Predator
Saturday, December 4, 2010 4:41:50 PM
Na początku chciałem przeprosić za słowa, których tu za chwilę użyję, ale są czasem takie chwile, że trzeba wykrzyczeć się to opadają złe emocje.
K@#$a mać! By go c@#j strzelił! Przez tego trzpienia zmarnowałem wyk@#$%^ż maszynę!!
A wszystko zaczęło się w piątek. Padło pytanie, na które oczekiwaliśmy od mniej więcej poniedziałku: kto jest chętny na sobotę?
W sobotę jest dzień otwarty, więc można by spróbować się urwać ciut wcześniej i pośmigać z aparatem po maszynach szopie i nastawni. OK ja mogę przyjść ale tylko do 12.
Dosłownie za pięć dwunasta tzw. lider zlecił mi robotę do spółki z innym kolesiem. Wszystko było by w porządku, gdyby był nawał pracy i trzeba było się sprężać. Ale tak nie było. Pomimo tego, że dotarłem później do pracy to i tak czekałem jeszcze ze dwie godziny zanim dostałem to co było dla mnie przeznaczone. Szybciutko uwinąłem się z robotą. Na szczęście nie musiałem się produkować, bo chłopaki się postarali i w zasadzie nie miałem się czego czepiać.
No to robota skończona, godziny rozpisane, raport do majstra wysłany, a ten wiecheć słomiany z Kaliny do mnie z tekstem gdzie ja się wybieram?! No jak gdzie do domu, w końcu się tak umawialiśmy, nie? No tak ale jeszcze trzeba zepchnąć inną pracę, żeby można było spakować i wysłać do klienta.
No to się zezłościłem.
Ok, jak trzeba to trzeba.
Idę do tego kolesia któremu mam pomóc, i pytam czy ma już jakieś dobre te części.
No ma dwie. Ręce mi opadły. Ale sprawdził już wszystkie i czeka aż poprawią. Ok, idziemy dalej. Są poprawione, więc pod pachę i do kontroli.
Patrzę w jego notatki, co on tam wynalazł, i sprawdzam czy poprawione. No poprawione. Pieczątka w kartę i do palety. A koleś mnie pyta czy sprawdzałem inne miejsca.
-Owszem te, które mogły ulec uszkodzeniu.
- No a reszta?
-A ty nie sprawdzałeś?
- No sprawdzałem, ale może jeszcze coś znajdziesz.
- Skoro ty nie znalazłeś to po co ja mam szukać? Później powiesz, że się czepiam i podważam twoje kompetencje.
Koleś ma do tego takie tempo, że normalnie ślimak szybciej idzie, niż on sprawdza. Cacka się, jak matka z łobuzem!
Albo jest dobre, albo nie! Jak dobre, do palety i jedziemy dalej, jak się nie nadaje to do poprawy i pojedzie innym razem.
W końcu zapakowaliśmy wszystkie te koromysła do palet, i do domciu.
W tym całym zamieszaniu nie pomyślałem o aparacie. Miałem nadzieję, że hurtownia w której wypatrzyłem aparacik dla siebie i do tego w cenie, która jest w miarę przystępna, będzie jeszcze czynna. No to w emkę i do tej hurtowni. Na miejscu okazało się, ze owszem jest czynna, ale niczego mi nie sprzedadzą, bo handlowcy się rozjechali do domu. Ale jak chcę to mogę pojechać do trzech sklepów i tam może coś znajdę dla siebie.
Hahaha. Byłem we wszystkich trzech, ale tam NIE MA tego co mnie interesuje.
No to na pociąg.
Pomyślałem o tym, żeby zawinąć któryś ze służbowych. Ale nie ma co zawinąć, bo k@#$a zostały tylko trzy dobre. Pozostałe trzy są albo w serwisie, albo nań czekają. A ten sprzęt jest zazwyczaj wtedy potrzebny w robocie, kiedy i mi by się przydał.
No to zdegustowany, żeby odreagować stres wybrałem się na pieszo do dworca. Jakieś trzy kilometry po zaśnieżonych chodnikach. Normalnie zajęło by mi to jakieś pół godziny. Dzisiaj zajęło mi to prawie godzinę. Ledwie zdążyłem. Jeszcze do kasy po bilet i do kiosku po gazetę. Idąc od kas do kiosku rzuciłem okiem na perony i … tam go ujrzałem! Predator! Czyli 311D -10 PCC ze Szczakowej, do tego ze składem próżnych węglarek. Przy okazji odruchowo wymknęło mi się z ust dość głośno soczyste: k@#$a mać! Tak, że jakaś pani zwróciła mi uwagę, że tak się w miejscu publicznym nie mówi. Wolałem się nie odzywać. Ale zrobiło mi się głupio, spuściłem głowę i poszedłem w swoją stronę. Już miałem się pakować do szynobusa, gdy wpadł mi do głowy pomysł. Przecież mam aparat w telefonie! Nie jest to jakiś full wypas, ale od biedy może coś wyjdzie. Biegusiem na trzeci peron. Pech chciał, że zanim tam dobiegłem, wjechał kibel relacji Dęblin – Chełm, i zasłonił mi maszynę. Musiałem odejść trochę dalej, i zdjęcia mi nie wyszły…
Wściekłość moja nie miała środków wyrazu. Jeszcze ze dwie minuty, i siadł bym na peronie i się rozpłakał. Na szczęście nie miałem tyle czasu, bo już pani krzyczała przez megafony, ze Stalowa Wola gotowy do odjazdu. Trzeba się sprężać.
Zapakowałem się do mojego REGIO. Żeby jakoś przestać myśleć, o tym co mi się dzisiaj przytrafiło, założyłem słuchawki na uszy i zamknąłem oczy. Cały czas miałem przed nimi tego Predatora. W końcu ukołysany zapadłem w drzemkę.
Mocne szarpnięcie za ramię wyrwało mnie z nicości drzemki. To znajomy wysiadający wcześniej obudził mnie, zebym nie przespał swojego przystanku.
K@#$a mać! By go c@#j strzelił! Przez tego trzpienia zmarnowałem wyk@#$%^ż maszynę!!
A wszystko zaczęło się w piątek. Padło pytanie, na które oczekiwaliśmy od mniej więcej poniedziałku: kto jest chętny na sobotę?
W sobotę jest dzień otwarty, więc można by spróbować się urwać ciut wcześniej i pośmigać z aparatem po maszynach szopie i nastawni. OK ja mogę przyjść ale tylko do 12.
Dosłownie za pięć dwunasta tzw. lider zlecił mi robotę do spółki z innym kolesiem. Wszystko było by w porządku, gdyby był nawał pracy i trzeba było się sprężać. Ale tak nie było. Pomimo tego, że dotarłem później do pracy to i tak czekałem jeszcze ze dwie godziny zanim dostałem to co było dla mnie przeznaczone. Szybciutko uwinąłem się z robotą. Na szczęście nie musiałem się produkować, bo chłopaki się postarali i w zasadzie nie miałem się czego czepiać.
No to robota skończona, godziny rozpisane, raport do majstra wysłany, a ten wiecheć słomiany z Kaliny do mnie z tekstem gdzie ja się wybieram?! No jak gdzie do domu, w końcu się tak umawialiśmy, nie? No tak ale jeszcze trzeba zepchnąć inną pracę, żeby można było spakować i wysłać do klienta.
No to się zezłościłem.
Ok, jak trzeba to trzeba.
Idę do tego kolesia któremu mam pomóc, i pytam czy ma już jakieś dobre te części.
No ma dwie. Ręce mi opadły. Ale sprawdził już wszystkie i czeka aż poprawią. Ok, idziemy dalej. Są poprawione, więc pod pachę i do kontroli.
Patrzę w jego notatki, co on tam wynalazł, i sprawdzam czy poprawione. No poprawione. Pieczątka w kartę i do palety. A koleś mnie pyta czy sprawdzałem inne miejsca.
-Owszem te, które mogły ulec uszkodzeniu.
- No a reszta?
-A ty nie sprawdzałeś?
- No sprawdzałem, ale może jeszcze coś znajdziesz.
- Skoro ty nie znalazłeś to po co ja mam szukać? Później powiesz, że się czepiam i podważam twoje kompetencje.
Koleś ma do tego takie tempo, że normalnie ślimak szybciej idzie, niż on sprawdza. Cacka się, jak matka z łobuzem!
Albo jest dobre, albo nie! Jak dobre, do palety i jedziemy dalej, jak się nie nadaje to do poprawy i pojedzie innym razem.
W końcu zapakowaliśmy wszystkie te koromysła do palet, i do domciu.
W tym całym zamieszaniu nie pomyślałem o aparacie. Miałem nadzieję, że hurtownia w której wypatrzyłem aparacik dla siebie i do tego w cenie, która jest w miarę przystępna, będzie jeszcze czynna. No to w emkę i do tej hurtowni. Na miejscu okazało się, ze owszem jest czynna, ale niczego mi nie sprzedadzą, bo handlowcy się rozjechali do domu. Ale jak chcę to mogę pojechać do trzech sklepów i tam może coś znajdę dla siebie.
Hahaha. Byłem we wszystkich trzech, ale tam NIE MA tego co mnie interesuje.
No to na pociąg.
Pomyślałem o tym, żeby zawinąć któryś ze służbowych. Ale nie ma co zawinąć, bo k@#$a zostały tylko trzy dobre. Pozostałe trzy są albo w serwisie, albo nań czekają. A ten sprzęt jest zazwyczaj wtedy potrzebny w robocie, kiedy i mi by się przydał.
No to zdegustowany, żeby odreagować stres wybrałem się na pieszo do dworca. Jakieś trzy kilometry po zaśnieżonych chodnikach. Normalnie zajęło by mi to jakieś pół godziny. Dzisiaj zajęło mi to prawie godzinę. Ledwie zdążyłem. Jeszcze do kasy po bilet i do kiosku po gazetę. Idąc od kas do kiosku rzuciłem okiem na perony i … tam go ujrzałem! Predator! Czyli 311D -10 PCC ze Szczakowej, do tego ze składem próżnych węglarek. Przy okazji odruchowo wymknęło mi się z ust dość głośno soczyste: k@#$a mać! Tak, że jakaś pani zwróciła mi uwagę, że tak się w miejscu publicznym nie mówi. Wolałem się nie odzywać. Ale zrobiło mi się głupio, spuściłem głowę i poszedłem w swoją stronę. Już miałem się pakować do szynobusa, gdy wpadł mi do głowy pomysł. Przecież mam aparat w telefonie! Nie jest to jakiś full wypas, ale od biedy może coś wyjdzie. Biegusiem na trzeci peron. Pech chciał, że zanim tam dobiegłem, wjechał kibel relacji Dęblin – Chełm, i zasłonił mi maszynę. Musiałem odejść trochę dalej, i zdjęcia mi nie wyszły…
Wściekłość moja nie miała środków wyrazu. Jeszcze ze dwie minuty, i siadł bym na peronie i się rozpłakał. Na szczęście nie miałem tyle czasu, bo już pani krzyczała przez megafony, ze Stalowa Wola gotowy do odjazdu. Trzeba się sprężać.
Zapakowałem się do mojego REGIO. Żeby jakoś przestać myśleć, o tym co mi się dzisiaj przytrafiło, założyłem słuchawki na uszy i zamknąłem oczy. Cały czas miałem przed nimi tego Predatora. W końcu ukołysany zapadłem w drzemkę.
Mocne szarpnięcie za ramię wyrwało mnie z nicości drzemki. To znajomy wysiadający wcześniej obudził mnie, zebym nie przespał swojego przystanku.







agaragar74 # Monday, December 6, 2010 12:33:40 PM
Ibonekibonek # Monday, December 6, 2010 10:55:47 PM
A mechanicy z PCC Szczakowa są znani z tego,że chętnie objaśniają co i jak i dają się fotografować.