Skip navigation.

Coś dla fanów Bartosza Żurawieckiego

Już nie samotni mężczyźni.

,

PRZEKRÓJ
Nr 28 (3394)

13 lipca 2010 r.

Mainstreamowe kino przestało bać się gejów. Co nie znaczy, że zrobiło się całkiem tęczowo

Prezydencka kampania pokazała, że nasi politycy wciąż lekceważą mniejszości seksualne. Istnieje jednak w Polsce dziedzina, w której niewiele brakuje do równouprawnienia – kultura. Po literaturze, teatrze i sztukach plastycznych przyszedł czas na kino. Na razie, niestety, tylko to sprowadzane do Polski z obcych krajów. W lipcu do kin trafi pięć filmów podejmujących tematykę homoseksualną. Dodajmy do tego jeszcze edycję „tęczowych” produkcji na DVD, kilka przeglądów w całej Polsce (choćby „Celuloidowa Ars Homo Erotica” w stołecznym Iluzjonie) oraz specjalny cykl filmowy w kanale telewizyjnym Ale Kino! – „Kino mówi: gender”.

Ukryte pragnienia.

To nagłe zainteresowanie gejami i lesbijkami wynika oczywiście z tego, że w Warszawie trwa festiwal EuroPride, który ma się zakończyć 17 lipca międzynarodową paradą. Szum wokół tego wydarzenia nasunął dystrybutorom myśl, że i na mniejszościach seksualnych można zarobić. Nie jest to z pewnością odkrycie epokowe, gdyż w krajach zachodnich od dawna istnieje osobny rynek queerowych (czyli nieheteronormatywnych) wydawnictw. Są to zresztą produkcje o bardzo różnym charakterze – od dzieł eksperymentalnych po komedie romantyczne – i różnej jakości. Wiele z nich nie wychodzi co prawda poza obieg branżowych festiwali i dystrybucji DVD, jednak bez wątpienia mają one stałych odbiorców.

W Polsce tematyka homoseksualna wciąż sprzedaje się z oporami. Homofobia w narodzie nie odpuszcza, więc lesbijki i geje, w większości kryjący się ze swoją orientacją, wolą ściągnąć coś z netu w domu po kryjomu, niż pójść do kina na wiadomy film i tym samym niejako się ujawnić.

Lepiej powinno być z propozycjami DVD, jednak wydane jakiś czas temu przez Mayfly „Kochałam Annabelle”, które miało zapoczątkować „Tęczową kolekcję”, nie poszło najlepiej. Dopiero teraz firma ostrożnie wróciła do pomysłu i wypuściła dwa filmy: tajwański lesbijski „Deszcz słodyczy” oraz gejowskie francuskie „Prawie nic” (premiery 9 lipca). Jeśli chwycą, to do końca roku ukażą się kolejne dwa tytuły. Z drugiej strony tłumy szturmujące warszawską Kinotekę, w której od kilku miesięcy organizowane są Czwartki LGBT (skrót od lesbijek, gejów, biseksualistów i „transów”), świadczą o tym, że – przynajmniej w stolicy – jest popyt na tego typu produkcje.

Gdy w maju do naszych kin weszły dwa stricte gejowskie filmy – „Samotny mężczyzna” Toma Forda oraz „I Love You Phillip Morris” Glenna Ficarry i Johna Requy – ich polscy dystrybutorzy (odpowiednio Gutek Film i Monolith) mocno się nagimnastykowali, by w materiałach promocyjnych zataić homoseksualne treści. W ulotce do „Samotnego mężczyzny” czytamy: „Jeden dzień z życia profesora, który nie może pogodzić się z tym, że właśnie stracił swoją wielką miłość. Tego dnia pozornie nieistotne spotkanie i czas spędzony z dawną ukochaną otworzą przed nim niespodziewanie szanse na nowe uczucie...”. Ha! Ha! Ha! Jak widać, udało się nie tylko ukryć prawdziwą orientację George’a Falconera, ale jeszcze zasugerować, że jest on hetero. Monolith natomiast w streszczeniu „I Love You...” pokombinował tak: „Steven trafia do więzienia. Tam poznaje swoje zupełne przeciwieństwo – wrażliwego i spokojnego Phillipa Morrisa. Co w obliczu tego spotkania zrobi Steven?”. Ktoś „zapomniał” dodać, że owo „spotkanie” to tak naprawdę „miłość od pierwszego wejrzenia”.

Na Zachodzie, by dotrzeć z pozycją homo do szerszej publiczności, nie trzeba już stosować aż takich kamuflaży. Oczywiście to nie znaczy, że jest zupełnie tęczowo. Podobną strategię promocyjną akcentującą uniwersalny (czytaj: heteroseksualny) wymiar filmu Forda wykorzystano także w innych krajach europejskich. Wystarczy obejrzeć zwiastun „Samotnego mężczyzny”, w którym na próżno szukać męskich czułości, czy przypatrzeć się plakatowi prezentującemu w zbliżeniach twarze Colina Firtha i Julianne Moore. Z kolei „I Love You...” napotkało spore problemy w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie nie mogli pogodzić się z myślą, że ulubieniec mas Jim Carrey zagrał geja, a w dodatku wziął udział w kilku homoseksualnych scenach miłosnych. Film do dzisiaj nie wszedł na ekrany w USA, jego premierę znów przesunięto – tym razem na październik.

Hollywood wyrosło w homofobii.

W tych samych Stanach wielkim przebojem na przełomie roku 2005 i 2006 był melodramat Anga Lee „Tajemnica Brokeback Mountain”, który przy budżecie 14 milionów dolarów zarobił za oceanem ponad 80 milionów. Dostał też trzy Oscary, choć tę najważniejszą statuetkę – dla najlepszego filmu – przegrał na korzyść mniej kontrowersyjnego dla członków Akademii „Miasta gniewu”. Sukces „Brokeback Mountain” otworzył tematyce gejowskiej drzwi do mainstreamowego kina. Choć niektóre środowiska LGBT uznały film Lee za reakcyjny, gdyż stosuje on bezpieczną konwencję pokazywania homoseksualizmu jako „miłości zakazanej”, która „nie śmie wypowiedzieć swego imienia”. Miłości, dodajmy, bez happy endu, więc łatwiejszej dla przełknięcia dla rzesz widzów. W „Brokeback Mountain” jeden z kochanków ginie, poniekąd w zgodzie z zasadą starego hollywoodzkiego kina, że homoseksualista czy inny „zboczeniec” musi umrzeć lub w inny sposób zostać ukarany.

Znacznie bardziej postępowy był kolejny oscarowy laureat – „Obywatel Milk” Gusa van Santa, biografia Harveya Milka, działacza gejowskiego, który w latach 70. został radnym San Francisco. Film, którego bohater walczy z powodzeniem o obalenie projektu prawa zabraniającego gejom i lesbijkom pracy w szkołach Kalifornii, sam wpisał się w kampanię przed referendum dotyczącym zakazu małżeństw homoseksualnych. Niestety, okazał się mniej od Milka skuteczny – niesławna Proposition 8 została wprowadzona do stanowej konstytucji. Film Gusa van Santa zdobył dwie statuetki Amerykańskiej Akademii (za scenariusz Dustina Lance’a Blacka i główną rolę męską Seana Penna). Miał większy niż „Brokeback Mountain” budżet (20 milionów dolarów), lecz okazał się mniejszym niż produkcja Lee przebojem – w Stanach zarobił 31 milionów dolarów.

Kino hollywoodzkie wyrosło z homofobii, trudno jednak powiedzieć, by z entuzjazmem rzucało się na mniejszościowe tematy. Raczej czyni pojedyncze gesty w większościowych filmach, takich jak chociażby najnowsza część „Seksu w wielkim mieście”, która zaczyna się od sekwencji gejowskiego wesela. Film ten wywodzi się zresztą z serialu telewizyjnego, a akurat w serialach made in USA homoseksualnych postaci nie brakuje. Często bywają one równorzędne z pierwszoplanowymi bohaterami (na przykład „Sześć stóp pod ziemią”, „Bracia i siostry”, „Czysta krew”). Do tego gwiazdy telewizyjne dużo chętniej niż gwiazdy dużego ekranu przyznają się do swojej orientacji. Coming out mają na swoim koncie choćby Neil Patrick Harris występujący w „Jak poznałem waszą matkę”, Janet Lynch z „Glee”, T.R. Knight z „Chirurgów” czy Cynthia Nixon ze wspomnianego „Seksu w wielkim mieście”.

Świat bez kobiet

W kinie europejskim geje już od dawna nie budzą niezdrowych emocji, a twórcy eksplorujący ludzką seksualność nie od dziś cieszą się estymą. Francuzów François Ozona (między innymi „Osiem kobiet”, „Czas, który pozostał”) i Patrice’a Chéreau (właśnie wszedł na nasze ekrany jego nowy film „Zagubieni w miłości”) czy Hiszpana Pedra Almodóvara chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Ale i Ferzan Özpetek, Turek pracujący od lat we Włoszech, to reżyser z pierwszej ligi. Jego filmy – w tym znane w Polsce „On, ona i on”, „Okna” i „Saturno contro” – mają charakter pojednawczy. Próbują godzić odmieńców i outsiderów (nie tylko homoseksualistów, ale i na przykład emigrantów) z mieszczańską większością. I nie bez powodzenia, skoro w katolickiej Italii filmy Özpetka cieszą się wielką popularnością.
Najnowsza, zabawna i stylowa komedia Özpetka „Mine Vaganti. O miłości i makaronach” (polska premiera 30 lipca) portretuje rodzinę przemysłowców, w której dwaj synowie okazują się gejami.

Wygląda na to, że homoseksualizm powoli przestaje być tabu także w restrykcyjnych kulturach azjatyckich. W lipcowym cyklu Ale Kino! „Kino mówi: gender” znalazły się między innym świetne „Noce wiosennego upojenia” (nagroda za scenariusz na festiwalu w Cannes w 2009 roku) pokazujące Chiny klubów gejowskich, drag queens i erotycznych wielokątów, ale także fasadowych małżeństw, jakie pod społeczną presją zawierają homoseksualiści. Inna sprawa, że reżyser Ye Lou to dysydent tamtejszej kinematografii. Już dwukrotnie otrzymywał od władz zakaz wykonywania zawodu, gdyż nakręcił filmy bez zezwolenia odpowiednich czynników. Na szczęście ani myśli tego zakazu przestrzegać.

W Izraelu czołowym reżyserem gejowskim jest Eytan Fox. W filmach, które robi wraz ze swoim partnerem, scenarzystą Galem Uchovskym, łączy opowieści miłosne z drażliwymi kwestami politycznymi i społecznymi (obowiązkowa służba wojskowa, konflikt izraelsko-palestyński, działalność Mossadu, dziedzictwo Holocaustu). Na podstawie zrealizowanej w 2006 roku „Bańki mydlanej” opowiadającej o związku Żyda z Arabem powstał niedawno w warszawskim Teatrze Dramatycznym spektakl podpisany przez młodego reżysera Andrzeja Pakułę.

Bliski Wschód wydaje się wyjątkowo (nie)wdzięcznym miejscem do snucia gejowskich dramatów. Z jednej strony bowiem mamy liberalny Tel Awiw i przyjazne mniejszościom seksualnym izraelskie prawodawstwo, z drugiej zaś religijny konserwatyzm, wręcz fanatyzm radykalnych muzułmanów i ortodoksyjnych żydów. Właśnie w środowisku tych ostatnich rozgrywa się film reklamowany jako izraelskie „Brokeback Mountain” – „Oczy szeroko otwarte”, debiut Haima Tabakmana (nasza recenzja obok). Bohater, szanowany mąż i ojciec rodziny, niespodziewanie zakochuje się w młodzieńcu, czym naraża się na gniew swojej społeczności.

O ile, jak widać, geje całkiem dobrze zadomowili się w kinie mainstreamowym, o tyle lesbijki wciąż nie doczekały się swojego „Brokeback Mountain” ani „Milka”. Również żaden z pięciu premierowych filmów, które wchodzą w lipcu do polskich kin, nie porusza tematu miłości między kobietami. O czym to świadczy? Chyba o tym, że kino wciąż jest domeną mężczyzn o różnych orientacjach seksualnych i nieprędko doczekamy w nim parytetów. Na pocieszenie trzeba dodać, że w polskim kinie, w którym postacie homoseksualne można policzyć na palcach rąk, lesbijek jest jednak więcej niż gejów. Ostatnio zakochane w sobie kobiety pojawiły się w jednej z nowel filmu „Piksele” Jacka Lusińskiego.

Wydawało się, że lesbijską koniunkturę ożywi film, który niedawno miał swoją amerykańską premierę. W komedii Lisy Cholodenko „The Kids Are Alright” („Dzieciaki są w porządku”) Julianne Moore i Annette Bening grają parę wychowującą od lat dwójkę dzieci, które postanawiają poznać swojego biologicznego ojca. Tyle że Moore nawiązuje w tym filmie romans z mężczyzną. Czyżby więc nawet kino lesbijskie było heteronormatywne?

Bartosz Żurawiecki „Film”

Diane Gaidry w „Kochałam Annabelle” gra nauczycielkę zakochaną w uczennicy

Tekst na stronie Przekroju

Kochać siebie z wzajemnością.

, , , ...

Felieton z cyklu Zapuszczając Żurawia
Onet.pl 27 lipca 2010 2010 r., godz. 12:09


Hollywood zbudowane zostało wcale nie przez Żydów, homoseksualistów ani dewotów, ale właśnie przez narcyzów.

Od dawna twierdzę, że narcyzm jest osobną orientacją seksualną. Co prawda, nie mam naukowych dowodów na potwierdzenie mojej tezy, ale na pewno, za parę lat ktoś dostanie medycznego Nobla za to odkrycie. Proszę wtedy pamiętać, że byłem pierwszy. Sam znam kilku narcyzów (płci różnych) nie ukrywających swojej orientacji, a wielu innych widuję co jakiś czas w kinie. Zaryzykowałbym nawet kolejną śmiałą tezę, że Hollywood zbudowane zostało wcale nie przez Żydów, homoseksualistów ani dewotów, ale właśnie przez narcyzów. I to oni się tam najbardziej wzajemnie wspierają.

Kto jest największym narcyzem spośród żyjących gwiazd Hollywood? Wiadomo, Tom Cruise. Różne o nim plotki chodziły – a że hetero, a że homo, a że bi albo aseksualny, bo scjentolog. Nikt jednak jakoś nie wpadł na to, że Cruise zakochany jest w sobie miłością gorącą, namiętną i spełnioną. Wybiera przecież role, w których może miłości tej oddać płomienny hołd („Ostatni samuraj", „Walkiria", „Mission Impossible") lub ewentualnie, dla równowagi, troszkę z niej zakpić („Magnolia", „Jaja w tropikach").

Jeśli ktoś jeszcze nie docenił siły autouczucia Toma Cruise'a, temu polecam najnowszy film z jego udziałem - „Wybuchowa para” Jamesa Mangolda. Jest to sensacyjna komedia szpiegowska, która w starym Hollywood mogłaby mieć sporo wdzięku, niezależnie od narcystycznej obsady. Niestety, w nowym Hollywoodzie całą przyjemność wynikającą ze śledzenia perypetii agenta FBI i Bogu ducha winnej dziewczyny, wplątanej w intrygi służb specjalnych, psują liczne wstawki rodem z najcięższego kina akcji. A nawet nie z kina akcji, co z gier komputerowych. Bohaterów nie ima się katastrofa samolotowa (nota bene, w kontekście 10 kwietnia nie prorokuję temu filmowi powodzenia w Polsce), skaczą po dachach samochodów pędzących na autostradzie itd. itp. Jest to tak głupie, że aż obojętne. Nigdy nie potrafiłem przejąć się losem płodów playstation.

Romantycznie nastawione natury docenią jednakże barwy miłości Toma Cruise'a do samego siebie, których prezentuje on tutaj pełną paletę. Ach, jak się upaja rolą dzielnego, wszechstronnego i altruistycznego agenta, jak pręży swoje muskuły, jak uwielbia przeglądać się w obiektywie kamery, choć, prawdę powiedziawszy, po twarzy trochę widać, że go czas już posunął! Obłudny Hollywood, który kiedyś kamuflował homoseksualizm w filmach, teraz stara się ukryć wątki narcystyczne - twórcy próbują wykrzesać jakiś romans między Cruise'em a Diaz. Ale prawdziwe uczucie nie znosi konkurencji, więc tzw. sceny miłosne wyglądają w najlepszym razie jak wymuszony akt zdrady. W najgorszym przypominają amatorski teatrzyk.

Prawdziwym przełomem w historii kina stanie się produkcja, w której nagrodą dla supermena czy innego herosa nie będzie długonoga blondynka, lecz on sam. Złoży na swoich ustach gorący pocałunek i pójdzie ze sobą do łóżka. A potem będzie żył w swoim towarzystwie długo i szczęśliwie.

Bartosz Żurawiecki „Film”
Tekst na stronie Onetu.
Tom Cruise i Cameron Diaz

Jutro należy do mnie!

, , , ...

Felieton z cyklu Zapuszczając Żurawia
Onet.pl 18 lipca 2010 r., godz. 00:44


Z pewnym poślizgiem obejrzałem tzw. komedię „Jutro będzie futro” o sfrustrowanych panach, którzy - dzięki tajemniczemu jacuzzi - przenoszą się w lata 80. XX wieku.

Tą żenadą zdążyło się już zachwycić kilku dużych chłopców polskiego dziennikarstwa kulturalnego. Chociażby Wojciech Orliński, który ponoć podczas seansu prawie posikał się ze śmiechu. Ja zarechotałem tylko raz – gdy duży, czarny sobaczył przez telefon swoją przyszłą żonę. To przynajmniej było zaskakujące. Ale, widać, są tacy, których niezmiennie śmieszy np. rzyganie. Zazdroszczę im świeżości spojrzenia.

„Jutro będzie futro” to - po filmie „Kac Vegas” - kolejne dzieło robiące dobrze tych wszystkim kolesiom, dla których sensem życia jest chlanie, zarywanie lasek i lżenie pedała. Ostatnimi czasy kino traktowało ich wyjątkowo okrutnie – zmuszało, by z szacunkiem odnosili się do kobiet i mniejszości seksualnych. Dość tych dewiacji! Teraz wreszcie odzyskują utracone terytorium i znowu mogą być sobą pełną, zachlaną gębą.

Rajem utraconym są dla nich lata 80., gdy nikt jeszcze o żadnej „politycznej poprawności” nie słyszał. Nic więc dziwnego, że tam właśnie przenoszą się bohaterowie „Jutro będzie futro”, a sam film nie odbiega poziomem od arcydzieł owej dekady (przemycanych także do Polski na kasetach VHS), takich jak „Lody na patyku” czy „Ostatnia amerykańska dziewica”.

Tak, tak, wiem – zaraz posypią się na mnie wyzwiska. Oraz oskarżenia, że nie mam poczucia humoru (mam, ale inne) i że się czepiam komedii. Komedia nie komedia - przeraża mnie wpisany w nią triumfalizm. Filmy o podróżach w czasie puentuje przeważnie konkluzja, że jednak przeszłości nie da się zmienić. W "Jutro..." bohaterowie nie tylko dostają drugą szansę, ale wręcz zaczynają rządzić światem. Zostają nagrodzeni za swój kretynizm pieniędzmi, sławą i pięknymi żonami. Wszystko oczywiście kończy się po bożemu w gronie rodzinnym, bo hipokryzja to nieodłączny element amerykańskich opowieści o rui i porubstwie. Zgodnie z zasadą: „90 minut rozpusty, 5 minut pokuty”. Tyle że tu bohaterom nie każe się czynić pokuty. Przeciwnie - otrzymują solidną gratyfikację.

Gdy już nasycimy się wymiotami, szczynami, grubymi dowcipami i końskimi zalotami, przychodzi czas na praworządny, chełpliwy finał. I to on, szczerze powiedziawszy, jest najbardziej obrzydliwym elementem filmu.

Bartosz Żurawiecki „Film”
Tekst na stronie Onetu.

Otwórzmy oczy!

, , , ...

wtorek, 20 lipca 2010 r. godz. 13:32


Mam tę przykrą i nieuleczalną skłonność, że co jakiś film obejrzę, to zaraz go sprowadzam do polskich realiów. Dumam, czy dałoby się coś takiego u nas nakręcić i przeważnie dochodzę do wniosku, że owszem, dałoby się, ale z różnych, nie zawsze jasnych dla mnie powodów, nikt tego nie zrobił. Tak - przyznaję – cierpię na syndrom znany pod nazwą „Słoń a sprawa polska”.

Ostatnio słoniem okazał się debiutancki film izraelskiego reżysera Haima Tabakmana „Oczy szeroko otwarte”. Rzecz opowiada o ortodoksyjnym Żydzie – mężu, ojcu, głowie rodziny, mężczyźnie w średnim wieku - który niespodziewanie zakochuje się w młodzieńcu.

W recenzjach, jakie się ukazały w naszym kraju, pisano o hermetycznym świecie wyznawców judaizmu, w którym homoseksualizm stanowi najgłębsze tabu, o konflikcie między nakazami religii a potrzebami ciała. Wiele z tych tekstów zdawała się sugerować, że film pokazuje jakieś egzotyczne dla nas zjawisko – tak jakby fakt, że bohaterowie noszą jarmułki narzucał ogromny dystans odbiorczy i poznawczy.

A przecież kwestia religia versus natura to bardzo polski temat. Rzekłbym nawet, bardziej polski niż izraelski. Tam bowiem dotyczy tylko pewnej grupy - spora część społeczeństwa jest bowiem zlaicyzowana, a i prawodawstwo ma świecki charakter. W Polsce natomiast obłuda katolicka wpływa zarówno na obyczaje, jak i na życie społeczne oraz polityczne.

Historii podobnych do tej opowiedzianej przez Tabakmana znalazłoby się u nas tysiące. Zresztą, nie jedno już pismo kolorowe zamieściło reportaż o kobietach odkrywających po latach małżeństwa, że ich mąż jest gejem. Można także zajrzeć na fora internetowe, gdzie osoby homoseksualne opisują problemy z rodziną i Kościołem albo zastanawiają się - często używając dramatycznego języka - jak pogodzić swoją orientację z byciem katolikiem.

Zresztą w polskim kinie zdarzyły się filmy podejmujące temat zakazanych namiętności. I to niekiedy filmy wybitne, by przypomnieć tylko „Matkę Joannę od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza (Srebrna Palma na festiwalu w Cannes). Choć akcja tej ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza rozgrywa się w XVIII wieku na Smoleńszczyźnie, debiut Tabakmana do pewnego stopnia kojarzy mi się z arcydziełem Kawalerowicza. Choćby przez swoją namaszczoną narrację, nieco teatralną inscenizację, czyste, starannie zaprojektowane kadry... Tak, polskie kino też kiedyś potrafiło być odważne merytorycznie i formalnie.

A jak to dzisiaj wygląda? Porównajmy (choć co tu w ogóle porównywać?) „Matkę Joannę...” – opowieść o „grzesznej miłości” księdza i zakonnicy – do filmu Andrzeja Seweryna „Kto nigdy nie żył”. Dzieła tak mimowolnie zabawnego, że aż... campowego. A przy tym będącego wzorem obłudy współczesnego polskiego kina. Bohaterem „Kto nigdy...” jest ksiądz (grany przez Michała Żebrowskiego), który dowiaduje się, że ma wirus HIV. Jak sugerują twórcy, nabawił się go, oczywiście, w wyniku „niepokalanego poczęcia”.

Wśród wielu „kultowych” scen filmu najbardziej wstrząsające wrażenie robi chyba ta, w której pewna dziewczyna – nic nie wiedząca o prawdziwej tożsamości bohatera – rzuca się na niego pożądliwie w pokoju hotelowym. „Mam AIDS” – mruczy do niej Żebrowski. Dziewczyny to nie zraża, dalej rozbiera misiaczka. „Jestem księdzem!” – duka wreszcie przerażony klecha. I to wyznanie jest jak grom z jasnego nieba. Nierządnica pada na kolana, a popęd mija jej natychmiast, jakby się świętej wody z Lichenia napiła.

Rozdźwięk między tym, czego żąda od nas społeczeństwo, kultura, rodzina, religia, otoczenie, a tym, co naprawdę czujemy i czego naprawdę pragniemy to wielki temat sztuki od samych jej początków. Zrodził wiele ważnych i wspaniałych dzieł. I rodzi nadal, czego dowodem film Tabakmana. Temat to zresztą życiowy - skrajnym tego przykładem są dochodzące również z polskich parafii doniesienia o molestowaniu seksualnym przez księży. Ale w polskim kinie mówić o tym nie wolno. Tam panuje obowiązkowa katolicka sielanka.

Zamiast nowej „Matki Joanny od Aniołów” mamy więc „Plebanię”, „U Pana Boga w ogródku” i „Kto nigdy nie żył”. Ludzie, otwórzcie... Otwórzmy wreszcie oczy!

Bartosz Żurawiecki „Film”
Tekst na stronie Wirtualnej Polski

„Grubasy” (Gordos. 2009)

, , , ...

PRZEKRÓJ
Nr 28 (3394)

13 lipca 2010 r.

Hiszpańskie „Grubasy” zjadają Almodóvara.

..........

Waga (zbyt) ciężka.

Film Arévalo („Granatowy, prawie czarny”) opowiada o ludziach z nadwagą. Poznajemy ich podczas sesji terapeutycznej. Jest tu aktor, który reklamował środek odchudzający, ale znienacka przybrał na wadze i dziewczyna, której problemy cielesne zdają się wynikać z tego, że nie może uprawiać przed ślubem seksu ze swoim chłopakiem, bo oboje są głęboko wierzący. A także nastolatka odkrywająca ciemne rodzinne sekrety.

Na podstawie „Grubasów” można by napisać pracę o dogłębnym wpływie twórczości Pedra Almodóvara na hiszpańskie kino. Postacie są niby zwyczajne, jednak z ekscentrycznym rysem. Tworzą się między nimi nieoczekiwane układy seksualne i emocjonalne, do fabuły wkradają się elementy sensacji, a humor bywa czarny lub absurdalny.

Jednak to, co autorowi „Porozmawiaj z nią” wychodzi naturalnie, w „Grubasach” wypada sztucznie. Bohaterowie są raczej irytujący niż intrygujący. Arévalo wymyśla zakręcone i mało prawdopodobne scenariusze ich losów, co też im sympatii czy współczucia widzów nie przysparza. Nie wiem, jak jest u reżysera z nadwagą, ale jego dzieło ma lekkość słonia.

Bartosz Żurawiecki „Film”

Ocena: 2/6
Cierp ciało, kiedyś chciało.

„Grubasy”
Reż. Daniel Sánchez Arévalo
Hiszpania 2009, 110’,
Vivarto, premiera w Polsce 16 lipca 2010 r.



Tekst na stronie Przekroju

Download Opera, the fastest and most secure browser
July 2010
S M T W T F S
June 2010August 2010
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31