Skip navigation.

Coś dla fanów Bartosza Żurawieckiego

Fiołki zamiast cierni.

,

Pismo literacko-kulturalne
Portret - numer 26
Atrapy.

Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret”
Olsztyn 2008

Str. 107

„Na początku jest power”. Pierwsze zdanie książki Bartosza Żurawieckiego „Ja, czyli 66 moich miłości” otwiera wirtualny świat, którego centrum stanowi miłość rozumiana na wiele sposobów. Bohater stwarza siebie na oczach czytelnika, więc już na wstępie pojawia się wątpliwość: kto mówi? Człowiek? Avatar? W wirtualu pojęcie tożsamości traci na znaczeniu. Niebezpieczeństwo rozpłynięcia w sieci grozi zarówno kreatorowi sztucznego bytu, jak i osobie po drugiej stronie komputera. Pomimo zagrożeń, bohaterowie książki brną w ten nieskończony labirynt szukając nowych uciech. I szybko popadają w znudzenie.

Książkę Żurawieckiego można podzielić na trzy części. W każdej z nich na portalu randkowym „gaydonjuan” powstaje inny bohater. Autor powołuje do życia kolejno: młodego mężczyznę (przemianowanego później na „włochatego”), czterdziestoletnią kobietę oraz pisarza-„starego oblecha”. Mogłoby się wydawać, że przygody w ten sposób dobranych postaci będą bardzo rożne. Jest tak jedynie w warstwie słownej, ale samo doświadczenie, co prawda opisywane z odmiennych perspektyw, wygląda niemal tak samo. Fikcja powstająca w sieci wypiera rzeczywistość. Wielokrotnie powtarzany schemat przylega do wirtualnego człowieka; niestety jego śmierć następuje równie prędko, jak narodziny. Sposobem na nudę i monotonię życia pozostaje tu ciągła kreacja.

Nie można pozostać obojętnym wobec dosłownego cytowania rozmów internetowych. Nie mam zamiaru bronić czystości językowej, warto jednak zauważyć, iż wprowadzanie takich zapożyczeń bywa ryzykowne. Pewnego dnia może się ukazać książka „napisana” jedynie za pomocą emotikonow (a i takie próby podejmuje autor). Cóż wtedy poczną badacze literatury?

Forma powieści mogłaby sugerować, że akcja rozgrywa się głownie podczas czatowania. To mylne wrażenie. Wydarzenia realne, skonfrontowane z informacjami mailowymi oraz rozmowami na portalu randkowym, obnażają ich powierzchowność. Tytułowe „miłości” są osobami kolejno poznawanymi przez narratora. Zazwyczaj nie mają imion – tylko numer i nick. Następny objaw bezduszności sztucznego świata. Efekt jest przytłaczający do tego stopnia, że trudno nie zauważyć faktu, iż na miłość niehomoseksualną nie ma w powieści miejsca. Ale żaden porządek nie zostaje w ten sposób zaburzony. Tu można upatrywać oryginalności książki Żurawieckiego. Niektóre z opisanych aktów erotycznych, na przykład przygody arcybiskupa, niejednego czytelnika oburzą.

Ale nie zostały opisane w charakterze sensacji, raczej jako nieodłączny element życia pewnej grupy społecznej. Ponieważ jest coraz więcej tego typu świadectw w literaturze i innych środkach przekazu, toteż „heterycy” przywykli do nich i już się nie bulwersują. Zresztą próba stworzenia kolejnej „gejowskiej epopei” mogłaby przypominać historię Daffyda Thomasa, bohatera serialu „Mała Brytania”, przywołanego w powieści. Daffyd uważa, że jest „jedynym gejem w wiosce” i nie chce wiedzieć, że wokoł niego mieszka wielu innych homoseksualistow. W Polsce serial ocenzurowano, co przeczy utopijnej wizji, czyli ironicznej obserwacji, iż niejeden gej mieszka obok, a nawet – być może – geje i lesbijki stanowią większość.

Historie miłosne powołanych do wirtualnego życia bohaterów można analizować osobno. To jednak zabieg mało przydatny, gdyż nawet jeśli zmienia się płeć któregoś z nich, partnerzy pozostają ci sami. Dla przykładu – „miłość nr 2”, mężczyzna o nicku Normals, pojawia się we wszystkich historiach. Znajomości wyjątkowe (ze względu na bardziej niż zwykle wyrafinowane ekscesy seksualne) zawiera się poza oficjalnymi stronami, za pośrednictwem prywatnej poczty.

W tym miejscu czas na kolejną mało odkrywczą refleksję. Nawet najdziwniejsze praktyki erotyczne nie mają tak wielkiej siły oddziaływania, jak przełamywanie tabu starości w powiązaniu z seksualnością. I,
oczywiście, samotności w obliczu śmierci, choć w tym przypadku Żurawiecki zdaje się uciekać od tematyki płci. Najsmutniejszym jest fakt, iż nie ma w tej książce miejsca na wątpliwości moralne. Już nie tylko w sieci, ale także w „realu”, stającym się lustrzanym odbiciem fikcji. Brzmi paradoksalnie? „Ja, czyli 66 moich miłości” uświadamia, że sieć nas wchłania, zastępując istniejący świat. Żaden (żadna) „ja” w powieści nie istnieje. To tylko twór, przybierający cechy, jakich zapragnie jego partner. Każdy i nikt zarazem.

Taki porządek lektury ulega pewnemu rozbiciu. Centralną część powieści stanowią wydarzenia najmocniej odrealnione. Tym razem nie za sprawą podziału świata na sieć i to, co poza nią. Przypowieściowobiblijny
charakter przygód Agaty40 wprowadza elementy wartościujące. Bohaterka zostaje ukrzyżowana przez swoich sąsiadów. Mąż sąsiadki mści się z powodu „zgwałconej” córki. Żona Krystyna rozładowuje swoje wyrzuty sumienia po romansie z Agatą. To „herezja heteryków”, w których świecie miłości nie ma.

Egzekucję prowadzi Arcy, poznany wcześniej z zupełnie innej strony... Czterdziestoletnia graficzka przybita do krzyża, w fiołkowej koronie, po rytualnym gwałcie pluje na zgromadzonych krwią. Kobiety, zabiegające wcześniej o jej zainteresowanie, stoją pod krzyżem, niczym wampiry piją krew, ocierając czoło oprawcom. Agata przemawia słowami Konrada z III Części „Dziadów”, jej ostatnie zdanie zaczerpnięto z Mickiewiczowskiej Improwizacji. Skatowana za orientację seksualną wykrzykuje do Arcybiskupa: „- Żeś Ty nie ojcem świata, ale...”.

Męczeńskie echo szybko zostaje rozwiane. Z pewnością wiele odwagi wymaga cytowanie wieszcza w takim kontekście. Szczególnie, jeżeli wcześniej w podobnej stylistyce czytamy o tym, że Alibaba „był babą”. Scena ukrzyżowania zyskuje jeszcze bardziej groteskowy charakter w zestawieniu z początkiem przygód kolejnego męskiego bohatera. W przepełnionym homofobią świecie pisarz otrzymuje kredyt na napisanie powieści gejowskiej. Aby pieniądze były przeznaczane na zamierzone cele, bank przydziela obserwatora. Chyba nie trzeba dodawać, iż wspomniany kontroler, zdeklarowany heteroseksualista z żoną i dzieckiem, w końcu ulega pokusie nowopoznanego świata.

Wniosek płynący z powyższych rozważań jest od dawna oczywisty (chociaż niektórzy uznają go za kontrowersyjny). Wygląda na to, że wszyscy ludzie, świadomie bądź nie, przejawiają homoseksualne skłonności. Wirtualny świat jest pod tym względem dużo bezpieczniejszy – oczekiwania względem partnera są jasno określone i trudno o nieporozumienie. Jeżeli coś idzie nie tak, jak powinno, zawsze można się wylogować, po czym zalogować pod innym nickiem, z nowymi preferencjami, inną twarzą, płcią. „Ja, czyli 66 moich miłości” to historia, która sama się pisze. Łańcuch przyczynowo-skutkowy nie ma prawa bytu, ponieważ sieć nie respektuje linearności zdarzeń. Świadectwem dynamiki świata przedstawionego są nawet „chwilowe braki książki” w środku oraz, przede wszystkim, na końcu powieści – gdzie milczą białe kartki.
Wiktoria Klera
Bartosz Żurawiecki,
Ja, czyli 66 moich miłości,
Wyd. Sic!,
Warszawa 2007.

Świąteczna opozycja demokratyczna.

, , , ...

Film
Grudzień (12) 2009


Str. 60

Wszelka anarchia kapituluje przed bożonarodzeniowym tabu. Buntownicy zdejmują glany, wyciągają kolczyki z nosa i dalej wcinać uszka w barszczu.

Narodził się w naszej redakcji pomysł, by zrobić ranking najlepszych filmów świątecznych. Narodził się i na szczęście zaraz umarł, bo jeśli czegoś szczerze nie znoszę, to właśnie filmów świątecznych. Nie przepadam za westernami, ciężko trawię produkcje kung-fu, ale tylko dzieła z choinką bożonarodzeniową w tle wywołują u mnie wysypkę na łokciu i swędzenie w okolicach pachwiny. Aż wziąłem się ostatnio za samoterapię, by dotrzeć do źródeł owej niechęci.

Jakie wnioski? Ano takie, że trudno o bardziej skostniały i konserwatywny gatunek, który w dodatku nie ma żadnej demokratycznej opozycji. Wspomniane westerny doczekały się antywesternów, filmy wojenne – antywojennych, utopie – antyutopii...
A spróbujcie mi znaleźć dzieła antyświąteczne! Brak antidotum na zatrucie grzybkami, dławienie się ością z karpia, nudności po kolędach i poparzenia od rodzinnego ciepełka. Wszelka anarchia kapituluje przed bożonarodzeniowym tabu – buntownicy zdejmują glany, wyciągają kolczyki z nosa i dalej wcinać uszka w barszczu. Ateiści, postmoderniści oraz inni, którzy spędzają sen z powiek Krzysztofowi Zanussiemu, odkładają na bok lekturę Derridy czy Dawkinsa i dzielą się opłatkiem z najtwardszym betonem.

Jako że nie jestem Alfą i Omegą, Początkiem ni Końcem, sięgnąłem do krynicy wszelkiej mądrości – Internetu – z nadzieją, że może mi jednak jakieś filmy antyświąteczne wskaże. I co wyskoczyło? Jeden z portali, na przykład, uznał za dzieło obrazoburcze... „Kevina samego w domu”, którym katują nas telewizje publiczne i komercyjne w każde święta. Inny wymienił, a jakże!, „Złego Mikołaja”, bo padają tam brzydkie słowa, a główny bohater robi nieprzyjemne miny i wykazuje złodziejskie skłonności. Cóż mi jednak po komedyjkach, nawet czarnych, czy horrorach rozgrywających się w „cichą noc, świętą noc”, skoro we wszystkich tych filmach i tak na końcu triumfują tzw. tradycyjne wartości? Co to za alternatywa? Naprawdę nie przypominam sobie filmu, który kwestionowałby idee i obyczaje Bożego Narodzenia, obnażał hipokryzję kryjącą się za słodkimi pozorami. Tylko kto ma tę hipokryzję obnażać, skoro na święta wszyscy stajemy się hipokrytami? Oto jak polski dystrybutor reklamuje wydany właśnie u nas na DVD francuski film, daleki od gwiazdkowych dyr-dymałów i o raczej cierpkiej wymowie – „Świąteczne opowieści” Arnauda Desplechina: „Poznaj czarującą i wyjątkowo ciepłą opowieść, którą będziesz oglądał z najbliższymi w każde Święta Bożego Narodzenia”. Czyli i tak zawsze zostaniemy sprowadzeni do świątecznego kiczu. Może więc lepiej, by reżyserzy – dla własnego dobra – omijali szerokim łukiem tę tematykę?

Z bożonarodzeniowych szopek jestem w stanie zaakceptować sekwencję z filmu „33 sceny z życia” Szumowskiej – tę, w której co rusz przewraca się choinka, co zwiastuje rozpad rodziny dotkniętej chorobą i śmiercią. Dobrze też wspominam scenę z filmu Danny’ego DeVito „Wojna państwa Rose” – tu choinka dla odmiany płonie i już wiadomo, że nie uda się uratować ani świątecznego klimatu, ani małżeństwa głównych bohaterów. Jest także nieco zapomniany, a bardzo ciekawy kryminał Tadeusza Chmielewskiego „Wśród nocnej ciszy” według powieści Ladislava Fuksa „Śledztwo prowadzi radca Heumann”, rozgrywający się w pomorskim miasteczku lat 20. ubiegłego wieku. Świąteczną porą dzieją się tam rzeczy potworne (zabijani są mali chłopcy), a wigilijna wieczerza wzmaga nienawiść, jaką wrażliwy Wiktor czuje do swego despotycznego ojca.

Ale bez zastrzeżeń lubię tylko piosenkę (i teledysk do niej) punkowego zespołu Pansy Division zatytułowaną „Homo Christmas”. Zaczyna się tak:
„You'll probably get sweaters
Underwear and socks
But what you'd really like for Christmas
Is a nice hard cock”.


Oczywiście, przetłumaczę, bo po angielsku wszystko brzmi przyzwoicie i abstrakcyjnie. Abstrakcyjnie przyzwoicie.

„Pewnie dostaniesz na święta
Swetry, majtki i skarpety
A przecież wolałbyś
Miłego, twardego kutasa”.


Spełnienia marzeń, Kochani!
Bartosz Żurawiecki

„Oblicza Indii.”

, , , ...

Empikultura
2009-12-04, 15:50
Bartosz Żurawiecki poleca

Against Gravity – firma specjalizująca się w dystrybucji filmów dokumentalnych – co jakiś czas wydaje box poświęcony jednemu krajowi. Były już "Oblicza Chin", niedługo ukażą się "Oblicza Rosji", a teraz właśnie możemy poznać "Oblicza Indii".

Zestaw zawiera trzy dokumenty, z których tylko jeden wpisuje się w stereotypowe wyobrażenia o Indiach jako krainie biedy, „odnowy duchowej” i „wielowiekowej mądrości”. Bohaterem "Hinduskiej love story" jest ponad stuletni guru obcujący z duchami, uzdrawiający ludzi i sypiający we własnym grobie, który wykopał obok miejsca pochówku swej ukochanej żony.

Ale prawdziwą rewelacją tego wydawnictwa są dwa kolejne dokumenty. Pokazują one przemiany kulturowe i cywilizacyjne dokonujące się w Indiach, zmieniające się oblicze kraju w dobie globalizacji. "John i Jane z Kalkuty" to portrety kilku pracowników call center, które sprzedaje „ryż, mydło i powidło”... Amerykanom. Klienci nawet się nie domyślają, że rozmawiają z osobami znajdującymi się na zupełnie innym kontynencie. Dla młodych ludzi wykonujących tę niewdzięczną robotę jest ona albo przekleństwem, albo nadzieją na dalszą karierę. Wszyscy oni generalnie chcą się wyrwać z Indii. Ameryka to ich ideał, ich ziemia obiecana, wierzą, że kiedyś znajdą w niej lub dzięki niej szczęście, sławę i pieniądze.

Zachód stanowi także punkt odniesienia w filmie trzecim "Hair India". Zaczyna się on w świątyni boga Wisznu, gdzie biedni ludzie zostawiają w ofierze swoje włosy. Następnie wota te są sprzedawane przez zarząd świątyni i trafiają do specjalistycznych zakładów produkujących peruki i pasma pozwalające wydłużać włosy, co jest szalenie modne wśród gwiazd Hollywoodu i bogatych Hindusek. Dokument zestawia - bez ferowania wyroków, bez oceniania – Indie biedne, konserwatywne, zanurzone w religii i tradycji oraz Indie bogate, nowoczesne, naśladujące zachodnie obyczaje. Indie przepychu, blichtru, celebrytów i kolorowych pism dla emancypujących się kobiet.

Do płyt składających się na "Oblicza Indii" dołączona jest książeczka z opisem filmów i wstępem Maxa Cegielskiego.

Bartosz Żurawiecki („Film“)
Download Opera, the fastest and most secure browser
December 2009
S M T W T F S
November 2009January 2010
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31