Hit the Road Kasia
Friday, November 30, 2007 11:06:27 AM
460 kilometrow w ciagu 2 dni. Dwa wodospady, jezioro. Kilka wiosek mniejszosci etnicznych. Pejzaze gorzyste i pagorkowate. Motorem. Oczywiscie nie jako kierowca, ale w roli pasazera. Kierowca byl Easy Rider, jeden z wielu. W Da Lat jest ich podobno okolo 200, w Hoi An tylko trzech a Nha Trang moze 50. Jeden z nich podszedl do mnie, kiedy spacerowalam plaza. Nieufna i niechetba wysluchalam jednak, co mial do powiedzenia. Ze prawdziwego Wietnamu nie zobaczy sie jezdzac open busami, ze nie mozna zawsze isc tym samym szlakiem, co wszyscy, ze za kilka lat takiego Wietnamu jaki on chce mi pokazac, juz nie bedzie. Pomyslalam, ze skoro tak mi sie podobaly przejazdzki motorynkami po Hanoi, to czemu by nie zakosztowac takiej dluzszej przejazdzki? Motor ogladnelam (ekspert ze mnie taki, ze stwierdzilam, ze motor jest taki CALY, czyli na moje oko nic mu nie brakuje), z usmiechem powitalam informacje, ze dostane kask, ze plecak bedzie zapakowany w wodoszczelny worek, ze moj kierowca ma dla mnie peleryne i kurtke na wypadek zlej pogody. Pokazal mi tez prawo jazdy i licencje oraz ksiazeczke z wpisami turystow, ktorzy podobnej przygody doswiadczyli. I zapewnil, ze bedzie to wspaniala przygoda. I ze zadba o wszystko.
Zaryzykowalam. I nie zaluje.
Lokalne drozki, ktorymi jezdza lokalni ludzie to faktycznie bardziej prawdziwy Wietnam. To takze Wietnam zupelnie innych ludzi, serdeczniejszych i bardziej otwartych. I zupelnie nowych doznan. Kiedy pedzilismy z Tanem przez wzgorza na zachod od Nha Trang co chwila w moich nozdrzach wybuchaly kolejne wielkie bomby zapachowe. Jakby wlsnie tutaj miescily sie wytwornie ich koncentratow. Wybuchaly z niesamowiata sila i zmienialy sie jak w kalejdoskopie. Cytryny, siano, lato, rozgrzany asfalt, wedzone mieso, kamfora, wakacje w Bieszczadach, trociczki, mokra glina, gorace cegly... Az chcialo mi sie krzyczec z radosci, ze zapach moze az TAK pachniec.
Wzgorza. Wciaz jeszcze wylysiale. To na skutek chemikaliow uzytych przez Amerykanow podczas wojny, ze slynnym Orange Agent na czele, choc byly tez i inne, zawierajace dioksyny. Teraz licha roslinnosc powoli ustepuje miejsca plantacjom tworzacym przepyszny koktajl smakow i kolorow - banany, kawa, herbata, pieprz, kokos, drzewa kauczukowe, curry... Na koncu drogi, pierwszego dnia wycieczki, byl nocleg nad jezorem Lak w Long House zamieszkujacej te okolice mniejszosci Lak, i kolacja z innymi Easy Riders i ich klientami. Kolacja na podlodze, jak nakazuje tradycja, z miesem pieczonym na glinianym grilu i niesmiertelnym winem ryzowym.
I znowu w drodze, kolejne wzgorza, wosdospady, plantacje, wiejskie zycie, ludzie pozdrawiajacy biala dziwczyne na motorze z wietnamskim kierowca. Az dotarlismy do Da Lat.
Nie wiem, czy to jest prawdziwy Wietnam, ale jest zdecydowanie ciekawszy, wylamujacy sie ze stereotypow. Jakze milo jest zlamac rutyne i powiedziec pytajacemu czlowiekowi, ze wraca sie z Lak Lake z wycieczki z Easy Riderem. Poza Sajgonem i Hanoi nikt nie pyta turystow: dokad teraz jedziesz? Przy tak specyficznym ksztalcie kraju wszyscy pytaja, czy sie jedzie na polnoc czy na poludnie, jakby Wietnam byl rozciagniety tylko wzdluz Highway 1, a kraj ten ma rowniez wschod i zachod. I mnie sie ten poziomy, motorowy uklad bardzo spodobal.
Zaryzykowalam. I nie zaluje.
Lokalne drozki, ktorymi jezdza lokalni ludzie to faktycznie bardziej prawdziwy Wietnam. To takze Wietnam zupelnie innych ludzi, serdeczniejszych i bardziej otwartych. I zupelnie nowych doznan. Kiedy pedzilismy z Tanem przez wzgorza na zachod od Nha Trang co chwila w moich nozdrzach wybuchaly kolejne wielkie bomby zapachowe. Jakby wlsnie tutaj miescily sie wytwornie ich koncentratow. Wybuchaly z niesamowiata sila i zmienialy sie jak w kalejdoskopie. Cytryny, siano, lato, rozgrzany asfalt, wedzone mieso, kamfora, wakacje w Bieszczadach, trociczki, mokra glina, gorace cegly... Az chcialo mi sie krzyczec z radosci, ze zapach moze az TAK pachniec.
Wzgorza. Wciaz jeszcze wylysiale. To na skutek chemikaliow uzytych przez Amerykanow podczas wojny, ze slynnym Orange Agent na czele, choc byly tez i inne, zawierajace dioksyny. Teraz licha roslinnosc powoli ustepuje miejsca plantacjom tworzacym przepyszny koktajl smakow i kolorow - banany, kawa, herbata, pieprz, kokos, drzewa kauczukowe, curry... Na koncu drogi, pierwszego dnia wycieczki, byl nocleg nad jezorem Lak w Long House zamieszkujacej te okolice mniejszosci Lak, i kolacja z innymi Easy Riders i ich klientami. Kolacja na podlodze, jak nakazuje tradycja, z miesem pieczonym na glinianym grilu i niesmiertelnym winem ryzowym.
I znowu w drodze, kolejne wzgorza, wosdospady, plantacje, wiejskie zycie, ludzie pozdrawiajacy biala dziwczyne na motorze z wietnamskim kierowca. Az dotarlismy do Da Lat.
Nie wiem, czy to jest prawdziwy Wietnam, ale jest zdecydowanie ciekawszy, wylamujacy sie ze stereotypow. Jakze milo jest zlamac rutyne i powiedziec pytajacemu czlowiekowi, ze wraca sie z Lak Lake z wycieczki z Easy Riderem. Poza Sajgonem i Hanoi nikt nie pyta turystow: dokad teraz jedziesz? Przy tak specyficznym ksztalcie kraju wszyscy pytaja, czy sie jedzie na polnoc czy na poludnie, jakby Wietnam byl rozciagniety tylko wzdluz Highway 1, a kraj ten ma rowniez wschod i zachod. I mnie sie ten poziomy, motorowy uklad bardzo spodobal.













Unregistered user # Friday, November 30, 2007 2:42:23 PM