Coś dla fanów Bartosza Żurawieckiego

Subscribe to RSS feed

Nie wierzę w miłość!

, , , ...

03 lutego 2012 r. godz. 16:50


Teoretycznie powinno być świetnie. Młoda polska reżyserka, Barbara Białowąs doszła do słusznego wniosku, że nasze kino jest erotycznie i obyczajowo zakłamane, toteż postanowiła nakręcić - jak przeczytałem w materiałach prasowych - „antyromantyczną historię miłosną” inspirowaną zdjęciami Nan Goldin. Nic, tylko przyklasnąć. Sam od stuleci usiłuję obnażyć hipokryzję polskiej kinematografii, a twórczość Goldin wielbię bezkrytycznie. Tak więc, „Big Love” – debiutanckie dzieło Barbary Białowąs – winno mnie zachwycać. Ale nie zachwyca. A nawet trochę żenuje. Dlaczego?

Pewnie zacząć by należy od angielskiego tytułu – jakby film nie mógł się nazywać po prostu „Wielka miłość”. Dawno, dawno temu miałem w liceum kolegę, który także twierdził, że „cheese” brzmi znacznie lepiej niż prostacki polski „ser”. Przyjmijmy jednak, że ów tytuł to rodzaj ironii. Główną bohaterkę, Emilię (na którą, nota bene, wołają wszyscy Emi) poznajemy bowiem jako egzaltowaną, zbuntowaną i znudzoną nastolatkę. Spotyka starszego od siebie Maćka i bum! mamy seks od pierwszego wejrzenia. Bohaterowie – oprócz tego, że dużo się kochają czy też, mówmy wprost, pieprzą – robią mnóstwo innych „szalonych” rzeczy, tj. piją tanie wino na blokowisko oraz rozwalają osiedlowe skrzynki pocztowe. Jednym słowem, przepełnia ich „dzikość serca”. Ale lata płyną, rzeczywistość skrzeczy, uczucia się komplikują. Emi zaczyna robić karierę jako wokalistka wylansowanego zespołu, oddala się od Maćka itd. itp.

Od szczenięcych uniesień do trudnej dojrzałości. Takich historii było już mnóstwo, ale – dlaczego nie? – można opowiedzieć kolejną. Rzecz jednak w tym, że prostota Białowąs nie wystarcza, ona koniecznie chce przerobić swoją „love story” na płomienny, zmysłowy (i, tak na marginesie, iście młodopolski, a nie postmodernistyczny z ducha) dramat fatalnego zauroczenia, zgubnej namiętności, erotycznej pasji prowadzącej do śmierci itd. itp. Stąd też, prowadzony równolegle z miłosnym, wątek śledztwa w sprawie zabójstwa, za które skazany został Maciek.

Niestety, cała ta „Big Love” od początku do końca przypomina pamiętniczek właśnie egzaltowanej nastolatki. Jak sobie Emi-hipsterka wyobraża fucking wielką miłość. Upozowane to, nieprawdziwe, infantylne. Nadto, chwilami nieporadne w inscenizacji i grafomańskie w dialogach. Białowąs bezładnie miesza plany czasowe, stosuje szkolne chwyty montażowe (kamera zatrzymuje się w miejscu, kolor blaknie i już wiadomo, że przenosimy się parę lat do przodu) i teledyskowe efekty (te biegnące w pośpiechu chmury za oknem, banał nad banałami!). Nie potrafi za to precyzyjnie nakreślić tła społecznego. Kim jest np. Maciek? Prostakiem z nizin, wypełnionym testosteronem lujem, który nie umie jeść pałeczkami? Dlaczego w takim razie pracuje w supernowoczesnym laboratorium i ma mieszkanie, które nie powstydziłby się niejeden intelektualista? Aktorzy generalnie się mizdrzą – krzyczą, wrzeszczą, dokazują (bo na tym, jak wiadomo, polega „big love”), wpadają w nadekspresję i cierpią znacząco. A tzw. śmiałe sceny seksu przypominają polsatowskie soft porno. Albo polski film z lat. 80 – „Łuk Erosa”.

Mogłoby to nawet wszystko zagrać, gdyby stylizacja została doprowadza konsekwentnie do końca, do ekstremum. Gdyby był to film prowadzący perwersyjną grę z formą – jak np., przywołana wyżej, „Dzikość serca” Lyncha. Ale nie jest. Mamy więc tylko tandetną i nieprzekonującą opowiastkę o miłości silniejszej od śmierci. Równie głęboką jak te hipsterskie piosneczki, które wyśpiewuje Emi. I w dodatku nader konserwatywną - wbrew pseudoodwadze obyczajowej – w wymowie. Seks znowu jest tu siłą złowieszczą, prowadzącą do zbrodni, a bohaterka stanowi entą, bladą kopię femme fatale.

Siła zdjęć Nan Goldin, do których próbowała nawiązać Białowąś, bierze się z tego, że są one zapisem doświadczenia. Tego, co przeżyte, co „zapisane na ciele”, odciśnięte – nierzadko boleśnie – na własnej skórze. Nie przypadkiem, jedne z najsłynniejszych fotografii Godlin przedstawiają ją samą pobitą przez kochanka. Tymczasem film „Big Love” z pewnością nie da się skomplementować słowem „autentyczny”. Popieram działania reżyserki zmierzające do wyrwania polskiego kina z okowów pruderii, ale niech to wyrywanie nie odbywa się za pomocą bajeczek na poziomie „Bravo Girl”.

Bartosz Żurawiecki
Tekst na stronie Wirtualnej Polski

Radio TOK FM (29.01.2012)

, , , ...

Lepiej późno niż wcale

W niedzielę 29 stycznia 2012 r. Mariusz Kurc i Krzysztof Tomasik rozmawiali z Bartoszem Żurawieckim o filmie „Zupełnie inny weekend'” i kinie LGBT.

Czy ma pani globusa?

, , ,

16 stycznia 2012 r. godz. 15:37


W znienawidzonej przez kolejne pokolenia uczniów lekturze „Nad Niemnem” pióra Elizy Orzeszkowej jedna z bohaterka co rusz oznajmia, że „ma globusa”, więc idzie się położyć. Globus, czyli migrena, czyli stary, dobry ból głowy. Tak jakoś zawsze przypomina mi się ten fragment powieści w okolicach Nowego Roku, gdy w Ameryce przyznają Golden Globes. Zapytałbym Meryl Streep, która triumfowała także w tym roku: „Czy ma pani globusa?”. O tej porze, po męczącej uroczystości i suto zakrapianym bankiecie może mieć, a juści!

Globusa mają też zapewne ci widzowie w naszej części świata, którzy zarwali noc, by to rozdawnictwo statuetek oglądać, a rano musieli biec do pracy. Nikt im tego poświęcenia żadną nagrodą czy premią nie wynagrodzi, niestety. Ja nie zarwałem, bo obraz ze streamingu rwał się nieustannie – podglądanie, jak bogaci i sławni jedzą kawior, okazało się jednak nazbyt stresujące, toteż rozsądnie postanowiłem oddać się własnym marzeniom sennym.

Nie widziałem też jeszcze kilku z nagrodzonych tegorocznymi Złotymi Globami filmów, toteż trudno mi powiedzieć, czy zgadzam się z wyborami „amerykańskiej prasy zagranicznej”, czy też się nie zgadzam. Miło mi tylko, że globusa ma Christopher Plummer za rolę comingoutowego siedemdziesięciopięciolatka w „Debiutantach”, bo lubię ten film. Wiekowi panowie odkrywający uroki życia gejowskiego to zaiste rzadkość w kinie, toteż nic dziwnego, że aktor wywołał tą rolą ekscytację różnych szanownych gremiów.

Pewną satysfakcją napełnia mnie także Złoty Glob dla Octavii Spencer za „Służące”, albowiem od momentu, gdy ten film obejrzałem parę miesięcy temu, byłem pewien, że artystka zgarnie różne nagrody. Bo Hollywood uwielbia takie role – prostych czarnych kobiet, jowialnych, wygadanych, słusznych rozmiarów… I to uwielbia nie od dzisiaj, by przypomnieć Mammy w nagrodzonej Oscarem interpretacji Hattie McDaniel w „Przeminęło z wiatrem”. Żadnym zaskoczeniem nie była również statuetka dla irańskiego „Rozstania” Asghara Farhadiego. Ciekaw teraz jestem, czy film dostanie także Oscara (żeby się tylko akademikom nie pomyliły te kobiety w chustach!) i jak ewentualny Oscar wpłynie na napięte relacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi.

Pojąć natomiast nie mogę Globa dla Woody Allena za scenariusz „O północy w Paryżu” (nominacji za reżyserię tym bardziej nie) , bo to, moim zdaniem, jeden z jego słabszych, od niechcenia zrobionych filmów. Sam Allen zresztą, tradycyjnie i mądrze, na imprezie się nie pojawił.

Początek każdego roku generalnie sprzyja powstawaniu globusa. Nie tylko ze względu na kiepską pogodę - niskie ciśnienie, zimne wiatry i zachmurzone niebo – ale też z powodu nadmiaru rozmaitych nagród za rok poprzedni, przyznawanych doprawdy wszędzie. Oj, od tego nadmiaru akurat głowa boli, jakże boli! Mnie chyba jednak bardziej boli serce, gdy widzę konformizm i stadność tych nagród. Wszystkie one obracają się w kręgu kilku, kilkunastu tych samych tytułów. Są niczym wirus, który przenosi się z San Diego do Baltimore, z Baltimore do San Francisco, stamtąd do Los Angeles, Montrealu, Londynu, a także do Warszawy. W każdym z tych miast podlega jedynie niewielkim, lokalnym modyfikacjom. Rzadko które jury wykazuje się niekonwencjonalnym gustem i odwagą, by niespodziewanie nagrodzić…, ja wiem, jakieś eksperymentalne dzieło z Argentyny czy Filipin.

Heroizmowi krytycznemu nie sprzyja zapewne globus globalny. Fakt, że jesteśmy dzisiaj wszyscy połączeni siecią internetową. Błyskawicznie przenikają wieści o werdyktach, więc sędziowie z jednego miasta, kraju podglądają, co tam wyróżnili ich koledzy z miasta, kraju innego, a następnie ferują swoje wyroki według identycznej sztancy, by nie wybijać się ponad szereg, nie narażać na protesty i wrogie komentarze kinomanów. Bezpieczniej nagrodzić po raz setny Meryl Streep niż wypromować nieznaną, a znakomita aktorkę z dalekiego kraju.

I tak oto, krytycy – miast być awangardą ludzkości - stają się klakierami, powielającymi jeden za drugim, jeden od drugiego (jedna od drugiej także, nie widzę powodu, by wykluczać kobiety z tego serwilizmu) obiegowe opinie, oceny i zachwyty. Dziś prawdziwych krytyków już nie ma! I jak tu nie dostać globusa?

Bartosz Żurawiecki
Tekst na stronie Wirtualnej Polski

Służące mają głos!

, , , ...

2 listopada 2011 r. godz. 09:25


Ciekaw jestem, czy film „Służące” stanie się u nas przebojem, tak jak stał się za Oceanem. Nie będzie to proste, gdyż tematyka rasowa nigdy nie cieszyła się u nas wzięciem. Z powodów wiadomych – jesteśmy jednolitym, zamkniętym, monokulturowym krajem. No, coś się w tej kwestii zaczyna zmieniać, ale wciąż dość opornie. Gdy niedawno gościłem u siebie znajomego z Barcelony, był zdumiony faktem, że wszyscy ludzie na ulicy są biali. W zachodniej Europie to już niemożliwe.

Nie jest też prosto sprzedać nad Wisłą problemy klasowe. Za komuny był to temat dyżurny. Ucisk chłopów pańszczyźnianych, tyrania obszarników, prześladowania czarnej ludności w USA także. Oficjalna propaganda wyssała z tych kwestii prawdę, sprowadziła je do poziomu tępych, bezmyślnie powtarzanych haseł. Nic dziwnego, że na długi czas odstraszyła polską publiczność od wszystkiego, co ma związek z szeroko pojętą niesprawiedliwością na świecie. Niezbyt chodliwe są u nas dzieła pokazujące, jak ludzie walczą o swoje prawa. Również zresztą w tzw. realu uwielbiamy pyskować, ale nie lubimy protestować, manifestować, domagać się. Przykładem dość mizerny odzew, z jakim spotkał się w Polsce Ruch Oburzonych. Może dlatego, że dość się już nawalczyliśmy w swojej historii? Teraz chcielibyśmy się wreszcie dorobić, nawet za cenę upokorzeń i nieprawości.

Choć i u nas coś jakby się ruszyło, świadomość jakby powoli zaczyna rosnąć (czego dowodem np. sukces wyborczy Ruchu Poparcia Palikota), tak więc „Służące” mogą, mimo wszystko, stać się dobrą lekcją. Zwłaszcza, że to film, który w realiach amerykańskiego Południa lat 60. XX wieku opowiada nam w gruncie rzeczy hollywoodzką bajkę. Jest w niej Zła Czarownica (wyniosła, arogancka rasistka Hilly Holbrook, grana przez Bryce Dallas Howard) – nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, jak powiem, że zostanie przykładnie ukarana. Jest też i Dobra Wróżka. Tą okazuje się Celia Foote (w tej roli coraz popularniejsza Jessica Chastain), która z początku robi wrażenie „głupiej blondynki”. Potem jednak wychodzi na jaw, że ma najwięcej serca i rozumu ze wszystkich pańć w okolicy.

Film Tate’a Taylora zgrabnie balansuje między realizmem a nostalgią. Z jednej strony dzieją się tutaj straszne rzeczy – biali właściciele traktują swoich czarnych służących jak podludzi, z drugiej – klimat lat 60. ewokowany przez kostiumy, scenografię i muzykę wywołuje tęsknotę za czasem, który przeminął. Tęsknotę tym silniejszą, że była to epoka pionierska, gdy walka o prawa czarnej ludności i innych uciskanych dopiero się rozpoczynała. Nie da się wrócić do tamtego entuzjazmu i tamtych nadziei, ale można je wskrzesić na ekranie.

Najważniejsza nauka, jaką należy wyciągnąć ze „Służących”, dotyczy kwestii tzw. widzialności. Czarni na południu Stanów stanowili w latach 60. kastą „niewidzialnych”. Nie mieli prawa głosu. Nie mieli prawa się zbuntować. Musieli posłusznie wykonywać to, co nakazywali im Biali (choć niby tyle już dekad minęło od momentu zniesienia niewolnictwa). Przede wszystkim jednak milczeli. Bali się mówić o swych cierpieniach, o przemocy, której doświadczyli. Dopiero upór pewnej młodej dziewczyny (Emma Stone), która marzyła o karierze pisarskiej i postanowiła spisać dzieje owych „niewidocznych” oraz odwaga czarnych służących (w ich rolach Viola Davis oraz Octavia Spencer), które - wbrew lękowi i grożącym im konsekwencjom – zdecydowały się opowiedzieć Eugenii swoje życie, poruszyły lawinę. Ta wreszcie zmiotła stary porządek i doprowadziła do tego, że kilkadziesiąt lat później czarnoskóry obywatel został wybrany na prezydenta USA.

Nie wolno milczeć - to przesłanie płynące ze „Służących” wydaje mi się szczególnie cenne w Polsce, gdzie wciąż różne „autorytety” każą nam trzymać gębę na kłódkę, nie wychylać się, zachować dyskrecję, nie epatować i grzecznie się podporządkować, rzekomo dla własnego dobra. Ale bez „wyjścia z szafy”, bez przełamania strachu, bez opowiedzenia głośno swojej historii nic się nie zmieni. Owszem, dzisiaj siła i prestiż słowa pisanego są znacznie mniejsze niż były w latach 60. Dzisiaj trzeba iść ze swym życiem prosto do telewizji, choć i ta nie ma już ambicji przeobrażania świata, poluje jedynie na sensację. Internet z kolei to wielki śmietnik, potrafi jednak – jak pokazał przykład krajów arabskich – podsycić rewolucyjnego ducha.

Nawet, jeśli obecnie znacznie trudniej przebić się ze swym głosem niż w pięknych, żarliwych latach 60., to przecież nie znaczy, że nie ma o czym mówić.

Bartosz Żurawiecki
Tekst na stronie Wirtualnej Polski

„Nieobecny” (Ausente. 2011)

, , , ...

Empikultura
19 grudnia 2011
Bartosz Żurawiecki poleca

Co się dzieje, jeśli to niepełnoletni uczeń próbuje uwieść swojego nauczyciela?

Zaskakujący, nagrodzony na festiwalu w Berlinie film Argentyńczyka, Marco Bergera, odwraca typowy schemat molestowania seksualnego. Jest więc nawet przez niektórych nazywany gejowską wersją „Lolity”.

Pewnego dnia nauczyciel wychowania fizycznego, Sebastian (Carlos Echevarria) musi się zaopiekować, po lekcji pływania, swoim uczniem, Martinem (Javier De Pietro). Chłopak twierdzi bowiem, że nie ma kluczy do domu i nie może się z nikim z rodziny skontaktować. Sebastian zabiera go do siebie na noc. Rzecz jednak w tym, że małolat zaczyna prowokować seksualnie swego gospodarza. A może tak się tylko nauczycielowi zdaje?

Młode kino argentyńskie, o którym od paru lat głośno w świecie, charakteryzuje się minimalizmem środków wyrazu. „Nieobecny” to potwierdza. Dialogi są skąpe, praca kamery oszczędna. Wiele dzieje się tu podskórnie, pozostaje w sferze niedopowiedzeń, domysłów, fantazji. Niespodziewanie jednak reżyser podkręca atmosferę używając parokrotnie muzyki rodem z thrillerów. Buduje w ten sposób napięcie wokół pytania, czy bohaterowie pójdą ze sobą do łóżka.

„Nieobecny” z jednej strony dotyka drażliwych kwestii relacji erotycznych między nauczycielem a uczniem, między młodym a starszym, między przełożonym a podwładnym. Z drugiej – prowokuje rozmaite interpretacje, natury chociażby psychoanalitycznej. Czyż chłopak nie jest w gruncie rzeczy odbiciem nauczyciela? Czy nie uosabia tego wszystkiego, czego Sebastian się boi, co próbuje z siebie wyprzeć – niechciane pragnienia i pożądania, homoseksualną naturę?

Sporo pytań, sporo powodów do dyskusji. „Nieobecny” to jeden z najciekawszych filmów tego roku.

Tekst na stronie EMPIK-u
February 2012
S M T W T F S
January 2012March 2012
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29