My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Wielkanoc na Sri Lance

Śniadanie miało jajko. Cała reszta była mało wielkanocna. String hoppers, które uwielbiam, ciapałam paluchami z dhalem i kokosowym sambolem. Na koniec był roti z jajkiem, żeby tradycji stało się zadość. Poza tym dalsze lenistwo, ale tylko do południa. W końcu ruszyłam się co nieco i pojechałam do Galle. Które to nic się nie zmieniło od ostatniego czasu. W sumie jest to niesamowite, że jedna wizyta w mieście daje człowiekowi taką pewność, takie bezpieczeństwo i łatwość poruszania: tu byłam, tą ścieżką dochodzi się do latarni, teraz w lewo i będzie taki duży plac ocieniony drzewami. A tutaj ostatnio kupowałam EGB, ale teraz jest zamknięte. EGB... Elephant Ginger Beer, ale tylko ten w szklanej butelce, plastikowy nie ma tej intensywności smaku. Smak tego akurat piwa imbirowego, które wcale piwem nie jest, jest naprwdę niepowtarzalny. Podobno dlatego, że produkuje się go z prawdziwego imbiru, a nie z koncentratu. Chwilę potem zjadłam lunch, z jajkiem, żeby tradycji stało się zadość po raz drugi. To znaczy znowu był to rice and curry, a na deser roti z jajkiem. Rice and curry... Można pomyśleć, że pokrywał się z poprzednim chociaż w 50%. Zawsze znajdzie się jakiś nowy dodatek, albo ten znany smakuje zupełnie inaczej. Czym zatem jest rice and curry? Ryżem przede wszystkim, ale nie tylko tym zwykłym, białym. W lunchowych przybytkach występują zazwyczaj trzy jego rodzaje: biały, czerwony i smażony z dodatkiem małej ilości warzyw. Jak jest rice to musi być też curry. Rodzajów curry jest multum, a każde tradycyjne, jak kurczaczne na przykład, w nowym miejscu smakuje inaczej. Curry... z kurczaka, ze świnki, z wołowinki, rybne, ziemniaczane, warzywne, z jackfruita, z dyni, z rzeczy innych, mnie nie znanych i niezbadanych. Owe curry w porze lunchu stoją sobie w glinianych misach na podgrzewaczach i każdy głodomór po nałożeniu porcji ryżu układa wokół ryżowego kopca swoją ulubioną kompozycję smakową. Oprócz curry są jeszcze warzywa: sałatki, duszona okra, fasolka, ziemniaki, gotukola - takie siekane zielone coś z cebulką, sokiem z limonki i odrobiną kokosa, brinjal ze smażonego bakłażana z chili z lekką nutką słodyczy, pomidorki z chili. Zawsze jest też dhal - rodzaj gęstej zupy z czerwonej soczewicy z liśćmi curry, cynamonem i mlekiem kokosowym. I paratha - taki smażony chrupki chlebek indyjski w trójkątach.
Wracam do Hikkaduwa, a tam Kamal czeka na mnie z curry z kurczaka, bo własnie zrobił. I jeszcze rybne też mi dał spróbować. I przyniósł flaszeczkę lokalnego ginu, dla poprawy trawienia... smile I znowu piliśmy zdrowie Saudii Arabii smile
Trochę gadaliśmy o Sri Lance. Pokazałam im, co Al Jazeera pisze o podejrzeniach zbrodni wojennych dokonanych przez rządową stronę pod konieć walk z partyzantką Tamilskich Tygrysów. Hm... Trudno się rozmawia o takich sprawach... Jutro ruszam dalej, bo wyjdzie na to, że piszę tylko o jedzeniu!

Hikkaduwa - jak w domuW drodze do Tissa i Yala

Comments

Unregistered user Tuesday, April 26, 2011 7:44:17 AM

jaasia writes: Dobrze, że jestem po śniadaniu :-)))

How to use Quote function:

  1. Select some text
  2. Click on the Quote link

Write a comment

Comment
(BBcode and HTML is turned off for anonymous user comments.)

If you can't read the words, press the small reload icon.


Smilies