Wycieczka.
Monday, May 31, 2010 8:22:12 AM
To było tak. Była niedziela, żona pojechała z dzieciakami i teściową gdzieś tam. Ok niech jadą, będzie trochę spokoju. No to one pojechały, ja tak siadłem i tak czytam w tym internecie, a tam nic ciekawego. No i tak myślę sobie: może by tak bicyklem się przewiózł do Kraśnika. Nie jest daleko, 5 km. Tylko którędy jechać? Przez las - no to najszybciej, ale telepie. Szosą Lubelską? Znowu w rowie wyląduję.
No to sobie tak siedzę i rozważam, w między czasie wymieniam z jednym takim panem korespondencję na temat jednego brutta, i .... taki charakterystyczny dźwięk wpadł mi przez otwarte okno. Taki dźwięk to tylko jedna maszyna wydaje. GAGAR!!! Drugie RP1 i dzwonek SSP. Z której strony? I gdzie jest ten zapyziały aparat! Ja pi@%&$@ę, ruszaj się chłopie bo ci ucieknie!
No i uciekł... Zrobiłem tylko kawałek loka i parę wagoników. Bez popychu szedł podwójną trakcją.
No to ładnie. Wybierałem się jak sójka za morze i się doczekałem. No dobra - dzień stracony. Choć nie do końca. Przecież jeszcze osobówki jeżdżą, i może się coś trafi na Kraśniku. Czasem tam czekają na podmianę. No tak ale to Połaniec, a ten teraz na około przez Dęblin - Radom jeździ, bo powódź koło Sandomierza.
Ładnie jest, słoneczko wysoko, trochę chmurek. Jedziemy!
Pożegnałem grzecznie swojego rozmówcę, zapakowałem prztykadełko do plecaka (służbowy musiałem oddać. Niedobry Śmigol popsuł aparat !), kamizelkę i koszulę na wszelki wypadek jakby się dłużej zeszło, pompkę do kółek, i hmmm Klucze? a po co! balast tylko zbędny i nic więcej.
No dobra, jeszcze jakiś napój by się przydał, żeby z pragnienia nie paść albo się nie odwodnić. Jedziemy do sklepu. Po drodze jest taki sklepik tzw. GS. Zamknięty! No nie . Trudno jedziemy dalej. Koło przystanku jest jeszcze jeden. Też zamknięty! no by to szlak! No to po lesie i do Kraśnika. Zanim dojechałem do lasu przypomniałem sobie, o takiej ambonie przy torach. Stoi tam sobie odkąd pamiętam. No to rower w krzaki, żeby go nie wsiąkło, i na ambonę!. Wylazłem sobie na górę, rozejrzałem dokoła, parę strzałów na próbę, i czekam. Czekam i klnę na czym świat stoi, że nie mam lepszego aparatu. Trzeba będzie się rozejrzeć, i zakupić coś co się nada nosić w plecaku ale i będzie miało konkretne parametry. No dobra, z braku laku i kit dobry. Lepsze takie małe prztykadełko, niż brak aparatu w ogóle. No to czekam i kombinuję: 4417 do Stalowej krzyżuje się z 4418 w Zaklikowie, po drodze w Rzeczycy skrzyżuje TLKę do Warszawy. To mamy trochę czasu. Jakby się zasadzić na ambonie... Ale szkoda mi mijanki w Kraśniku 417 do Szastarki i TLKi. Ile będę miał czasu? 50 minut pomiędzy osobówkami. Nawet nie ! 45 to max. jakieś 4 km koło torów. Ciekawe jaka droga ? Po deszczu może być błotko. A nie! tam powinna być wyjeżdżona i usypana droga z poręby. No dobra skupmy się na tym co się dzieje na torach. Czas jak się na coś czeka, to strasznie powoli płynie. No i wreszcie słychać. Widoczność piękna, tylko trochę te chaszcze przy torach przeszkadzają. Ale damy radę. No i ładnie się dźwięk niesie pomimo wiatru. Też ładnie wieje w porywach ze 40 jak nie lepiej. Chwilami zastanawiam się czy ta ambona nie przewróci się razem ze mną. No i jest pełny skład 4417: "budyio-polsat" i dwie bonazy. Rusza z Pułankowic i jedzie. Cyk,cyk i jest ! Przejazd pod amboną i końcówki. Zanim zniknął za łukiem w lesie, zdążyłem jeszcze kilka razy strzelić, ale tylko jedno wyszło.
No to teraz biegusiem na dół, zamykamy drzwi na ambonę, i na rower. Przez pola do lasu, i dalej pasem pożarowym do Kraśnika. Jak zdążę. W międzyczasie liczę ile minut mi zostało do następnego pociągu. Obliczyłem, że jak w ciągu 20 minut nie przejadę więcej niż połowę drogi, to wracam, na z góry upatrzone pozycje. No to jestem już w lesie. I już na samym wjeździe wiem, że popełniłem pierwszy błąd. Jazda rowerem przez las, z małym zapasem czasu, bliżej nieokreśloną ilość kilometrów. Jasna pogoda! Pierwsze parę metrów spoko. Gdzieś tu zaczyna się droga pożarowa... No właśnie: gdzieś! Ale nic, jadę dalej tym pasem i już zaczynam żałować, że w ogóle się wybrałem przez las. Droga tak niemiłosiernie zryta przez dziki, że aż podskakuję na siodełku, gałęzie wiszą tuż nad nią i tłuką niemiłosiernie po twarzy. Ale postanowiłem byc twardy. Patrzę na zegarek, jeszcze mam czas. I dalej cisnę! Cały czas pasem pożarowym. Gdzie do diabła jest ta droga! No dobra, nie ma jej to nie ma trudno się mówi. Jestem twardy, cisnę dalej, jeszcze 30 minut. Zawracać? Jeszcze chwila. O żesz...! rów! po hamulcach i w ostatniej chwili udało mi się go ominąć. Jest! szlaban, jak zwykle opuszczony i droga do stacji. Jeszcze ponad 20 minut. Na drugą stronę i szukamy przejazdu, nie chce mi się nosić bicykla przez tory do fabryki. Ale dobra dla relaksu i zabicia czasu mogę się bujnąć kawałek. No i trafiłem za pierwszym podejściem, jakiś kilometr od lasu. Na drugą stronę i na stację. Na szczęście, jest na stacji sklepik i do tego czynny. Więc mogę się zaopatrzyc w jakiś napój, bo mi w gardle zaschło. Poczyniłem zakupy, uzupełniłem płyny, naszykowałem aparacik, i czekamy. Jest REGIO. Kilka strzałów, coś się z tego wyciśnie. Czekamy na TLKę. Niestety, TLKa przyjedzie 20 minut w plecy. No trudno się mówi, poczekamy. W międzyczasie rozglądam się po stacji i szykuję dalszy plan działania. Szkoda, że nie mam lepszego aparatu. Kilka fajnych zdjęć można by było zrobić. Ale tak to jest, jak się robi wycieczkę " na wariackich papierach". W końcu jest! Fiacik, za nim stodoła i pullmany. No i nowa 1 TLKi. Na spokojnie można przymierzyć, bez pośpiechu, i trzask! No i się rozjechały. Szynobus do Szastarki, TLKa do Lublina. Teraz następny za jakieś 20 minut. Chyba, że będzie trzymał opóźnienie, to pół godziny. Co teraz? Albo do domu, albo dalej na Sulów. Do Szastarki trochę mi nie pasi, bo nie będzie w razie czego jak wrócić. No to za wykonawczą, i na Sulów. Tam w lesie są jakieś mogiły po katastrofie. Trzeba by się wybrać i dowiedzieć co i jak. Jadę sobie asfaltem, który nagle się kończy i zjeżdżam na zwykłą polną drogę. Byle do lasu, bo tam pewnie coś wzdłuż torów będzie. No i jest, ale tak rozkopane, że nie dam rady przejechać. Przez przejazd, i drogą pożarową. Nie ma wyjścia. Przez jakiś czas widać tory z niej, ale w pewnej chwili te tory odbijają i nikną mi z oczu. Z mapy pamiętałem, że skręcają na południowy wschód, a później na południe. Więc muszę na nie w końcu trafić. No i trafiłem. Na skraj lasu. Dobrze, że droga chociaż jest, i jakaś wieś przy niej. Ale pojawiają się pierwsze objawy awarii roweru. Siodełko mi zaczyna się bujać.
Przy tej drodze spotkałem takiego starszego pana. Zapytany o drogę bez wahania opisał jak dotrzeć i którędy do tych pomników. Podziękowawszy pojechałem dalej. No i dojechałem do torów. Jakiś czas jechałem koło nich i gapiłem się na boki. Minąłem jeden zjazd, drugi, w końcu dotarłem do krzyżówki i przejazdu. Przebiłem się na drugą stronę i wracam na Kraśnik. Ale jest problem! Siodełko buja się coraz bardziej i zaczyna mnie uwierać w siedzisko. No i nie ma drogi przy torach. Jest za to droga pożarowa. No to wjeżdżam na tą drogę i jadę kawałek a tu jakiś facet z giwerą. No to pięknie, ale podjeżdżam do niego i zaczynam rozmowę, ze chciałem się dostać na te mogiły, a nie bardzo wiem jak. Zasięgnąwszy informacji podziękowałem i pojechałem dalej. Wreszcie jest! Znalazłem! Zsiadłem z roweru, obowiązkowe "Wieczne odpoczywanie..." Fotki i na drugą stronę. Obejrzałem sobie te mogiły, i muszę stwierdzić, że jak na pomniki w lesie to są zadbane i pielęgnowane bardzo starannie. Czas powoli się zwijać. Tym razem nie opuszczam pasa pożarowego, i dalej w stronę Kraśnika, na coraz bardziej bujającym się siodełku. Nie dam rady chyba dojechać! Znowu pluję sobie w brodę, że nie wziąłem kluczy. Przedarłem się z półtorej kilometra, i wyszedłem sprawdzić gdzie jestem. No dobra,łuk. Kilka fotek, ToK jeszcze po drodze, i z powrotem na rower. Znowu kawałek jazdy i chwila odpoczynku. Siedzisko już mnie tak uwiera, że nie idzie siedzieć. Co 100-200 metrów muszę zsiadać i przejść się kawałek, żeby odpocząć. Wykorzystując jedną z takich przerw, dojrzałem "wyrwę" w krzakach przy torach i poszedłem zobaczyć czy nie dało by się coś ustrzelić. Miejsce całkiem dobre: długa prosta od Kraśnika, i za plecami łuk na południowy wschód, który widziałem godzinę temu! Kontrola czasu, którego jeszcze trochę zostało. I decyzja: jadę jeszcze kawałek do przodu, tym bardziej, że cały widoczny odcinek jest oczyszczony z chaszczy, i wszystko widać. Kolejny postój, tym razem już na dłużej, bo zbliża się godzina S. Jeden z przedostatnich kursów TLKi z Kostrzyna/ Szczecina do Przemyśla, dawnego "Sana". Od 1 czerwca koniec jazdy tego pociągu. Podobno ze względu na wysokie koszty. Ciekawe, dlaczego w przeddzień sezonu urlopowego?
W końcu JEST! Trzy światełka już widać, słoneczko się schowało za drzewa, aparat w rękach, celownik, jeszcze... jeszcze... jeszcze... ok. Strzał! Powtórka, kiepsko wyszło, dawaj bliżej, jeszcze raz, i znowu powtórka, za daleko! Nie dam rady zrobić więcej zdjęć, bo muszę się odsunąć i pozostałości krzaków będą mi przeszkadzać no i trzeba wykonać jeszcze zdjęcie numeru loka. RP1, kamizelka się przydała. Poszedł jak rakieta. Su45-156. Pewnie na bocznicę pójdzie a później na żyletki. Udało mi się jeszcze końcówki zrobić i schował się za łukiem. Szkoda...Ale dość sentymentów, bo komarzyce są coraz bardziej zjadliwe, i trzeba się spieszyć do domu. Wieczór się zbliża a jutro do pracy trzeba jechać. No i po drodze jeszcze REGIO 419 do Szastarki można ustrzelić. Z obolałym siedziskiem trochę na stojąco, trochę na siedząco, próbuję jechać. Klnąc na czym świat stoi swoją lekkomyślność. Zdesperowany przez chwilę nawet chciałem ten rower gdzieś zostawić i dalej iść na piechotę. Ale czym będę później jeździł? Obolały dotarłem do przejazdu z którego ruszyłem na Sulów, i tu postanowiłem zaczekać na REGIO. Ładnie z górki, od Kraśnika, widoczny semafor wjazdowy, i... komary! Nie pomaga nawet dym z papierosa! Ale pal sześć komary ! Oto moje Regio! SA107 -001. RP1 przy okazji przejazdu i z mojego zapewne powodu. Najazd z przodu migawka chwila niepewności i jest. Wyszło. Powtórki nie będzie, bo za szybko jedzie i już się zmierzcha. Ale jeszcze końcówki zanim schowa się za łukiem. Czas wracać do domu. Z obolałym siedziskiem, jadę drogą pożarową przez las. Jeszcze zahaczę tylko o wykonawczą. Może mają tam jakieś klucze? Albo, nie będę obciachu robił. No chyba, ze ktoś znajomy będzie. Ale nikogo nie widzę przez okna, to i nie zachodzę. Nie ma się co czaić na bobry, jak mawia mój kolega, tylko jakoś próbować dojechać do domu. I znowu przez las! Już resztkami sił ciągnę ale trzeba jakoś dotrwać. Ale po drodze znowu ta ambona. I znowu okazja coś ustrzelić. PO chwili oczekiwania słyszę znajomy dźwięk od strony przejazdu. To 4419 wtacza się na peron. I znowu jak z 4417. Tym razem nie wyszło. Za ciemno, a ja nie opanowałem jeszcze tego swojego prztykadełka na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcia po zmierzchu. Szynobus sobie pojechał, z ja postanowiłem jeszcze poczekać chwilę. I dobrze zrobiłem bo trafiłem na luzaka, chyba z tego samego pociągu, który mi uciekł wczesnym popołudniem. Kilka przymiarek i dałem sobie spokój. Nie wyszło nic. Zostawiam na ambonie porządek po sobie, i zwijam się do domu. Czas się pokazać żonie... i czas spać. Zmęczenie - ale takie pozytywne - daje o sobie znać. Tylko ciekaw jestem, kiedy znowu wsiądę na rower. Chyba nie tak szybko....
No to sobie tak siedzę i rozważam, w między czasie wymieniam z jednym takim panem korespondencję na temat jednego brutta, i .... taki charakterystyczny dźwięk wpadł mi przez otwarte okno. Taki dźwięk to tylko jedna maszyna wydaje. GAGAR!!! Drugie RP1 i dzwonek SSP. Z której strony? I gdzie jest ten zapyziały aparat! Ja pi@%&$@ę, ruszaj się chłopie bo ci ucieknie!
No i uciekł... Zrobiłem tylko kawałek loka i parę wagoników. Bez popychu szedł podwójną trakcją.
No to ładnie. Wybierałem się jak sójka za morze i się doczekałem. No dobra - dzień stracony. Choć nie do końca. Przecież jeszcze osobówki jeżdżą, i może się coś trafi na Kraśniku. Czasem tam czekają na podmianę. No tak ale to Połaniec, a ten teraz na około przez Dęblin - Radom jeździ, bo powódź koło Sandomierza.
Ładnie jest, słoneczko wysoko, trochę chmurek. Jedziemy!
Pożegnałem grzecznie swojego rozmówcę, zapakowałem prztykadełko do plecaka (służbowy musiałem oddać. Niedobry Śmigol popsuł aparat !), kamizelkę i koszulę na wszelki wypadek jakby się dłużej zeszło, pompkę do kółek, i hmmm Klucze? a po co! balast tylko zbędny i nic więcej.
No dobra, jeszcze jakiś napój by się przydał, żeby z pragnienia nie paść albo się nie odwodnić. Jedziemy do sklepu. Po drodze jest taki sklepik tzw. GS. Zamknięty! No nie . Trudno jedziemy dalej. Koło przystanku jest jeszcze jeden. Też zamknięty! no by to szlak! No to po lesie i do Kraśnika. Zanim dojechałem do lasu przypomniałem sobie, o takiej ambonie przy torach. Stoi tam sobie odkąd pamiętam. No to rower w krzaki, żeby go nie wsiąkło, i na ambonę!. Wylazłem sobie na górę, rozejrzałem dokoła, parę strzałów na próbę, i czekam. Czekam i klnę na czym świat stoi, że nie mam lepszego aparatu. Trzeba będzie się rozejrzeć, i zakupić coś co się nada nosić w plecaku ale i będzie miało konkretne parametry. No dobra, z braku laku i kit dobry. Lepsze takie małe prztykadełko, niż brak aparatu w ogóle. No to czekam i kombinuję: 4417 do Stalowej krzyżuje się z 4418 w Zaklikowie, po drodze w Rzeczycy skrzyżuje TLKę do Warszawy. To mamy trochę czasu. Jakby się zasadzić na ambonie... Ale szkoda mi mijanki w Kraśniku 417 do Szastarki i TLKi. Ile będę miał czasu? 50 minut pomiędzy osobówkami. Nawet nie ! 45 to max. jakieś 4 km koło torów. Ciekawe jaka droga ? Po deszczu może być błotko. A nie! tam powinna być wyjeżdżona i usypana droga z poręby. No dobra skupmy się na tym co się dzieje na torach. Czas jak się na coś czeka, to strasznie powoli płynie. No i wreszcie słychać. Widoczność piękna, tylko trochę te chaszcze przy torach przeszkadzają. Ale damy radę. No i ładnie się dźwięk niesie pomimo wiatru. Też ładnie wieje w porywach ze 40 jak nie lepiej. Chwilami zastanawiam się czy ta ambona nie przewróci się razem ze mną. No i jest pełny skład 4417: "budyio-polsat" i dwie bonazy. Rusza z Pułankowic i jedzie. Cyk,cyk i jest ! Przejazd pod amboną i końcówki. Zanim zniknął za łukiem w lesie, zdążyłem jeszcze kilka razy strzelić, ale tylko jedno wyszło.
No to teraz biegusiem na dół, zamykamy drzwi na ambonę, i na rower. Przez pola do lasu, i dalej pasem pożarowym do Kraśnika. Jak zdążę. W międzyczasie liczę ile minut mi zostało do następnego pociągu. Obliczyłem, że jak w ciągu 20 minut nie przejadę więcej niż połowę drogi, to wracam, na z góry upatrzone pozycje. No to jestem już w lesie. I już na samym wjeździe wiem, że popełniłem pierwszy błąd. Jazda rowerem przez las, z małym zapasem czasu, bliżej nieokreśloną ilość kilometrów. Jasna pogoda! Pierwsze parę metrów spoko. Gdzieś tu zaczyna się droga pożarowa... No właśnie: gdzieś! Ale nic, jadę dalej tym pasem i już zaczynam żałować, że w ogóle się wybrałem przez las. Droga tak niemiłosiernie zryta przez dziki, że aż podskakuję na siodełku, gałęzie wiszą tuż nad nią i tłuką niemiłosiernie po twarzy. Ale postanowiłem byc twardy. Patrzę na zegarek, jeszcze mam czas. I dalej cisnę! Cały czas pasem pożarowym. Gdzie do diabła jest ta droga! No dobra, nie ma jej to nie ma trudno się mówi. Jestem twardy, cisnę dalej, jeszcze 30 minut. Zawracać? Jeszcze chwila. O żesz...! rów! po hamulcach i w ostatniej chwili udało mi się go ominąć. Jest! szlaban, jak zwykle opuszczony i droga do stacji. Jeszcze ponad 20 minut. Na drugą stronę i szukamy przejazdu, nie chce mi się nosić bicykla przez tory do fabryki. Ale dobra dla relaksu i zabicia czasu mogę się bujnąć kawałek. No i trafiłem za pierwszym podejściem, jakiś kilometr od lasu. Na drugą stronę i na stację. Na szczęście, jest na stacji sklepik i do tego czynny. Więc mogę się zaopatrzyc w jakiś napój, bo mi w gardle zaschło. Poczyniłem zakupy, uzupełniłem płyny, naszykowałem aparacik, i czekamy. Jest REGIO. Kilka strzałów, coś się z tego wyciśnie. Czekamy na TLKę. Niestety, TLKa przyjedzie 20 minut w plecy. No trudno się mówi, poczekamy. W międzyczasie rozglądam się po stacji i szykuję dalszy plan działania. Szkoda, że nie mam lepszego aparatu. Kilka fajnych zdjęć można by było zrobić. Ale tak to jest, jak się robi wycieczkę " na wariackich papierach". W końcu jest! Fiacik, za nim stodoła i pullmany. No i nowa 1 TLKi. Na spokojnie można przymierzyć, bez pośpiechu, i trzask! No i się rozjechały. Szynobus do Szastarki, TLKa do Lublina. Teraz następny za jakieś 20 minut. Chyba, że będzie trzymał opóźnienie, to pół godziny. Co teraz? Albo do domu, albo dalej na Sulów. Do Szastarki trochę mi nie pasi, bo nie będzie w razie czego jak wrócić. No to za wykonawczą, i na Sulów. Tam w lesie są jakieś mogiły po katastrofie. Trzeba by się wybrać i dowiedzieć co i jak. Jadę sobie asfaltem, który nagle się kończy i zjeżdżam na zwykłą polną drogę. Byle do lasu, bo tam pewnie coś wzdłuż torów będzie. No i jest, ale tak rozkopane, że nie dam rady przejechać. Przez przejazd, i drogą pożarową. Nie ma wyjścia. Przez jakiś czas widać tory z niej, ale w pewnej chwili te tory odbijają i nikną mi z oczu. Z mapy pamiętałem, że skręcają na południowy wschód, a później na południe. Więc muszę na nie w końcu trafić. No i trafiłem. Na skraj lasu. Dobrze, że droga chociaż jest, i jakaś wieś przy niej. Ale pojawiają się pierwsze objawy awarii roweru. Siodełko mi zaczyna się bujać.
Przy tej drodze spotkałem takiego starszego pana. Zapytany o drogę bez wahania opisał jak dotrzeć i którędy do tych pomników. Podziękowawszy pojechałem dalej. No i dojechałem do torów. Jakiś czas jechałem koło nich i gapiłem się na boki. Minąłem jeden zjazd, drugi, w końcu dotarłem do krzyżówki i przejazdu. Przebiłem się na drugą stronę i wracam na Kraśnik. Ale jest problem! Siodełko buja się coraz bardziej i zaczyna mnie uwierać w siedzisko. No i nie ma drogi przy torach. Jest za to droga pożarowa. No to wjeżdżam na tą drogę i jadę kawałek a tu jakiś facet z giwerą. No to pięknie, ale podjeżdżam do niego i zaczynam rozmowę, ze chciałem się dostać na te mogiły, a nie bardzo wiem jak. Zasięgnąwszy informacji podziękowałem i pojechałem dalej. Wreszcie jest! Znalazłem! Zsiadłem z roweru, obowiązkowe "Wieczne odpoczywanie..." Fotki i na drugą stronę. Obejrzałem sobie te mogiły, i muszę stwierdzić, że jak na pomniki w lesie to są zadbane i pielęgnowane bardzo starannie. Czas powoli się zwijać. Tym razem nie opuszczam pasa pożarowego, i dalej w stronę Kraśnika, na coraz bardziej bujającym się siodełku. Nie dam rady chyba dojechać! Znowu pluję sobie w brodę, że nie wziąłem kluczy. Przedarłem się z półtorej kilometra, i wyszedłem sprawdzić gdzie jestem. No dobra,łuk. Kilka fotek, ToK jeszcze po drodze, i z powrotem na rower. Znowu kawałek jazdy i chwila odpoczynku. Siedzisko już mnie tak uwiera, że nie idzie siedzieć. Co 100-200 metrów muszę zsiadać i przejść się kawałek, żeby odpocząć. Wykorzystując jedną z takich przerw, dojrzałem "wyrwę" w krzakach przy torach i poszedłem zobaczyć czy nie dało by się coś ustrzelić. Miejsce całkiem dobre: długa prosta od Kraśnika, i za plecami łuk na południowy wschód, który widziałem godzinę temu! Kontrola czasu, którego jeszcze trochę zostało. I decyzja: jadę jeszcze kawałek do przodu, tym bardziej, że cały widoczny odcinek jest oczyszczony z chaszczy, i wszystko widać. Kolejny postój, tym razem już na dłużej, bo zbliża się godzina S. Jeden z przedostatnich kursów TLKi z Kostrzyna/ Szczecina do Przemyśla, dawnego "Sana". Od 1 czerwca koniec jazdy tego pociągu. Podobno ze względu na wysokie koszty. Ciekawe, dlaczego w przeddzień sezonu urlopowego?
W końcu JEST! Trzy światełka już widać, słoneczko się schowało za drzewa, aparat w rękach, celownik, jeszcze... jeszcze... jeszcze... ok. Strzał! Powtórka, kiepsko wyszło, dawaj bliżej, jeszcze raz, i znowu powtórka, za daleko! Nie dam rady zrobić więcej zdjęć, bo muszę się odsunąć i pozostałości krzaków będą mi przeszkadzać no i trzeba wykonać jeszcze zdjęcie numeru loka. RP1, kamizelka się przydała. Poszedł jak rakieta. Su45-156. Pewnie na bocznicę pójdzie a później na żyletki. Udało mi się jeszcze końcówki zrobić i schował się za łukiem. Szkoda...Ale dość sentymentów, bo komarzyce są coraz bardziej zjadliwe, i trzeba się spieszyć do domu. Wieczór się zbliża a jutro do pracy trzeba jechać. No i po drodze jeszcze REGIO 419 do Szastarki można ustrzelić. Z obolałym siedziskiem trochę na stojąco, trochę na siedząco, próbuję jechać. Klnąc na czym świat stoi swoją lekkomyślność. Zdesperowany przez chwilę nawet chciałem ten rower gdzieś zostawić i dalej iść na piechotę. Ale czym będę później jeździł? Obolały dotarłem do przejazdu z którego ruszyłem na Sulów, i tu postanowiłem zaczekać na REGIO. Ładnie z górki, od Kraśnika, widoczny semafor wjazdowy, i... komary! Nie pomaga nawet dym z papierosa! Ale pal sześć komary ! Oto moje Regio! SA107 -001. RP1 przy okazji przejazdu i z mojego zapewne powodu. Najazd z przodu migawka chwila niepewności i jest. Wyszło. Powtórki nie będzie, bo za szybko jedzie i już się zmierzcha. Ale jeszcze końcówki zanim schowa się za łukiem. Czas wracać do domu. Z obolałym siedziskiem, jadę drogą pożarową przez las. Jeszcze zahaczę tylko o wykonawczą. Może mają tam jakieś klucze? Albo, nie będę obciachu robił. No chyba, ze ktoś znajomy będzie. Ale nikogo nie widzę przez okna, to i nie zachodzę. Nie ma się co czaić na bobry, jak mawia mój kolega, tylko jakoś próbować dojechać do domu. I znowu przez las! Już resztkami sił ciągnę ale trzeba jakoś dotrwać. Ale po drodze znowu ta ambona. I znowu okazja coś ustrzelić. PO chwili oczekiwania słyszę znajomy dźwięk od strony przejazdu. To 4419 wtacza się na peron. I znowu jak z 4417. Tym razem nie wyszło. Za ciemno, a ja nie opanowałem jeszcze tego swojego prztykadełka na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcia po zmierzchu. Szynobus sobie pojechał, z ja postanowiłem jeszcze poczekać chwilę. I dobrze zrobiłem bo trafiłem na luzaka, chyba z tego samego pociągu, który mi uciekł wczesnym popołudniem. Kilka przymiarek i dałem sobie spokój. Nie wyszło nic. Zostawiam na ambonie porządek po sobie, i zwijam się do domu. Czas się pokazać żonie... i czas spać. Zmęczenie - ale takie pozytywne - daje o sobie znać. Tylko ciekaw jestem, kiedy znowu wsiądę na rower. Chyba nie tak szybko....






