My Opera is closing 3rd of March

Pasażer na gapę

Po długiej przerwie...

Ojoj ale się opuściłem!
Ale tak to bywa. Sytuacja zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę, plan był napięty jak... no wiadomo co. Bywało różnie. Ale bardzo dynamicznie.
Po drodze odbyła się rocznica istnienia mojego bloga. No wiadomo, jak rocznica, to i trza to w jakowyś sposób podsumować. Tylko jak? Ma ktoś pomysł??

Miałem w planach powtórkę z rozrywki, czyli Małą Podkarpacką+ po raz wtóry. Tym razem chciałem się wypuścić troszkę dalej niż do Rzeszowa. Dębica, ewentualnie może Kraków na chwilę? Na pewno miało być tak: biorę urlop, żonie nic nie mówię, wsiadam w pociąg ląduję w Rzeszowie, przesiadka na Tarnobrzeg, powrót do Rzeszowa i stamtąd powrót Koroną do Lublina. Plan diabli wzięli. Urlop też. Miał być SA135-010 i ten drugi (jak mnie pamięć nie myli -012) i 109 i może coś jeszcze ciekawego ( w Tarnobrzegu często bywają ciekawe loki prywaciarzy). A tu buba. No nie do końca.
Najpierw były manewry. Manewry polegały na tym, że tuż po korekcie wiedziony odruchem Pawłowa zalogowałem się na peronie III lubelskiego dworca, skąd zazwyczaj odjeżdżała "Resovia". Oczywiście nie przyglądałem się zbytnio pragotronom, bo i po co. Wszak zawsze stamtąd odjeżdżała. "Resovia” przybyła, a jakże, planowo w postaci SA134. Mniejsza o numer. Przyjezdni opuścili skład, i cała oczekująca publika w postaci kilkunastu osób, ze mną na czele, załadowała się do maszyny. Jakoś mało jak na ten pociąg i tą godzinę (16:20). Ale ok, różnie może być. Z zadowoleniem przyglądałem się krzątaninie obsługi i wsłuchiwałem w korespondencję radiową przez uchylone drzwi. Jak to z którego? Zawsze z siódmego (tor 6 przy peronie trzecim)! Po co miałby się przestawiać na inny? A może to nie do naszego było? Ale chyba do niego, bo zamknął drzwi i szybko przemieścił się do drugiej kabiny.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pociąg ruszył. Patrzę na zegarek (kolejny odruch Pawłowa) i ze zdziwieniem stwierdzam, że jedziemy przed czasem! Ale dlaczego?! Powoli wychodzimy z peronów, i podjeżdżamy pod semafor za LbB. Stoimy. Mechanik z szybkością Supermana przemieścił się na czoło pojazdu i po wyświetleniu się na semaforze białego światła manewrowego i zapodaniu Rp1 ruszamy. Wjeżdżamy w perony na pierwszy oporowy (bodajże to jest tor nr 4), gdzie już oczekiwał niecierpliwie spory tłum pasażerów. Trochę zdziwiony byłem. Postanowiłem sprawdzić w odjazdach następnego dnia. Sprawdziłem. Planowo z pierwszego oporowego. Ha!
Później pojawiło się SA109-007 (212M). Kolejne cudo polskiej myśli technicznej końca XX wieku.
Może nie jest to ideał, i duuuuuuuuuuuuuuuuuużo mu brakuje do maszyn zachodnich (np. GTW Stadlera) ale jeździ toto z mniejszą lub większą skutecznością. Maszyna ta jest dwuczłonową mutacją SA107 (211M) i jak oryginał, nie posiada wózków, tylko ma cztery osie, do których jest przyczepiona i na dwie „ciągnie”. Ma do tego przekładnię hydrauliczną i cieszy się wysoką awaryjnością.
Cudo zostało odkryte przypadkowo. Cynk dostałem jak byłem w pracy. Jechało sobie poranną „Resovią” do Lublina, a w przeciwną stronę jechał mój informator „Koroną” Oczywiście spotkanie było w Lipie, a ja upolowałem sobie go później, jak wrócił z REGIO 4414 SWP – Lublin i podstawił się na „Resovię” Tym razem z siódmego.
Już następnego dnia, nie dałem się wmanewrować w żadne „po godzinach” tylko biegusiem na dworzec i w REGIO 4415 do SWP i do Pułankowic. Tam miałem spore szanse na spotkanie go w trasie, gdyż nie daleko w Kraśniku mają krzyżowanie. Miejscówkę zająłem nową i czekam. Oczywiście doczekałem się i udało się go ustrzelić. Zimno było jak diabli!
Ale to się nie udało kilka dni później.
To był piątek, jeden z tych piątków, gdzie wszystko miało być zapięte na ostatni guzik, gdzie wszystko było precyzyjnie zaplanowane i wyliczone. Jakże się pomylił ktoś kto to wszystko planował! Oj pomylił się! I jak zwykle nikt mnie nie słuchał! A później było: „A nie mówiłem??” No i trzeba się było produkować. Gdy już wszystko było przygotowane do wyjazdu, okazało się, że wszystko pojedzie ale dnia następnego. Bo kierowcy musieliby i tak stać na granicy albo gdzieś w Szkoplandii na parkingu. Szlag!
Wściekły poszedłem sobie do domu, z zamiarem przybycia tu następnego dnia. Biegusiem na dworzec i do kasy. Oczywiście regionalne już nie czynne. No to do IC. Tu trzeba paniom niestety tłumaczyć, że bilet do Pułankowic nie kosztuje 9,50 zł tylko 5. Bo promocja ma kod 506 i to nie jest kod spółki tylko oferty. Boziu! Cierpliwości! Dobrze, ze dyliżans odjeżdża z peronu pierwszego, to nie trzeba jeszcze po dworcu biegać.
Wychodzę na peron a tu… SA103-002! No ja piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!! A ja bez aparatu z pracy idę! No by to!!
Zalogowałem się na pokładzie i próbowałem szybko policzyć szanse na trafienie go następnego dnia. Coś mi nie wychodziło. Jakbym nie liczył, wychodzi, że go nie trafię.
Tym razem ja się pomyliłem. Wracałem do domciu kiedy wpadł mi do głowy szatański pomysł. Wysiadam w Pułankowicach, czekam na pojazd z SWP i strzelam co przyjedzie, ewentualnie na mijankę do Niedrzwicy sobie podjadę i do domu „Resovią”, albo w wersji hardcore z buta do Kraśnika i próba wyhaczenia Rzeczycy w lesie, później powrót 4416. I tak też uczyniłem. Zabunkrowałem się na końcu peronu i czekam. Przy okazji tu pstryk, tam pstryk. Będzie dobrze.
Gdy już cierpliwość moja była na wyczerpaniu, odezwał się SSP. Jedzie! Jedzie! Jedzie… SA103-002!! Dwa strzały i… po bateriach! Zanim zmieniłem na drugi komplet szynobus już ruszył z przystanku. Nici z mijanki w Niedrzwicy. No to co, z buta do Kraśnika! Tylko trzeba się sprężać, żeby nie być rozjechanym.
Ścieżką – drogą wzdłuż torów ruchem jednostajnym zmierzałem w kierunku lasu, gdy nagle doznałem olśnienia.
Sigman podesłał mi kiedyś linka do zdjęć zrobionych przez jakiegoś Anglika z telewizji. Jest tam kilka fotek z lasu kraśnickiego, właśnie z tego podjazdu. Pomyślałem, że można by było zrobić to samo z szynobusem. No to do dzieła.
25 minut zajęło mi dotarcie do lasu i mniej więcej określenie pozycji, z której ten Anglik robił zdjęcia. Ale za długo trzeba czekać. Dwadzieścia parę minut… Decyzja była szybka: 10 minut w stronę Kraśnika i powrót żeby zdążyć zająć miejscówkę. Zaraz za łukiem, jakieś 5 minut od miejsca skąd chciałem strzelać znalazłem coś fajniejszego. Prawie dwa kilometry prostej wyjście z łuku, ToA, i wejście w łuk. A wszystko to w towarzystwie dwóch nasypów po obu stronach torów. Miejscówka marzenie! Pycha!
Odczekałem cierpliwie zadany czas, spoglądając raz na szlak, raz na tarczę ostrzegawczą. Zastanawiałem się kiedy i jaki sygnał pojawi się na tarczy. Zakładałem, ze pojawi się jazda z maksymalną prędkością (czyli zielone stałe światło), ponieważ Rzeczyca planowo nic nie krzyżuje, ale zawsze coś może wypaść z planu i wpaść jakiś luzak albo brutto. Czasu sporo, może zdążyć dobiec do Niedrzwicy. Według moich obliczeń, dyżurny powinien podać semafor w momencie, kiedy na powtarzaczu SSP w Pułankowicach wyświetli mu się, że pociąg właśnie się na nim pojawił. I chyba tak się stało, gdyż w chwilę po odtrąbieniu Rp1 przed przejazdem pojawiło się zielone na tarczy. Pomimo znacznej odległości (3km) słychać było wyraźnie. Jeszcze trzy minuty i będzie mój. Tylko ciekawe, co będzie tym razem?
Wreszcie słychać charakterystyczne stukotanie kół na łączeniach szyn. Z sekundy na sekundę coraz wyraźniejsze. Włączyłem aparat, i w duchu modliłem się, żeby mi akumulatory nie wysiadły, gdy nagle rozległo się charakterystyczne trąbienie i zza łuku wyjechał SA103-005. Trzask migawki i… Rp1! I te bezcenne spojrzenia mechanika i kierpocia! Jak ja to lubię!
No to co?Dalej do Kraśnika!
Dotarłem tam jakieś 25 minut później. Po Rzeczycy ani śladu, na stacji puchy. Dobrze, że chociaż poczekalnia jest, to można się było schować, i sklepik niedaleko. W pierwszej kolejności udałem się właśnie do niego, w celu zakupienia baterii. Pani obsługująca stanęła na wysokości zadania i skompletowała mi zestaw czterech sztuk alkaików tej samej firmy. Profilaktycznie założyłem do aparatu, sprawdziłem czy działa, dokupiłem jeszcze kawałek pączka, mineralkę, i tak zaopatrzony ruszyłem na stację. Do przyjazdu „Resovii” jeszcze pół godziny. Pokręciłem się po peronie, i całej stacji. W tzw. międzyczasie przybyło kilka osób.
Wreszcie słychać przez megafony zapowiedź pociągu. Aparat w dłonie i robimy.
SA103-002 i zdziwione spojrzenie mechanika. Po raz drugi dzisiaj. Zaczyna mi się to podobać. Zrobiłem kilka ujęć i zapakowałem się do „Korony” czyli REGIO 4416 zakupiłem bilecik i do domciu. Żona już zaczynała się niecierpliwić.
Arabowie mają takie powiedzenie: nie chce góra do Mahometa, to Mahomet przyjdzie do góry. Albo jakoś tak. W myśl tej sentencji SA135-010 przyjechał do mnie sam. I znowu pomógł mi mój znajomy, a ja znowu byłem w pracy. Tym razem nie dałem się wmanewrować w żadne po godzinach tylko punkt 14:03 opuściłem zakład i z kolegą jadącym w okolice PKPu zabrałem się.
Zalogowałem się na pokładzie REGIO 4415. Cierpliwie czekałem, aż dojadę do miejsca przestępstwa. Opuściłem skład w Pułankowicach, i zaczaiłem się jakieś sto metrów od przejazdu. Mechanik będzie mnie widział, nie ma problemu. Tym bardziej, że i tak będę poza skrajnią. Wreszcie jest! Cisnę na Maksa ile wlezie, zawsze coś się wybierze. I coś wyszło.
A pomiędzy tym wszystkim zapałętał mi się jeszcze jeden TRAXX smile Lotosu

DepresjaNici

Write a comment

New comments have been disabled for this post.