Sapa z zaskoczenia
Saturday, November 17, 2007 12:35:13 PM
Na samym wstepie informuje wszystkich, ze cholera mnie nie dopadla i tak latwo sie nie dam. Co dziwne, jestem akurat w regionie dotknietym przez chorobe wedlug naszego MSZ i nikt tu o cholerze nie slyszal. Zagadke z telefonem tez postaram sie rozwiazac i jakos wymysle jak sie mozna na moj wietnamski numer dodzwonic (tak! jestem szczesliwa posiadaczka wietnamskiej karty sim!). Ja dzwonic moge, ale do mnie sie jakos nikt dodzwonic nie moze.
Sapa z sakoczenia wyglada tak: otoz jeszcze w Hanoi wykupilam sobie wycieczke do Sapa - 4 noce i 3 dni. Mniej wiecej mialo to wygladac tak, ze mialam jezdzic busikiem z miejsca do miejsca, odbyc maly trekking, zobaczyc lokalny targ i wrocic do Hanoi nocnym pociagiem. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy na miejscu w Sapa okazalo sie, ze wykupilam 3 dniowy trekking po gorach z jednym noclegiem w wiosce lokalnej mniejszosci narodowej. Hmmmm. Coz bylo robic... Poszlam na trekking. Teraz jestem pewna, ze to byla swietna decyzja i czasem dobrze jest nie opierac sie losowi. Nie to wprawdzie planowalam, ale wrazenia na pewno ciekawsze. Jak sie okazalo pozniej para Francuzow z ktora dzielilam przedzial w pociagu z Hanoi miala mi towarzyszyc wlasnie w pierwszej czesci trekkingu. We troje, plus dziewczyna z plemienia Black Hmong jako nasza przewodniczka, odbylismy fantastyczny spacer po gorkach, 9 km po dzungli, polach ryzowych, wiszacych mostach - wsrod pieknych pol terasowych, teraz niestety nieczynnych (juz po zniwach). Ech... Cudnie. Wieczorem dotarlismy do wioski Ta Van, gdzie gosciny udzielili nam sympatyczni lokalsi. I nie tylko nam. Bylo nas w sumie 6 westow i znowu musze powiedziec, ze mialam szczescie trafic na fantastycznych ludzi. Zaluje, ze czesc z nich juz pojechala, ze smutkiem pozegnalam dzisiaj Iana z Anglii Olge z Rosji. Nie wiem nawet, o ktorej skonczyl sie nasz wieczor, mocno upojeni winem ryzowym co chwile donoszonym nam przez gospodarzy nie liczylismy czasu.Nastepnego dnia trekking byl lekko trudniejszy i to nie za sprawa uksztaltowania terenu ;-). Jutro jednak daruje sobie lazeniepo gorach i pojade zobaczyc lokalny targ, gdzie jest pelno mniejszosci narodowych. A wieczorem mam nadzeje znowu spotkac Francuzow w pociagu.
Zanim dotarlam do Sapa bylam jeszcze w Tam Coc, kto pamieta film Indochiny ten wie, jak piekne to miejsce (te takie gorki w wodzie). A pojutrze znowu Hanoi, a potem Halong Bay znoclegiem na lodzi. A potem... to bede musiala wymyslec,jaksie dostac na poludnie Wietnamu, bo ta powodz w centrum sie troche za bardzo rozhulala...
Sapa z sakoczenia wyglada tak: otoz jeszcze w Hanoi wykupilam sobie wycieczke do Sapa - 4 noce i 3 dni. Mniej wiecej mialo to wygladac tak, ze mialam jezdzic busikiem z miejsca do miejsca, odbyc maly trekking, zobaczyc lokalny targ i wrocic do Hanoi nocnym pociagiem. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy na miejscu w Sapa okazalo sie, ze wykupilam 3 dniowy trekking po gorach z jednym noclegiem w wiosce lokalnej mniejszosci narodowej. Hmmmm. Coz bylo robic... Poszlam na trekking. Teraz jestem pewna, ze to byla swietna decyzja i czasem dobrze jest nie opierac sie losowi. Nie to wprawdzie planowalam, ale wrazenia na pewno ciekawsze. Jak sie okazalo pozniej para Francuzow z ktora dzielilam przedzial w pociagu z Hanoi miala mi towarzyszyc wlasnie w pierwszej czesci trekkingu. We troje, plus dziewczyna z plemienia Black Hmong jako nasza przewodniczka, odbylismy fantastyczny spacer po gorkach, 9 km po dzungli, polach ryzowych, wiszacych mostach - wsrod pieknych pol terasowych, teraz niestety nieczynnych (juz po zniwach). Ech... Cudnie. Wieczorem dotarlismy do wioski Ta Van, gdzie gosciny udzielili nam sympatyczni lokalsi. I nie tylko nam. Bylo nas w sumie 6 westow i znowu musze powiedziec, ze mialam szczescie trafic na fantastycznych ludzi. Zaluje, ze czesc z nich juz pojechala, ze smutkiem pozegnalam dzisiaj Iana z Anglii Olge z Rosji. Nie wiem nawet, o ktorej skonczyl sie nasz wieczor, mocno upojeni winem ryzowym co chwile donoszonym nam przez gospodarzy nie liczylismy czasu.Nastepnego dnia trekking byl lekko trudniejszy i to nie za sprawa uksztaltowania terenu ;-). Jutro jednak daruje sobie lazeniepo gorach i pojade zobaczyc lokalny targ, gdzie jest pelno mniejszosci narodowych. A wieczorem mam nadzeje znowu spotkac Francuzow w pociagu.
Zanim dotarlam do Sapa bylam jeszcze w Tam Coc, kto pamieta film Indochiny ten wie, jak piekne to miejsce (te takie gorki w wodzie). A pojutrze znowu Hanoi, a potem Halong Bay znoclegiem na lodzi. A potem... to bede musiala wymyslec,jaksie dostac na poludnie Wietnamu, bo ta powodz w centrum sie troche za bardzo rozhulala...













Unregistered user # Saturday, November 17, 2007 9:05:52 PM
Kasiakania514 # Monday, November 19, 2007 4:56:14 AM