Już nie samotni mężczyźni.
Friday, 30. July 2010, 18:17:08
PRZEKRÓJNr 28 (3394)
13 lipca 2010 r.
Mainstreamowe kino przestało bać się gejów. Co nie znaczy, że zrobiło się całkiem tęczowo
Prezydencka kampania pokazała, że nasi politycy wciąż lekceważą mniejszości seksualne. Istnieje jednak w Polsce dziedzina, w której niewiele brakuje do równouprawnienia – kultura. Po literaturze, teatrze i sztukach plastycznych przyszedł czas na kino. Na razie, niestety, tylko to sprowadzane do Polski z obcych krajów. W lipcu do kin trafi pięć filmów podejmujących tematykę homoseksualną. Dodajmy do tego jeszcze edycję „tęczowych” produkcji na DVD, kilka przeglądów w całej Polsce (choćby „Celuloidowa Ars Homo Erotica” w stołecznym Iluzjonie) oraz specjalny cykl filmowy w kanale telewizyjnym Ale Kino! – „Kino mówi: gender”.
Ukryte pragnienia.
To nagłe zainteresowanie gejami i lesbijkami wynika oczywiście z tego, że w Warszawie trwa festiwal EuroPride, który ma się zakończyć 17 lipca międzynarodową paradą. Szum wokół tego wydarzenia nasunął dystrybutorom myśl, że i na mniejszościach seksualnych można zarobić. Nie jest to z pewnością odkrycie epokowe, gdyż w krajach zachodnich od dawna istnieje osobny rynek queerowych (czyli nieheteronormatywnych) wydawnictw. Są to zresztą produkcje o bardzo różnym charakterze – od dzieł eksperymentalnych po komedie romantyczne – i różnej jakości. Wiele z nich nie wychodzi co prawda poza obieg branżowych festiwali i dystrybucji DVD, jednak bez wątpienia mają one stałych odbiorców.
W Polsce tematyka homoseksualna wciąż sprzedaje się z oporami. Homofobia w narodzie nie odpuszcza, więc lesbijki i geje, w większości kryjący się ze swoją orientacją, wolą ściągnąć coś z netu w domu po kryjomu, niż pójść do kina na wiadomy film i tym samym niejako się ujawnić.
Lepiej powinno być z propozycjami DVD, jednak wydane jakiś czas temu przez Mayfly „Kochałam Annabelle”, które miało zapoczątkować „Tęczową kolekcję”, nie poszło najlepiej. Dopiero teraz firma ostrożnie wróciła do pomysłu i wypuściła dwa filmy: tajwański lesbijski „Deszcz słodyczy” oraz gejowskie francuskie „Prawie nic” (premiery 9 lipca). Jeśli chwycą, to do końca roku ukażą się kolejne dwa tytuły. Z drugiej strony tłumy szturmujące warszawską Kinotekę, w której od kilku miesięcy organizowane są Czwartki LGBT (skrót od lesbijek, gejów, biseksualistów i „transów”), świadczą o tym, że – przynajmniej w stolicy – jest popyt na tego typu produkcje.
Gdy w maju do naszych kin weszły dwa stricte gejowskie filmy – „Samotny mężczyzna” Toma Forda oraz „I Love You Phillip Morris” Glenna Ficarry i Johna Requy – ich polscy dystrybutorzy (odpowiednio Gutek Film i Monolith) mocno się nagimnastykowali, by w materiałach promocyjnych zataić homoseksualne treści. W ulotce do „Samotnego mężczyzny” czytamy: „Jeden dzień z życia profesora, który nie może pogodzić się z tym, że właśnie stracił swoją wielką miłość. Tego dnia pozornie nieistotne spotkanie i czas spędzony z dawną ukochaną otworzą przed nim niespodziewanie szanse na nowe uczucie...”. Ha! Ha! Ha! Jak widać, udało się nie tylko ukryć prawdziwą orientację George’a Falconera, ale jeszcze zasugerować, że jest on hetero. Monolith natomiast w streszczeniu „I Love You...” pokombinował tak: „Steven trafia do więzienia. Tam poznaje swoje zupełne przeciwieństwo – wrażliwego i spokojnego Phillipa Morrisa. Co w obliczu tego spotkania zrobi Steven?”. Ktoś „zapomniał” dodać, że owo „spotkanie” to tak naprawdę „miłość od pierwszego wejrzenia”.
Na Zachodzie, by dotrzeć z pozycją homo do szerszej publiczności, nie trzeba już stosować aż takich kamuflaży. Oczywiście to nie znaczy, że jest zupełnie tęczowo. Podobną strategię promocyjną akcentującą uniwersalny (czytaj: heteroseksualny) wymiar filmu Forda wykorzystano także w innych krajach europejskich. Wystarczy obejrzeć zwiastun „Samotnego mężczyzny”, w którym na próżno szukać męskich czułości, czy przypatrzeć się plakatowi prezentującemu w zbliżeniach twarze Colina Firtha i Julianne Moore. Z kolei „I Love You...” napotkało spore problemy w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie nie mogli pogodzić się z myślą, że ulubieniec mas Jim Carrey zagrał geja, a w dodatku wziął udział w kilku homoseksualnych scenach miłosnych. Film do dzisiaj nie wszedł na ekrany w USA, jego premierę znów przesunięto – tym razem na październik.
Hollywood wyrosło w homofobii.
W tych samych Stanach wielkim przebojem na przełomie roku 2005 i 2006 był melodramat Anga Lee „Tajemnica Brokeback Mountain”, który przy budżecie 14 milionów dolarów zarobił za oceanem ponad 80 milionów. Dostał też trzy Oscary, choć tę najważniejszą statuetkę – dla najlepszego filmu – przegrał na korzyść mniej kontrowersyjnego dla członków Akademii „Miasta gniewu”. Sukces „Brokeback Mountain” otworzył tematyce gejowskiej drzwi do mainstreamowego kina. Choć niektóre środowiska LGBT uznały film Lee za reakcyjny, gdyż stosuje on bezpieczną konwencję pokazywania homoseksualizmu jako „miłości zakazanej”, która „nie śmie wypowiedzieć swego imienia”. Miłości, dodajmy, bez happy endu, więc łatwiejszej dla przełknięcia dla rzesz widzów. W „Brokeback Mountain” jeden z kochanków ginie, poniekąd w zgodzie z zasadą starego hollywoodzkiego kina, że homoseksualista czy inny „zboczeniec” musi umrzeć lub w inny sposób zostać ukarany.
Znacznie bardziej postępowy był kolejny oscarowy laureat – „Obywatel Milk” Gusa van Santa, biografia Harveya Milka, działacza gejowskiego, który w latach 70. został radnym San Francisco. Film, którego bohater walczy z powodzeniem o obalenie projektu prawa zabraniającego gejom i lesbijkom pracy w szkołach Kalifornii, sam wpisał się w kampanię przed referendum dotyczącym zakazu małżeństw homoseksualnych. Niestety, okazał się mniej od Milka skuteczny – niesławna Proposition 8 została wprowadzona do stanowej konstytucji. Film Gusa van Santa zdobył dwie statuetki Amerykańskiej Akademii (za scenariusz Dustina Lance’a Blacka i główną rolę męską Seana Penna). Miał większy niż „Brokeback Mountain” budżet (20 milionów dolarów), lecz okazał się mniejszym niż produkcja Lee przebojem – w Stanach zarobił 31 milionów dolarów.
Kino hollywoodzkie wyrosło z homofobii, trudno jednak powiedzieć, by z entuzjazmem rzucało się na mniejszościowe tematy. Raczej czyni pojedyncze gesty w większościowych filmach, takich jak chociażby najnowsza część „Seksu w wielkim mieście”, która zaczyna się od sekwencji gejowskiego wesela. Film ten wywodzi się zresztą z serialu telewizyjnego, a akurat w serialach made in USA homoseksualnych postaci nie brakuje. Często bywają one równorzędne z pierwszoplanowymi bohaterami (na przykład „Sześć stóp pod ziemią”, „Bracia i siostry”, „Czysta krew”). Do tego gwiazdy telewizyjne dużo chętniej niż gwiazdy dużego ekranu przyznają się do swojej orientacji. Coming out mają na swoim koncie choćby Neil Patrick Harris występujący w „Jak poznałem waszą matkę”, Janet Lynch z „Glee”, T.R. Knight z „Chirurgów” czy Cynthia Nixon ze wspomnianego „Seksu w wielkim mieście”.
Świat bez kobiet
W kinie europejskim geje już od dawna nie budzą niezdrowych emocji, a twórcy eksplorujący ludzką seksualność nie od dziś cieszą się estymą. Francuzów François Ozona (między innymi „Osiem kobiet”, „Czas, który pozostał”) i Patrice’a Chéreau (właśnie wszedł na nasze ekrany jego nowy film „Zagubieni w miłości”) czy Hiszpana Pedra Almodóvara chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Ale i Ferzan Özpetek, Turek pracujący od lat we Włoszech, to reżyser z pierwszej ligi. Jego filmy – w tym znane w Polsce „On, ona i on”, „Okna” i „Saturno contro” – mają charakter pojednawczy. Próbują godzić odmieńców i outsiderów (nie tylko homoseksualistów, ale i na przykład emigrantów) z mieszczańską większością. I nie bez powodzenia, skoro w katolickiej Italii filmy Özpetka cieszą się wielką popularnością.
Najnowsza, zabawna i stylowa komedia Özpetka „Mine Vaganti. O miłości i makaronach” (polska premiera 30 lipca) portretuje rodzinę przemysłowców, w której dwaj synowie okazują się gejami.
Wygląda na to, że homoseksualizm powoli przestaje być tabu także w restrykcyjnych kulturach azjatyckich. W lipcowym cyklu Ale Kino! „Kino mówi: gender” znalazły się między innym świetne „Noce wiosennego upojenia” (nagroda za scenariusz na festiwalu w Cannes w 2009 roku) pokazujące Chiny klubów gejowskich, drag queens i erotycznych wielokątów, ale także fasadowych małżeństw, jakie pod społeczną presją zawierają homoseksualiści. Inna sprawa, że reżyser Ye Lou to dysydent tamtejszej kinematografii. Już dwukrotnie otrzymywał od władz zakaz wykonywania zawodu, gdyż nakręcił filmy bez zezwolenia odpowiednich czynników. Na szczęście ani myśli tego zakazu przestrzegać.
W Izraelu czołowym reżyserem gejowskim jest Eytan Fox. W filmach, które robi wraz ze swoim partnerem, scenarzystą Galem Uchovskym, łączy opowieści miłosne z drażliwymi kwestami politycznymi i społecznymi (obowiązkowa służba wojskowa, konflikt izraelsko-palestyński, działalność Mossadu, dziedzictwo Holocaustu). Na podstawie zrealizowanej w 2006 roku „Bańki mydlanej” opowiadającej o związku Żyda z Arabem powstał niedawno w warszawskim Teatrze Dramatycznym spektakl podpisany przez młodego reżysera Andrzeja Pakułę.
Bliski Wschód wydaje się wyjątkowo (nie)wdzięcznym miejscem do snucia gejowskich dramatów. Z jednej strony bowiem mamy liberalny Tel Awiw i przyjazne mniejszościom seksualnym izraelskie prawodawstwo, z drugiej zaś religijny konserwatyzm, wręcz fanatyzm radykalnych muzułmanów i ortodoksyjnych żydów. Właśnie w środowisku tych ostatnich rozgrywa się film reklamowany jako izraelskie „Brokeback Mountain” – „Oczy szeroko otwarte”, debiut Haima Tabakmana (nasza recenzja obok). Bohater, szanowany mąż i ojciec rodziny, niespodziewanie zakochuje się w młodzieńcu, czym naraża się na gniew swojej społeczności.
O ile, jak widać, geje całkiem dobrze zadomowili się w kinie mainstreamowym, o tyle lesbijki wciąż nie doczekały się swojego „Brokeback Mountain” ani „Milka”. Również żaden z pięciu premierowych filmów, które wchodzą w lipcu do polskich kin, nie porusza tematu miłości między kobietami. O czym to świadczy? Chyba o tym, że kino wciąż jest domeną mężczyzn o różnych orientacjach seksualnych i nieprędko doczekamy w nim parytetów. Na pocieszenie trzeba dodać, że w polskim kinie, w którym postacie homoseksualne można policzyć na palcach rąk, lesbijek jest jednak więcej niż gejów. Ostatnio zakochane w sobie kobiety pojawiły się w jednej z nowel filmu „Piksele” Jacka Lusińskiego.
Wydawało się, że lesbijską koniunkturę ożywi film, który niedawno miał swoją amerykańską premierę. W komedii Lisy Cholodenko „The Kids Are Alright” („Dzieciaki są w porządku”) Julianne Moore i Annette Bening grają parę wychowującą od lat dwójkę dzieci, które postanawiają poznać swojego biologicznego ojca. Tyle że Moore nawiązuje w tym filmie romans z mężczyzną. Czyżby więc nawet kino lesbijskie było heteronormatywne?
Bartosz Żurawiecki „Film”
Diane Gaidry w „Kochałam Annabelle” gra nauczycielkę zakochaną w uczennicy
Tekst na stronie Przekroju











