My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

W drodze do Tissa i Yala

, , , , , ,

Trzeba się ruszyć w końcu... Gdzieś dalej. Gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. W końcu zdecydowałam, że zobaczę Yala National Park. Kilka miesięcy temu odpuściłyśmy sobie z Asią, bo lało. A może być ładnie. Musi być. Więc pojechałam.
Matara. Średniej urody miasteczko nad oceanem. Jakaś świątynka, nic specjalnego. Kościół, w którym podczas tsunami w 2004 roku zginęło wiele osób, bo akurat odbywała się msza w tę smutną godzinę. Deptak. Ale wystarczy troszkę odbić od wybrzeża, żeby zobaczyć rzeczy piękne, ciekawe, inne. Do których jaskoś turyści nie ciągną. Co mnie dziwi, bo to przecież ledwo 15 km od oceanu w głąb lądu, opisane w przewodniku, a nikomu się nie chce.
Pierwsza była Wewurukannala. Choć równie dobrze mogła by się nazywać Ta Której Nazwy Się Nie Da Wymówić. Świątynia z największym na Sri Lance posągiem siedzącego Buddy. Z betonu i całkiem nowy (jakieś 40 lat) raczej nie urzeka. Ale za to dookoła jest świątynka 300 letnia. Całkiem ładna. Oraz swego rodzaju gabinet strachów - galeria, w której pokazane są konsekwencje grzechów, czyli co spotka grzeszników w piekle za ich konkretne przewinienia. Chociaż nie rozumiem, gdzie w buddyzmie jest miejsce na piekło. Przecież wierzą w reinkarnację i odrodzenie w lepszej lub gorszej postaci, w zależności od uczynków. Więc kiedy się idzie do piekła? Muszę spytać jakiegoś mnicha o to.
Potem było Hoo-maniya. Hoo-maniya bierze swoją nazwę o dzwięku, jaki wydaje ocean wciskając się pomiędzy skały, żeby za chwilę wystrzelić w górę 15-metrowym gejzerem wody. Fajne. Ale teraz trochę małe, bo jest pora sucha, za miesiąc ma strzelać na 30 metrów.
Mulkirigala to był strzał w dziesiątkę. Miejsce podobne do Dambulla, ale bardziej w górach, również jaskinie, pełne posągów Buddy i ściennych malowidel o 1000-letniej historii. Małe świątynki na tarasach i ani żywego ducha. Może dlatego, że zapadało. A przecież tak warto... Nie wspominając, że wstęp tutaj kosztuje 10 razy mniej niż do Dambulla.
A po lunchu zjadłam deser watalappa, czyli lata łapa po mojemu. To chyba mój pierwszy Sri Lankański deser. Był... nieziemsko slodki...
A dziś pojechałam na safari. A co. Że niby tylko w Afryce są? Nieprawda. Tutaj też. O barbarzyńskiej porze 5.30, ze śniadaniem w pudełku, stawiłam się na miejsce zbiórki. Mój kierowca stareńkiego land rovera miał na imię Nimal, ale ja jak zawsze źle usłyszałam i mówiłam do niego Limahl. Szutrową drogą w kolorze ceglastym i ochrowym, jadąc pomiędzy maleńkimi jeziorkami porośniętymi lotosami i lilią wodną, wśród wiecznie zielonych krzewów i wyschniętych drzew wyszukiwaliśmy przedstawicieli lokalnej fauny. Limahl miał bardzo dobre oczy. Co rusz przystawał przy jakimś krzaczku i pokazywał mi trumfalnie ukryte ptaszki. Których oczywiście nie umiałam wypatrzeć. Cierpliwie tłumaczył: o tutaj, na wprost ciebie, na tej zakrzywionej gałęzi, obok tego różowego kwiatka. Głupio było mi przyznać, że dalej nie widzę, więc spokojnie tłumaczył dalej, aż zwykle ptak odlatywał smile I wtedy go widziałam! Albo je... Piękne zimorodki, zielone pszczołojady, olbrzymie pelikany, papugi, tukany. I bociany, ale inne niż nasze oraz takie jak nasze też. I orły, też inne niż nasze. Yala to oczywiście nie tylko ptaszki. To krokodyle, jaszcurki, iguany, dziki, jelenie, dzikie bawoły wodne i słonie! Oraz leopardy. Nie mam pojęcia, czy leopard po polsku to leopard, w każdym razie to duży kot. A! Już wiem! To lampart! No i niestety go nie widziałam. Wszystkie się pochowały. Limahl pokazal mi piękne zdjęcie trzech lampartów na drodze, więc wpadlam na wspaniały pomysł, że zrobię zdjęcie zdjęcia i w ten sposób będę miala tego leoparda w kolekcji fotek. Ustawialiśmy fotkę dobrych kilka minut, żeby nie padało na nie słońce i nie powodowało refleksów. Wyszło całkiem fajnie. Limahl śmial się do rozpuku i na przystanku, gdzie większość pasażerów jeepów zjadała swoje pudełkowe śniadania pobiegł do kolegów z moim aparatem, że oto mnie jedynej udało się sfotografować dzisiaj lamparty, bo nikt inny ich nie widział. Ale mieliśmy uciechę! Patrzyłam, jak zazdrosne turysty zerkają na moją fotkę i szczerzyłam zęby w pełnym dumy uśmiechu. Jednak uznaliśmy z Limahlem, że nie ma co dawać nadziei na odnalezienie lamparta tym wszystkim biedakom i przyznaliśmy się do oszustwa. Ale i tak wszyscy pokazywali mi kciuka, że miałam fajny pomysł. I ładnie się do mnie uśmiechali.
Dziś jeszcze zobaczę jedną świątynkę, ale to po lunchu dopiero. Poza tym moje wnętrzności muszą powracać na swoje miejsca najpierw. Po 4 godzinach jazdy jeepem, którego amortyzatory pamiętają chyba czasy władzy monarchii brytyjskiej, moja wątroba znalazła się nad płucami, a żołądek gdzieś za lewą nerką mniej więcej...
Jutro Arugam Bay, raj surferów, akurat coś dla osoby nie umiejącej pływać smile

Wielkanoc na Sri LanceSłoń

Comments

Unregistered user Tuesday, April 26, 2011 10:30:50 AM

jaasia writes: Kasiu, nie można nie zauważyć pelikana na krzaczku :-))) P.S. Brakuje mi opisu co było na lunch :-)

Unregistered user Friday, April 29, 2011 8:27:18 AM

Mariola writes: Kasiu,czytam wszystko :) W przyszłym roku lecimy z Tobą całą ekipą (Bogusia,Marzena i ja):)))) Pozdrawiam serdecznie. Do zobaczenia

Kasiakania514 Friday, April 29, 2011 1:27:27 PM

Dlaczego dopiero w przyszłym? ;-) Pozdrowienia serdeczne i buziaki!

Unregistered user Wednesday, May 4, 2011 5:17:16 AM

Mariola writes: Czekamy na spadek Bogusi.Wszystko na dobrej drodze. Pa

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies