Coś dla fanów Bartosza Żurawieckiego

Przekroczyć próg obcości.

, , , , , ,

Film
Marzec (03) 2010


Str. 66

Siła sztuki polega na tym, że przerzuca mosty między różnymi cierpieniami.

W „Gazecie Telewizyjnej” Olga Sobolewska polecała „Tajemnicę Brokeback Mountain” koślawym stylistycznie zdaniem: „Siłą filmu Lee jest to, że widz zapomina, że to opowieść o kowbojach gejach i doświadcza pięknej opowieści o wielkiej miłości”. Mam kilka następnych propozycji: „Siłą filmu »Spragnieni miłości« jest to, że widz zapomina, że to opowieść o skośnookich Azjatach i doświadcza pięknej opowieści...” albo: „Siłą filmów Woody’ego Allena jest to, że widz zapomina, że to opowieści o Żydach i doświadcza...”. Tak, wszystko można sprowadzić do paru klisz – „pięknej opowieści”, „wielkiej miłości” i innych „uniwersalnych wymiarów”. Uniwersalnych, czyli – w polskim rozumieniu tego słowa – białych, katolickich (no, niech będzie chrześcijańskich) i heteroseksualnych. Ale przecież można by też napisać: „Siłą filmu »Titanic« jest to, że widz zapomina, że to opowieść o białych heteroseksualistach i doświadcza pięknej opowieści o wielkiej miłości”.

Z grubsza rzecz ujmując, istnieją dwa sposoby odbioru dzieła sztuki. Pierwszy polega na przeciąganiu go na swoją stronę, dopasowywaniu do własnego światopoglądu, do własnych doświadczeń, horyzontów intelektualnych, przyzwyczajeń i upodobań estetycznych. Na tym właśnie polega triumf Sobolewskiej – oglądając „Tajemnicę Brokeback Mountain” udało jej się zapomnieć, że to faceci na ekranie się całują, a następnie dzięki temu zapomnieniu dostrzec ową „piękną” o „wielkiej”. Nie zawsze to jednak wychodzi. Są filmy, które za nic w świecie nie dają się sformatować.

Jeśli dzieło sztuki pozostaje dla nas obce i nieoswojone, wtedy najczęściej wyrażamy swoje święte oburzenie, nierzadko mieszając kwestie estetyczne z etycznymi. Domagamy się zakazania czy choćby niepokazywania tych „dziwactw”, „świństw”, „patologii” etc. Lub, w najlepszym wypadku, wyśmiewamy je i potępiamy. Proszę tylko sięgnąć po recenzje z wczesnych spektakli Krzysztofa Warlikowskiego – z czasów, gdy nie był on jeszcze międzynarodową gwiazdą teatru. Albo też, by pozostać na poletku kina, prześledzić polski odbiór niektórych filmów... Pedro Almodóvara. Gwoli uczciwości przyznaję, że i mnie zdarzało się wpadać w święte oburzenie, za co teraz się kajam i proszę o wybaczenie.

Gorzej zresztą, gdy taka postawa przenosi się z działu opinii na obszar prawa. Wytaczanie procesów autorom kontrowersyjnych dzieł czy domaganie się zakazu różnego rodzaju parad zawsze wynika z poczucia niesmaku. Ale „smak” i „niesmak” to są kategorie estetyczne, a nie etyczne czy prawne. Na podobnej zasadzie, ja powinienem domagać się zakazania procesji Bożego Ciała, bo widok dziewczynek ubranych w białe sukienki i rzucających kwiatki niezmiennie obraża moje uczucia estetyczne.

Drugi sposób odbioru dzieła sztuki – znacznie, niestety, rzadziej stosowany – polega na wejściu w jego świat bez uprzedzeń, asekuracji i klapek na oczach. Najdalej, jak się da. Rozpoznaniu i poznaniu tego świata, choćby po to, by potem stwierdzić, że „to nie dla mnie”.

Rzecz jasna, nikt z nas nie jest ani tabula rasa, ani herosem. Nie można ot tak, z czystym sercem i umysłem, wyruszyć w nieznane. Uważam wręcz, że prawdziwie krytyczny odbiór sztuki polega na kombinacji obu wymienionych metod – połączeniu świadomości z odwagą, wiedzy z otwartą głową. Są też światy, w które wejść – mimo usilnych prób – nie jestem w stanie, oraz takie, które mnie nie interesują lub odrzucają. Lepiej i uczciwiej się do tego przyznać, niż chwytać sloganów o „pięknej” i „wielkiej”.

Ale w tekście Sobolewskiej zwłaszcza jedno słowo budzi mój sprzeciw – „zapominać”. To jest, oczywiście, nawiązanie do popularnego i wyświechtanego powiedzenia, że chodzimy do kina, by „zapomnieć o bożym świecie”. Nie, o niczym nie należy zapominać. Bo sztuka jest właśnie po to, by pamiętać o „bożym świecie”. Pamiętać o tym, że są ludzie, którzy cierpią, którzy są pozbawieni praw, którzy przeżywają dramaty i namiętności. I że tych cierpień i dramatów nie da się sprowadzić do „uniwersalnego ludzkiego bólu” (jak to postulował podczas panelu na festiwalu w Łagowie pewien krytyk starszego pokolenia, krzywiąc się na łączenie słów „kino” i „polityka”). Nie, każdy cierpi inaczej i w innych okolicznościach. Gdyby bohaterowie „Tajemnicy Brokeback Mountain” mieszkali w Los Angeles czy San Francisco, a nie na amerykańskiej prowincji, byłby to zupełnie inny film. Nawet tytuł miałby inny.

Siła sztuki polega na tym, że przerzuca mosty między różnymi cierpieniami (radościami, przeżyciami itd.). Pozwala współczuć i współodczuwać. A przede wszystkim – zrozumieć. By jednak zrozumieć, nie można pozwolić sobie na luksus zapomnienia.

Film Anga Lee wywołał, jak wiadomo, protesty chrześcijańskiej prawicy. Mowa jest zresztą o tym na kolejnej stronie tego samego numeru „Gazety Telewizyjnej”: „Podczas oscarowej ceremonii demonstrowali przeciwnicy praw mniejszości seksualnych z plakatami »Heath jest w piekle«” (bo zagrał homoseksualistę w „Tajemnicy...” – przyp. BŻ). Proszę – oni nie zapominają i nie odpuszczają. A Sobolewska z liberalnej „Wyborczej” zapomina. To może chociaż o tych demonstracjach powinna pamiętać?

Bartosz Żurawiecki

Kaligula. (Caligola. 1979)O człowieku, który kulom się nie kłaniał.

Write a comment

You must be logged in to write a comment. If you're not a registered member, please sign up.

February 2012
S M T W T F S
January 2012March 2012
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29