Skip navigation.

Log in | Sign up

photo of Blazej Stanislawski

JOANNA & BŁAŻEJ & MARIANNA STANISŁAWSCY'S PAGE

WROCŁAW, POLAND

MAROKO, OTWÓRZ SIĘ!

Fascynuje Cię Księga tysiąca i jednej nocy – wybierz się do Maroka. Pałace, skarby, hurysy i bezlitośni władcy są na wyciągnięcie ręki. Sezam otworzy się dla każdego, za każdym razem inaczej. Niektórym dane będzie posłuchać opowieści pięknej Szeherezady, innym wpaść w łapy czterdziestu rozbójników.

Konia z rzędem temu, kto jednym zaklęciem przywoła ducha Maroka. Przybliży to, co odległe, nazwie nieuchwytne. A może wystarczyłoby zdobyć ekstrakt egzotycznych obrazów, zapachów i dźwięków. I na bazie tej receptury stworzyć magiczny eliksir. O jego mocy mogliby się przekonać cierpiący na spadek sił witalnych i depresję. Podczas niekonwencjonalnych seansów dżin niespożytej energii wyfruwałby ze złotej amfory, a pacjent tylko patrzyłby, słuchał i smakował.... A oto proponowane ingrediencje: poranne słońce (nie jest jeszcze zbyt ostre), łyk kawy z mleczną pianką, czekoladowy rogal i mus z pomarańczy. Aromat mięty, królewski daktyl, garść szafranu i korzeń viagry (można ją kupić u Saida, niedaleko placu Dżemma el-Fna). Kroplę jaśminowych perfum i głowę czarnego bursztynu z gór. Pączek róży za uśmiech sprzedawcy. Czarodziejski dywan lub babusze – kapcie z ostro zadartymi noskami (w takich Hajmut z Merzougi codzienne przemierza pustynię). Złote i srebrne ozdoby z jubilerskich suków. Pomarańczowo-błękitną mozaikę medresy w Fezie. Przepych sklepu luster i naczyń z mosiądzu. Spojrzenie Fatimy Zary. Włos z brody świętego marabuta. Strzelistą sylwetkę meczetu. Śpiew muezina...
Echo kopyt konia, który ciągnie calĕche. Słodycz ogrodów Marakeszu. Syk węża i taniec brzucha. Krew świeżo zabitego jagnięcia i smród garbowanej skóry. Suszoną żabę i jeżozwierza. Zaklęcie. Strach i ucieczkę ( przed nachalnym sprzedawcą lub zazdrosnym kochankiem). Krzyk i walkę. Blask piasku Sahary o zachodzie słońca. Tam-tamy pod gwiazdą pustyni. Sen w domu Józefa. 12 godzin jazdy autobusem. Sławę okrutnego cesarza Ismaila, który głowy niewolników miażdżył cegłami. Liść smukłej palmy i nostalgię Tangeru...
Setki turystów przekraczają codzienne granicę Maroka. Zaopatrzeni w przewodniki pełne opisów piękna i gościnności, oczekują niezwykłych przeżyć w kraju - ludzkiej dżungli, żyjącej w szybkim rytmie codziennych spraw. Kraju barw i zapachów eksplodujących na każdym kroku. Nagrzanego słońcem, gdzie wielkie gwiazdozbiory opuszczają się nocą nad ośnieżone szczyty gór. Dróg prowadzących nad przepaściami i kończących się na skraju pustyni. Wyschniętych koryt rzecznych. Azylu palaczy kifu – konopii indyjskich hodowanych na wielką skalę w górach Rifu. Naciągaczy, włóczęgów i żebrzących dzieci. Kilkuletnich brzdąców handlujących gumą do żucia. Ludzi o zepsutych zębach łasych na pieniądze, za euro gotowych uczynić z nas królów. Czarnych włosów i oczu; paznokci i dłoni barwionych henną. Dżelabów i chust osłaniających twarze i ciała kobiet.
Ziemi oblanej przez wody Atlantyku i Morza Śródziemnego, spiętej górskimi łańcuchami wyższymi od Alp, pełnej przełęczy, przepaści i miasteczek z gliny. Medyn i suków. Śmierdzących garbarni i piękna mauretańskiej architektury. Wielkich metropolii. Ojczyzny Arabów, nomadów i Berberów. Błękitnych turbanów i wielbłądzich karawan. Państwa, gdzie upadały dynastie i rodziły się nowe. Dawnej prowincji rzymskiej z bogactwem starożytnych pamiątek. Byłej kolonii francuskiej. Raju dla bogatych Europejczyków, którzy kupują tu riady i ogrody. Miejsca, gdzie rządzi król, wiara i tradycja.
Przekraczając próg Afryki, Europę zostawiamy za sobą. Od samego początku zdziwieni, że różnimy się tak bardzo.

Tarifa – Tanger – 35 minut! „Ale my do Ceuty.” „To tędy” – czarnoocy mężczyźni skupili się wokół nas. „Szybki prom, najszybszy” – zachwalają, prowadząc nas do jednego z dziesiątków okienek, gdzie sprzedaje się bilety do Afryki. Jesteśmy w Algeciras w Hiszpanii. Tu znajduje się wielki port, z którego rozchodzą się morskie drogi w kierunku Maroka. Zostaliśmy upolowani przez arabskich naganiaczy, ale nie od razu dajemy za wygraną. Można się jeszcze wycofać w bezpieczną przestrzeń zalanego słońcem miasteczka, gdzie nikt nikogo nie zaczepia. Ostatni papieros i powolny krok z ciężkimi plecakami w nieoswojoną przestrzeń. Tym razem sami wybieramy okienko i udaje nam się kupić całkiem niedrogi bilet. Rejs trwa dłużej, ale nam wcale nie zależy na ekspresowym tempie. Podróżujemy na własną rękę, więc nic nas nie goni. Odprawa paszportowa. Urzędnicy skanują bagaże. W końcu zaczynają wpuszczać. Długimi brzęczącymi pod naciskiem stóp trapami schodzimy na pokład promu – giganta. Wygodne miejsca w rozkładanych fotelach zajmuje wielu turystów. Są też rodziny arabskie. Kobiety w różnokolorowych chustach niosą małe dzieci. Mężczyźni dźwigają napakowane torby. Ledwie syrena daje sygnał do odjazdu, a większość zrywa się i wylega na pokład. Wiatr owiewa zmęczone twarze, lutowe słońce praży jak u nas latem. Silnik wchodzący na wysokie obroty mieli wodę, która spieniona układa się w biały tor. Za sobą zostawiamy garb Gibraltaru. Zielony i skalisty, z białą zabudową u podnóża. Przez Cieśninę Gibraltarską od wieków prowadzi najkrótsza droga na północ Afryki. W akwenie spotykają się wody Morza Śródziemnego i Atlantyku. Na mapie to niebieska przestrzeń grubości łebka od zapałki. Wydaje się wystarczyłby minimalny wysiłek, a dwa kontynenty połączyły by się w jedno. Złudzenie. Kilka kilometrów morza to przecież nie bagatela.
Wokół tego zakątka narosło wiele legend. Stworzyli je Grecy, których okręty zapuszczały się tu co jakiś czas. Zagadką jest, ilu z nich utonęło, podczas prób poznania morskiego zakątka. Śmiałkowie padali ofiarą Kartagińczyków, którzy stworzyli tu swoje militarne i handlowe dominium, niemal 3 tysiące lat temu.
Grecy popuszczali wodze wyobraźni, nie mogąc naocznie przekonać się, co kryje tajemniczy ląd. Był jak szkatułka pełna niezmierzonych skarbów. Uszczknął z nich co nieco jedynie Herakles. Półbóg z mitologii greckiej skradł złote jabłka z ogrodu Hesperyd, strzeżonego przez smoka. Daleki zachód - miejsce akcji „złotego mitu” badacze utożsamiają z Maghrebem właśnie. Tak Maroko określali Arabowie – późniejsi zdobywcy tych ziem.
Niepokonany heros wpisał się też w geografię miejsca. Starożytni byli przekonani, że to on wypiętrzył ląd Gibraltaru i Ceuty na afrykańskim brzegu, podczas gdy spieszył uprowadzić słynne stada olbrzyma Geriona. Odtąd żeglarze nazywali skały Słupami Heraklesa.
Dreszcz emocji starożytnych odkrywców udziela się i nam, gdy stawiamy pierwsze kroki na Czarnym Lądzie. Ceuta. Hiszpańska ziemia na północy Afryki. Najdalej na południe wysunięty przyczółek Unii Europejskiej. Do marokańskiej granicy zaledwie kilkanaście minut. Już w autobusie jadącym tam jest jakoś inaczej. Póki co, trudno to zdefiniować.
Zawiązuję rozmowę z kierowcą. „Najlepiej wymienić tu euro na dirhamy” - mówi. – „ U znajomego – porządny człowiek..” Naciska klakson, staje pomiędzy przystankami i wpuszcza do środka cinkciarza. Chwilę gadamy, ale do transakcji nie dochodzi. Nie wiemy, jaki jest oficjalny kurs marokańskiej waluty. Obawiamy się, że handlarz wpuści nas w maliny. Ten rzuca nam na odchodne z powagą: „Nie ufajcie nikomu!” Dlaczego akurat nas ostrzega? Z dobrej woli, a może chce nas przestraszyć? Nie ma czasu zastanowić się nad dziwnym przekazem, bo już porywa nas tłum wylewający się z autobusu. Graniczny pas – klepisko i parę budek z blachy. Celnicy prowadzą nas do jednej z nich. Marokańczycy ustawiają się w tym czasie w długi ogon. Gapią się na nas bez skrępowania. Człowiek zaczyna się czuć jakoś niepewnie. Po co przyjechaliście? Cel podróży, zawód, miejsce zatrzymania – wypełniamy szczegółowy formularz dla każdego cudzoziemca. Urzędnicy lustrują nas i przepuszczają w końcu. Stajemy jak wryci. Za granicznym szlabanem nie ma nic! To znaczy jest piach i błoto. Koczuje tu mnóstwo ludzi. Tłumy ciemnoskórych kobiet i mężczyzn. Zbici w gromadki siedzą na ziemi, na coś czekają. Pilnują kartonów wypchanych towarem z taniego supermarketu. Wśród nich ścieżki wydeptują jacyś faceci – okaże się że naganiacze. W błotnistej glinie kłębią się żółte taksówki. Poza tym żadnego kantoru. Żadnej informacji. Dalej widoczna nitka drogi. Toniemy w tym tłumie; przepycham się, ocierając o czyjeś plecy. Zapalam nerwowo papierosa. Jakaś kobieta wyszczerza ku mnie zęby. Szybko petuję o ziemię. Może w tym muzułmańskim kraju nie wypada kobietom palić? ...
Po czasie okazuje się, że wydostać się stąd można tylko taksówką. A taryfa dla nas nie jest tania. Poza tym jak się targować, gdy w kieszeni nie ma drobnych? Żałujemy, że zbyliśmy chwilę wcześniej cinkciarza. W końcu zgarnia nas jeden z Arabów. Jedziemy upakowani jak sardynki w puszce – pięciu z tyłu, trzech na przednim siedzeniu. Tak jest taniej. Po kilku kilometrach wyłaniają się mury Tetuanu – pierwszego z miast północy. Witaj Maroko!

Życie toczy się na ulicy. Ulica bez przerwy jest w ruchu. Sama w sobie jest teatrem, co tu niespotykane - darmowym. Wystarczy, że przejdziesz się po starym mieście, zwanym medyną albo też usiądziesz przy mocnej kawie i zaczniesz się po prostu patrzeć, a nudy nie zaznasz. Przed twymi oczyma przesuwać się będą kolorowe obrazy, nigdy takie same. Przede wszystkim jest ciasno. Intensywne słońce podkreśla barwy ubrań, żółcień fasad, czerwień murów i bliskość nieba; gwar, zioła, curry i mięta przyprawiają o zawrót głowy. Upał wzmaga pragnienie. Przygarbieni brodaci mężczyźni w wełnianych płaszczach drepczą dokądś w łapciach z żółtej skóry. Imamowie w białym odzieniu kroczą statecznie, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Czasem za mężczyzną podąża żona, zakryta od stóp do głów, nawet oczy przesłania jej czarna siateczka. Więcej pojawia się jednak kolorowo ubranych kobiet, w strojnych dżelabach, maskujących kształty ciała; spod mieniących się - niebieskich, różowych i zielonych chust wymykają się czasem czarne sploty włosów. Zakryte piękności podążają gdzieś w pantofelkach z miękkiej skóry, zatrzymując się tylko na chwilę, by zrobić sprawunki. Wąską uliczką przeciska się mężczyzna, pchając wózek z piramidą pomarańczy. Zatrzymuje się na zawołanie kobiety, która zaczyna przebierać, aż trafi parę dorodniejszych owoców. Chwila wystarczy, by obwoźny kram zakorkował przejazd. Wokół tłoczą się zniecierpliwieni ludzie, nie mogąc przejść. Na dodatek spieszy się też chłopak na ośle, okładając zwierzę łydkami. Uparciuch objuczony wyplatanymi koszami z trawą niewiele sobie robi z wysiłków swego pana. O swą nitkę ruchu walczą też wściekle trąbiący motocykliści, którzy zwykle wymuszają pierwszeństwo, zwalniając tylko w ostateczności. Gromadki dzieci i turystów rozsypują się w panice tuż przed nadjeżdżającym dwukołowcem. Zażywna mulatka o białym uśmiechu i złotych pierścionkach znajduje sposób, by wśród tego rwetesu, jak co dzień rozłożyć swą gar kuchnię w zaułku. Wielki kocioł dymiącej hariry ma swych stałych amatorów. Pożywna zupa z soczewicy nalewana jest do drewnianych miseczek wielką chochlą. Zaraz młodzi chłopcy przyjdą, może z pracy albo i ze szkoły i zażądają ciepłych jeszcze jajek i chleba. Niedługo potem popiją herbatką z miętą. Wstaną z niskich ławeczek, zapłacą i odejdą do swoich spraw. Kobieta skasuje mało, jak zwykle. Jednak zawsze ma komplet. Dzięki swej zaradności nie musi wyciągać ręki po jałmużnę, jak inne młode matki, zawodowe żebraczki, które łapią turystów „na dzieci”. Błagalne jęki kobiet mieszają się z piskiem niemowląt, które karmione tym, co da ulica, zasypiają powoli. Nie wiadomo, czy są przewijane, szczepione...Na pewno od pierwszych dni przyuczane „do zawodu”. Pokrzykiwania sprzedawców wszelkiej maści, zapach kadzideł i aromatycznego jedzenia, dym tytoniowy i śpiew muezina to ich Bach, Mozart i Beethoven dla maluchów. Gdy przychodzi pora modlitwy, wielu pobożnych muzułmanów wyciąga swój dywanik i gdziekolwiek są – w sklepie, barze, na hotelowym korytarzu oddają pokłony zwróceni w stronę Mekki. Zwykle jednak zdążą na czas przestąpić próg meczetu, których nawet kilka może znajdować się w medynie. Do żadnego z nich, a niektóre uznane są za cuda architektury, nie mają wstępu niewierni.
Gorący temperament wzięty w karby codziennych obowiązków i pobożności, daje czasem głośno znać o sobie. Jazgot, który się podnosi jest wówczas nie do opisania. Kobiety, zwykle tak skrzętnie zajmujące się własnymi sprawami stają do boju niczym na arenie corridy. Gardłowe ochrypłe słowa niosą się ponad głowami gapiów. Jakiś Arab próbuje oponować. Na nic to. Zagłuszony, na darmo kruszy kopie. Innym razem dziewczyna bez tradycyjnej chusty na głowie bierze się z chłopakiem „za łby” w sklepie odzieżowym. Ich szczepione ciała wirują pomiędzy zapleczem a środkiem bazaru. Nie wiadomo o co poszło i jak się skończy. Lepiej iść w swoją stronę i nie gapić się zbyt natrętnie. I tak cudzoziemiec zbytnio rzuca się w oczy. Choćby się przebrał i tak nie wtopi się w tłum ani nie zrozumie wszystkich rządzących nim praw.
Jesteśmy za czyści, zbyt firmowi i wymyci, wciąż nie dość pokryci kurzem. Widać, że z hotelu, spod prysznica. To ich razi. I godzi w nas. Bo stwarza barierę, szklaną taflę pomiędzy nami i nimi, turystami a autochtonami, o której można zapomnieć na chwilę tylko dzięki pieniądzom.
Ten moment wytchnienie znajdujemy codziennie na krześle, w barze, przy jednym ze stoliczków. Miejsca te są zajęte przez miejscowych od rana do wieczora. Tylko tu, siadając na taborecie skierowanym na zewnątrz, na chwilę przestajemy być aktorami ulicznego show, a zajmujemy miejsca w „loży”. Podobnie jak otaczający nas mężczyźni, stali bywalcy, nie robimy nic innego, tylko patrzymy, wymieniamy poglądy i pijemy mocną nys-nys lub herbatę z czajniczków. Kawiarnie zarezerwowane są dla mężczyzn. Kobiety rzadko w nich przysiadają. Nigdy nie przyjdą tu w pojedynkę, bez męża.

O kobietach i Bogu rozmawiamy przeważnie z Abdellahem, Arabem z miasta Meknes. Abdel mieszka niedaleko naszego „Maroc Hotel”. Wieczory spędza na tarasie swego domu, skąd podziwia jasną panoramę sułtańskiej stolicy i nieba. – W Koranie znajdziesz wszystko – mówi popijając marokańską whisky, czyli...słodką herbatkę – Odpowiedź na każde pytanie, nawet najbardziej współczesne. Dzięki tej Księdze wiem jak żyć. Nie zgubię się – opowiada z błyszczącymi oczyma. Rano schodzi, podobnie jak my do ulicznej kawiarni na mocną kawę. - Abdel, w Maroku podział na świat męski i kobiecy jest wyraźny. Dlaczego nie ma wśród nas kobiet? - zapytałam, czując że jestem nieproszonym obiektem w męskim świecie barów i restauracji.
- Nikt nie uważa tego za dyskryminację. To wynika z tradycji - zapewniał. - Mężczyźni bardzo szanują kobiety. Są dla nich jak bóstwa.
- Dlaczego zatem muszą nosić te stroje zakrywające je od stóp do głów? – ciągnęłam. – Mamy gorącą krew – odparł czarnowłosy mężczyzna. – W naszym kraju żyją kobiety o pięknych ciałach. Gdyby zaczęły je odsłaniać, nie wiem co by się działo... Mężczyzna, jeśli go stać, żeni się i ma kobietę tylko dla siebie. Taki jest zwyczaj. I tak jest dobrze.

Ten mężczyzna nie spuszczał nas z oka. Raz był przed nami, to znów za nami, wyrastał niczym duch, by rzucić słowo i zniknąć. Przyjazny, uśmiechnięty, wyciągał rękę, grzecznie zapytywał skąd jesteśmy. Mam przyjaciół w Polsce – zapewniał. – Piękny kraj! Ale tędy nie idźcie droga jest zamknięta. Poprowadzę was – zobaczycie jak garbują skórę...
Medyna to istny labirynt. Pierwsze zetknięcie się z tym średniowiecznym układem urbanistycznym fascynuje i uczy pokory. Nieprzewidywalne rozgałęzienia się wąskich ciemnych uliczek, wzdłuż których porozkładali się handlarze i rzemieślnicy wszelkiej maści. Kolorowo, gwarno, duszno...Są sprzedawcy mięty i jaj. Kopce czerwonych, żółtych i zielonych przypraw mącą w głowie. Lśnią misterne stożki różnokolorowych oliwek. Rzeźnicy wśród rojów much zabijają zwierzęta i sprzedają świeżutkie połcie ociekające jeszcze krwią. Obrabiają na żywca kurczaki, zasuszone baranie głowy dyndają podwieszone pod okapami sklepików. Na ulicy ustawiła się kobieta z bochnami okrągłego chleba. Pełne ręce roboty mają kucharze, serwując gorące naleśniki z miodem i czekoladą. Do tego świeżo wyciśnięty sok. Głębiej w cieniu ukryli się właściciele małych spożywczych i szybkich barów, gdzie posilisz się gorącą harirą, grillowanymi kotlecikami z sosem chili – wywołującym pożar w żołądku i wyśmienitymi szaszłykami. Obok brylują cukiernicy. Na stoiskach piętrzą się pałace fantastycznie słodkich ciasteczek. Wśród tłumu lawirują wózkarze handlujący górami truskawek. Nisko ukryte, obudowane kolorową mozaiką wejścia to łaźnie znane tylko miejscowym. Suk, czyli bazar w medynie ma swoją strukturę – są dzielnice spożywcze, ale też i uliczki sprzedaży dywanów, porcelany, biżuterii, lśniących cynowych naczyń, skórzanych toreb podróżnych, poduszek, butów, dżelabów, jedwabnych chust i sukna, lamp o wijących się kształtach malowanych henną. I nie strać tu głowy człowieku... Głosy, spojrzenia, gesty kierują cię do wnętrza sklepów, nakłaniając do dokonania zakupu: „How are you my friend?”. „Just look” “Especially for you” „ Very cheap”. – „Jak się masz, przyjacielu” , „Tylko spojrzyj!”, „Specjalnie dla Ciebie”, „Bardzo tanio”. Wokół kręci się mnóstwo dzieciaków chcących dostać euro, jakiś dziad stuka kosturem, zawodzi monotonnie pod nosem i wciąż wyciąga rękę. Nie jesteś anonimowy, tylko na celowniku spojrzeń. Już po kilku minutach masz dosyć. Co z tego, że miło się uśmiechasz, odmownie kręcisz głową i wijesz się jak piskorz, by ujść cało z tego oblężenia, skoro trafiła kosa na kamień. Więc gdy znowu dostrzegasz mężczyznę, który przez ten czas wcale nie spuścił cię z oka, czujesz jakbyś spotykał znajomego. Już bez oporu idziesz za nim, licząc że wyprowadzi cię z tej dżungli. Wąskie zaułki, plątanina uliczek, pobrużdżone twarze, wymiana spojrzeń. Kto wie, gdzie jesteśmy? Przekraczamy jakąś bramę i pniemy się po schodach, wychodząc na płaski dach. Wokół roztacza się olśniewający widok na miasto Tetuan, położone w dolinie, otoczone łańcuchem szczytów. Białe pudełkowe domki z płaskimi dachami, które wieczorem zmieniają się w tarasy, dając odpoczynek i orzeźwienie. Las anten satelitarnych. Najbardziej wypiętrzona część miasta to kazba – najstarsza część medyny, dawniej obronne miejsce. W wąziutkie uliczki, do których nigdy nie dociera słońce Europejczycy się nie zapuszczają. Rozglądamy się, fotografujemy. Naraz wychodzi pan z czarną bródką i zaczyna wylewnie się witać. Niezmordowanie podaje rękę, recytuje coraz to nowe formuły, wypytując o zdrowie, rodzinę, kraj. Po każdej wymianie grzeczności skłania się w geście szacunku, przykładając dłoń do serca. Po czym zaprasza nas do swojego sklepu, piętro niżej. Jest tu gospodarzem. Schodzimy do królestwa dywanów i luster. Wygodnie sadowimy się na drewnianych skrzyniach. Na stoliczku ląduje zaraz orzeźwiająco słodka herbata z mięty. Spektakl rozpoczęty. Boy w białym turbanie rozwija dywany, kapy, makaty z tysiąca i jednej nocy. Wełniane, ręcznie tkane, jedwabne chusty, haftowane poduszki. Przepych, bogactwo, olśniewające widowisko. Ten, a może ten? Jeśli się nie podoba mów: „La”, co po arabsku znaczy „nie” – proponuje sprzedawca. Słowem „Łaha” natomiast wyrażasz: „może tak”. Łaha, la. Łaha, la, la... Świetna zabawa. Po chwili wraca świadomość, że sami nakręcamy te negocjacje. Nie chcemy przecież kupić dywanu! Dopiero co przekroczyliśmy granicę, pieniędzy musi wystarczyć jeszcze na 2 tygodnie z hakiem, plecaki ważą swoje, zresztą....kto by się przejmował tłumaczeniami dwojga, których udało się już sprowadzić do jaskini lwa. Oczywiście, zostaniemy wysłuchani, ale to tylko część handlowego rytuału. Zaszliśmy za daleko, by się wycofać. Jeśli już coś ci się spodoba i wyrazisz zainteresowanie, powinieneś kupić. Taki jest niepisany zwyczaj w Maroku i szybko się go uczymy. Tu nie ma „tylko oglądania”, jak w Europie. W ostateczności zawsze możesz odmówić, ale naraża cię to na nieprzyjemności: irytację, a nawet wyzwiska za strony sprzedającego, o czym przekonamy się innym razem.
Koniec końców kupujemy delikatnie tkaną fioletowo-różową narzutę, którą pomocnik zwija w cienki rulonik. Objuczeni plecakami i zdobyczą za 30 euro, wychodzimy całkiem zadowoleni z siebie, że dokonaliśmy korzystnej transakcji. Kolejne dni pokażą dopiero, że przepłaciliśmy pięciokrotnie!
Nasz anioł stróż już czeka na dole. Tym razem on wyciąga rękę po swoje. „30 euro.?! Co?! Ile?! Nie umawialiśmy się...” Spojrzenie naszego przewodnika straciło łagodność. W oczach baranka pojawiają się gniewne błyski. Usta wykrzywia grymas. Wykrzykuje mieszając angielszczyznę ze swym językiem. „Dajcie, bo będziecie mieć problemy!”, wywraca białkami oczu. Wokół zbiera się tłumek. „Zapłaćcie, normalni przewodnicy biorą dużo więcej!” – jest blisko, a jego palce haczą o nasze koszule. Miotamy się, próbujemy negocjować. Na nic. Już nie da się odejść, opłacając dirhamami według uznania.. Nerwy puszczają wszystkim, emocje sięgają zenitu. „Weź 10 euro. To dla nas i tak za dużo! Jesteśmy studentami!” - kluczymy. W końcu wziął. Tłumek się rozstąpił. Co za ulga. I złość. Tyle kasy... Dostaliśmy nauczkę.
A w poradniku pisało: uwaga na fałszywych przewodników, handlarzy kifem, którzy schodzą z gór i szukają łatwego zarobku.

Mleczny koktajl z avokado smakuje wyśmienicie o każdej porze. Podążamy gwarnymi ulicami Meknes – królewskiego miasta w kierunku Place el-Hedim, gdzie swą sokarnię ma nasz zaprzyjaźniony sprzedawca. Kiwi, ananasy, pomarańcze, greipfruty, banany i owoce opuncji – od kolorowych bomb witaminowych można się uzależnić. Jesteśmy tu od kilku dni. Chadzamy swoimi ścieżkami, więc czujemy się dosyć swobodnie. Zbaczamy z utartego szlaku. Biała uliczka przylega do medyny, ale jakaś pusta a na dodatek zmrok zapada. „Nie idźcie dalej, tam dużo pijanych. Palących hasz. Niebezpiecznie!” – po przyjacielsku ostrzega nas starszy człowiek, wyłaniając się z cienia. Dziękujemy za ostrzeżenie, rozmowa się zawiązuje: „Od dawna tu jesteście? Czym się zajmujecie?... A ja mam swój sklep z instrumentami muzycznymi, chodźcie zobaczyć” – zachęca. Taki miły pan, trudno odmówić, chociaż po „dywanowej przygodzie”, strzeżemy się wszelkich sklepowych wnętrz jak ognia. No, ale ten mężczyzna wydaje się inny... W środku bębnów zatrzęsienie, grzechotek, pudeł rezonansowych, instrumentów strunowych...Ściany dekorują delikatne muśliny kobiecych strojów, haftowane koralami, perełkami i złotą nicią. Mój podziw dla kunsztu krawieckiego nie pozostaje bez odzewu. Współpracownik naszego „znajomego” skacze koło mnie z największą atencją. „To mój kuzyn – sam wyrabia instrumenty” - z dumą zaznacza właściciel. A uszczęśliwiony krewniak wspina się na palce, by zdjąć śnieżno białe okrycie specjalnie dla mnie. Zachęca do przymiarki, ach! jak pięknie wyglądam, zachwyca się, podsuwając lustro. Chwilę potem, widząc zainteresowanie wielkim bębnem obciągniętym koźlą skórą przypada do niego, zaczyna grać i śpiewać, wywijając hołubce. Sklep wiruje od egzotycznych rytmów... „Tanio”... słowo to zburzyło całą przyjacielską atmosferę. Zmartwieliśmy. Słowo „tanio” jest jak sygnał, czyli mamy coś kupić. No jasne, mają nadzieję, że coś kupimy.... „A ile to kosztuje?- pytam nieśmiało, idąc za ciosem ...... „O za drogo”, stwierdzam. „To może ten albo ten!”, kuzyn uśmiecha się przymilnie, ściągając z półek instrumenty. „Dam dobrą cenę. Tylko dla was! Już przecież zamykamy!” „Niestety, nie chcemy nic kupić, tak tylko wpadliśmy, musimy się zastanowić...” Miny im powoli rzedły. Jeszcze próbowali wskrzesić negocjacje, ale chyba poczuli, że dziś nie zarobią. Nasz starszy znajomy miał nadzieję sprzedać jeszcze imponujący tam-tam. Tylko dla przyjaciół. I tylko dzisiaj! Kuzyn dał szybciej za wygraną. Zobojętniał na nasz widok. Spochmurniał. Odwrócił się bokiem i zaczął wściekle spluwać wyżutymi pestkami dyni.

Zmęczeni ciągiem niefortunnych przypadków, które nieustannie przydarzają się nam w miastach u stóp Atlasu Średniego, uciekamy na pustynię. Cała noc jazdy autobusem drogami wykutymi w skale i wijącymi się nad przepaściami daje się we znaki. Wymięci jak worki podróżne kierujemy się do holu dworca. Er-rachidija – Erfaud – Rissani – jeszcze kilka przystanków brakuje do celu. Trochę autobusem, trochę taksówkami, rozdając jałmużnę i cukierki, wykręcając się od przejażdżki na osiołku i wielbłądzie, pozbywając się mężczyzn koniecznie-przyjedźcie- do- mojego- hotelu i odrzucając setki złotych ofert, docieramy do wrót Sahary. To Merzouga. Mała wioska, gdzie kilkaset rodzin żyje w domkach z gliny. Wielkie wydmy – najsłynniejsze w Maroku górują nad okolicą. Od kierunku wiatrów zależy przyszłość tego zakątka. Póki co, granica wiecznego piachu i cywilizacji jest płynna. Zasypania nie boją się ci, którzy z tym miejscem wiążą swą przyszłość. Jak Youssef, który po wielu latach życia i pracy w różnych miejscach, wrócił w rodzinne strony. – Wszystko zbudowałem sam, z pomocą teścia – mówi z nieukrywaną dumą. Jest Berberem, ma żonę i energiczną córeczkę Fatimę. To mała rodzina jak na tradycyjną społeczność, z której się wywodzą; jednak Józef myśli nowocześnie – najpierw zapewnić byt dzieciom, a potem przywoływać je na świat. W swym domku prowadzi rodzinny hotelik „Chez Youssef”. Pokoje gościnne łączą miejscową egzotykę z wszelkimi wygodami. Są więc prysznice z gorącą wodą, a w toaletach biały papier (!), luksus rzadko spotykany w Maroku. Z boku szerokich łóżek wiszą magiczne lustra, a na nocnych stolikach palą się lampki. Miękkie kolorowe dywany ścielą się u stóp. Insekty nie wedrą się do wnętrza, dzięki moskitierom. Wieczorami, w korytarzu snuje się dym z kadzideł. Tędy prowadzi droga do restauracji, gdzie przy świecach skosztujesz przysmaków kuchni marokańskiej: mięsnego tadżinu z bogactwem przypraw, hariry, kus-kusu i pomarańczy z cynamonem. Śniadania natomiast serwuje gospodarz na wewnętrznym dziedzińcu, pod palmą. Wypocząć można setnie, jednak nie po to przyjeżdżają tu łowcy wrażeń. Wyprawa na wielbłądach, trekking po pustyni bądź zdobywanie szczytów za kółkiem terenowego drapieżcy – oto, co proponuje Józef. My wybieramy wielbłądy. Cztery osiodłane zwierzaki dreptają jeden za drugi. Jeden z nich – czarny, okrutnie ryczy podczas dosiadania. Wstaje gwałtownie, w rytmie na trzy. Przez chwilę trzeba oswajać się z wysokością jego grzbietu. Karawana rusza. Monotonnie kołyszemy się krocząc niewidocznymi drogami. Ginący w piachu szlak znają tylko Berberowie –Abdullah i Hajmut, którzy kroczą na czele, wesoło rozmawiając.

Hajmuta wielbłądy się słuchają. Tylko on potrafi je uciszyć, gdy się burzą. Cichymi dźwiękami nakazać, by uklękły bądź wstawały. Osiodłać i okiełznać. Poić i karmić. Wielbłądy to druga rodzina Hajmuta. O tej pierwszej – żonie, dzieciach, matce, ojcu nie opowie nie pytany. Mieszka z nimi w jednym domu. W sumie jest ich dziewięcioro. Wraca pod dach wieczorami lub wczesnym rankiem. Swobodniej czuje się jednak pod niebem Sahary. Na niej spędza większość czasu. Dzień, noc, tydzień, wedle życzenia klienta. Są turyści, jest praca. Dzięki niej utrzymuje całą rodzinę.
- Hajmut, a jak spędzasz czas w domu? –– wypytujemy przewodnika w namiocie, podczas nocy pod wielką wydmą. - Jem, odpoczywam...– odpowiada. – A z żoną dużo rozmawiasz? - A o czym? – w jego głosie słychać zdumienie. – No... o wszystkim. O pracy, dniu który minął? – podpowiadamy. – Nie - odpowiada z uśmiechem, który nie schodzi z jego warg.
-No dobrze, a żona wie, że jesteś teraz z nami? – Wie, że jestem w pracy. – A pochwaliłeś się przed nią jak dobrze grasz na bębnie i śpiewasz? – Nie! - To znaczy, że cię wcale nie zna. – Tak nie zna mnie – potwierdza Hajmut bez cienia smutku.
-A pomagasz żonie w gotowaniu? – towarzysząca nam para czeskich studentów nie przestaje zadawać „osobistych” pytań. – Nie, nigdy – odpowiada lekko już zmęczony tym dochodzeniem. – Przecież umiesz gotować. Zrobiłeś świetny tadżin! – rzeczywiście ten smak jeszcze mamy w ustach. Gorące kawałki kurczaka z warzywami w świetnie doprawionym sosie. I to w warunkach polowych. Nie spodziewaliśmy się takiej uczty! – Tak, ale na pustyni to co innego – Hajmut odpowiada szczerze. Przyznaje też, że nigdy nie przekroczył progu kuchni swego domu. To miejsce zastrzeżone dla kobiet.
Rozmowa rwie się i płynie w rytmie tam-tamów. Hipnotyzujące dźwięki wypływają poza płachtę namiotu, by utonąć w piasku, nim dotrą do wielbłądów odpoczywających po kilkugodzinnej jeździe. Gwiazdy są tu tak nisko – dziwimy się, wychodząc zaczerpnąć powietrza. Żona naszego Berbera widzi ten sam skrawek nieba z okna swego domu. Ciekawe, czy była kiedyś z nim razem na pustyni? Wiemy już, indagując dalej (a nocna pora temu sprzyja), czego Hajmut nigdy nie robił ze swą żoną: nie był w restauracji ani w kinie. Nigdy z nią nie tańczył. –Hajmut, to co robicie razem? - nie dajemy za wygraną. - Uhmm... Mężczyzna spogląda bezradnie, a my nie możemy powstrzymać śmiechu.

Allach jeden wie, co o tym wszystkim sądzą kobiety. Z żoną przewodnika raczej nie mamy szans porozmawiać. Podobnie jak z wybranką naszego gospodarza. Kobieta, której ręce przyrządzały wyśmienity tadżin, nigdy nie pokazała się naszym oczom. Jej obecność była namacalna, jednak nieuchwytna.
W wiosce życie toczy się jak przed wiekami. Dziewczyny na wydaniu, mężatki i wdowy kryją się w zaciszach domowych. Przemykają w płaszczach i chustach ulicami wioski; można je też zobaczyć wieczorami jak w gronie innych gospodyń siedzą na przyzbach i rozmawiają, a wokół kręci się gromadka dzieci. Ubrane na czarno lub kolorowo. Zakryte. Niedostępne. Wychodzą za mąż w wieku nawet 15 lat. Jednak nie każdy stanowi dobrą partię. Kobietę zdobyć może tylko odpowiednio sytuowany mężczyzna. Musi wnieść posag, który sprawi że wybranka będzie finansowo zabezpieczona przez długi okres, może do końca życia. Pewnego popołudnia wsiadła do naszej taksówki miejscowa Berberyjka. Jakież było nasze zdziwienie, gdy podwinął się rękaw jej czarnego zakurzonego okrycia, odsłaniając szczerozłotą grubą jak pięść bransoletę. Być może, pomyśleliśmy, precjoza są czymś w rodzaju „zabezpieczenia emerytalnego” dla osób, które przez całe życie wypełniają tradycyjne obowiązki - póki sił starczy.

Kto handluje, ten żyje, ta zasada obowiązuje też na pustyni. Handlują więc wszyscy i czym się da. Kupują, sprzedają, a pieniądz krąży. W Maroku musisz kupować, nawet, gdy nie chcesz...Sklepy nie muszą być ograniczone żadnymi ramami. Obok wytwornych, legitymizujących się tradycją w starych częściach miast, są też przenośne, zawarte w jednym zawiniątku.
Docieramy do miejsca, gdzie kończy się cywilizacja. To wioska Taouz, założona przez Berberów – rdzennych mieszkańców Maroka, którzy od wieków drążą w górach szyby, poszukując minerałów. Droga urywa się nagle, a zaczyna czarna pustynia otoczona pasmami skalistych gór. Miłośnicy rajdu Paryż-Dakar znają to miejsce. Tędy prowadzi odcinek trasy do miejscowości Zagora. Przez kamienie, korytami rzek, wśród skał i bezkresu. 250 km ziemi bezlitośnie przypiekanej słońcem. Miejscowy przewodnik – Zaid, organizator wypraw prowadzi nas przez spękaną ziemię. Chcemy zobaczyć skałę pokrytą rysunkami prehistorycznych mieszkańców. Wyobrażenia byków i ryb – ślady dawnego życia. Słońce praży coraz mocniej, a jest zaledwie początek marca. Wskazówki nie pokazały jeszcze 11 przed południem, a już nie ma czym oddychać. Zaid stara się prowadzić konwersację, nam się szybko odechciewa. To tam – wskazuje po kilkunastu minutach marszu. W oddali majaczy czarne wzniesienie, a na nim jakby sylwetka człowieka. Ktoś jeszcze na tym pustkowiu? Niemożliwe. A jednak... Najwyraźniej czeka na nas. Młody chłopak, ubrany byle jak. Chwilę się nam przygląda, po czym rozkłada zawiniątko, które ma w rękach. A w nim sama sól tych ziem, czyli amonity, skamienieliny ślimaków i przedpotopowe liście paproci uwięzione w kamieniach, rozkładane niczym muszle. Pochodzą z czasów, gdy Sahara była jeszcze sawanną.
„Ile za to chcesz?” - pytamy. „100 dirhamów” - odpowiada. „ Drogo....”. „To ile dacie?” „50, ale za dwa.” „70, a dodam ten kamień, bardzo rzadki tutaj”. Faktycznie, wygląda niczym róża z lawy. „ Ok. Stoi!”
Kupiliśmy, choć nic z tych rzeczy nie było nam potrzebne. Ale...jakoś nie wypadało zignorować tego człowieka. Jak wszyscy tutaj, widział w nas emisariuszy bogatej, sytej Europy. Bez rozróżnień - Hiszpan, Anglik, Niemiec czy Polak... Przyjechałeś, więc masz. Skoro masz, powinieneś dać, podzielić się z nami. Ze wszystkimi. Nieważne, że dałeś już jednemu, dwóm, dziesiątkom.... Nieustannie pojawiają się następni, w najdziwniejszych i najmniej oczekiwanych miejscach: na wielkiej wydmie, górskiej ścieżce, w toalecie, o północy...
Tymczasem nasz pustynny chłopak po zrealizowaniu transakcji dopiero dostał wiatru w żagle. Stał się naraz rozmowny, uśmiech okrasił mu twarz. Niczym cień łaził za nami jeszcze przez godzinę, wśród żaru lejącego się z nieba. I nie przestawał... prezentować swego towaru. Z lewa z prawa, tak i na wspak. Uparł się, by koniecznie do koszyka dorzucić jeszcze chustę – czarną, kolorowo wyszywaną z cekinami na brzegach, jakie noszą berberyjskie kobiety. I zupełnie mu nie przeszkadzało, że była dziurawa...

Z ulgą wracamy do chaty Józefa po całodziennym błąkaniu się po kamienistych bezdrożach – rozpalonych niczym patelnia. Trudno nie podziwiać ludzi pokonujących tę przestrzeń...biegiem. A takich są setki. Co roku, w kwietniu rywalizują podczas słynnego
„ maratonu piasków”. Piekielny wyścig obejmuje niemal 250 km pustyni.
Wydaje się, że mniej ryzykują ci, którzy zasiadają za kółkiem wozów terenowych. Uczestnicy rajdu Paryż-Dakar często wpadają jednak w piaskowe pułapki na wysokości Merzougi. Na ten moment tylko czekają młodzi chłopcy z wioski. Pędzą z łopatami na pomoc, licząc przy tym na obfity napiwek.
Nie tylko ekstremalne sporty kwitną na Saharze. Krajobraz wielkich wydm urzeka artystów, polityków i filmowców. „Merzouga to Holywood Maroka” - stwierdził nasz gospodarz, sypiąc jak z rękawa tytułami superprodukcji, które zrealizowano w pustynnym plenerze. A więc: „Lawrenca z Arabii, „Gladiatora”. „Legionistę”, „Hidalgo – ocean ognia”, „Małego Księcia” i trzy odsłony „Mumii”. W scenerii wielkich piasków popisywał się Rambo, Jean –Claude Van Damme i Jackie Chan.
Była tu Hillary Clinton i spędziła noc w oazie. Wioskę odwiedził też prezydent Portugalii.
Do historii przeszedł koncert Jean Michel Jarre przed dwoma laty. Artysta grał w nocy, a było jasno jak w dzień, dzięki tysiącom świateł. Wielki show był pochodną klęski żywiołowej, która dotknęła pustynną mieścinę. - Grad padał wielki jak kciuki. Woda zalała domy. Przybyli do nas uchodźcy z Algierii, którzy stracili dorobek życia –wspomina Józef. „Woda dla życia” – takie hasło towarzyszyło występom. Mistrz syntetyzatora protestował przeciwko zmianom w przyrodzie, za które odpowiada człowiek.
- Nie musimy wyjeżdżać, świat przychodzi do nas – stwierdził, nie bez satysfakcji, gospodarz.
Kierunek: pustynia obierają latem tłumy Marokańczyków. Przyjeżdżają tu po zdrowie. - Merzouga słynie z piaskowych kąpieli - opowiada Omar, spec od trekkingu. –Chorzy na reumatyzm, bóle stawów i krzyża zanurzają się w gorącym piasku. Po jakimś czasie wychodzą z dołów zlani potem. Szybko nakładają płaszcze. Wracają pod dachy, a ich ciała wciąż oddają wilgoć, nawet przez dwa dni z rzędu. Pamiętam jednego człowieka - nie mógł w ogóle chodzić. Codziennie przez miesiąc na grzbiecie osła jechał na wydmę i zakopywał się w piachu. Po miesiącu dolegliwości opuściły go. Wyzdrowiał.

Czy to leczniczy klimat, słońce czy też ludzka życzliwość sprawiają, że czujemy się w Merzoudze jak u siebie. – Abdel, czy ty jesteś szczęśliwy?– zagadujemy Berbera w błękitnym turbanie podczas powrotu z oazy. – Tak – odpowiada. – Jak to jest możliwe w jednym miejscu? – drążymy, szukając recepty na udane życie. – To sekret... Nie da się tego wyrazić słowami – odpowiada cicho. – A wy – zwraca nam uwagę biegnąc obok karawany, powinniście więcej się uśmiechać. Za mało cieszycie się życiem!

Ostatnia kawa przed wyjazdem. Serwuje ją z wprawą nasz ulubiony barman Mohammed – właściciel narożnej kafejki. Naraz do stolika dosiada się mężczyzna powyżej czterdziestki, w czarnych okularach. U jego stóp waruje pies. Przybysz wymienia ukłony z miejscowymi. Okazuje się, że jest Portugalczykiem. Singlem. Do Merzougi przybywa regularnie, na kilka miesięcy w roku, od dobrych paru lat. Na pobyt tutaj zarabia pracując dorywczo w Lizbonie. Nie musi wynajmować pokoju, gdyż w pustynnej wiosce nabył domek. - W Polsce życie jest stresujące – mówimy nie bez cienia zazdrości – Ciągłe obowiązki... – Oni też mają swoją rutynę – znajomy ruchem głowy wskazuje na miejscowych. – Całe życie od rana do wieczora w tym samym miejscu.
–A ty, dlaczego tu przyjeżdżasz? – pytamy. – Czas jest luksusem - odpowiada wymijająco. - Możesz mieć pieniądze albo czas. Dla mnie droższy jest czas.

Joanna Orłowska – Stanisławska

Fot. Joanna i Błażej Stanisławscy