Nowa podroz
Tuesday, February 27, 2007 1:55:45 PM
Dotralam do Bangkoku.
Po drodze byl jeden mocno uszkodzony nos na pokladzie samolotu z Warszawy do Kijowa. Nie moj na szczescie. Ale powialo wschodem. Pasazer otwieral luk na bagaz podreczny i nie zauwazyl, ze z boku wypada ciezka walizeczka, prosto na nos pana siedzacego przede mna. Fontanna krwi. Oczywiscie takie rzeczy zdarzaja sie wszedzie, ale mnie ujela pierwsza pomoc w wykonaniu personelu pokladowego ukrainskich linii lotniczych. Nie bylo bowiem first aid kit, tzn. moze byl, ale flight attendant uzyl znacznie ciekawszego sposobu: po prostu na jednej nodze podskoczyl po flaszke wodki, zeby zdezynfekowac rane. Wiedzialam juz, ze lece w dobrym kierunku, czyli na wschod.
Drugi odcinek trasy sponsorowalo Ukrainskie Stowarzyszenie Dietetyczne "Zyjmy Dluzej". Chyba nigdy w zyciu nie jadlam tak beznadziejnego jedzenia w samolocie. Pozbawiona soli mieszanka ryzu, groszku i kukurydzy z kawalem ryby zesmazonej bez przypraw. A na wierzchu kleks rozmieszanej z woda maki. Zdrowe to bylo na pewno, ale czemu jeszcze pech chcial, ze w moim zestawie plastikowych (!) sztuccow i dodatkow smakowych zabraklo soli? Przelknelam glutowata potrawe zywiac sie nadzieja na powetowanie strat juz za kilka godzin.
Moja sasiadka byla Wietnamka, ktora z calych sil pragnela nawiazac dialog, ale ja wietnamskiego ani w zab, przez cala droge myslalam zreszta, ze jest Tajka, ale nie rozumiala moich tajskich dziekuje i przepraszam. Znajomosc zatem ograniczyla sie do usmiechow, wymiany gum do zucia, mojej wydatnej pomocy w wypelnieniu jej Arriving Card i... mojej irytacji. Jest cos, czego Azjaci nie potrafia zrozumiec i uszanowac w obcowaniu z czlowiekiem z Zachodu. Chodzi o to, ze my wytwarzamy wokol siebie tarcze ochronna wyznaczajaca granice, ktorej inni nie powinni przekraczac, taki nasz teren prywatny, zastrzezony, kilka centymetrow przestrzeni nienaruszalnosci cielesnej. A oni te przestrzen gwalca bez opamietania. Nie rozumieja, ze ludzie Zachodu nie lubia byc dotykani, szturchani, ze nie sprawia nam przyjemnosci jesli ktos sie na nas uwiesi. Ja wiem. Nie robia tego specjalnie. Ale pod koniec lotu chcialam tej mojej Wietnamce mocno wypalic z lokcia za te wszystkie dotkniecia, szturchniecia i inne niechciane przeze mnie kontakty cielesne ktorych doswiadczylam.
Nowe lotnisko w BKK jakos mnie nie przerazilo, ba chyba jeszcze nigdy tak szybko od momentu wyladowania nie znalazlam sie na pokladzie busika, ktory wiozl mnie w strone Khao San Road. Ulica - mekka podroznikow, komora dekompresyjna miedzy swiatem Wschodu i Zachodu, mozna na nia pluc i jej nienawidziec, bo jest taka turystyczna, ale dla mnie ma swoj urok. Gdzies na oknie jednego z setek biur podrozy w rejonie KSR przeczytalam liste oferowanych uslug, gdzie szczegolnie urzekla mnie jedna opcja: one day trips internationally. Bo tak prawde mowiac oni sa w stanie tutaj zalatwic cos takiego.
Skorzystalam wiec z uslug i juz 1 marca wylatuje do Birmy. Wiza tez zalatwia sie sama, oczywiscie to kosztuje, ale nie zaluje paru groszy. Po calym dniu latania nie mialam ochoty na wycieczki do ambasady. Wracam 16. Zatem od 1 do 16 marca bedzie cisza w eterze.
Dzien bogaty, bo troche sie nachodzilam zanim znalazlam wolny pokoik z lazienka (dosyc podly, ale przeciez mam w nim spac, a nie mieszkac). Potem wizyta w biurze podrozy. I kilkukilometrowa wycieczka na piechote do znanych miejsc - Swiatynia Szmaragdowego Buddy, Wat Po - z obowiazkowym masazem (NIEDOOPISANIA NAJCUDOWNIEJSZA GODZINA DNIA DZISIEJSZEGO), Wat Arun, potem Giant Swing, Golden Mountain i na krewetki smazone z czosnkiem i pieprzem. I jedno piwko. Chang. Prawie mnie zabilo, bo po tym upale, lotach, jet lag, itd... Pobieglam wiec szybko do pokoiku na mala drzemke. I jestem! Mam spalone rece, od upalu spuchniete palce, jest okropnie goraco, ale... jestem u siebie. Tak. Wlanie tak. Bangkok - a place I call home... A teraz ide cos przekasic. I wypic piwko za zdrowie tych, co teraz marzna w kraju i poza jego granicami.
ps. Chwiejnixie, jesli to czytasz, to Ci wyznam, ze dla mnie dobra wrozba bylo to, ze pierwszym utworem ktory dotarl do mojego kaprawego ucha po zalozeniu sluchawek samolotowych bylo Stir it Up Ambasadora. Wiem, ze Ty bys cos znacznie lepszego zaproponowal, ale mnie ta dobra wrozba pasuje. Czopki z glow przed TYM co tym wszystkim miesza i steruje ;-)
Po drodze byl jeden mocno uszkodzony nos na pokladzie samolotu z Warszawy do Kijowa. Nie moj na szczescie. Ale powialo wschodem. Pasazer otwieral luk na bagaz podreczny i nie zauwazyl, ze z boku wypada ciezka walizeczka, prosto na nos pana siedzacego przede mna. Fontanna krwi. Oczywiscie takie rzeczy zdarzaja sie wszedzie, ale mnie ujela pierwsza pomoc w wykonaniu personelu pokladowego ukrainskich linii lotniczych. Nie bylo bowiem first aid kit, tzn. moze byl, ale flight attendant uzyl znacznie ciekawszego sposobu: po prostu na jednej nodze podskoczyl po flaszke wodki, zeby zdezynfekowac rane. Wiedzialam juz, ze lece w dobrym kierunku, czyli na wschod.
Drugi odcinek trasy sponsorowalo Ukrainskie Stowarzyszenie Dietetyczne "Zyjmy Dluzej". Chyba nigdy w zyciu nie jadlam tak beznadziejnego jedzenia w samolocie. Pozbawiona soli mieszanka ryzu, groszku i kukurydzy z kawalem ryby zesmazonej bez przypraw. A na wierzchu kleks rozmieszanej z woda maki. Zdrowe to bylo na pewno, ale czemu jeszcze pech chcial, ze w moim zestawie plastikowych (!) sztuccow i dodatkow smakowych zabraklo soli? Przelknelam glutowata potrawe zywiac sie nadzieja na powetowanie strat juz za kilka godzin.
Moja sasiadka byla Wietnamka, ktora z calych sil pragnela nawiazac dialog, ale ja wietnamskiego ani w zab, przez cala droge myslalam zreszta, ze jest Tajka, ale nie rozumiala moich tajskich dziekuje i przepraszam. Znajomosc zatem ograniczyla sie do usmiechow, wymiany gum do zucia, mojej wydatnej pomocy w wypelnieniu jej Arriving Card i... mojej irytacji. Jest cos, czego Azjaci nie potrafia zrozumiec i uszanowac w obcowaniu z czlowiekiem z Zachodu. Chodzi o to, ze my wytwarzamy wokol siebie tarcze ochronna wyznaczajaca granice, ktorej inni nie powinni przekraczac, taki nasz teren prywatny, zastrzezony, kilka centymetrow przestrzeni nienaruszalnosci cielesnej. A oni te przestrzen gwalca bez opamietania. Nie rozumieja, ze ludzie Zachodu nie lubia byc dotykani, szturchani, ze nie sprawia nam przyjemnosci jesli ktos sie na nas uwiesi. Ja wiem. Nie robia tego specjalnie. Ale pod koniec lotu chcialam tej mojej Wietnamce mocno wypalic z lokcia za te wszystkie dotkniecia, szturchniecia i inne niechciane przeze mnie kontakty cielesne ktorych doswiadczylam.
Nowe lotnisko w BKK jakos mnie nie przerazilo, ba chyba jeszcze nigdy tak szybko od momentu wyladowania nie znalazlam sie na pokladzie busika, ktory wiozl mnie w strone Khao San Road. Ulica - mekka podroznikow, komora dekompresyjna miedzy swiatem Wschodu i Zachodu, mozna na nia pluc i jej nienawidziec, bo jest taka turystyczna, ale dla mnie ma swoj urok. Gdzies na oknie jednego z setek biur podrozy w rejonie KSR przeczytalam liste oferowanych uslug, gdzie szczegolnie urzekla mnie jedna opcja: one day trips internationally. Bo tak prawde mowiac oni sa w stanie tutaj zalatwic cos takiego.
Skorzystalam wiec z uslug i juz 1 marca wylatuje do Birmy. Wiza tez zalatwia sie sama, oczywiscie to kosztuje, ale nie zaluje paru groszy. Po calym dniu latania nie mialam ochoty na wycieczki do ambasady. Wracam 16. Zatem od 1 do 16 marca bedzie cisza w eterze.
Dzien bogaty, bo troche sie nachodzilam zanim znalazlam wolny pokoik z lazienka (dosyc podly, ale przeciez mam w nim spac, a nie mieszkac). Potem wizyta w biurze podrozy. I kilkukilometrowa wycieczka na piechote do znanych miejsc - Swiatynia Szmaragdowego Buddy, Wat Po - z obowiazkowym masazem (NIEDOOPISANIA NAJCUDOWNIEJSZA GODZINA DNIA DZISIEJSZEGO), Wat Arun, potem Giant Swing, Golden Mountain i na krewetki smazone z czosnkiem i pieprzem. I jedno piwko. Chang. Prawie mnie zabilo, bo po tym upale, lotach, jet lag, itd... Pobieglam wiec szybko do pokoiku na mala drzemke. I jestem! Mam spalone rece, od upalu spuchniete palce, jest okropnie goraco, ale... jestem u siebie. Tak. Wlanie tak. Bangkok - a place I call home... A teraz ide cos przekasic. I wypic piwko za zdrowie tych, co teraz marzna w kraju i poza jego granicami.
ps. Chwiejnixie, jesli to czytasz, to Ci wyznam, ze dla mnie dobra wrozba bylo to, ze pierwszym utworem ktory dotarl do mojego kaprawego ucha po zalozeniu sluchawek samolotowych bylo Stir it Up Ambasadora. Wiem, ze Ty bys cos znacznie lepszego zaproponowal, ale mnie ta dobra wrozba pasuje. Czopki z glow przed TYM co tym wszystkim miesza i steruje ;-)













present daylusciousapparatus # Tuesday, February 27, 2007 8:10:59 PM
Kasiakania514 # Wednesday, February 28, 2007 6:17:01 AM
present daylusciousapparatus # Wednesday, February 28, 2007 1:37:06 PM
Kasiakania514 # Wednesday, February 28, 2007 1:38:48 PM