Jeszcze trochę o jedzeniu
Sunday, May 8, 2011 5:38:41 PM
Knajpki. Hotele znaczy się. Tak się nazywają te malutkie, czasami czterostolikowe miejsca, gdzie miejscowi zjadają sobie coś po drodze. Chatka ze stołem przetartym brudną ścierką, której pierwotne kolory mogliby odczytać jedynie wysokiej klasy specjaliści od policyjnych dochodzeń, nie raz była miejscem wspaniałych doznań kulinarnych. Albo hole-in-the-wall, ze ścianami upstrzonymi grzybem, kurzem i brudem tak bardzo, że gdybym decyzję o jedzeniu miała podejmować kierując się jedynie zmysłem estetycznym, moja noga, albo raczej paluch mej nogi, nigdy nie dotknąłby progu tego miejsca. Nie pamiętam nazw tych miejsc, to mogło być na przykład Amal Vegetarian Hotel (co, jak już wcześniej tłumaczyłam, nie oznacza wcale, że to miejsce do spania dla warzywożerców, tylko wegetariańską restaurację). Albo wcale nie miało nazwy. Jednak zawsze jedzenie było wspaniałe. Podane na właśnie umytych talerzach pokrytych folią albo torebką foliową najprościej. To w sumie dobry pomysł. Resztki jedzenia zwija się w foliową kulkę i wyrzuca. A talerz myje. Talerz jest prawdziwy, to znaczy nie plastikowy. I to jest fajne. A sztućce, nie do jedzenia, bo je się przecież prawą ręką, tylko do nakładania porcji curry, mallum, czy innych dodatków, podawane są zanurzone w kuflu z wrzącą wodą. I właśnie. Może nie było ładnie, ale smacznie i przede wszystkim bezpiecznie. Nie. Przede wszystkim pysznie.
Rankiem najbardziej lubiłam hoppers, te plain, w odróżnieniu do jajkowych, czyli egg hoppers. To naleśniki w kształcie miseczki, zrobione z mąki ryżowej z mlekiem kokosowym, chrupkie na brzegach, grubsze na dnie. Kawałeczki odrywa się i macza w curry, na przykład z kukul mas, czyli z kurczaka, albo dhal, z soczewicy. I do tego obowiązkowo pol sambol. Świeżo utarty kokos wymieszany z chili, malutkimi kawałkami cebulki, sokiem z limonki, solą, czasem z maldive fish, czosnkiem i liśćmi curry. I jeszcze lunumiris - mieszanka suszonych płatków chili z solą, wodą i sokiem z cytryny. Mmmmm.. Albo paratha. Cienkie placki z nie-wiem-czego. String hoppers, jakby placki z makaronu. Thosai, grubsze naleśniki. Pycha.
A na lunch rice and curry - curry czasem z łosia albo z dzika. Albo z marchewek. Lub z lady fingers, czyli z okry. I jeszcze z jackfruita, dyni, ogórka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, koźliny, jajek, ziemniaków, cukinii... I brinjal z bakłażana. I coś zielonego, na przykład gotukola posiekana i wymieszana z wiórkami kokosowymi... Jej... Jak ja za tym będę tęsknić. Już tęsknię...
A najfajniejsze było to, że im, to znaczy miejscowym, bardzo się podobało to, że ja jem te wszystkie ich ostre potrawy, że jem, jak oni, czyli łapką. Shantha zawsze się świetnie bawił w takich sytuacjach. Na pytania o to, skąd pochodzę, zawsze dawał im inną odpowiedź: raz byłam z Izraela, innym razem z Niemiec lub z Hiszpanii. A ja dusiłam się ze śmiechu
I, co ważne - za lunch takowy płaciło się jakieś 1,5 USD. To dzięki Shantha. Bo to on zamawiał, więc płaciliśmy jak lokalsi. Jakby ktoś chciał, to mam namiary na Shantha, to bardzo dobry kierowca...
No i kupiłam sobię patelenkę do smażenia hoppers'ów... Całkiem niedługo spróbuję. Mniam!
Rankiem najbardziej lubiłam hoppers, te plain, w odróżnieniu do jajkowych, czyli egg hoppers. To naleśniki w kształcie miseczki, zrobione z mąki ryżowej z mlekiem kokosowym, chrupkie na brzegach, grubsze na dnie. Kawałeczki odrywa się i macza w curry, na przykład z kukul mas, czyli z kurczaka, albo dhal, z soczewicy. I do tego obowiązkowo pol sambol. Świeżo utarty kokos wymieszany z chili, malutkimi kawałkami cebulki, sokiem z limonki, solą, czasem z maldive fish, czosnkiem i liśćmi curry. I jeszcze lunumiris - mieszanka suszonych płatków chili z solą, wodą i sokiem z cytryny. Mmmmm.. Albo paratha. Cienkie placki z nie-wiem-czego. String hoppers, jakby placki z makaronu. Thosai, grubsze naleśniki. Pycha.
A na lunch rice and curry - curry czasem z łosia albo z dzika. Albo z marchewek. Lub z lady fingers, czyli z okry. I jeszcze z jackfruita, dyni, ogórka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, koźliny, jajek, ziemniaków, cukinii... I brinjal z bakłażana. I coś zielonego, na przykład gotukola posiekana i wymieszana z wiórkami kokosowymi... Jej... Jak ja za tym będę tęsknić. Już tęsknię...
A najfajniejsze było to, że im, to znaczy miejscowym, bardzo się podobało to, że ja jem te wszystkie ich ostre potrawy, że jem, jak oni, czyli łapką. Shantha zawsze się świetnie bawił w takich sytuacjach. Na pytania o to, skąd pochodzę, zawsze dawał im inną odpowiedź: raz byłam z Izraela, innym razem z Niemiec lub z Hiszpanii. A ja dusiłam się ze śmiechu

I, co ważne - za lunch takowy płaciło się jakieś 1,5 USD. To dzięki Shantha. Bo to on zamawiał, więc płaciliśmy jak lokalsi. Jakby ktoś chciał, to mam namiary na Shantha, to bardzo dobry kierowca...
No i kupiłam sobię patelenkę do smażenia hoppers'ów... Całkiem niedługo spróbuję. Mniam!













Unregistered user # Sunday, May 8, 2011 6:31:18 PM
DreamingElf # Monday, May 9, 2011 2:51:55 PM
Kasiakania514 # Monday, May 9, 2011 3:08:59 PM
Unregistered user # Monday, May 9, 2011 9:43:58 PM
Unregistered user # Monday, May 9, 2011 9:45:24 PM
Kasiakania514 # Tuesday, May 10, 2011 4:51:14 AM
DreamingElf # Tuesday, May 10, 2011 8:32:07 AM
Albo suszy!
Kasiakania514 # Tuesday, May 10, 2011 8:36:21 AM
Dobra, to se uwarzę łosia-sosia
Unregistered user # Tuesday, May 10, 2011 9:36:02 AM
Kasiakania514 # Tuesday, May 10, 2011 9:55:36 AM
smqzbq # Wednesday, May 25, 2011 9:05:32 PM
Kasiakania514 # Wednesday, May 25, 2011 9:09:48 PM