre odpisuje – Co to za robota?
- Nie wpisał pan numeru katalogowego.
- Już uzupełniam – zabiera rewers, siada przy stoliku i pisze.
Jonathan Carroll, Kości księżyca; Umberto Eco, Zapiski na pudełku zapałek. W. Goethe, Cierpienia młodego Wertera – któż to jeszcze czyta takie rzeczy... a chyba, ze tak, no to niech cierpią pospołu; autor zbiorowy, Gramatyka opisowa języka francuskiego; Cafe Riviera. Brunetka. Granatowy kostium. Okulary i mężczyzna. Skórzana kurtka. Ciemne włosy w kitkę. Okulary. Zostawiam aparat. Przyjdę jutro o tej samej porze.
W wyreżyserowanym roztargnieniu zostawia aparat. Artur prosi Mirelle, by go zastąpiła i schodzi do kawiarni na wprost. Robi zdjęcie pary trzymającej się za ręce. W tym momencie mężczyzna w skórze zrywa się i chwyta go za ramię.
- Stój, kim jesteś?
- Nikim – odpowiada, wyrywa ramię z potężnej dłoni i biegnie przed siebie. Mężczyzna za nim. Zbiega do stacji metra, chce wmieszać się w tłum, ale widzi wciąż goniącego go przystojniaczka.
- Czego się kurwa pchasz?
- O boże, przewróciłby mnie pan!
- Cham!!!
Artur Bernard przeciska się i wpada do automatu Polaroidu. Nerwowo upycha aparat w plastikowej skrzynce znajdującej się w kabinie, a gdy ją zamyka, błyska flesz. Odczekuje chwilę i postanawia wyjść z ukrycia. Wpada jednak na drobną dziewczynę w śmiesznej, dziewczęcej fryzurce i ogromnych ciemnych oczach. W pośpiechu depcze ją po zaskakująco męskich butach kontrastujących do kwiecistej spódnicy.
Jest 10.42. Amelia dzwoni ze stacji metra do serwisu Polaroida:
- Dzwonię ze stacji metra. Automat nr 135 nie działa. Wrzuciłam monetę, ale nie wypadły zdjęcia. Nie chciałabym, aby ktoś je przechwycił.
- Zaraz kogoś przyślemy.
Amelia siada na wprost uszkodzonego automatu. Na jej twarzy pojawia się uśmiech, gdy widzi nadchodzącego mężczyznę w czerwonych trampkach. Podchodzi.
- To ja dzwoniłam.
„Dziewczyna ze snu”
- Zaraz oddam pani zdjęcia
Vladimir wyjął narzędzia, otworzył plastikową skrzynkę...Widok jej zawartości sprawił, że oczy otworzyły mu się szerzej, a usta rozchyliły w gapowatej zadumie.
- Czy coś się stało? – zapytała Amelia mrużąc oczy.
- Aparat... - wymruczał zdradzającym ciągłe zdziwienie głosem
Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo, zakręciła na pięcie i zaczęła odchodzić.
- Nie chce pani zdjęć?
- Nie – pokręciła zalotnie głową i odeszła.
Jest 11.07. Vladimir Pavlov chowa aparat do torby z narzędziami i opuszcza stację metra. Idzie powoli przez miasto zastanawiając się nad historią znalezionego aparatu. Przecież nikt nie wkłada takiego sprzętu od tak sobie do skrzynki maskującej przewody. Aparat musi mieć swoją historię. W tym momencie minął znajomy bar. Zawrócił – może wejść na małą kawę. Ślicznej dziewczyny dziś nie ma. Jest kulawa i hipochondryczka. Podchodzi do drugiej.
- Poda mi pani kawę?
- Z przyjemnością – szczerzy zęby i unosi się w pląsie, który miał być zalotny.
Vladimir słyszy za plecami pstryknięcie dyktafonu i męski głos:
- Proszę, nowy adorator, a ta już się mizdrzy. Czy czerwone trampki są aż tak seksowne?
Dostaje kawę wraz z przymilnym, szczerzącym uśmiechem kończącym się rzutem oka w stronę mężczyzny z dyktafonem.
- Bardzo proszę. Polecam się na przyszłość - przed oczami zatrzepotało mu krągłe biodro i zniknęło.
Łyk kawy... Niezła i nawet mocna. Przymknął oczy, by delektować się jej smakiem. Gdy je otworzył, zobaczył przed sobą twarz kobiety opychającej się wielkim tortowym ciastkiem.
- Smacznego - wycedził, gdyż wydawało mu się to w zaistniałej sytuacji absolutnie konieczne. W tym momencie przypomniał sobie o istnieniu aparatu fotograficznego i poczuł nieodpartą chęć uwiecznienia tej twarzy. Nie zastanawiając się długo na skutkami tego przedsięwzięcia sięgnął po aparat i w tej właśnie chwili kobieta z pełnymi ustami kichnęła opryskując go ciastkową miazgą. Pełen przerażenia a przede wszystkim obrzydzenia Vladimir zerwał się z krzesła i pomknął w stronę łazienki nie odrywając aparatu od oka. Otworzył drzwi i w obiektywie ujrzał nową twarz z wybałuszonymi oczami i ustami rozwartymi w okrzyku...strzeliła migawka, błysnął flesz, a z umysłu Vladimira wytrysnął niezwykły, fascynujący projekt. Nowonarodzony pomysł ogarniał jego mózg do tego stopnia, że na chwilę przestały działać jego zmysły. Nie słyszał więc okrzyków kobiety, która z wciąż pełnymi ustami tłumaczyła:
- Tak pana przepraszam. To mnie tak zaskoczyło, było po prostu nie do opanowania. zaraz to panu zmyję – zaczęła pocierać jego bluzę zmoczoną chustką, ale Vladimir nie był świadom jej dotyku, nie czuł tez zapachu niedrogich perfum, którymi grubaska zbyt obficie skropiła się tuż przed wyjściem do baru.
Ale Vladimir snuł już swe niezwykłe plany, gdy jego zmysł wzroku obudził widok „dziewczyny ze snów”. Mignęła mu przed oczami swoim uroczym uśmiechem i spojrzeniem spod długich rzęs. Po chwili wróciła reszta zmysłów:
- Bardzo pana przepraszam. O proszę, już prawie zeszło.
- No tak, rzeczywiście. Naprawdę nie szkodzi. Bardzo pani dziękuję.
- Ależ nie ma, za co. To był mój obowiązek.
- Opluć mnie?
- Ależ skąd, myślałam o starciu plam.
- Ach tak. No tak, ale ja dziękowałem za oplucie.
Zdziwienie nalanej, tępawej twarzy... strzeliła migawka, błysnął flesz...
Od dziś Vladimir spędzał swój wolny czas wyczekując pod automatami Polaroidu na amatorów fast foto. Zakradał się przy wyjściu z kabiny i nie robił broń boże nic złego. Robił dodatkową fotkę z niewyreżyserowaną miną, ale spontaniczną, nieoczekiwaną, nienapuszoną.
To był prawdziwy obłęd. Mężczyzna w czerwonych trampkach z ducha człowieka, który nie chciał odejść, stał się postrachem Paryża. Co bardziej strachliwi unikali stacji metra, a ci z dużą potrzebą ryzyka czaili się w kabinach w nadziei, że szalony fotograf zaczai się na nich. Trwało to miesiąc.
Jest 18 listopada godzina 16.23. Vladimir układa w swojej torbie na narzędzia wszystkie kasetki z filmami spotkanie i idzie na umówione ze swym znajomym fotografem.
- To jest niezła rzecz. Dobrze by było zrobić z tego wystawę.
- Wystawę? Ale ja jestem mechanikiem, naprawiam automaty.. Wie Pan te takie do zdjęć.
- Takie do zdjęć...?
- Tak, właśnie takie...
Mimo to zaczęli poszukiwania możliwości udostępnienia szerokiej publiczności sztuki młodego, szalonego mechanika.
Trochę czasu upłynęło zanim dotarli do małego sex shopu na obrzeżach Paryża. Tam zdjęciami zainteresował się młody chłopak imieniem Nino.
- Pogadam z kim trzeba, może się coś zorganizuje. Zdjęcia są do pokazania.
Okazało się, że wystawę zasponsoruje pewna agencja towarzyska. Wynajmą też dwie sale, pod warunkiem, że jedną z nich zapełnią zdjęcia pracownic agencji.
- Może być. Na jednej sali twarze, na drugiej dupy. Mnie się podoba.
Cały następny miesiąc Vladimir i Nino dopracowywali fotografie. Gdy wieszali twarze według Vladimira, agencyjne dupy już wisiały – gotowe, jak na porządna agencję przystało.
29 stycznia, godzina 18.00. Otwarcie wystawy. Wstążka, strzał korka od szampana, kieliszki podają panienki ze zdjęć.
- Szanowni Państwo, pragnę powitać Was na otwarciu niezwykłej wystawy fotografii młodego, prostego. Jest amatorem, to jego debiut. Ale to debiut niezwykły, bo oto w umyśle prostego paryskiego robotnika zrodziły się arcydzieła. zobaczycie i ocenicie Państwo sami. Wystawa nosi znamienny tytuł: „Zdziwienia, zaskoczenia”.
A teraz poproszę o zabranie głosu Madame Kwiatkowski.
- Witam szanownych Państwa i zapraszam również do sali obok. Tamta wystawa nie ma tytułu, bo i po co. zachęcam nie tyle do oglądania zdjęć, co do korzystania z rekwizytów zamieszczonych na tych arcydziełach.
W tym momencie zza pleców Madame na chwilę wyłoniła się na pozór niepozorna kobieta w okularach. Vladimira uderzył kontrast tandetnej kokieterii Madame i szlachetności, nieoczywistości powabu „Okularnicy”. Porażenie trwało jednak krótko, gdyż został otoczony tłumem znajomych, z których większości w ogóle sobie nie przypomina. Do końca uroczystości jego wzrok nie złowił już „Niezwykłej”. widział natomiast Nino krążącego z „Dziewczyną ze snu”. Wreszcie zatrzymali się przy nim.
- No i jak, młody obiecujący artysto klasy robotniczej? To jest Amelia. – podała mu drobną dłoń.
- Pani jest Aniołem? – z całym przekonaniem i powagą zapytał Vladimir, a ona swoim zwyczajem zmrużyła oczy i pokiwała potakująco głową, po czym nagle spojrzała mu za plecy.
- Spójrz Vladimirze, cóż za niezwykła okularnica – obejrzał się, ale widocznie pochłonął ją już tłum.
Wystawa cieszyła się bardzo dużym powodzeniem . Niewiadomo, która sala była sprawcą tego sukcesu. Należy jednak przyznać, ze twarze wzbudziły większe zainteresowanie publiczności. Świadczy o tym wcale niedrobny incydent. Z galerii dzień po dniu ginęły kolejne fotografie. Po skradzionych zdjęciach pozostawały na ścianach białe plamy, jakby wraz ze zniknięciem uczucia zdziwienia znikała osoba.. To pewnie zawstydzeni bohaterowie wystawy usuwali swe podobizny. Mijały dni, a w galerii pozostało zaledwie parę twarzy.
W „Le Figaro” ukazał się nawet artykuł obiecującego młodego psychologa
( niestety nie klasy robotniczej) zainspirowany owym niezwykłym zdarzeniem. Tytuł jego brzmi: „Kultura XXI wieku. Przerost dupy nad twarzą”.
Jest 23 lutego godzina 21.19. Vladimir otwiera drzwi galerii. Bez zdziwienia ani żalu spostrzega, że zniknęły już wszystkie jego dzieła. Nic go już nie zaskoczy. A jednak...Odwraca się i dostrzega na przeciwległej ścianie twarz, ale nie zdziwioną, nie zaskoczoną i na pewno nie uchwyconą przez siebie. Ze zdjęcia patrzyła na niego „Niezwykła okularnica”. Gdy podszedł bliżej, dostrzegł wpisany markerem numer telefonu i pytanie:
„ Czy jesteś zdziwiony?”
Łódź, 25 październik 2001











edaniela # Saturday, September 29, 2007 3:13:09 PM
eGrazia # Saturday, September 29, 2007 7:52:01 PM
edaniela # Saturday, September 29, 2007 8:25:50 PM
edaniela # Sunday, March 8, 2009 9:33:56 PM