Gdy świat był młody, więcej miał znaczenia, dzisiaj zostały z niego same ości Mieszkamy w pustym brzuchu wieloryba a z nami smutek w jego wnętrzu gości.
Nic nie wydarza się, nic się nie zmienia, żałość i zgaga męczą bez litości Miastomastodont nie odpuści. Chyba że nas wydali kiedyś do wieczności.
Kiedy mam dużo nudnej roboty nawet internetowe newsy stają się atrakcją. Dzisiaj akurat, w trakcie dryfu po portalach dowiedziałem się, że:
1. Vera Lynn (rocznik 1917) żyje i ma się dobrze. 2. Wydali jej właśnie składankę, która wskoczyła od razu na pierwsze miejce top twenty.
Nuda, nuda, nuda. Ale przy okazji wszędzie wklejają jej wielki szlagier - najsławniejszy song drugiej wojny światowej. I przypomniałem sobie, dlaczego kiedy to słyszę po plecach idą mi ciarki. Chodzi o zakończenie Doktora Strangelove.
Oto co zrobił Kubrick: piosenka, która podtrzymywała na duchu British Army stała się dla mnie raz na zawsze jakimś hymnem trupim.
A potem sobie przypomniałem, że przy Lili Marleen zawsze się jednak wzruszam i pomyślałem, że z Marleną nie dałoby się zrobić tego, co zrobił z Verą Strangelove. Co świadczy poniekąd o tym, że sztuka może krzepić serca i pozostać sztuką; nawet Kubrick nic tu nie wskóra.
Tylko że, pomyślałem dalej, największy szlagier Edith też był śpiewany dla żołnierzy, i to dla Legii Cudzoziemskiej robiącej właśnie w Algierii krwawą jatkę. Dedykowała im, mój Boże!, Non, je ne regrette rien. Ale to jest piosenka, którą może użyć każdy do wszystkiego.