W stronę deszczu...
Friday, November 16, 2012 9:38:21 AM
Nowe, uzupełnione i poprawione, zwłaszcza pod koniec (bigger, longer, better and uncut 
No i proszę… Wystarczy trochę słońca i świat od razu nabiera barw!
Dokładnie ta sama trasa: Banaue – Sagada, tylko w przeciwnym kierunku i z lekkimi chmurkami, mniej więcej 24 godziny później, a zupełnie inny klimat, nastrój, widok. Droga wiedzie zboczem doliny, z obu jej stron, przecinając góry wysokie na prawie 2000 m gdzieś tak w 2/3 ich wysokości. Poniżej przepaść, od której nie oddziela nic, nawet dająca iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa niska metalowa balustradka. Dla pewności sprawdzałam co chwilę, czy blokada drzwi przy których siedziałam, działa prawidłowo. Wąski pasek drogi czasami zasypany przez osuwiska kamieni, ziemi czy lawiny błotne, po których jednak wciąż dało się przejechać, snuł się zakrętami i ostrymi podjazdami w takim prawie naszym lesie. Ten las był wzbogacony pióropuszami paproci rosnących na wysokich pniach, dokładnie takich jak w parku jurajskim. Trochę niżej pojawiały się bananowce i nasze doniczkowe rośliny w rozmiarze XXXL. W dole doliny malutkie poletka ryżowe zbudowane na mini tarasach. A widoki! Trochę jak Sapa w Wietnamie, a trochę herbaciane wzgórza wokół Nuwara Eliye na Sri Lance. Bajka. I w końcu bez chmur można było zobaczyć tarasy ryżowe! Kilkudziesięciopiętrowe!
Dlatego chciałyśmy ich więcej. I dlatego następnego dnia wybrałyśmy się na trekking do Batad. Ale jeszcze wcześniej zaliczyłyśmy okoliczne punkty widokowe, żeby przydrożne nasadzenia nie przesłaniały nam widoku z pędzącego auta.
Auto to może za dużo powiedziane. Jeepney to wynalazek charakterystyczny tylko dla Filipin, przynajmniej ja czegoś takiego wcześniej nie spotkałam. Wygląda to jak kolorowe, świecące połączenie UAZa z amerykańskim autobusem szkolnym , tyle że dwukrotnie pomniejszonym. Podobno są to przerobione amerykańskie auta wojskowe, znaczy muszą mieć wiele lat. Ten stwór spełnia rolę lokalnego autobusu z mniej lub bardziej ustaloną trasą, ale bez rozkładu jazdy. Odjeżdża dopiero po napełnieniu z meniskiem wypukłym pasażerami. Lub po wynajęciu za sowitą opłatą. Kolejnym lokalnym wynalazkiem są tricycle. Zmutowana wersja tuk-tuka, mniej wygodna i tyle na ten temat.
Wieczór przedtrekkingowy upłynął w muzycznym nastroju – najpierw w Las Vegas śpiewał dla nas Elvis, potem my śpiewałyśmy dla naszego kierowcy trekkingowego w barze karaoke. Pisząc ‘śpiewałyśmy’ popełniłam świadome nadużycie.
Trekking był wielce udany, acz męczący. A dookoła było bardzo ładnie. I na miejscu też było ładnie, tzn. jeszcze więcej tarasów, niż dotąd. Tylko, że były puste, tzn. jedynie zalane wodą, bez roślinek, co czyniłoby to miejsce jeszcze bardziej urokliwym. I towarzystwo też było ładne – 3 italiano vero i jeden vero americano.
Cała ta podróż jest dosyć nostalgiczna, a to przez oprawę muzyczną. We wszystkich środkach transportu rozbrzmiewają romantyczne przeboje z lat 80. Z Asią czujemy się pewnie w tym repertuarze, Agata trochę odstaje . Natomiast ze smutkiem konstatuję, że umiłowanie reggae wszechobecne w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej, na Filipinach ustępuje miejsca niezrozumiałej dla mnie sympatii dla muzyki country. Cóż, trudno. Z jedzeniem też mają postawione na głowie. Niby mają dostęp do tych samych składników, co sąsiedzi, niby wiele tradycji kulinarnych wymieszanych, a rezultat nijaki, mało smaczny, mało przyprawiony. Wychodzi na to, że katoliki zawsze potrafią wszystko zepsuć… Taki balut na przykład, jajo kacze z rozwiniętym embrionkiem w środku, ugotowane. Aldo, jeden z Italiano vero, próbował. I mówił, że smak jajeczny, tylko dziubek i pazurki mu przeszkadzały… A my na co dzień świnię ze szczecinką i kurczaka z połamanymi gnatami. I tak jak ci co mnie znają wiedzą, że uwielbiam dosmaczać wszystko cytryną bądź limonką (łącznie z rosołem, któren to w innej postaci jest dla mnie niejadalny), to tutaj jest aż za kwaśno czasami. I nawet słodkawy bananowy keczup nie ratuje sytuacji. Jak na razie tylko jeden posiłek uznałabym za bardzo udany. Reszta była średnia, nawet krewetki. Chyba zacznę się posiłkować kuchnią nieautochtoniczną, np. chińską, koreańską. Ale wszystkich naszych bliskich uprasza się o niedosyłanie jedzenia, jakoś damy radę. Bo nie głodujemy wszak, tylko jemy monotonnie i jednostajnie, mięcho głównie. Brakuje mi też owoców tropikalnych, takich innych niż u nas, są co prawda rozmaite banany i mango, ale gdzie rambutany, mangostany, duriany i jackfruity? Gdzie endemity? Przecie powinny tu być! Jak zresztą powiedział nasz znajomy Amerykanin – na Filipiny nie przyjeżdża się, żeby dobrze zjeść. Zgadzam się, ale wolałabym już wiedzieć teraz po co tak naprawdę się tu przyjeżdża…
Kilka rad praktycznych:
Ile płacić za taksówkę w Manili? – to trudne pytanie, bo nie tylko zależy od destynacji, ale również od natężenia ruchu. Najbardziej rozsądnym rozwiązaniem wydaje się być ustalenie z kierowcą, że w godzinach tłocznych (8.00-23.00) zapłaci się 100 pesos ponad wskazanie licznika.
Dla wybierających się do Banaue i Batad – w tej chwili z Manili do Banaue jeździ tylko jedna autobusowa firma - Ohayami z Sampaloc (to część dzielnicy Quezon City). Bilet kosztuje 400 pesos. Wyprawa do Batad – jeśli z transportem jeepneyem pod same siodło Batad Saddle – koszt około 2000-2500 pesos za jeepney, jeśli tylko do Batad Junction – 900-1000 pesos. To ceny za wynajęty jeepney. Do tego można, ale nie trzeba doliczyć przewodnika za 1000-1200 pesos. Nocleg w Batad 200 pesos za osobę.
Ważna uwaga dla podróżujących środkami komunikacji wszelakiej. Dotychczas znana była mi skłonność Azjatów do przesadnego obniżania temperatury w autobusach lokalnych, dalekobieżnych czy też na promach. Filipińczycy podchodzą do tego tematu jednak ekstremalnie, temperatura tutaj stosowana jest na poziomie gwarantującym bezpieczne przewiezienie zwłok w tropiku. Zatem czapki, polary, futra, karakuły, koce są jak najbardziej wskazane, jeśli nie niezbędne, dla odbycia jakiejkolwiek podróży trwającej ponad godzinę (może poza jeepney’em czy tricycle’em). Ale jeśli ktoś mi teraz powie, że od klimatyzacji można się rozchorować, to utłukę na kwaśno i miękko. Bo w myśl tej teorii powinnam mieć teraz 7 katarów i 3 grypy, ponieważ w ostatnich dniach więcej niż kilkanaście razy zmieniałam temperaturę otoczenia o +20 czy -20 stopni kilka razy w ciągu dnia. I żadnej reakcji organizmu osłabionego człapaniem pod górę i w dół nie zaobserwowałam.

No i proszę… Wystarczy trochę słońca i świat od razu nabiera barw!
Dokładnie ta sama trasa: Banaue – Sagada, tylko w przeciwnym kierunku i z lekkimi chmurkami, mniej więcej 24 godziny później, a zupełnie inny klimat, nastrój, widok. Droga wiedzie zboczem doliny, z obu jej stron, przecinając góry wysokie na prawie 2000 m gdzieś tak w 2/3 ich wysokości. Poniżej przepaść, od której nie oddziela nic, nawet dająca iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa niska metalowa balustradka. Dla pewności sprawdzałam co chwilę, czy blokada drzwi przy których siedziałam, działa prawidłowo. Wąski pasek drogi czasami zasypany przez osuwiska kamieni, ziemi czy lawiny błotne, po których jednak wciąż dało się przejechać, snuł się zakrętami i ostrymi podjazdami w takim prawie naszym lesie. Ten las był wzbogacony pióropuszami paproci rosnących na wysokich pniach, dokładnie takich jak w parku jurajskim. Trochę niżej pojawiały się bananowce i nasze doniczkowe rośliny w rozmiarze XXXL. W dole doliny malutkie poletka ryżowe zbudowane na mini tarasach. A widoki! Trochę jak Sapa w Wietnamie, a trochę herbaciane wzgórza wokół Nuwara Eliye na Sri Lance. Bajka. I w końcu bez chmur można było zobaczyć tarasy ryżowe! Kilkudziesięciopiętrowe!
Dlatego chciałyśmy ich więcej. I dlatego następnego dnia wybrałyśmy się na trekking do Batad. Ale jeszcze wcześniej zaliczyłyśmy okoliczne punkty widokowe, żeby przydrożne nasadzenia nie przesłaniały nam widoku z pędzącego auta.
Auto to może za dużo powiedziane. Jeepney to wynalazek charakterystyczny tylko dla Filipin, przynajmniej ja czegoś takiego wcześniej nie spotkałam. Wygląda to jak kolorowe, świecące połączenie UAZa z amerykańskim autobusem szkolnym , tyle że dwukrotnie pomniejszonym. Podobno są to przerobione amerykańskie auta wojskowe, znaczy muszą mieć wiele lat. Ten stwór spełnia rolę lokalnego autobusu z mniej lub bardziej ustaloną trasą, ale bez rozkładu jazdy. Odjeżdża dopiero po napełnieniu z meniskiem wypukłym pasażerami. Lub po wynajęciu za sowitą opłatą. Kolejnym lokalnym wynalazkiem są tricycle. Zmutowana wersja tuk-tuka, mniej wygodna i tyle na ten temat.
Wieczór przedtrekkingowy upłynął w muzycznym nastroju – najpierw w Las Vegas śpiewał dla nas Elvis, potem my śpiewałyśmy dla naszego kierowcy trekkingowego w barze karaoke. Pisząc ‘śpiewałyśmy’ popełniłam świadome nadużycie.
Trekking był wielce udany, acz męczący. A dookoła było bardzo ładnie. I na miejscu też było ładnie, tzn. jeszcze więcej tarasów, niż dotąd. Tylko, że były puste, tzn. jedynie zalane wodą, bez roślinek, co czyniłoby to miejsce jeszcze bardziej urokliwym. I towarzystwo też było ładne – 3 italiano vero i jeden vero americano.
Cała ta podróż jest dosyć nostalgiczna, a to przez oprawę muzyczną. We wszystkich środkach transportu rozbrzmiewają romantyczne przeboje z lat 80. Z Asią czujemy się pewnie w tym repertuarze, Agata trochę odstaje . Natomiast ze smutkiem konstatuję, że umiłowanie reggae wszechobecne w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej, na Filipinach ustępuje miejsca niezrozumiałej dla mnie sympatii dla muzyki country. Cóż, trudno. Z jedzeniem też mają postawione na głowie. Niby mają dostęp do tych samych składników, co sąsiedzi, niby wiele tradycji kulinarnych wymieszanych, a rezultat nijaki, mało smaczny, mało przyprawiony. Wychodzi na to, że katoliki zawsze potrafią wszystko zepsuć… Taki balut na przykład, jajo kacze z rozwiniętym embrionkiem w środku, ugotowane. Aldo, jeden z Italiano vero, próbował. I mówił, że smak jajeczny, tylko dziubek i pazurki mu przeszkadzały… A my na co dzień świnię ze szczecinką i kurczaka z połamanymi gnatami. I tak jak ci co mnie znają wiedzą, że uwielbiam dosmaczać wszystko cytryną bądź limonką (łącznie z rosołem, któren to w innej postaci jest dla mnie niejadalny), to tutaj jest aż za kwaśno czasami. I nawet słodkawy bananowy keczup nie ratuje sytuacji. Jak na razie tylko jeden posiłek uznałabym za bardzo udany. Reszta była średnia, nawet krewetki. Chyba zacznę się posiłkować kuchnią nieautochtoniczną, np. chińską, koreańską. Ale wszystkich naszych bliskich uprasza się o niedosyłanie jedzenia, jakoś damy radę. Bo nie głodujemy wszak, tylko jemy monotonnie i jednostajnie, mięcho głównie. Brakuje mi też owoców tropikalnych, takich innych niż u nas, są co prawda rozmaite banany i mango, ale gdzie rambutany, mangostany, duriany i jackfruity? Gdzie endemity? Przecie powinny tu być! Jak zresztą powiedział nasz znajomy Amerykanin – na Filipiny nie przyjeżdża się, żeby dobrze zjeść. Zgadzam się, ale wolałabym już wiedzieć teraz po co tak naprawdę się tu przyjeżdża…
Kilka rad praktycznych:
Ile płacić za taksówkę w Manili? – to trudne pytanie, bo nie tylko zależy od destynacji, ale również od natężenia ruchu. Najbardziej rozsądnym rozwiązaniem wydaje się być ustalenie z kierowcą, że w godzinach tłocznych (8.00-23.00) zapłaci się 100 pesos ponad wskazanie licznika.
Dla wybierających się do Banaue i Batad – w tej chwili z Manili do Banaue jeździ tylko jedna autobusowa firma - Ohayami z Sampaloc (to część dzielnicy Quezon City). Bilet kosztuje 400 pesos. Wyprawa do Batad – jeśli z transportem jeepneyem pod same siodło Batad Saddle – koszt około 2000-2500 pesos za jeepney, jeśli tylko do Batad Junction – 900-1000 pesos. To ceny za wynajęty jeepney. Do tego można, ale nie trzeba doliczyć przewodnika za 1000-1200 pesos. Nocleg w Batad 200 pesos za osobę.
Ważna uwaga dla podróżujących środkami komunikacji wszelakiej. Dotychczas znana była mi skłonność Azjatów do przesadnego obniżania temperatury w autobusach lokalnych, dalekobieżnych czy też na promach. Filipińczycy podchodzą do tego tematu jednak ekstremalnie, temperatura tutaj stosowana jest na poziomie gwarantującym bezpieczne przewiezienie zwłok w tropiku. Zatem czapki, polary, futra, karakuły, koce są jak najbardziej wskazane, jeśli nie niezbędne, dla odbycia jakiejkolwiek podróży trwającej ponad godzinę (może poza jeepney’em czy tricycle’em). Ale jeśli ktoś mi teraz powie, że od klimatyzacji można się rozchorować, to utłukę na kwaśno i miękko. Bo w myśl tej teorii powinnam mieć teraz 7 katarów i 3 grypy, ponieważ w ostatnich dniach więcej niż kilkanaście razy zmieniałam temperaturę otoczenia o +20 czy -20 stopni kilka razy w ciągu dnia. I żadnej reakcji organizmu osłabionego człapaniem pod górę i w dół nie zaobserwowałam.













Unregistered user # Monday, November 19, 2012 10:26:19 AM
Kasiakania514 # Wednesday, November 21, 2012 12:10:22 PM