My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Bank, bang, bang... kieszenie pełne słońca....

Nie, nic z tego, na razie nie wygrałam, to tylko cytat, fragment reklamy telewizyjnej, akurat nie mojego banku, ale dla mnie bardzo na czasie tekst, bo właśnie słońce miałabym w kieszeniach zamiast pieniędzy... Ale do rzeczy i po kolei. Dnia pewnego przyszłam sobie wpiąć się do internetu w pewnej małej kafejce w Hikkaduwa. Przeglądam otrzymaną korespondencję, oddzielam plewa od ziaren i już miałam do kosza skierować korespondencję pochodzącą z mojego banku, jak to czynię co dzień prawie. Mój bank jest bardzo miły i prawie codziennie do mnie pisze. Ja mu nie odpisuję nigdy, bo pewnie moje sprawy banku za bardzo nie interesują. Tym razem jednak bardzo chciałam mojemu bankowi odpowiedzieć i napisać jak bardzo sobie cenię jego poczynania. Bo oto otrzymałam dwa majle, w których stało, że uznają moją reklamację i moja karta została zablokowana. Otóż. Ja żadnej reklamacji nie składałam. I bardzo mi się nie spodobało, że bank zabrał mi dostęp do moich pieniążków. W jednym z majli stało, iż zaistniało podejrzenie skopiowania mojej karty. A to dlatego, że kartą moją ze ściany jakiś bandyta, złodziej i szubrawiec wyciągnął ze ściany, czyli ATMu, prawie 300 dolarów. Problem w tym, że tym bandytą byłam ja sama.
Rozpoczęłam zatem walkę o ponowny dostęp do niesłusznie odciętych pieniążków. Mozolną walkę.
Od razu owionęło mnie widmo kontaktu z infolinią. Gdzie czeka się minutami całymi naciska miliard klawiszy, żeby po pół godzinie znaleźć się w punkcie zero. I jeszcze trzeba podać hasło, którego się przecie nie pamięta, kiedy się z bankiem kontaktuje tylko poprzez internet. Byłam pewna, że nie odtworzę hasła i jestem bez pieniędzy do końca pobytu. Może nie do końca bez kasy, bo rano wyciągnęłam z bankomatu te prawie 300 dolarów, ale mimo wszystko. Więc zaczęłam szukać innego sposobu skontaktowania się z tym durnym bankiem i znalazłam czat. Czekałam na połączenie jakieś 20 minut po to tylko, żeby się dowiedzieć, że pańcia mi nie pomoże, bo nie może i że bank zrobił to w celu ochrony moich środków i mojego interesu. Ja jej na to, że to super, bo mnie odciął od pieniędzy na końcu świata, a to raczej nie jest w moim interesie. Poszłam więc do sklepu i poprosiłam o załadowanie karty sim za dwadzieścia dolarów. Gościu spojrzał na mnie wielkimi oczami, więc mu kazałam o nic nie pytać. Tutaj ludzie sobie ładują karty po 100 rupii najczęściej, a ja sobie zażyczyłam za dwa tysiące. Dzwonię na te infolinie ichnie zatem. I czekam na połączenie z konsultantem, a dolarki lecą. I znowu to samo. Pierwszy gościu mówi, że muszę jednak się najpierw zalogować, bo on mi nie pomoże, bo nie ma wglądu do danych klienta. Ale przynajmniej mi podpowiedział, jak u nich wygląda hasło. I mówił bardzo szybko, bo zrozumiał, że bulczę niezłą kasę za to połączenie. I szybko mnie przełączył. I ja jakimś cudem wymyśliłam to hasło, co to je mam od kilku lat i nigdy nie użyłam. I połączyło mnie z babą już nie tak rozumną, jak ten pierwszy facet. Mówiłam szybko, żeby mi się kredyt nie skończył. A ona do mnie, że prosi o cierpliwość. I cisza. Dokładnie przez 4 minuty z hakiem. Wiem, bo mi telefon titka co minutę. I w końcu rzekła, że to visa transaction centre mi takie coś zrobiła i że ona może odblokować, tylko mam podać kwotę ostatniej transakcji i ona jeszcze oddzwoni na mój numer podany w systemie. To ja krzyczę od niej, że przecież widzi, że dzwonię z numeru lankańskiego, że nie ma co oddzwaniać na polski przecie. Zajarzyła w końcu, że faktycznie próbowali się ze mną skontaktować i im nie wyszło. W końcu jednak odblokowała, jak jej podałam jaki jest mój polski numer. Fajne, prawda? Jedziesz na koniec świata i tym kretynom przychodzi do łba, że można Ci zablokować kasę, bo sam sobie ją wypłaciłeś w bankomacie. Przecież nie wyciągnęłam 20000 dolarów, ale ino 300. Rozmowa telefoniczna kosztowała mnie jedyne 17 dolarów. Uważam, że tak nie powinno być, uważam, że powinnam sobie sama móc odblokować kartę w internecie. Na szczęście wszystko działa. Bo mogłam zostać z kieszeniami pełnymi słońca...

Pierwszy dzień w HikkaduwaAjurweda

Comments

DreamingElf Monday, December 13, 2010 8:17:04 PM

Ale przecie slonce w kieszeni posiadac jest bardzo fajnie :-)
Albo ksiezyc. Ja mam na przyklad wlasnie ksiezyc.
Mysle tez, iz banka bardzo Twoje sprawy interesuja i dlatego do Ciebie pisze, by zwrocic wreszcie na siebie Twoja uwage.
Odpowiedz im i wklej swojego bloga, wtedy beda jarzyc, gdzie jestes. Oni przeciez sie martwia! W koncu swoj bank to prawie jak rodzina jest nowadays...

Kasiakania514 Tuesday, December 14, 2010 1:46:02 AM

Tak, tak... czasem słońce, czasem deszcz... Ja ostatnio to miałam w kieszeniach mych raczej więcej deszczu :)
Oraz na razie nie podejmę prób nawiązania zażyłej korespondencji z bankiem, gdyż jestem nadąsana. Jak mi przejdzie, to się zastanowię. O.

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies