Rangon, Yangon
Saturday, March 3, 2007 6:55:03 AM
Jestem 3 dzien w Rangunie, za pare godzin jade autobusem do Mandalay. Maili jak na razie nikt ode mnie nie dostanie, bo strona pocztowa GW jest oczywiscie zablokowana. Moge poczytac Gazete, ale wysylac wiadomosci juz nie. Jeszcze nie ciagnie mnie do newsow krajowych.
Jak na razie bardzo pozytywnie. Jakos tak wcale nie za goraco, jak w czerwcu w Polsce, ale w Mandalay ma byc juz gorzej. Udalo mi sie te trzy dni spedzic w swietnej kompanii, na ktora natknelam sie jeszcze na lotnisku w BKK. Jo z Anglii i Sasza z Ukrainy. Razem z Jo wloczylysmy sie po miescie zwiedzajac to, co Lonely Planet nakazuje, Sasza negocjowal za nas ceny taksowek (tak, jezdzimy tylko taksowkami, ale za tak male pieniadze, ze to zaden grzech). Sasza jakby mniej zainteresowany zabytkami uciekal do cienia, a ten znajdowal np. w zoo i ogrodzie botanicznym. A my we dwie przeczesalysmy miasto na wylot. To, co najpiekniejsze zostawilysmy sobie na sam koniec - Shwedagon Pagoda. Bardzo nas zaskoczyla. Nie spodziewalysmy sie zobaczyc czegos tak cudownego. Planowane 40 min zwiedzania rozciagnelo sie na 2 godziny. Obie zdecydowalysmy, ze jeszcze podczas tej wyprawy wpadniemy tam za dnia, zeby jeszcze raz zobaczyc to cudo. Zwiedzalysmy swiatynie o zachodzie slonca i poz zmierzchu, juz oswietlona delikatnie sztucznym swiatlem i tysiacami malenkich swieczek. Akurat trafilysmy na swieto - chyba dozynki czy cos w tym rodzaju, wiec swiatynia byla pelna ludzi. Zdjec na razie nie bedzie, bo birmanski internet nie wytrzymalby takiego obciazenia.
Wrazenia w skrocie:
- ludzie bardzo mili - tak jak w Laosie albo nawet bardziej,
- jedzenie calkiem calkiem, caly czas trzymam sie owocow morza, bo za tak male pieniadze moglabym zjesc je tylko w kilku miejscach na swiecie,na sniadanie w hotelu pozeram tony owocow i lokalnego nalesnika posypanego swiezo startym kokosem,
- wymiana 100 dolarow na lokalna walute kyat niesie ze soba koniecznosc wyposazenia sie w worek, bo stos otrzymanych przy wymianie banknotow ma wysokosc ok. 3 cm. (sprobojcie zmiescic cos takiego w portfelu),
- miasto zasypia o dziewiatej wieczorem, co za kazdym razem doprowadzalo do tego, ze bylismy wyrzucani z knajpy (delikatnie i uprzejmie) jakos tak o 9.30, nam sie to po prostu nie miesci w glowie, ze na poczatku wieczoru birmanczycy go morduja. Na szczescie obsluga hotelu bardzo nas polubila i zawsze mieli dla nas ukryte w zanadrzu kilka butelek lokalnego piwa,
- faktycznie czesto zdarzaja sie przerwy w dostawach pradu. i cieplej wody tez,
- dziekuje po birmansku ce-zu beh, nie moglysmy tego z Jo zapamietac, wiec przechrzcilysmy na angielskie jazzy bear ;-).
Pedze sobie teraz jeszcze cos zjesc, a potem autobus do Mandalay. A potem? na razie brak planow, poczekam co los przyniesie.
Jak na razie bardzo pozytywnie. Jakos tak wcale nie za goraco, jak w czerwcu w Polsce, ale w Mandalay ma byc juz gorzej. Udalo mi sie te trzy dni spedzic w swietnej kompanii, na ktora natknelam sie jeszcze na lotnisku w BKK. Jo z Anglii i Sasza z Ukrainy. Razem z Jo wloczylysmy sie po miescie zwiedzajac to, co Lonely Planet nakazuje, Sasza negocjowal za nas ceny taksowek (tak, jezdzimy tylko taksowkami, ale za tak male pieniadze, ze to zaden grzech). Sasza jakby mniej zainteresowany zabytkami uciekal do cienia, a ten znajdowal np. w zoo i ogrodzie botanicznym. A my we dwie przeczesalysmy miasto na wylot. To, co najpiekniejsze zostawilysmy sobie na sam koniec - Shwedagon Pagoda. Bardzo nas zaskoczyla. Nie spodziewalysmy sie zobaczyc czegos tak cudownego. Planowane 40 min zwiedzania rozciagnelo sie na 2 godziny. Obie zdecydowalysmy, ze jeszcze podczas tej wyprawy wpadniemy tam za dnia, zeby jeszcze raz zobaczyc to cudo. Zwiedzalysmy swiatynie o zachodzie slonca i poz zmierzchu, juz oswietlona delikatnie sztucznym swiatlem i tysiacami malenkich swieczek. Akurat trafilysmy na swieto - chyba dozynki czy cos w tym rodzaju, wiec swiatynia byla pelna ludzi. Zdjec na razie nie bedzie, bo birmanski internet nie wytrzymalby takiego obciazenia.
Wrazenia w skrocie:
- ludzie bardzo mili - tak jak w Laosie albo nawet bardziej,
- jedzenie calkiem calkiem, caly czas trzymam sie owocow morza, bo za tak male pieniadze moglabym zjesc je tylko w kilku miejscach na swiecie,na sniadanie w hotelu pozeram tony owocow i lokalnego nalesnika posypanego swiezo startym kokosem,
- wymiana 100 dolarow na lokalna walute kyat niesie ze soba koniecznosc wyposazenia sie w worek, bo stos otrzymanych przy wymianie banknotow ma wysokosc ok. 3 cm. (sprobojcie zmiescic cos takiego w portfelu),
- miasto zasypia o dziewiatej wieczorem, co za kazdym razem doprowadzalo do tego, ze bylismy wyrzucani z knajpy (delikatnie i uprzejmie) jakos tak o 9.30, nam sie to po prostu nie miesci w glowie, ze na poczatku wieczoru birmanczycy go morduja. Na szczescie obsluga hotelu bardzo nas polubila i zawsze mieli dla nas ukryte w zanadrzu kilka butelek lokalnego piwa,
- faktycznie czesto zdarzaja sie przerwy w dostawach pradu. i cieplej wody tez,
- dziekuje po birmansku ce-zu beh, nie moglysmy tego z Jo zapamietac, wiec przechrzcilysmy na angielskie jazzy bear ;-).
Pedze sobie teraz jeszcze cos zjesc, a potem autobus do Mandalay. A potem? na razie brak planow, poczekam co los przyniesie.













Unregistered user # Monday, March 5, 2007 10:52:41 PM
Unregistered user # Sunday, July 22, 2007 7:33:14 PM
Kasiakania514 # Monday, July 23, 2007 5:32:19 PM
odpowiedź poszła na priv