Mniamu mniam czyli w ojczyznie Vifona
Saturday, November 24, 2007 3:11:25 PM
Nie jest tak dobrze, jak w Tajlandii, ale nie jest tak zle, jak w Polsce. Na brak roznorodnosci trudno narzekac, sniadania urozmaicam sobie jak moge (albo jest to pozostalosc po francuskiej kolonizacji, czyli bula bagieta wypchana przeroznym nadzieniem albo pho bo, czyli zupka z makaronem, zielem wszelakim i roznymi mniej zidentyfikowanymi ingredencjami). Za to przy obiadkach trzymam sie raczej owocow morza zesmazonych najczesciej, albo zgrilowanych w kompanii chili i trawy cytrynowej. Na okolicznosc tej cholery ograniczam spozycie w przybytkach przydroznych, gdzie zielen uzyta do dekoracji, jak i stanowiaca element potraw moze pochodzic z terenow zalanych. Zjadlam juz chyba 20 rodzajow sajgonek z przeroznym wnetrzem (krewtekowym, warzywnym, tofu, kielkowym, marchewkowym, grilowanym) i kilka rodzajow bun cha, to takie rozne grilowane cos zamoczone w ichnim occie w towarzystwie zieleni i klusek. Zielen stanowi tutaj odrebna kategorie spozywcza, podawana jest do prawie kazdedgo dania glownego, a stanowi zwykle wielka miche wypchana salata, kolendra, bazylia, mieta i jeszcze jakims tuzinem innych roslin. Macza sie ja, zawija w papier ryzowy, dodaje do zupy albo po prostu zajada paleczkami. Do tego oczywiscie sos rybny, specjalnosc tutejszej kuchni, rozni sie nieco smakiem od tajskiego kuzyna. Jadlam tez placuszki, troche nalesnikowe, wypchane nadzieniem i zesmazone na goracym tluszczu. Macza sie je w specjalnym fistaszkowo-sezamowym sosie. Pycha.
W pamieci najbardziej utkwily mi 3 posilki jak dotad. Pierwszy to kolacja przygotowana przez gospodarzy, u ktorych nocowalismy podczas trekkingu. Nie spodziewalismy sie takiej uczty, na stole wyladowaly talerze pelne lokalnych przysmakow: duszony szpinak z czosnkiem, ale nie siekany, jak u nas, tylko wielkie liscie, wolowina z imbirem, kurczaczyna z ziolami i chili, tofu w sosie pomidorowym, ryz, frytki smazone z czosnkiem i cukrem (!) i cos tam jeszcze. Na pierwszy rzut oka domostwo, w ktorym goscilismy wygladalo na bardzo ubogie, tym wieksze bylo nasze zdiwienie bogactwem konsumpcyjnej oferty. O wienie ryzowym wspominac nie bede.
Drugi posilek to kolacja w towarzystwie Aliny, ktora zaciagnela mnie do renomowanej knajpy wietnamskiej w Hanoi. Bylo to cos w rodzaju food court, ale bardzo wykwintnego, z menu i fantastyczna obsluga (w zasazdie przez caly wieczor stali kolo nas dwaj kelnerzy). Zjadlysmy tam duszone z trawa cytrynowa malze z sosem o posmaku hoisin, kilka rodzajow sajgonek (w tym ze swiezego przezroczystego ciasta), duszone tofu z makaronem i kwasnym sosem, mielone krewetki grilowane na bambusie i sajgonki w wersji "zrob to sam" - papier ryzowy, cieniutenki makaron, kawalki ogorka, ananas, ziele jakies, grilowane krewety oraz sos do maczania samodzielnie spakowanych paczuszek. Frajda nieziemska. A na koniec - deser. Ziarna kukurydzy, otoczone galaretka w kolorze zielonym i czerwonym, o przedziwnym smaku, do tego maka tapiokowa, zelki czarne z nie-wiadomo-czego, to wszystko zanurzone jakby w bitej smietanie z syropem czekoladowym i kawalkami lodu. I wcale nie slodkie. Za te uczte (z piwkiem) zaplacilysmy jakies 12 dolarow razem...
A uczta trzecia to dzisiejsza kolacja z Kanadyjczykami. Starsi panstwo zaprosili panow, ktorych poznalam jeszcze w Halong Bay na wspolna kolacje do Le Mediterian, czy jakos tak. A ci ostatni spytali, czy nie mam ochoty sie wybrac z nimi. A i owszem. Poszlam. Przesympatyczne towarzystwo w ktorym znacznie zanizalam srednia wieku bardzo korzystnie wplynelo na smak potraw. To znaczy znacznie go podnioslo. Bo restauracja wloska, z pelna karta przysmakow prosto z Italii, prawdziwymi wloskimi skladnikami, ale... smak jakis nie taki. Po raz kolejny przekonalam sie, ze zbyt duza odleglos od miejsca pochodzenia czesto wplywa niekorzystnie na smak potrawy. Tak bylo i dzisiaj. I gdyby nie towarzystwo, pewnie bylabym wsciekla na siebie za tak slono przeplacona kolacje. Z pelnym brzuszkiem ide spac. A jutro Hoi An...
W pamieci najbardziej utkwily mi 3 posilki jak dotad. Pierwszy to kolacja przygotowana przez gospodarzy, u ktorych nocowalismy podczas trekkingu. Nie spodziewalismy sie takiej uczty, na stole wyladowaly talerze pelne lokalnych przysmakow: duszony szpinak z czosnkiem, ale nie siekany, jak u nas, tylko wielkie liscie, wolowina z imbirem, kurczaczyna z ziolami i chili, tofu w sosie pomidorowym, ryz, frytki smazone z czosnkiem i cukrem (!) i cos tam jeszcze. Na pierwszy rzut oka domostwo, w ktorym goscilismy wygladalo na bardzo ubogie, tym wieksze bylo nasze zdiwienie bogactwem konsumpcyjnej oferty. O wienie ryzowym wspominac nie bede.
Drugi posilek to kolacja w towarzystwie Aliny, ktora zaciagnela mnie do renomowanej knajpy wietnamskiej w Hanoi. Bylo to cos w rodzaju food court, ale bardzo wykwintnego, z menu i fantastyczna obsluga (w zasazdie przez caly wieczor stali kolo nas dwaj kelnerzy). Zjadlysmy tam duszone z trawa cytrynowa malze z sosem o posmaku hoisin, kilka rodzajow sajgonek (w tym ze swiezego przezroczystego ciasta), duszone tofu z makaronem i kwasnym sosem, mielone krewetki grilowane na bambusie i sajgonki w wersji "zrob to sam" - papier ryzowy, cieniutenki makaron, kawalki ogorka, ananas, ziele jakies, grilowane krewety oraz sos do maczania samodzielnie spakowanych paczuszek. Frajda nieziemska. A na koniec - deser. Ziarna kukurydzy, otoczone galaretka w kolorze zielonym i czerwonym, o przedziwnym smaku, do tego maka tapiokowa, zelki czarne z nie-wiadomo-czego, to wszystko zanurzone jakby w bitej smietanie z syropem czekoladowym i kawalkami lodu. I wcale nie slodkie. Za te uczte (z piwkiem) zaplacilysmy jakies 12 dolarow razem...
A uczta trzecia to dzisiejsza kolacja z Kanadyjczykami. Starsi panstwo zaprosili panow, ktorych poznalam jeszcze w Halong Bay na wspolna kolacje do Le Mediterian, czy jakos tak. A ci ostatni spytali, czy nie mam ochoty sie wybrac z nimi. A i owszem. Poszlam. Przesympatyczne towarzystwo w ktorym znacznie zanizalam srednia wieku bardzo korzystnie wplynelo na smak potraw. To znaczy znacznie go podnioslo. Bo restauracja wloska, z pelna karta przysmakow prosto z Italii, prawdziwymi wloskimi skladnikami, ale... smak jakis nie taki. Po raz kolejny przekonalam sie, ze zbyt duza odleglos od miejsca pochodzenia czesto wplywa niekorzystnie na smak potrawy. Tak bylo i dzisiaj. I gdyby nie towarzystwo, pewnie bylabym wsciekla na siebie za tak slono przeplacona kolacje. Z pelnym brzuszkiem ide spac. A jutro Hoi An...













Unregistered user # Friday, November 30, 2007 7:30:44 PM