Arugam Bay i Ampara z armią
Friday, April 29, 2011 1:39:08 PM
W drodze z Tissa do Arugam Bay zapragnęłam wykazać się umiejętnością prowadzenia pojazdu z kierownicą po prawej stronie. Dużego pojazdu, minibusa. I całkiem mi wychodziło, może poza wrzucaniem kierunkowskazu, bo uruchamiałam za każdym razem wycieraczki. Ale przy moim szczęściu można było oczekiwać ciekawego zakończenia - zatrzymała mnie policja
. Chciałam tak ładnie podjechać do ich budki, z kierunkowskazem, ale znowu włączyłam wycieraczki i zamiast je wyłączyć powłączałam wszystko, co było możliwe do włączenia. Panowie policjanci byli bardzo zaszokowani, kiedy ujrzeli białą babkę za kierownicą. Na szczęście Shantha szybciuteńko zagadał panów policjantów, że mam międzynarodowe prawo jazdy (no przecie nie mam...) i tak tylko kawałeczek jadę, żeby sobie potrenować. Panowie policjanci bardzo długo się śmiali i nawet powiedzieli, że ze mnie całkiem niezły kierowca.
Przed wyjazdem z Tissamaharama odwiedziłam jeszcze Situlpahuwa, kolejne nieznane tłumom turystów miejsce - biała dagoba na szczycie góry, łopocące flagi modlitewne i ruiny świątyń u podnóża góry. Przed Arugam Bay wpadliśmy do Mogul Maha Vihara, niezbyt zachwycające resztki ruin, ale piękny widok na Arugam Bay. To ostatnie jest takie sobie, może dla surferów to raj, ale dla mnie nic specjalnego. No i zapadało znowu, więc dalej pielęgnuję swoją białość.
No i pojechaliśmy do Ampara. Jestem teraz na terenach, które jeszcze dwa lata temu nie były dostępne turystom. Tutaj była wojna i każda z dróg, którą się poruszam, była bardzo niebezpieczna, stąd tyle tutaj posterunków wojska, policji i koszar armii. To dawne tereny LTTE, partyzantki Tamilskich Tygrysów. Ale jest już po wojnie, Prambakaran nie żyje i ludzie cieszą się normalnością. Jak na przykład sympatyczny sprzedawca jackfruitów, który oporządził nam owoc, przyniósł olej kokosowy do umycia rąk (bo jackfruit ma w sobie taką gumową wydzielinę, której się nie da usunąć wodą) i długo machał ręką na pożegnanie. Ampara wygląda zwykle i nieciekawie, jest tu jedna świątynia odnowiona za japońskie pieniązki, wygląda podobnie do tej w Rumassala. Atrakcją miał być nocleg w ośrodku rządowym w domkach na jeziorze i rejs łodziami z kolacją na pokładzie. Ale pech chciał, że do rządowego ośrodka przyjechała dzień wcześniej rządowa delegcja i miejsc nam nie starczyło. Shantha zadzwonił więc do swojego przyjaciela, który w Ampara służy w armii. Ten ostatni zorganizował nam pokoje w kwaterach oficerskich, zupełnie za darmo. I na dodatek zapewnił lunch, obiad i śniadanie. I zaprosił na małą ucztę na moją cześć. Przyszło jeszcze dwóch innych oficerów i był to bardzo dziwny wieczór, inny od wszystkich. Panowie oficerowie nigdy nie spotkali cudzoziemca face to face. Nigdy nie uścisnęli białej ręki i nigdy nie rozmawiali z białą kobietą
Ale dogadaliśmy się jakoś i ku ich radości poczyniłam nieznaczne postępy w nauce sinhala. Pytali o wrażenia, opinie o Sri Lance (trzeba wiedzieć, że Lankijczycy są mocno dumni ze swojego kraju i nie należy tej ich dumy podkopywać niepochlebnymi uwagami) i pytali też o jedzenie. No i wypaliłam, że nie jadlam jeszcze kiribath (to ryż gotowany z mlekiem kokosowym, wiórkami i solą, krojony w romby, zwykle jadany na śniadannie. I już jeden pan oficer zaczął dzwonić i, tak! wydawać rozkazy, że na jutro ma być przygotowany kiribath na rano, zrobiony najlepiej jak się da, a do tego lunumiris, z czosnkiem. Bo jeden pan oficer był szefem zaopatrzenia i kuchni, a drugi, co byl jeszcze wyżej jakoś postawiony, zabrał pierwszemu telefon i powiedzial gdzieś tam w dal, że to ma być zrobione jeszcze lepiej. I tak oto dzisiaj na śniadanie zjadlam po raz pierwszy w życiu kiribath, a na dodatek zrobiony z rozkazu. No i w pewnej bazie wojskowej żołnierze dzisiaj musieli zjeść kiribath na śniadanie, bo mi się zachciało...
. Chciałam tak ładnie podjechać do ich budki, z kierunkowskazem, ale znowu włączyłam wycieraczki i zamiast je wyłączyć powłączałam wszystko, co było możliwe do włączenia. Panowie policjanci byli bardzo zaszokowani, kiedy ujrzeli białą babkę za kierownicą. Na szczęście Shantha szybciuteńko zagadał panów policjantów, że mam międzynarodowe prawo jazdy (no przecie nie mam...) i tak tylko kawałeczek jadę, żeby sobie potrenować. Panowie policjanci bardzo długo się śmiali i nawet powiedzieli, że ze mnie całkiem niezły kierowca. Przed wyjazdem z Tissamaharama odwiedziłam jeszcze Situlpahuwa, kolejne nieznane tłumom turystów miejsce - biała dagoba na szczycie góry, łopocące flagi modlitewne i ruiny świątyń u podnóża góry. Przed Arugam Bay wpadliśmy do Mogul Maha Vihara, niezbyt zachwycające resztki ruin, ale piękny widok na Arugam Bay. To ostatnie jest takie sobie, może dla surferów to raj, ale dla mnie nic specjalnego. No i zapadało znowu, więc dalej pielęgnuję swoją białość.
No i pojechaliśmy do Ampara. Jestem teraz na terenach, które jeszcze dwa lata temu nie były dostępne turystom. Tutaj była wojna i każda z dróg, którą się poruszam, była bardzo niebezpieczna, stąd tyle tutaj posterunków wojska, policji i koszar armii. To dawne tereny LTTE, partyzantki Tamilskich Tygrysów. Ale jest już po wojnie, Prambakaran nie żyje i ludzie cieszą się normalnością. Jak na przykład sympatyczny sprzedawca jackfruitów, który oporządził nam owoc, przyniósł olej kokosowy do umycia rąk (bo jackfruit ma w sobie taką gumową wydzielinę, której się nie da usunąć wodą) i długo machał ręką na pożegnanie. Ampara wygląda zwykle i nieciekawie, jest tu jedna świątynia odnowiona za japońskie pieniązki, wygląda podobnie do tej w Rumassala. Atrakcją miał być nocleg w ośrodku rządowym w domkach na jeziorze i rejs łodziami z kolacją na pokładzie. Ale pech chciał, że do rządowego ośrodka przyjechała dzień wcześniej rządowa delegcja i miejsc nam nie starczyło. Shantha zadzwonił więc do swojego przyjaciela, który w Ampara służy w armii. Ten ostatni zorganizował nam pokoje w kwaterach oficerskich, zupełnie za darmo. I na dodatek zapewnił lunch, obiad i śniadanie. I zaprosił na małą ucztę na moją cześć. Przyszło jeszcze dwóch innych oficerów i był to bardzo dziwny wieczór, inny od wszystkich. Panowie oficerowie nigdy nie spotkali cudzoziemca face to face. Nigdy nie uścisnęli białej ręki i nigdy nie rozmawiali z białą kobietą
Ale dogadaliśmy się jakoś i ku ich radości poczyniłam nieznaczne postępy w nauce sinhala. Pytali o wrażenia, opinie o Sri Lance (trzeba wiedzieć, że Lankijczycy są mocno dumni ze swojego kraju i nie należy tej ich dumy podkopywać niepochlebnymi uwagami) i pytali też o jedzenie. No i wypaliłam, że nie jadlam jeszcze kiribath (to ryż gotowany z mlekiem kokosowym, wiórkami i solą, krojony w romby, zwykle jadany na śniadannie. I już jeden pan oficer zaczął dzwonić i, tak! wydawać rozkazy, że na jutro ma być przygotowany kiribath na rano, zrobiony najlepiej jak się da, a do tego lunumiris, z czosnkiem. Bo jeden pan oficer był szefem zaopatrzenia i kuchni, a drugi, co byl jeszcze wyżej jakoś postawiony, zabrał pierwszemu telefon i powiedzial gdzieś tam w dal, że to ma być zrobione jeszcze lepiej. I tak oto dzisiaj na śniadanie zjadlam po raz pierwszy w życiu kiribath, a na dodatek zrobiony z rozkazu. No i w pewnej bazie wojskowej żołnierze dzisiaj musieli zjeść kiribath na śniadanie, bo mi się zachciało...













How to use Quote function: