"Barania natura chrześcijanina". Wydawało mi się zawsze, że to slogan zgrabny, lecz na wyrost; metafora taka. Nawet kiedy mówi się o władzy pastoralnej, to przecież mowa nie o tym, że chrześcijanie tak beee, beee, beczą, że ich kapłan szturcha pastorałem, i że z wełenki strzyże, tzn. to wszystko też - ale nie dosłownie. Aż tu nagle...
Obejrzałem to i pomyślałem, że chociaż ten marsz ateistów/agnostyków musiał być smutny i skromny, to przynajmniej dorośli ludzie w nim idą i że im o coś konkretnego chodzi: nie o Bozię przecież, Bozia wszak dla ateisty (surprise, surprise!) nie istnieje. Chodzi więc o to, że: arogancki kler, religia w szkołach, że komisja majątkowa itd., stąd całe to wkurwienie i to jest, jak się zdaje, oczywiste. W odpowiedzi na co klechy spędziły (ponoć aż) dwie setki oazowych smarkaczy-krzykaczy, którzy coś tam śpiewali, brzdąkali, o Jezusku wrzeszczeli, zagłuszając wrogów ludu (Bożego). I było to takie piękne, takie świetne, takie, tchu mi brak, charakterystyczne: jakby ci duszpasterze specjalnie chcieli zilustrować jak ciężko być w Polsce ateuszem i o co w tym marszu chodzi. A chodzi przecież o to, że z katolicką czernią nie da się dyskutować, bo tylko zakrzyczą, zatupią, i jednym głosem zabeczą jak ta dzieciarnia-owczarnia; bo myślą, że jak sie odpowiednio głośno krzyknie "Jezus" to w końcu ateusz też uwierzy, bo on po prostu nie dosłyszy - dlatego się zgubił.
Nie wiem, jak na tą oazową tłuszczę zapatrują się katolicy spoza czerni, ale na ich miejscu mnie owa znana śpiewka o "pieknej młodzieży" i "przyszłości narodu" napawałaby co najmniej niepokojem.
Prawica ma swoją trumnę na Wawelu, my natomiast... Nie ma żadnych "nas". Albo, jeżeli wolicie, zalicza się do nas każdego, kogo tą prezydencką trumną można zdzielić przez łeb. I - "na kolana! Zwłoki szanuj!"
Ale też, z drugiej strony, żadne nasze uszanowanie nigdy nie będzie "tym", o które właśnie chodzi. Bo jak to tak, teraz szanuje, a wcześniej, kiedy to samo martwe ciało chodziło między żywymi pluł na nie i bezcześcił zwłoki. Krótko mówiąc, podwójne wiązanie: szanuj, nie szanuj, zawsze źle.
Prezydent Lech Kaczyński stał się trupem. Nie w tym rzecz, że zginął 10 kwietnia 2010; rzecz w tym, że stał się dziś trupem odwiecznym, z dawna zapowiedzianym. Całe jego życie i dzieło czyta się jako alegorię, w ramach której niegdysiejsze "opluwanie" było znakiem przyszłego męczeństwa, podobnie jak zbrodnia katyńska była zapowiadzią katostrofy Tupolewa. Akt pierwszy i akt końcowy zyskują pełny sens wyłącznie "w załączeniu". I nie ma przy tym znaczenia to, że między obydwoma zdarzeniami nie zachodzi związek przyczynowy; interpretacja alegoryczna nie odnosi się bowiem do rzeczy ludzkich i do porządku fizycznego.
Mówiąc językiem "Lodu" Dukaja, powiedzielibyśmy zatem, że "zamarzło". Lech Kaczyński stał się trupem bohatera - i stało sie też jakoś tak, że w naszej pamięci zbiorowej jest on tym trupem od zawsze. Od dziecka był przeznaczony do śmierci w Tu-154. Co prawda, inaczej niż Chrystus, nie wiedział co mu pisane: żył, mieszkał, pracował, spał, jadał obiady. Ale to nieistotne: on nie wiedział, "my" (tj. prawica) wiemy. A kto nie wie, albo naszej wiedzy nie uznaje, ten się własnie nie zalicza do "nas". Wyrodkiem jest również każdy, kto nie przeczuł, że Bóg dał nam bohatera: miał oczy, ale nie widział tego w TV, miał uszy, ale nie słyszał w wystąpieniach.
Podsumujmy. Dla prawicy prezydent IV RP Lech Kaczyński, który zginął wskutek złej pogody, stał się mesjaszem którego wyczekiwała. Na zawsze, od zawsze, amen.
Każdy próbuje coś pisać o żałobie, o katastrofie, jeżeli nie o prezydencie. Każdy też stara się pisać mądrze, nawet jeżeli pisze głupio. Za rok będzie można z tego zrobić antologię, za parę lat szkolne wypisy. Co do mnie, wydaje mi się ciekawe to, co ludzie robią próbując nadać znaczenie kraksie bez znaczenia. Kraksa jest kraksą, śmierć śmiercią i nie ma tu większej głębi. O czym wiemy, ale trudno się powstrzymać. Bo właśnie ten brak czegoś robi ssanie i powszechne wirowanie wokół pustki. Z którego to wirowania coś w końcu pewnie wyniknie, ale też nic dobrego - jakaś kolejna maskarada.
Jest to już takie zdarzenie, w którym każdy znajduje to, co chce. Jedni więc widzą spektakl, inni spisek, inni manipulację. W tej pisaninie i gadaninie widać tyle, że nie da się napisać nic o Niczym i nic o Niczym powiedzieć, choć zwykle się tego nie widzi. Szczególnie trudno mi słuchać hierarchów z ich frazesami fraglesów. Zastanawiam się, kiedy personel kapłański podmieniono na przybyszów z matplanety. Albo, innymi słowy, od jak dawna katoliccy hierarchowie nie są ludźmi tylko nośnikami pustej mowy.
(Jacek Dukaj, "Wroniec", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)
Pierwsze słowo pisane, które byłem w stanie odczytać brzmiało: "Solidarność". Nie potrafiłem jeszcze składać liter i nie znałem alfabetu, ale umiałem rozpoznawać logo związku dzięki czcionce, no i fajnej chorągiewce. Podobno kiedyś, w tramwaju, zauważyłem przyklejone na szybie związkowe obwieszczenie i wydarłem się wesoło: "o, o, tu pisze Solidarność!" I wtedy, ponoć, pasażerowie zaczęli studiować to, co obwieszczono.
W parę miesięcy później jechałem tramwajem z matką, była już zima, a ja dostałem napadu euforii dojrzawszy za oknem zomowców. "Mamo, mamo, pingwiny!" - cieszyłem się i nie dawałem się uciszyć. Tym razem, jeżeli wierzyć matce, pasażerowie zareagowali inaczej, odsuwając się i robiąc wokół przestrzeń.
Innym razem, patrząc na łażące po grudniowym śniegu ptaki spytałem: "Babciu, czy to są wrony-skony?" I tak dalej, podobnych historii musiało być więcej. Ja jednak nic z tego nie pamiętam, wszystko opowiedziano mi po latach.
Kiedy wprowadzono stan wojenny, miałem akurat rok i jedenaście miesięcy. Mam z tego okresu kilka wspomnień dziwnych, moich-nie moich, takich jak te, które spisałem powyżej. I dlatego, ze względu na podobne obce ciała, podoba mi się "Wroniec". W książce Dukaja świat widziany jest przez podobny zestaw filtrów: moje wrony-skony i pingwiny nie są równie ładne jak złomoty, bubeki i milipanci, ale jednak są pokrewne rodzajowo.
Paradoks pisania o dzieciństwie polega na tym, że dzieciństwo opisane zawsze jest tworem rekonstruowanym. Stan wojenny jest u Dukaja takim właśnie konstruktem. Jest zbudowany z klisz, jak hotel "Paryż" w Las Vegas. Polak z mojego pokolenia, nie mówiąc już o ludziach młodszych, nie zdoła nigdy rozstrzygnąć, co jest prawdziwe, co skłamane, zupełnie tak samo jak ktoś, kto nigdy nie był w Paryżu ale odwiedzi Vegas. Tego rodzaju turysta oczywiście podejrzewa szwindel, a gdyby brał kopię za oryginał dałby dowód niesłychanej naiwności. Ze stanem wojennym podobnie. Mamy mnóstwo wspomnień swoich-nieswoich: pamiętamy, że "nie było teleranka" a radio nadawało w na przemian te same dwie piosenki. Wiemy wszyscy o zomowcach, koksownikach, czołgach. I tak dalej - gdzie prawdziwy Paryż?
Ale Dukaj nie próbuje nic "odkłamać", bierze cały jaruzelski sztafaż i buduje z niego jeszcze jedną rekonstrukcję. Stan wojenny staje się podobny do kopii jaskini Łokietka opisanej przez Trembeckiego w "Sofiówce":
"Nie wszystkim w tę jaskinię uczęszczać się godzi młodszy świat w niej się bawi , Patagon nie wchodzi."
Oto w preromantycznym ogrodzie rekonstrukcja historycznej groty, do której "Patagon", czyli dorosły, nie ma wstępu, z uwagi na zbyt niskie stropy. W powieści Dukaja podobnie: żeby zwiedzić naszą historyczną rupieciarnię trzeba przyjąć punkt widzenia dziecka. Czytelnik musi się wprowadzić w stan regresji, w przeciwnym razie w świecie opisanym zobaczy tylko sentymentalny ersatz.
Z tego się bierze, jak sądzę, opinia o "Wrońcu" jako o książce "dla nikogo": za trudnej dla najmłodszych, dla dorosłych zbyt miałkiej. Pod względem marketingowym "bajeczka" jest strzałem w stopę i gdyby nie piękna oprawa graficzna powieść prawdopodobnie sprzedałaby się słabo. Dukaja czyta się dla "pomysłów", a dzięki Barthesowi wiemy, że "pomysł" (podobnie jak styl) to pewien fetysz mieszczański. Dla przedstawicieli klasy średniej "trudna" lektura oznacza dobrze wydane pieniądze: bo i autor się napracował, i czytelnik musi się natrudzić. Pisanie i czytanie "dzieła" jest pracą wymagającą dużych kwalifikacji, w której kapitał kulturowy czytelnika znajduje swoje potwierdzenie. Ambitna powieść zapewnia więc samospełnienie, a to - dla klasy średniej - wartość.
Na tym można by skończyć: "Wroniec" jest dla nikogo. Przypuśćmy jednak, że moim siostrom i braciom w etosie "bajeczka" mimo wszystko się podoba. Znajdzie się dla nich usprawiedliwienie: we "Wrońcu" są i "pomysły". Przede wszystkim "bajkowość" świata jest przez Dukaja budowana w myśl zasady sformułowanej przez Stanisława Lema: "baśń to gra o sumie zerowej". Kiedy więc Adaś wpada w tarapaty, od razu następuje kontrakcja i świat wraca do równowagi. "Wszystkie transformacje, jakie wewnątrz bajki zachodzą, są podległe sterowaniu aksjologią. Ponieważ to, co dobre i piękne zawsze zwycięża w niej to, co złe i brzydkie, chodzi o taką ontologię, w której najwyższą instancją kauzalizmu są wartości: fizyka takiego świata jest jak biologia naszego ciała, co każdą zadaną ranę w końcu zagoi."[1]
Inspiracja lemowska jest zresztą w pewnych partiach "Wrońca" ewidentna. Scena, w której złowrogi złomot pałuje się na śmierć stanowi na przykład pastisz "Bajek robotów". Ale w powieści pojawia się też drugi plan, który sprawia, że "Wroniec" wbrew pozorom nie jest bajką i nawet bajki nie udaje. Adaś nie jest po prostu "głupim Jasiem" czy innym Szewczykiem Dratewką: jego główny talent polega na opowiadaniu bajek sobie i innym. Moc obracania złego w dobre i brzydkiego w piękne, która u Lema jest zasadą ontologiczną baśni we "Wrońcu" nie jest cechą świata, tylko dziecka, które ów świat przetwarza. Dlatego Adaś jest dla Wrońca niebezpieczny: moc baśniowa może obrócić stan wojenny wniwecz.
Z drugiej strony jednak, jeśli przyjrzymy się uważnie temu, co się w powieści wydarza, widzimy, że moc Adasia tak naprawdę do niczego mu się nie przydaje. Rzeczywistość jest straszna: ojciec bohatera zostaje internowany, matka leży w szpitalu, babcia umiera, wujek jest ubekiem, pan Beton traci oko i tak dalej: Adaś nie jest w stanie na to wszystko nic poradzić. W świecie bajki każda rana się zagoi; w świecie rzeczywistym trauma pozostaje.
We "Wrońcu" Dukaj czerpie w równych częściach z Lema i z Brunona Bettelheima - opowiadanie bajki nie zmienia świata, ale pomaga z nim sobie poradzić. Stan wojenny, nasza trauma zbiorowa, nie stanowi tu wyjątku od reguły: budujemy więc sobie ersatz i bajamy o złej Wronie i o polskich bohaterach.
[1] Stanisław Lem, "Fantastyka i futurologia", Kraków 1973, tom I, s. 89.
Gdy świat był młody, więcej miał znaczenia, dzisiaj zostały z niego rybie ości Mieszkamy w pustym brzuchu wieloryba a z nami smutek w jego wnętrzu gości.
Nic nie wydarza się, nic się nie zmienia, żałość i zgaga męczą bez litości Miastomastodont nie odpuści. Chyba że nas wydali kiedyś do wieczności.
Kiedy mam dużo nudnej roboty nawet internetowe newsy stają się atrakcją. Dzisiaj akurat, w trakcie dryfu po portalach dowiedziałem się, że:
1. Vera Lynn (rocznik 1917) żyje i ma się dobrze. 2. Wydali jej właśnie składankę, która wskoczyła od razu na pierwsze miejce top twenty.
Nuda, nuda, nuda. Ale przy okazji wszędzie wklejają jej wielki szlagier - najsławniejszy song drugiej wojny światowej. I przypomniałem sobie, dlaczego kiedy to słyszę po plecach idą mi ciarki. Chodzi o zakończenie Doktora Strangelove.
Oto co zrobił Kubrick: piosenka, która podtrzymywała na duchu British Army stała się dla mnie raz na zawsze jakimś hymnem trupim.
A potem sobie przypomniałem, że przy Lili Marleen zawsze się jednak wzruszam i pomyślałem, że z Marleną nie dałoby się zrobić tego, co zrobił z Verą Strangelove. Co świadczy poniekąd o tym, że sztuka może krzepić serca i pozostać sztuką; nawet Kubrick nic tu nie wskóra.
Tylko że, pomyślałem dalej, największy szlagier Edith też był śpiewany dla żołnierzy, i to dla Legii Cudzoziemskiej robiącej właśnie w Algierii krwawą jatkę. Dedykowała im, mój Boże!, Non, je ne regrette rien. Ale to jest piosenka, którą może użyć każdy do wszystkiego.