Kuala Lumpur na piechotę
Wednesday, September 28, 2011 4:35:53 PM
Dobra, nie tylko na piechotę, ale przeważnie właśnie tak. I z bardzo ambitnym programem. Nawet mi się wydaje, że za bardzo ambitnym, bo oto 80% atrakcji zaliczyłam w dzień. A poprzednim razem chyba były 3 dni. A na pewno dwa. I tak oto odwiedziłam obydwa meczety, Masjid Jamek i Masjid Negara, rozejrzałam się po Merdeka Square, który niczym wciąż nie zachwyca, zobaczyłam po raz kolejny najwyższy masz świata (zresztą już drugi, bo w Abu Dhabi też mają najwyższy) i te wszystkie pokolonialne budynki dookoła: sądu magistrackiego, poczty i dawny dworzec. Ten ostatni jest oddzielony od świata taka plątanina ulic, że trzeba się nie lada natrudzić, żeby do niego dotrzeć. To zresztą częste wyzwanie w KL - przejść na drugą stronę ulicy. Pasiaków dla pieszych jakoś mają tutaj średnio co 1 km, więc albo się ryzykuje (a ja umiem ryzykować, robiłam to codziennie w Hanoi czy Sajgonie, ale tam to było o niebo łatwiejsze, bo oni tam głównie na przedzie kawalkady maja armię motorynek, a tutaj są super-hiper-ekstra szybkie i nowoczesne auta. I duże na dodatek) albo się nadkłada drogi. Czasem nadkładałam. I dlatego moje nóżki są dzisiaj bardzo biedne i bolące. A nie był to koniec jeszcze dzisiejszych peregrynacji - Muzeum Sztuki Islamskiej, Park z Ptaszorami, największe awiarium na świecie za horrendalną cenę 48 ringgitów, ogród orchidei za darmo i słusznie, bo nawet tyle nie był wart, park motyli, za dwie dychy, więc bez sensu na latawce tyle wydawać jednego dnia...Potem całe Chinatown, z Central Market, z 3 świątyniami, Petaling Street i dworzec Pudu, koło którego mieszkałam parę lat temu, a co się okazał nie tym z którego jutro odjechać ma autobus do Kuala Besut, więc jeszcze rajd szybką kolejką na następny dworzec i z powrotem do centrum, pod Petronas Tower i jeszcze Menara na piechotkę, żeby zobaczyć panoramę miasta po ćmoku. A na koniec? Na koniec poszukiwanie knajpy ze steam boat w Chinatown... Szłam na czuja, nie do końca wiedząc gdzie. Ale udało się! Znalazłam! Może nie dokładnie to samo miejsce, ale podobne. Na patyczkach szaszłykowych leżały sobie na straganie nabite różnorakie dziwa: kuleczki rybne, jajeczka, parówki, kawałki mięsa, krewetki, ryby, itd, itp. Po dokonaniu wyboru przez klienta ulubionych smakołyków tego ostatniego sadza się przy stole, w którego środku gnieździ się garnek z ogrzewaniem. To znaczy turbo ogrzewaniem, bo woda w nim wrze całki czas. Dziwactwa wkłada się do wody, obgotowuje i zajada ze smakiem upaciane w sosach. A na deser owoce - rambutany, mangostany i dragon fruit, który zamiast być biały w środku okazał się być buraczkowy... Hm.
Oraz nabyłam drogą kupna kartę sim, ale jeszcze nie umiem nią dzwonić, zupełnie nie wiem czemu. I numer jest taki, może komuś się uda dla odmiany do mnie: +60 (16)4 809832. To w środku nie wiem, czy jest potrzebne, ale podaję na wszelki wypadek.
Signum temporis
Od lat z ciekawością przyglądam się ofertom ulicznych straganów z turystycznymi pamiątkami wszelakiego przeznaczenia. Oferta lokalnych kupców, czy to na Khao San Road w Bangkoku, czy to na Petaling Street w Kuala Lumpur czy w każdym innym miejscu w Azji jest bardzo podobna: stosy podrobionych T-shirtów, torebek, zegarków, portfeli i lokalne pamiątki made in China. Ale jest jedna rzecz, która ulega zmianie. Są to koszulki z przesłaniem. One też nie zależą od miejsca, ale od czasu, są pewnego rodzaju barometrem opisującym, co młodym tego świata leży na sercu,co w duszy gra, co ich interesuje i co porywa. Pamiętam niemiłą memu sercu modę na koszulki z Che, który łypał chmurnie na mnie ze straganów jakieś 10 lat temu. Potem było fajniej, bo na stoiskach rozpanoszył się Bob Marley. A teraz? Teraz wszędzie są koszulki z Angry Birds
Oraz nabyłam drogą kupna kartę sim, ale jeszcze nie umiem nią dzwonić, zupełnie nie wiem czemu. I numer jest taki, może komuś się uda dla odmiany do mnie: +60 (16)4 809832. To w środku nie wiem, czy jest potrzebne, ale podaję na wszelki wypadek.
Signum temporis
Od lat z ciekawością przyglądam się ofertom ulicznych straganów z turystycznymi pamiątkami wszelakiego przeznaczenia. Oferta lokalnych kupców, czy to na Khao San Road w Bangkoku, czy to na Petaling Street w Kuala Lumpur czy w każdym innym miejscu w Azji jest bardzo podobna: stosy podrobionych T-shirtów, torebek, zegarków, portfeli i lokalne pamiątki made in China. Ale jest jedna rzecz, która ulega zmianie. Są to koszulki z przesłaniem. One też nie zależą od miejsca, ale od czasu, są pewnego rodzaju barometrem opisującym, co młodym tego świata leży na sercu,co w duszy gra, co ich interesuje i co porywa. Pamiętam niemiłą memu sercu modę na koszulki z Che, który łypał chmurnie na mnie ze straganów jakieś 10 lat temu. Potem było fajniej, bo na stoiskach rozpanoszył się Bob Marley. A teraz? Teraz wszędzie są koszulki z Angry Birds













Mimniemimnie # Wednesday, September 28, 2011 8:57:36 PM
Kasiakania514 # Thursday, September 29, 2011 1:49:35 AM
Hanburgra w Azi nie tknę, nie po to człek leci na koniec świata, żeby plastik zajadać...
Unregistered user # Thursday, September 29, 2011 7:54:37 AM
Mimniemimnie # Thursday, September 29, 2011 11:01:56 AM
Kasiakania514 # Saturday, October 1, 2011 8:17:40 AM
A może jednak sprzedajcie domy, mieszkania, samochody i przyłączcie się do mnie?
Unregistered user # Saturday, December 1, 2012 5:56:29 PM
Kasiakania514 # Monday, December 3, 2012 7:48:43 PM
DreamingElf # Monday, December 3, 2012 11:12:40 PM
Kasiakania514 # Tuesday, December 4, 2012 3:55:14 PM