My Opera is closing 3rd of March

Jesu Chryste, jesteś Panie mym Bogiem i mym zbawieniem

I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.Dz.4:12

Subscribe to RSS feed

Uliczny Kościół - Bóg jest wszędzie i dotyka każdego wystarczy wierzyć.

W kanadyjskim mieście Calgary "zaowocował" Street Church, czyli Uliczny Kościół.
http://www.dziennik.com/wiadomosci/artykul/nawrocone-serce


Są różne kościoły. Wielkie katedry gotyckie, kapiące złotem barokowe budowle, wypełnione darami, witrażami, złoceniami, posągami. Dobra nagromadzone w wielu z nich starczyłyby prawdopodobnie na utrzymanie małego państwa przez wiele lat. Jest opowieść o dwóch Żydach stojących przed bazyliką na placu Świętego Piotra. Stary Żyd mówi do młodego: popatrz na te budowle, na to złoto i bogactwo... a zaczynali od stajenki.
Są też inne kościoły. Niewielkie, często drewniane, ubogie, proste. Ale jakby bliżej w nich do Boga. Bóg w nich nie onieśmiela, nie przytłacza i nie wyzwala w nas strachu. I myślenie o Bogu jest tam łatwiejsze, staje się przyjemnością. Aby spotkać takie kościółki, nie trzeba wcale jechać na Podkarpacie. Są i tutaj – w Albercie, i na preriach Saskatchewan czy Manitoby, i w Ontario, i w każdej innej kanadyjskiej prowincji. Jadąc do Banff, przed Canmore jest zjazd na Rafter Six Ranch. Dwa kilometry od tego zjazdu, z tyłu za budynkami znajduje się drewniany kościółek z przepięknym ołtarzem, składającym się z prostego krzyża i trzech wielkich okien z widokiem na góry, las i niebo. Co może być piękniejszego niż sama natura?
Artur wyjechał z Polski z rodziną mając lat 17 w roku 1990. Wyjechali do Grecji. Już od dziecka był przyzwyczajony do robienia biznesu i zarabiania pieniędzy. Pieniądze były dla niego wszystkim. Drogą do każdego celu, jak i celem samym w sobie. Umiał też je robić, jak mało kto. Dość szybko jego firma budowlana założona w Grecji zaczęła przynosić poważne dochody. Zatrudniał Greków, Polaków, Albańczyków. Pracowało dla niego około 100 pracowników wszelkich budowlanych zawodów. Nie było to łatwe. Musiał zacząć współpracować z mafią, opłacać się im. Nie przeszkadzało mu to. Robił pieniądze. Duże pieniądze. Miał satysfakcję, zadowolenie. Korzystał z życia.
Los postawił na jego drodze dziewczynę – skromną, pobożną, która co niedzielę chciała być w kościele. Czemu zakochał się w Marzenie? Prawdopodobnie dlatego, że byli totalnym przeciwieństwem. A może w głębi duży tęsknił za innym życiem? Życiem dobrym i spokojnym? Nikt tego nie wie, nawet on sam. Zżymał się często, kiedy 40 kilometrów, po niebezpiecznej drodze, co niedzielę woził Marzenę do kościoła. Tam po raz pierwszy usłyszał kazanie inne niż to, z którymi spotykał się do tej pory. Kazanie o bezinteresownej miłości, o dobroci Boga, o przebaczeniu.
Był czas, jeszcze w Polsce, gdy Artur był bardzo religijny. Był ministrantem, służył do mszy. Poczuł powołanie i poszedł do klasztoru. Po roku zrezygnował. Powodem była nie tęsknota za zabawą świeckiego życia, ale właśnie zabawa w murach klasztornych, w którym spodziewał się ciszy i bogobojności. Kiedy zobaczył zakonników bawiących się, szukających towarzystwa kobiet, kiedy poznał księży, którzy przedkładali uciechę życia nad służbę Bogu – zrezygnował. Utwierdził się w przekonaniu, że to pieniądz rządzi światem, a wiara to tylko przykrywka.
W roku 1995 wyjechał z rodzicami do Kanady, do Calgary. Tutaj też założył firmę budowlaną. Szybko wszedł w biznes. Było to nawet łatwiejsze niż w Grecji. Poznał znaczących ludzi ze świata biznesu i polityki. Jego biura były w samym centrum Downtown. Marzena nie przyjechała z nim – nie dostała wizy. To był jedyny zgrzyt wspaniale układającej się przyszłości. Artur nie należał jednak do tych, którzy rezygnują. Świetny sportowiec, bokser, karateka, nie przyjmował przegranej. Pojechał do Grecji, poruszył niebo, ziemię i wszystkie kontakty – i do Kanady wrócił z Marzeną.
Wzięli ślub. Wszystko układało się pięknie. Bogaty dom, nowe samochody, sukcesy w biznesie. W którymś momencie usłyszał przepowiednię, że ma otrzymać "dar Boga". Nie wiedział co to ma oznaczać. Zapomniał. Marzena zaszła w ciążę. Zastanawiali się nad imieniem dla dziecka. Postanowili, że każde z nich napisze kilka imion na kartce i wybiorą z tych, które będą się powtarzać. Jedyne imię, które się powtórzyło, brzmiało: Nataniel. Dopiero później dowiedział się, że po hebrajsku znaczy to dar Boży.
Urodził się syn. Lekarze nie dawali mu jednak szans na przeżycie. Serce dziecka było przesunięte na prawą stronę, inne organy przesunięte na płuco, które się zapadło, nie pracuje i zanika. Wszystkie czynności życiowe podtrzymywała aparatura. Artur był załamany. Przeklinał. Mówił sobie: ładny dar Boży! Co to za dar, który takie cierpienie przynosi?
Coś go pociągnęło do kościoła, do którego zawsze woził żonę. Po raz pierwszy od wielu lat zaczął się modlić. Nagle zauważył wiele twarzy, które spotykał też w szpitalu. To prawie cała kongregacja odwiedzała Marzenę i modliła się za ich dziecko. Nie mógł uwierzyć, że tylu ludzi obchodził ich los. I nagle nie wiadomo skąd i dlaczego spłynął na niego spokój. Pogodził się z Bogiem. Pogodził się ze śmiercią dziecka. Zaakceptował to. Prosił Boga tylko o to, aby – jeśli ma się to zdarzyć – zdarzyło się już. W desperacji obiecał też, że jeśli jakimś cudem dziecko przeżyje, to on poświęci się służbie Bogu i będzie pomagał potrzebującym.
Jak co dzień zjawił się w szpitalu. Po drodze mijał wielu płaczących ludzi. Poznawał ich z widzenia. To byli ludzie z kościoła. Podszedł do niego lekarz. Poprosił o rozmowę. W gabinecie powiedział mu, że stało się coś, czego nie może wytłumaczyć. Pokazał na wyświetlaczu zdjęcia rentgenowskie. Na pierwszych widoczne było znane już przesunięcie organów i zapadnięte płuco; na kolejnych – zanikające płuca. I nagle – z nieznanych medycynie powodów – serce i organy wróciły na miejsce. Zniszczone płuco zaczyna rosnąć. Po kilku dniach dziecko zaczęło się krztusić. Lekarze zaryzykowali i odłączyli aparaturę płuco-serca. Malutki Nataniel zaczął nagle sam oddychać. Stało się to, co było niemożliwe...

Uczestnicy Marszu dla Jezusa na ulicach Calgary

Mijał czas. Obietnica dana Bogu ciążyła Arturowi. Najpierw wydawało mu się, że może ją spełnić dając pieniądze. Miał ich przecież dużo, coraz więcej. Nataniel rósł i rósł też coraz bardziej niepokój Artura. Aż wreszcie stało się. Z dnia na dzień przekazał biznes swoim współpracownikom. Podpisał wszystkie wymagane dokumenty zrzekając się firmy. Jeszcze myślał, że mając zaoszczędzone kilka milionów i piękny dom może po prostu poświęcić się pomocy innym, korzystając ze zgromadzonego majątku. Ale ten dobrobyt przestał go już interesować. Wybrał drogę najtrudniejszą. Zaczął głosić słowo Boże i naukę Jezusa na ulicy. Wśród narkomanów, prostytutek, bezdomnych, handlarzy narkotykami. W parku przy 17 Avenue i 8 Street, pod mostem, koło przytułków.
Początkowo zaskoczenie wśród tych wyrzutków społeczeństwa było wielkie. Potem zaczęli słuchać. Nie krzyczał na nikogo, nie wymyślał, nie oskarżał, nie nakazywał. Mówił o miłości, o innej drodze życia, o Bogu, który nie chce datków ani poświęceń, o Bogu który przebacza, który przyjmuje każdego. Zaczęli go słuchać. Zaczęli też mówić o sobie, o swoim upadku. Niektórzy zaczęli wierzyć w możliwość zmiany losu. Niektórzy podjęli tę próbę jeszcze raz i niektórym to się udało. Wielu z nich podjęło pracę z Arturem. Nie miało to nic wspólnego z sekciarstwem. Było to zwykłe głoszenie słowa Bożego i pokazywanie możliwości wybrania drogi, karmienie głodnych, wspomaganie potrzebujących.
I nagle okazało się to niebezpieczne. Handlarzom narkotyków zaczęli ubywać klienci. To było nie do przyjęcia. Na Artura został wydany wyrok śmierci. Zlecenie miał wykonać jeden z bezdomnych narkomanów za 5 tysięcy dolarów. Traf chciał, że temu narkomanowi Artur pomógł wcześniej. Wyciągnął go z błota, pomógł znaleźć pracę, pomógł wyjść z nałogu. Przyszedł ten człowiek do niego i powiedział o kontrakcie. Zgodził się zeznać na policji. Zleceniodawca powędrował za kratki. W tym też czasie, popularny do tej pory Kościół Uliczny, zaczął przeszkadzać zarówno politykom z urzędu miasta, jak i dużym instytucjom charytatywnym. Nagle się okazało, że można bez wielkich nakładów i dotacji wyciągnąć z nałogu narkotykowego i prostytucji więcej ludzi, niż potrafią to zrobić te organizacje z wielomilionowymi budżetami. Postanowiono się go pozbyć. Najpierw postawiono płot na skwerze, gdzie się spotykał z ludźmi. Potem go straszono.
A potem nastąpiło pierwsze aresztowanie. Aresztowano go jak największego bandytę. Policjanci z wyciągniętymi pistoletami rzucili się na niego, skuli kajdankami. Można to zobaczyć na nagranym filmie na stronie: http://www.streetchurch.ca Zosta.ł aresztowany za... publiczne czytanie Biblii. W kraju, gdzie większość ciągle jeszcze stanowią chrześcijanie.
Kolejne aresztowanie właściwie uratowało mu życie. Grupa pięciu czy sześciu handlarzy narkotyków wyciągnęła już noże i szła w jego kierunku, kiedy pod mostem prowadził spotkanie z bezdomnymi. W tym momencie zajechały radiowozy i nastąpiło spektakularne aresztowanie Artura, jako najbardziej niebezpiecznego przestępcy. To – o dziwo – przyniosło mu respekt wśród handlarzy narkotyków.
Artur nie jest słabeuszem. Niejednokrotnie występował w obronie napadniętych. Jego umiejętności walki pozwalały mu bronić słabszych przed bandytami. Nie to jednak, ale dopiero tamto aresztowanie spowodowało, że handlarze zostawili go w spokoju. Cele w areszcie w Calgary nie różnią się prawdopodobnie od innych na całym świecie. Brud, śmieci, śmierdzący kibel, zasikani, śmierdzący ludzie wszelkiego autoramentu. Co zrobił Artur, gdy się tam znalazł? Przede wszystkim zaczął sprzątać. Gdy już wszystko wyczyścił i posprzątał na oczach zdziwionych i zszokowanych aresztantów, zaczął głosić słowo Boże. Policjanci nie wiedzieli co zrobić. Przeniesiono go do innej celi. Tam powtórzył to samo. Wreszcie go zwolniono.
Szykany trwały dalej. Nachodzono jego żonę, dom. Przed domem stały radiowozy. W wolnym kraju, jakim szczyci się Kanada, trwało nadużywanie władzy jak za najgorszych czasów komunizmu. Kolejne sprawy trafiały do sądów. Następowały kolejne oczyszczenia z zarzutów.
Wreszcie skończyły się aresztowania. Wyznawcy Kościoła Ulicznego najczęściej zbierają się przy samym ratuszu. Tam wydawane są posiłki dla każdego, kto jest głodny. Bez ograniczeń. Po dokładkę trzeba znowu stanąć w kolejce.
Gdy znajdziesz się w Calgary i będziesz jechał w kierunku północnym ulicą Macleod Trial, możesz zobaczyć pomiędzy 8 i 7 Avenue po prawej stronie, przy ratuszu, kolejkę i dymiące dania rozdawane przybyłym. Możesz też stanąć w kolejce – czasem większej, czasem mniejszej. Nikt nie odchodzi stamtąd nienakarmiony. Jedzenie jest dotowane przez firmy i ludzi prywatnych, którzy widzą, że ich wsparcie idzie bezpośrednio do potrzebujących, a nie na tłuste pensje i premie dla dyrektorów firm charytatywnych. Wszyscy pracownicy Street Church pracują ochotniczo i bez wynagrodzenia. Wielu z nich to dawni narkomani i bezdomni, pragnący zrewanżować się za powtórną szansę, jaka została im – dzięki Arturowi – dana w życiu.
Artur nigdy, w żadnym programie radiowym, telewizyjnym czy w wywiadach prasowych nie prosi o dotacje. Tym różni się od wszystkich innych. Mówi, że to sprawa Boga i dobrego serca ludzi, którzy widząc jego ofiarność dla innych, wspomogą go sami. Spłacił swoją obietnicę daną Bogu z nawiązką i spłaca ją dalej.
20 czerwca 2010 roku, z inicjatywy Artura odbył się w Calgary Marsz dla Jezusa. Nie była to pierwsza parada wiary. Poprzednie można również zobaczyć na stronie internetowej http://www.streetchurch.ca