Filipiny czas zacząć...
Tuesday, November 13, 2012 9:43:19 PM
Po rocznej przerwie i kilku europejskich i bliskoazjatyckich peregrynacjach czas powrócić do Azji dalszej. Tym razem Filipiny. Trzy tygodnie. Słońce. Plaża. Tarasy ryżowe. Wulkany. Jajka z zarodkiem... 
Początek, jak zwykle MUC. Ale tym razem Monachium o dziwo, bez problemów... A nawet na lekki plus, ale to zasługa obsługi Kataru. Tak, Katar posiada obsługę, ale nie w postaci chusteczek oczywiście. Katar to jedno z określeń dla najfajniejszej linii lotniczej świata (nie, nie płacą mi za reklamę, JESZCZE nie
A oto lista powodów, dla których Qatar Airways są takie fajne:
- Miła pani (choć z Lufthansy) dała miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym, co oznacza kupę miejsca na nóżki. Przy 9 godzinach lotu ma to znaczenie niebagatelne. To już kolejny raz mnie tak potraktowano, choć dopiero od tego 'razu' legitymuję się kartą Silver Privilege.
- No właśnie, profity za lojalność przychodzą szybciej, niż by się można było spodziewać. Po 3 lotach tam i z powrotem na całkiem długaśnych trasach jako ekonom, ale wszak nie dookoła świata (wprawny czytelnik domyśli się, że to były loty do Azji) dorobiłam się statusu prawie najwierniejszego klienta...
- Z którego to skwapliwie korzystam w tej chwili, rozsiadając się w Silver Lounge w Ad Dausze. I zajadając lokalne potrawy i słodycze. Dla mnie i dla 2 moich gości zupełnie za darmo. Ha!
- A na dodatek... na dodatek zjadłam dziś najlepszy posiłek samolotowy w mojej dotychczasowej karierze podniebnej. Kurczaczyna w limonce i mleku kokosowym z dodatkiem chili podana na makaronie w towarzystwie wytrawnej sałatki z zielonej soczewicy. Kruchutkie krakersy, ciepła bułeczka i szczodry kawał puchatego sernika w ramach dodatków. Kiedy pomyślę, jakimi produktami zakleja swoich klientów Lufthansa to dziwię się, że jeszcze posiada jakichkolwiek nabywców usług. Chyba, że tych, co lecą pierwszy raz lub innego wyjścia nie mają, bo muszą dolecieć do Qatara...
- I w nawiązaniu do ostatniej uwagi - już nie będzie trzeba dolatywać do Niemiec, żeby skorzystać z Katarków! Od 5 grudnia startuje regularne połączenie z WAW. Bosko!
Z nadzieją na kolejny dobry posiłek pozostaję
Z poważaniem i wielce uradowana
zakatarzona Katarzyna, choć nie chorobowo
Mały update do Kataru - czyli kolejne powody ku mojej sympatii:
- W samolocie z Monachium przy wejściu z rękawa wita podróżnych para flight attendants. Pan spogląda na mnie, uśmiecha się lekko i rzecze: a ty lecisz do Manili... Jego sympatyczna koleżanka patrzy na mnie wyczekująco, ja potwierdzam pytaniem, skąd może to wiedzieć? Ani karty pokładowej nie miałam na wierzchu, ani znaczka na czole... Koleżanka dopytuje: ale przecież nie możesz tego wiedzieć! Jak, skąd? Pan się uśmiecha i nic nie odpowiada...
- W samolocie z Doha chwilę przed pierwszym posiłkiem podeszła do mnie stewardessa i z uśmiechem na twarzy oświadczyła, iż skoro jestem dla nich privilege i ogólnie silver, to co chciałabym zjeść, bo oni muszą zadbać, żeby tego dla mnie nie zabrakło...
aaaa, jestem w niebie pod niebem 
- Na zakończenie najlepsze: koniec podróży, wysiadam, Manila. Pani stewardessa z przedniej części samolotu, której wcześniej nie miałam okazji widzieć, żegna mnie temi słowy: Welcome home, madame... I nie dbam wcale o to, czy posiadam jakiś filipiński rys twarzy, czy też inną ich cechę genetyczną, czy ciemne oczy po prostu wystarczą, żeby zakwalifikować mnie do grona potomków ludu tutaj zamieszkującego... Pani trafiła na bardzo podatny grunt swoim pożegnaniem, rzekłabym, że Qatar Airways posiada pracowników o zdolnościach telepatycznych albo przynajmniej ich umiejętności wkraczają na grunt metafizyki. Bo przecież no właśnie! Welcome home! Jestem w domu!
A Manila wcale nie jest taka straszna, jak ją malują. Normalne, wielkie azjatyckie miasto.
Jutro ciut zwiedzania i podróż nocnym autobusem do Banaue - do ryżowych tarasów. I dalej Sagada. I znowu powrót w nocy. I pewnie nie będzie tam internetu, a za dwa dni lot na Palawan.
Za oknem już ciemna noc. Chociaż nie do końca ciemna, bo rozświetlona lampami, neonami, reklamami i światłami okien wieżowców. To jedno z wielu centr miasta, takich z wysokimi budynkami, sklepami, centrami handlowymi, biurami i restauracjami. Ale nawet w centrum dobrze się czuję. Tuż za rogiem w małym okienku pan sprzedaje świeże dimsum, 4,80 zł. za bambusowy koszyk specjału, jutro pójdę tam na śniadanie.


Początek, jak zwykle MUC. Ale tym razem Monachium o dziwo, bez problemów... A nawet na lekki plus, ale to zasługa obsługi Kataru. Tak, Katar posiada obsługę, ale nie w postaci chusteczek oczywiście. Katar to jedno z określeń dla najfajniejszej linii lotniczej świata (nie, nie płacą mi za reklamę, JESZCZE nie
A oto lista powodów, dla których Qatar Airways są takie fajne:- Miła pani (choć z Lufthansy) dała miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym, co oznacza kupę miejsca na nóżki. Przy 9 godzinach lotu ma to znaczenie niebagatelne. To już kolejny raz mnie tak potraktowano, choć dopiero od tego 'razu' legitymuję się kartą Silver Privilege.
- No właśnie, profity za lojalność przychodzą szybciej, niż by się można było spodziewać. Po 3 lotach tam i z powrotem na całkiem długaśnych trasach jako ekonom, ale wszak nie dookoła świata (wprawny czytelnik domyśli się, że to były loty do Azji) dorobiłam się statusu prawie najwierniejszego klienta...
- Z którego to skwapliwie korzystam w tej chwili, rozsiadając się w Silver Lounge w Ad Dausze. I zajadając lokalne potrawy i słodycze. Dla mnie i dla 2 moich gości zupełnie za darmo. Ha!
- A na dodatek... na dodatek zjadłam dziś najlepszy posiłek samolotowy w mojej dotychczasowej karierze podniebnej. Kurczaczyna w limonce i mleku kokosowym z dodatkiem chili podana na makaronie w towarzystwie wytrawnej sałatki z zielonej soczewicy. Kruchutkie krakersy, ciepła bułeczka i szczodry kawał puchatego sernika w ramach dodatków. Kiedy pomyślę, jakimi produktami zakleja swoich klientów Lufthansa to dziwię się, że jeszcze posiada jakichkolwiek nabywców usług. Chyba, że tych, co lecą pierwszy raz lub innego wyjścia nie mają, bo muszą dolecieć do Qatara...
- I w nawiązaniu do ostatniej uwagi - już nie będzie trzeba dolatywać do Niemiec, żeby skorzystać z Katarków! Od 5 grudnia startuje regularne połączenie z WAW. Bosko!
Z nadzieją na kolejny dobry posiłek pozostaję
Z poważaniem i wielce uradowana
zakatarzona Katarzyna, choć nie chorobowo
Mały update do Kataru - czyli kolejne powody ku mojej sympatii:
- W samolocie z Monachium przy wejściu z rękawa wita podróżnych para flight attendants. Pan spogląda na mnie, uśmiecha się lekko i rzecze: a ty lecisz do Manili... Jego sympatyczna koleżanka patrzy na mnie wyczekująco, ja potwierdzam pytaniem, skąd może to wiedzieć? Ani karty pokładowej nie miałam na wierzchu, ani znaczka na czole... Koleżanka dopytuje: ale przecież nie możesz tego wiedzieć! Jak, skąd? Pan się uśmiecha i nic nie odpowiada...
- W samolocie z Doha chwilę przed pierwszym posiłkiem podeszła do mnie stewardessa i z uśmiechem na twarzy oświadczyła, iż skoro jestem dla nich privilege i ogólnie silver, to co chciałabym zjeść, bo oni muszą zadbać, żeby tego dla mnie nie zabrakło...
aaaa, jestem w niebie pod niebem 
- Na zakończenie najlepsze: koniec podróży, wysiadam, Manila. Pani stewardessa z przedniej części samolotu, której wcześniej nie miałam okazji widzieć, żegna mnie temi słowy: Welcome home, madame... I nie dbam wcale o to, czy posiadam jakiś filipiński rys twarzy, czy też inną ich cechę genetyczną, czy ciemne oczy po prostu wystarczą, żeby zakwalifikować mnie do grona potomków ludu tutaj zamieszkującego... Pani trafiła na bardzo podatny grunt swoim pożegnaniem, rzekłabym, że Qatar Airways posiada pracowników o zdolnościach telepatycznych albo przynajmniej ich umiejętności wkraczają na grunt metafizyki. Bo przecież no właśnie! Welcome home! Jestem w domu!
A Manila wcale nie jest taka straszna, jak ją malują. Normalne, wielkie azjatyckie miasto.
Jutro ciut zwiedzania i podróż nocnym autobusem do Banaue - do ryżowych tarasów. I dalej Sagada. I znowu powrót w nocy. I pewnie nie będzie tam internetu, a za dwa dni lot na Palawan.
Za oknem już ciemna noc. Chociaż nie do końca ciemna, bo rozświetlona lampami, neonami, reklamami i światłami okien wieżowców. To jedno z wielu centr miasta, takich z wysokimi budynkami, sklepami, centrami handlowymi, biurami i restauracjami. Ale nawet w centrum dobrze się czuję. Tuż za rogiem w małym okienku pan sprzedaje świeże dimsum, 4,80 zł. za bambusowy koszyk specjału, jutro pójdę tam na śniadanie.














Unregistered user # Thursday, November 15, 2012 8:09:44 AM
Kasiakania514 # Friday, November 16, 2012 8:54:20 AM
Unregistered user # Monday, November 19, 2012 7:54:55 PM
Unregistered user # Monday, November 19, 2012 11:28:42 PM
Kasiakania514 # Friday, November 23, 2012 1:51:30 PM
Grzebyk - plaże była, jest i będzie jej jeszcze więcej, jeśli tylko moja skórka to wytrzyma
Unregistered user # Friday, November 23, 2012 9:46:44 PM
Unregistered user # Thursday, December 27, 2012 2:34:44 PM
Kasiakania514 # Thursday, December 27, 2012 7:44:57 PM
To Ty?