Coraz bliżej końca: Nuwara Eliya, Horton Plains, Mount Lavinia
Saturday, May 7, 2011 3:27:01 AM
Nuwara Eliya się nie zmieniło od czasu mojej ostatniej wizyty. I fajnie. Bo dobrze się składa, jeśli w tropikalnym kraju jest chociaż jedno takie miejsce, gdzie można odetchnąć od żaru, duchoty i parności. Nuwara właśnie takie jest, chłodniutkie i przyjemne w dotyku. Wprawdzie ostatnim razem było aż za bardzo chłodne, do tego stopnia, że trzeba było wypożyczyć elektryczne 'słoneczko', żeby przeżyć, ale generalnie to uważam, że czasem miło jest zmarznąć w tropiku. I to nie za pomocą klimatyzacji.
Nuwara to główna miejscowość tzw. Hills Country. I rzeczywiście, hillsów tutaj dostatek. Hillsy porośnięte są herbatką, co czyni tę okolicę bardzo uroczą. Bo herbata jest taka ładna... Jak wypielęgnowany dywanik. Oprócz herbaty rosną tu truskawki oraz krówki. Te ostatnie się pasą na łąkach tak ślicznych, jakby pochodziły z wzorcowej farmy dla najszczęśliwszych krówek świata. Krówki dają mleko oraz curd, czyli taki jogurt jakby nasz, tylko gęstszy. Ale jeszcze lepszy curd dają bawołki, ale bawołki tutaj nie rosną. Poza wymienionymi w okolicy można spotkać jeszcze Koniec Świata, czyli World's End oraz Horton Plains. To pewnie ten Horton, co słyszał Ktosia..
To było drugie podejście do Horton Plains i World's End. Poprzednim razem było nieczynne. To znaczy było czynne, tylko zamglone. I to tak, że na metr do przodu nic nie było widać. A tym razem - zero mgły, zero chmurek, leciutki wietrzyk. Do Końca Świata idzie się jakieś 1,5 godziny (po uiszczeniu wysokiej opłaty wstępu, jak to zwykle na Sri Lance). I... Na niezabezpieczonym żadnym płotkiem, barierką ani niczym takim poletku kończy się świat... Jeden krok dalej i przepaść, 870 metrów pionowej ściany urwiska. Ten brak zabezpieczenia jest cudowny, bo trochę przestrasza i pozwala w pełni docenić ogrom, przestrzeń, pustkę. Dalej są góry i rzeka i morze. I malutkie wioseczki naciapkane na zboczach gór. A na łąkach Hortona ktoś posadził wiele lat temu rododendrony. Setki, tysiące karminowo kwitnących rododendronów. Niesamowite. A po drodze był Pan Łoś. Pan Łoś jest bardzo sympatyczny. Siedzi przy drodze i czeka na turystów. I jak turysta podjedzie autkiem, to Pan Łoś podchodzi, zagląda do środka i nieśmiało zapytuje: macie co do przegryzienia? I potem ciamka owoce i ślini wszystko dookoła. I próbuje włożyć całą głowę do samochodu. Ale ma rogi, więc mu to nie wychodzi. Tylko muszę zaznaczyć, że to jest trochę inny Pan Łoś od naszego polskiego. I chyba nie będzie na miejscu tutaj przyznać się, że jadłam Pana Łosia? To znaczy nie tego konkretnego, którego karmiłam, ale jadłam. Trochę mi wstyd.
A teraz Mount Lavinia. Ostatnie krewetki, rzut oka na Colombo, jakieś zakupy...
Nuwara to główna miejscowość tzw. Hills Country. I rzeczywiście, hillsów tutaj dostatek. Hillsy porośnięte są herbatką, co czyni tę okolicę bardzo uroczą. Bo herbata jest taka ładna... Jak wypielęgnowany dywanik. Oprócz herbaty rosną tu truskawki oraz krówki. Te ostatnie się pasą na łąkach tak ślicznych, jakby pochodziły z wzorcowej farmy dla najszczęśliwszych krówek świata. Krówki dają mleko oraz curd, czyli taki jogurt jakby nasz, tylko gęstszy. Ale jeszcze lepszy curd dają bawołki, ale bawołki tutaj nie rosną. Poza wymienionymi w okolicy można spotkać jeszcze Koniec Świata, czyli World's End oraz Horton Plains. To pewnie ten Horton, co słyszał Ktosia..
To było drugie podejście do Horton Plains i World's End. Poprzednim razem było nieczynne. To znaczy było czynne, tylko zamglone. I to tak, że na metr do przodu nic nie było widać. A tym razem - zero mgły, zero chmurek, leciutki wietrzyk. Do Końca Świata idzie się jakieś 1,5 godziny (po uiszczeniu wysokiej opłaty wstępu, jak to zwykle na Sri Lance). I... Na niezabezpieczonym żadnym płotkiem, barierką ani niczym takim poletku kończy się świat... Jeden krok dalej i przepaść, 870 metrów pionowej ściany urwiska. Ten brak zabezpieczenia jest cudowny, bo trochę przestrasza i pozwala w pełni docenić ogrom, przestrzeń, pustkę. Dalej są góry i rzeka i morze. I malutkie wioseczki naciapkane na zboczach gór. A na łąkach Hortona ktoś posadził wiele lat temu rododendrony. Setki, tysiące karminowo kwitnących rododendronów. Niesamowite. A po drodze był Pan Łoś. Pan Łoś jest bardzo sympatyczny. Siedzi przy drodze i czeka na turystów. I jak turysta podjedzie autkiem, to Pan Łoś podchodzi, zagląda do środka i nieśmiało zapytuje: macie co do przegryzienia? I potem ciamka owoce i ślini wszystko dookoła. I próbuje włożyć całą głowę do samochodu. Ale ma rogi, więc mu to nie wychodzi. Tylko muszę zaznaczyć, że to jest trochę inny Pan Łoś od naszego polskiego. I chyba nie będzie na miejscu tutaj przyznać się, że jadłam Pana Łosia? To znaczy nie tego konkretnego, którego karmiłam, ale jadłam. Trochę mi wstyd.
A teraz Mount Lavinia. Ostatnie krewetki, rzut oka na Colombo, jakieś zakupy...













Unregistered user # Saturday, May 7, 2011 10:32:37 PM
Kasiakania514 # Sunday, May 8, 2011 2:55:58 PM
Za łosia serdecznie przepraszam, ale ten tego...
Za półmisek nie przepraszam
Unregistered user # Sunday, May 8, 2011 6:22:23 PM
Kasiakania514 # Sunday, May 8, 2011 6:33:59 PM
Unregistered user # Monday, May 9, 2011 9:40:16 PM
Kasiakania514 # Tuesday, May 10, 2011 4:50:02 AM